Choroba nowotworowa a zmiany żywieniowe na przełomie XIX i XX w.

31

Według Światowej Organizacji Zdrowia choroby nowotworowe stanowią obecnie główną przyczynę śmierci na świecie. Jednak źródła naukowo-medyczne z przełomu XIX i XX w. pokazują, że nowotwory były w tym czasie rzadkością i prawie wcale nie występowały w tzw. prymitywnych populacjach izolowanych. Upowszechniły się wraz ze wzrostem spożycia wysoko przetworzonych pokarmów węglowodanowych kosztem tradycyjnych pokarmów pochodzenia zwierzęcego. Razem z rosnącą intensywnością kontaktów prymitywnych populacji z przybyszami z Europy, ich tradycyjny model żywienia ulegał fundamentalnym zmianom: pokarmy tradycyjne, często bogate w tłuszcz i cholesterol, zastępowane były stopniowo przez żywność węglowodanową. Zmiany te niemal zawsze powodowały wystąpienie niespotykanych wcześniej różnych „chorób cywilizacyjnych,” w tym raka.

Choroba nowotworowa zaliczana jest do grupy „chorób cywilizacyjnych.” Kategorię tę wprowadził do dyskursu medycznego w połowie XIX w. francuski lekarz Stanislas Tanchou. Był on najpierw chirurgiem Napoleona, a następnie prowadził prywatną praktykę lekarską, zajmując się przy tym analizą statystyk odnośnie zachorowań na nowotwory w Europie. Tanchou wykazał, że nowotwory występowały częściej w miastach a rzadziej na terenach wiejskich oraz że zachorowalność na raka już wtedy systematycznie w całej Europie rosła. „Zupełnie tak jak szaleństwo, częstotliwość występowania nowotworów wzrasta wraz z postępem cywilizacji”, mawiał Tanchou. Także w USA śmiertelność na raka zaczęła gwałtownie rosnąć w drugiej połowie XIX wieku: w Nowym Jorku, na przykład, w 1884 roku na 1 tys. zgonów 32 spowodowanych było nowotworem, a do roku 1900 liczba ta wzrosła do 67. W Filadelfii, z kolei, w 1861 roku na raka zmarło 31 osób, podczas gdy w roku 1904 odnotowano takich zgonów już 70, czyli ponad 100% więcej.

Odkrycia Tanchou znajdowały potwierdzenie w obserwacjach lekarzy pracujących w tym okresie w Afryce. Donosili oni, że nowotwór, niegdyś choroba prawie niespotykana, upowszechniała się na Czarnym Lądzie „z roku na rok wraz z postępami cywilizacji”. Do końca XIX w. wielu lekarzy pracujących w całej Afryce zauważyło tę samą tendencję. Spotykali się oni z zachorowaniami na raka w miastach, czyli tam, gdzie autochtoni „mieszali się z Europejczykami” naśladując ich „zachowania żywieniowe”. Nie było natomiast nowotworów na tych obszarach, na których dieta i styl życia tubylców pozostawały niezmienne od stuleci. F.P. Fouché, chirurg w Prowincji Wolne Państwo Orania w Afryce Południowej, który przez 6 lat pracował w szpitalu obsługującym 14 tys. tubylców, opublikował w piśmie „British Medical Journal” raport, w którym stwierdzał: „Nigdy nie spotkałem wśród lokalnej ludności ani jednego przypadku wrzodów dwunastnicy, zapalenia okrężnicy, zapalenia wyrostka robaczkowego ani żadnej formy nowotworu , chociaż schorzenia te były powszechne pośród białej populacji Europejczyków na tym obszarze”.

13 kwietnia 1913 roku Albert Schweitzer (po prawej), niemiecki lekarz, filozof i teolog, przybył do Lambaréné, małej afrykańskiej wioski, żeby założyć tam misyjny szpital. W pierwszych dziewięciu miesiącach swojej działalności przebadał ok. 2 tys. pacjentów i zauważył, że największym utrapieniem tubylczej ludności były choroby endemiczne, takie jak malaria, trąd, słoniowatość, czerwonka i świerzb. Dopiero 41 lat po swoim przyjeździe do Afryki, półtora roku po otrzymaniu Nagrody Nobla za działalność misyjną, Schweitzer natknął się na pierwszy wśród Afrykanów przypadek zapalenia wyrostka robaczkowego. Ale nie tylko choroby wyrostka robaczkowego były rzadkością wśród mieszkańców Afryki. „Po moim przyjeździe do Gabonu, byłem zdumiony tym, że nie spotkałem się z ani jednym przypadkiem choroby nowotworowej (…). Nie mogę oczywiście stwierdzić, że choroba ta wcale tam nie występowała, ale mogę powiedzieć, że jeśli się zdarzała, to musiała stanowić rzadkość”, pisał Schweitzer o początkowym okresie swojej aktywności w Afryce. Wraz z upływem czasu niemiecki lekarz odnotowywał systematyczny wzrost liczby przypadków raka pośród ludności afrykańskiej, co wiązał z tym, że tubylcy stopniowo przejmowali styl życia i odżywiania białych ludzi.

Podobnych obserwacji dokonał na odległym od Afryki wybrzeżu Labradoru Samuel Hutton, brytyjski lekarz, który na początku XX wieku prowadził misyjną praktykę lekarską wśród Eskimosów w mieście Nain. Podzielił on swoich tubylczych pacjentów na dwie grupy: jedni mieszkali w izolacji od osad Europejczyków i stosowali tradycyjną dietę, bogatą w mięso a ubogą w owoce i warzywa. Drudzy, mieszkający w Nain lub nieopodal innych osad przybyszów z Europy, przejęli osadniczy model żywienia bogaty w chleb, herbatniki, melasę trzcinową, solone ryby i wieprzowinę. W grupie odizolowanej od Europejczyków choroby były niezwykłą rzadkością. Po 11 latach misyjnej praktyki lekarskiej Hutton pisał, że najbardziej zaskoczył go brak wśród Eskimosów przypadków choroby nowotworowej: „Nie widziałem ani nie słyszałem o żadnym przypadku złośliwego guza u Eskimosa”, pisał lekarz. Nie spotkał się też z ani jednym przypadkiem astmy ani –podobnie jak Schweitzer – zapalenia wyrostka robaczkowego, z wyjątkiem jednego młodzieńca, który „stosował dietę osadniczą”. Z drugiej strony Hutton zauważył, że ci Eskimosi, którzy przejęli model odżywiania Europejczyków, chorowali na szkorbut, byli „mniej krzepcy”, „szybciej odczuwali zmęczenie a ich dzieci były mizerne i słabe”.

W 1908 roku ukazało się pierwsze znaczące opracowanie na temat kondycji zdrowotnej Indian w USA przygotowane przez centrum edukacyjno-badawcze pod nazwą Smithsonian Institution’s Bureau of American Ethnology. Autorem raportu, zatytułowanego „Physiological and Medical Observations Among the Indians of Southwestern United States and Northern Mexico”, był lekarz i antropolog, Aleš Hrdlička (po lewej), który opisał w nim swoje obserwacje zgromadzone w trakcie sześciu ekspedycji badawczych. „Trudno wątpić w to, że guzy złośliwe występują, ale muszą być niezwykłą rzadkością” pisał autor. Hrdlička nie natknął się na ani jeden przypadek „złośliwiej narośli na kości Indianina”. Odnotował też tylko 3 przypadki „problemów z sercem” wśród populacji 2 tysięcy Indian, których badał, ale „w żadnym z tych przypadków nie wystąpiła zaawansowana arterioskleroza”. Rzadkością były żylaki i hemoroidy. „Nie spotkałem ani jednego przypadku zapalenia wyrostka robaczkowego, zapalenia otrzewnej, wrzodów żołądka, ani chorej wątroby” pisał badacz. Podobnie jak część współczesnych badaczy, Hrdlička podejrzewał początkowo, że tubylcy nie chorują na choroby przewlekłe z uwagi na niewielką długość życia, a zatem nie osiągają wieku, w którym schorzenia te zwykle występują. Jednak odrzucił to wyjaśnienie w świetle danych pokazujących, iż tubylcy żyli wtedy równie długo lub dłużej niż lokalna biała ludność, wśród której choroby te były powszechne.

Obserwacje Hrdlički odnośnie występowania choroby nowotworowej u Indian znajdowały potwierdzenie w badaniach Isaaca Levina, patologa na Uniwersytecie Columbia, który przeprowadził szczegółowe ankiety wśród 107 lekarzy pracujących w rezerwatach środkowozachodniej i zachodniej części USA. Jeden z nich, Chas. M. Buchanan, spędził 15 lat wśród 2 tys. Indian, których średnia długość życia wynosiła 55 – 60 lat (a więc niewiele mniej niż dzisiejsza średnia w skali świata*) i napotkał tylko jeden przypadek nowotworu. Inny lekarz, Henry E. Goodrich, praktykujący pośród 1300 Indian, w ogóle nie spotkał przypadku choroby nowotworowej u swoich pacjentów. Całe badania Levina obejmowały dane na temat 115 tys. Indian, pośród których zdiagnozowano i udokumentowano w sumie 29 przypadków zachorowań na raka.

Do ważniejszych książek, które na początku XX w. omawiały zjawisko występowania choroby nowotworowej w populacjach izolowanych, zaliczyć można The Natural History of Cancer, with Special Reference to Its Causation and Prevention, opublikowaną w 1908 roku przez brytyjskiego badacza, W. Rogera Williamsa, oraz The Mortality from Cancer Throughout the World, napisaną w 1915 roku przez amerykańskiego statystyka Fredricka Hoffmana. Autor The Natural History of Cancer analizował poszczególne kontynenty i regiony dokumentując przypadki zachorowań na raka. Na przykład na Fiji pośród przebadanej populacji 120 tys. Aborygenów, Melanezyjczyków, Polinezyjczyków i „Indian Coolie” odnotowano tylko dwa udokumentowane zgony w wyniku nowotworów. Z kolei na wyspie Borneo, gdzie przez 10 lat praktykował niejaki doktor Pagel, nie odnotowano w tym czasie ani jednego przypadku zachorowania na tę chorobę.

Jednak, podobnie jak Tanchou w krajach rozwiniętych, tak i Williams w badanych przez siebie populacjach zauważał rosnącą śmiertelność na nowotwory. Zbliżonych ustaleń dokonał Fredrick Hoffman, który pisał, że umieralność na raka rośnie w “alarmującym tempie na całym świecie” i tylko w niewielkim stopniu można ją wyjaśnić lepszą diagnostyką oraz starzeniem się populacji. Pomimo tej tendencji, gromadzone dane dowodziły tego, że w porównaniu z „człowiekiem Zachodu” ludy prymitywne pozostawały w pierwszej połowie XX wieku stosunkowo wolne od choroby nowotworowej. Na przykład do lat 50-tych nowotwory wśród Innuitów były taką rzadkością, że każdemu pojedynczemu przypadkowi poświęcano osobne raporty medyczne. Pewien artykuł, napisany przez trzech lekarzy z Uniwersytetu w Ontario w1952 roku, zaczynał się następującym komentarzem: „Powszechnie wiadomo, że nowotwory wśród Eskimosów nie występują i według naszej wiedzy ani jeden przypadek tej choroby nie został do dziś udokumentowany w tej populacji”.

Większość znanych nam obserwacji historycznych pochodzi od lekarzy pracujących w ramach misji i na terytoriach kolonialnych, którzy leczyli populacje lokalne przed lub w czasie przejmowania przez nie zachodniego modelu żywieniowego. W latach 20-tych i 30-tych XX wieku zarówno Vilhjalmur Steffansson (po prawej) jak i Weston A. Price opisywali radykalne pogorszenie zdrowia wśród tych ludów, które przejmują „zachodnie” nawyki żywieniowe. Nowotwór zaczął być na przykład coraz częściej diagnozowany wśród tych tubylców, którzy podejmowali pracę w gospodarstwach lub fabrykach białych osadników. Przejmowali oni wtedy „zachodni” styl odżywiania a razem z nim dolegliwości białego człowieka. Co ważne, choroby te miały u autochtonów często cięższy przebieg niż u Europejczyków. W 1923 roku Goerge Prentice, który praktykował w południowej Afryce, tak opisał w piśmie „British Medical Journal” przypadek czarnoskórej pacjentki z rakiem piersi: „Nowotwór rozwijał się bez żadnego oporu. Najpierw całkowicie zniszczył pierś, potem tkankę miękką klatki piersiowej, a następnie przeżarł się przez żebra. Kiedy ostatni raz ją widziałem, można było zobaczyć jej pulsujące serce. Było to tuż przed jej śmiercią”. Równie agresywny przebieg choroby nowotworowej u ludności tubylczej opisywał A.J. Orenstein, który w latach 1922 -1923 dokonał ponad 100 autopsji wśród zmarłych czarnych pracowników kopalni Rand w Afryce Południowej. Takie świadectwa zadają kłam poglądom, iż rak w populacjach izolowanych był powszechny, ale nie mógł być diagnozowany z uwagi na brak niezbędnej w diagnostyce zawansowanej technologii.

Dla populacji izolowanych, nowymi składnikami w diecie były najczęściej cukier, biała mąka, melasa i biały ryż, a więc pokarmy wysokowęglowodanowe, które biali osadnicy mogli przewozić na duże odległości bez ryzyka, że podczas transportu zepsują się lub zostaną zjedzone przez gryzonie. Kiedy z upływem czasu nieznana im wcześniej żywność upowszechniła się wśród tubylców , zaczęły pojawiać się u nich „choroby cywilizacyjne”, w tym otyłość, cukrzyca, choroba wieńcowa, nadciśnienie tętnicze, różne formy nowotworu, wrzody, zapalenie wyrostka robaczkowego, kamienie żółciowe, hemoroidy i inne. Co ciekawe, zazwyczaj po tym, jak odnotowano wystąpienie jednej z tych chorób, niebawem pojawiały się w populacji wszystkie inne.

Brak nowotworów w populacjach izolowanych zainspirował wielu badaczy do poszukiwania odpowiedzi na pytanie o przyczyny coraz częstszego występowania choroby nowotworowej na Zachodzie. Wczesne hipotezy sugerowały, że nowotwory wywoływane są na Zachodzie spożyciem mięsa. Zgodnie z tą teorią ludy prymitywne miały być „chronione” przed rakiem dzięki diecie w przeważającym zakresie wegetariańskiej. Szybko okazało się jednak, że złośliwe guzy występowały u ludów Hindu w Indiach, dla których „mięso to obrzydliwość” , podczas gdy nie występowały wśród Innuitów, Masajów i innych mięsożernych plemion. W 1910 roku Isaac Levin pisał, że hipoteza ta „nie pasuje do Indian [w USA], którzy spożywają duże ilości mięsa, często w nadmiarze.” W późnych latach 20-tych hipoteza o szkodliwości mięsa ustąpiła miejsca poglądom, że za rozpowszechnianie się choroby nowotworowej odpowiada nadmiar dostępnej żywności, i że żywność ta jest coraz mocniej przetworzona, przez co brakuje w niej kluczowych dla zdrowia związków odżywczych. Fredrick Hoffman wskazywał na pokarmy, które wymagają „konserwowania , mrożenia, sztucznego barwienia lub innego przetwarzania.” To one, zdaniem Hoffmana, zmieniają metabolizm i stwarzają warunki do rozwoju złośliwych guzów.

Szczególną uwagę badaczy przyciągała biała mąka, której spożycie gwałtownie rosło od połowy XIX w., co odpowiadało nie tylko ze wzrostowi umieralności na nowotwory, ale także zwiększonej zachorowalności na cukrzycę. Chociaż z uwagi na proces przetwarzania, biała mąka, podobnie jak biały ryż, w zasadzie nie dostarcza człowiekowi żadnych wartości odżywczych, to prędko znajdowała coraz więcej zwolenników. Szybko stała się ulubionym produktem piekarzy z uwagi na swoje właściwości piekarskie i dlatego, że zawiera mniej tłuszczu niż mąka pełnoziarnista, przez co później jełczeje i dłużej zachowuje świeżość. Dodatkowo w procesie jej produkcji powstają otręby, które sprzedawano jako karmę dla zwierząt oraz do celów przemysłowych. W owym czasie dietetycy wykazywali wyższość mąki białej nad pełnoziarnistą, bo zawartość błonnika w tej drugiej uniemożliwiała całkowite przyswajanie przez człowieka białek i węglowodanów. Poza tym, biała mąka, uboga w białka, witaminy i minerały, była mniej podatna niż mąka pełnoziarnista na działanie insektów i gryzoni. Z uwagi na biały kolor była też postrzegana jako „przyjemniejsza dla oka” niż mąka pełnoziarnista. Warto też przypomnieć, że dopiero wynalezienie specjalnych młynów do mielenia ziarna w połowie XIX w. umożliwiło obniżenie kosztów produkcji białej mąki na tyle, że stała się ona osiągalna dla niższych warstw społecznych. Do tego czasu biała mąka stanowiła dobro luksusowe, dostępne jedynie klasom uprzywilejowanym. Biedota musiała zadowolić się nisko przetworzoną mąką pełnoziarnistą. W Azji, na przykład, dopiero w połowie XX wieku mechaniczna obróbka ryżu zastąpiła ręczne metody, przez co biedota zaczęła jeść ryż biały zamiast brązowego.

Również cukier był jeszcze w połowie XIX w. dobrem luksusowym. Upowszechnił się wraz rozprzestrzenieniem się w „cywilizowanym świecie” upraw buraka cukrowego. Kiedy w 1847 roku zniesiono w Wielkiej Brytanii cła na import cukru, jego spożycie gwałtownie wzrosło i rozpoczęła się wtedy produkcja na skalę przemysłową ciastek, herbatników, czekolady oraz innych słodyczy i napojów. Do wybuchu pierwszej wojny światowej Anglicy spożywali już średnio ponad 40 kg cukru na osobę, co stanowiło 500 % wzrost w okresie tylko jednego stulecia. Amerykanie spożywali wtedy niewiele mniej bo ponad 36 kg cukru na głowę.

Podróżnicy i odkrywcy z Zachodu przewozili ze sobą ogromne ilości białej mąki, ryżu i cukru, które swobodnie rozdawali napotykanym tubylcom. W książce pt Across Australia Baldwin Spencer i F.J. Gillen opisali swoją wyprawę przez środkową Australię w późnych latach 90-tych XIX w., na którą zabrali ponad 3,5 tony mąki (40 worków, każdy o wadze ok. 90 kg) oraz ponad 300 kg cukru. W książce The Voyage of the Beagle Karol Darwin relacjonował, jak członkowie ekspedycji nakłaniali Aborygenów w Australii do organizowania potańcówek rozdając im cukier i ryż. Tubylcy szybko przyzwyczajali się do „cywilizowanej” żywności, która stopniowo wypierała pokarmy tradycyjne. Już w 1882 roku pisano o Eskimosach żyjących na Alasce w mieście Barrow, że „upodobali sobie zachodnie pokarmy, a szczególności chleb, mąkę, melasę i cukier”. Aż do połowy XX w. pokarmy te służyły jako podstawowy środek wymiany handlowej między białymi przybyszami a ludnością tubylczą.

Dyskutując o właściwościach przetworzonej mąki i cukru dietetycy początkowo koncentrowali się głownie nie tyle na wartościach odżywczych, ile na łatwości ich przyswajania oraz walorach estetycznych białego koloru. Niemniej już w drugiej połowie XIX w. angielski lekarz i szef organizacji o nazwie „Bread and Food Reform League”, Thomas Allison, jako jeden z pierwszych zasugerował istnienie związku miedzy chorobami a żywnością wysoko przetworzoną – głównie białym chlebem – która miała wywoływać problemy trawienne, żylaki, ból głowy i otępienie. Rolę białego pieczywa w wywoływaniu chorób przewlekłych wykazywał też w latach 20-tych XX w. szkocki chirurg Sir Arbuthnot Lane, autor książki pt. The Prevention of Diseases Peculiar to Civilization.

Wraz z rozwojem nauk o żywieniu na początku XX w. sformułowano inną teorię wyjaśniającą, w jaki sposób biała mąka i cukier wywołują schorzenia. W 1912 roku biochemik polskiego pochodzenia Kazimierz Funk (po lewej), znany w świecie anglosaskim pod imieniem Casimir, ukuł termin „vitamine” (końcówka „-e” została później pominięta). Funk wysunął hipotezę, że dla dobrego zdrowia człowieka niezbędne są witaminy B1, B2, C i D. Przez następne ćwierćwiecze badacze odkrywali coraz to nowe witaminy, bez których organizm człowieka nie mógł funkcjonować prawidłowo. Zidentyfikowano też różne choroby będące skutkiem niedoborów witamin, na przykład pelagrę, szkorbut, krzywicę i chorobę beri-beri. Na przyklad ta ostatnia jest skutkiem niedoborów witaminy B1, którą traci się w procesie przetwarzania mąki i ryżu. Odkrycie roli witamin w organizmie ludzkim dało początek hipotezie, że ich deficyt może być również przyczyną choroby nowotworowej. Na przykład zasugerował to dziennikarz i homeopata, J. Ellis Barker, w książce Cancer: How Is Caused, How Can Be Prevented, wydanej w 1924 roku.

Czołowym propagatorem hipotezy, łączącej występowanie chorób cywilizacyjnych z „nadmiernym spożyciem ubogiej w witaminy białej mąki oraz pozbawionego witamin cukru”, był brytyjski dietetyk z Irlandii Płn. – Sir Robert McCarrison (po prawej). W 1918 roku stworzył on w Indiach laboratorium, które później przekształciło się w National Institute of Nutrition i spędził 9 lat w Himalajach prowadząc prace badawcze wśród „odizolowanych plemion, z dala od zdobyczy cywilizacji”. W pracy z tymi ludami „ nigdy nie spotkałem przypadku dyspepsji, wrzodów żołądka albo dwunastnicy, zapalenia wyrostka żółciowego, śluzowego zapalenia okrężnicy ani raka , chociaż wykonywałem 400 operacji rocznie”, pisał naukowiec. McCarrison przypisywał wyśmienite zdrowie tubylców różnym czynnikom, w tym diecie złożonej z „niewyszukanych dóbr natury”. „Nie przypuszczam, żeby sprowadzali rocznie większą ilość cukru, niż zużywana jest w średniej wielkości miejskim hotelu w ciągu jednego dnia”, tłumaczył. McCarrison prowadził też badania porównawcze ras i grup religijnych porozrzucanych po całych Indiach. „Rasy północne w uderzający sposób przewyższają swoją posturą i wyglądem rasy południowe, zachodnie i wschodnie” zauważył. Tłumaczył to tym, że diety ludów północnych Indii były bogatsze w składniki odżywcze i witaminy aniżeli diety stosowane w pozostałych rejonach subkontynentu, w których dominował biały ryż i mąka. Na północy jedzono zwykle mleko, masło, warzywa, owoce i mięso. Pszenicę zaś mielono do formy pełnoziarnistej, dzięki czemu, pisał McCarrison, „zachowuje ona wszystkie właściwości odżywcze, jakimi obdarzyła ją Natura”.

Do połowy XX wieku rozwój badań nad funkcją witamin i minerałów w organizmie ludzkim sprawił, że młynarzom w USA i Wielkiej Brytanii nakazano wzbogacanie białej mąki witaminą B, żelazem i niacyną. Koncepcja „właściwości ochronnych” żywności bogatej w witaminy i minerały stała się wiedzą „obowiązującą” w środowisku żywieniowo-medycznym. Ale przez pierwsze sto lat debaty żywieniowej, nikt nie rozważał tego, czy ta wysoko przetworzona żywność (mąka, cukier, i biały ryż) miała wpływ na zdrowie człowieka z innego powodu niż tylko brak witamin, minerałów i błonnika. Dopiero trzydzieści lat po drugiej wojnie światowej okazało się, za sprawą rozwoju endokrynologii i rozpoznania roli insuliny w metabolizmie cukrów i tłuszczów, że wysoko przetworzone pokarmy bogate w węglowodany oddziałują na insulinę, która odpowiedzialna jest m.in. za magazynowanie tkanki tłuszczowej w organizmie. W ten sposób żywność ta przyczynia się nie tylko do powstawania otyłości (powodującej zmniejszoną aktywność fizyczną), ale także do wystąpienia różnych schorzeń przewlekłych, w tym cukrzycy typu II (w skutek insulinooporności) i chorób serca. Badania nad nowotworami prowadzone od lat 60-tych XX w. wykazały z kolei różne związki między glukozą i insuliną we krwi a tempem rozrostu komórek rakowych. W wielu badaniach okazało się bowiem, że niektóre odmiany, np. nowotwory piersi, są wyjątkowo wrażliwe na insulinę, ponieważ posiadają więcej receptorów insuliny niż komórki zdrowe.

Porównując współczesne i dawne badania nad wpływem żywienia na zdrowie człowieka, warto na koniec zauważyć, że tacy lekarze tacy jak Schweitzer czy Hutton praktykowali medycynę w czasach, w których mogli naocznie doświadczyć, jak przebiega tzw. zmiana żywieniowa (ang. nutrition transition), w wyniku której „populacje zdrowe” zamieniały się w „populacje chore”. Dzisiaj takiej obserwacji nie sposób dokonać z uwagi na to, że wraz z globalnym upowszechnieniem się rekomendacji żywieniowych, wszystkie populacje stosują mniej więcej taką samą dietę i wszystkie w zasadzie są chore. Dlatego też współczesne badania odnośnie wpływu żywienia na zdrowie, a szczególnie badania obserwacyjne, muszą pokonywać dodatkowe trudności, wynikające z konieczności stosowania różnych metod diagnostycznych i badawczych oraz uwzględnianiania wielu dodatkowych czynników wpływających na zdrowie.

Mateusz Rolik

Źródło: Good Calories, Bad Calories: Fats, Carbs, and the Controversial Science of Diet and Health, Gary Taubes, First Anchor Books Edition, September 2008, New York

*Współcześnie średnia oczekiwana długość życia na świecie to 65 lat; źródło: Wikipedia

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykuł„Dlaczego apetyt rośnie w miarę jedzenia” – omówienie książki Good Calories Bad Calories
Następny artykułKetoza może pomóc chorym na Alzheimera
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

31 KOMENTARZE

  1. „Do tego czasu biała mąka stanowiła dobro luksusowe, dostępne jedynie klasom uprzywilejowanym. Biedota musiała zadowolić się nisko przetworzoną mąką pełnoziarnistą” – czy ktoś potrafi wyjaśnić, dlaczego dziś produkty wysokoprzetworzone są droższe, niż te mniej przetworzone? Np. biała mąka vs. mąka pełnoziarnista?

    Rozumiem, że w niektórych przypadkach (w większości?) produkt wysoko przetworzony może być przechowywany znacznie dłużej (np. oleje roślinne). Ale mąka, cukier, ryż? Wersje brązowe droższe, niż białe? Są jakieś sensowne argumenty przemawiające za tym, czy po prostu chodzi o to, że jest rynek na zdrowszą żywność i producent korzysta z tego, ustalając wysokie ceny.

    • „…Wersje brązowe droższe, niż białe? Są jakieś sensowne argumenty przemawiające za tym…”

      Proste – moda, a za tym i popyt na zdrową żywność, to po pierwsze.
      Linie przemysłowe produkujące żywność wysokoprzetworzoną skonstruowane są pod kątem szybkiego i taniego uzyskania produktu finalnego, to po drugie :)
      Widocznie wydzielenie produktu pośredniego (o ile to możliwe) z cyklu produkcji jest kosztowniejsze niż uzyskanie produktu końcowego.

  2. Artykuł zawiera niestety sporo uproszczeń.Skoro ślady przerzutów nowotworowych znajdowane są w gockich szkieletach , guzy nowotworowe w zmumifikowanych zwłokach książecych rodzin włoskich itp trudno będzie wyprowadzić w sensowny sposób powszechność chorób nowotworowych z diety wysokowęglowodanowej. Brak statystyk , brak metod diagnostycznych ,koreklacja life-span z częstością zapadalności na nowotwory są oczywistością w odniesieniu do populacji XIX wiecznych , tym bardziej izolowanych.W jaki sensowny sposób można zadać kłam tym oczywistościom.

  3. Artykuł zawiera znaczne uproszczenia. Przede wszystkim brak statystyk zapadalności , brak metod diagnostycznych oraz korelacja life-span z zapadalnością na nowotwory w sposób oczywisty odnoszą się do populacji z przeszłości.Ślad chorób nowotworowych znajdujemy nawet w gockich szkieletach , o innym materiale nawet nie wspominając.

    • To dość oczywiste że ten materiał jest niekompletny, że jest niedoskonały, uproszczony, ale to chyba nie znaczy, że mamy go zignorować? No chyba, że te wszystkie, dosyć spójne obserwacje poczynione przez ówczesnych lekarzy podróżników są nieprawdziwe. Ale to też trzeba by udowodnić. Potraktuj te obserwacje jako element większej całości, jeden klocek w układance, o której tu sobie na luzie dyskutujemy. Co ciekawe choroby serca i nowotwory historycznie znajdujemy w głównie populacjach rolniczych, gdzie podstawą diety były zboża. Zaraz się pojawi znany argument o krótszej średniej życia prymitywnych populacji łowiecko-zbierackich, ale rozmowa na ten temat to już mielenie w kółko tego samego kotleta. Tak jakby długość życia nie miała związku z rozwojem medycyny, lepszymi warunkami bytowymi, środkami higieny itd. Żyjemy dziś dłużej głównie dzięki postępowi cywilizacyjnemu (mniej zagrożeń i lepsze sposoby ratowania życie), ale pomimo lub wbrew „zdrowej” tj. pełnoziarnistej pełnoziarnistej i wysokowęglowodanej diecie. Co do związków między spożyciem węglowodanów (zwłaszcza przetworzonych) a nowotworami są dziś one przedmiotem hipotez w świecie naukowym. Na przykład najnowsze badania nad rakiem koncentrują się, między innymi, na wpływie insuliny na powstawanie i rozwój nowotworów. W ujęciu dietetycznym nadmiar insuliny może być skutkiem nadmiernego spożycia wysokoprzetworzonych węglowodanów. To oczywiście tylko jeden z tropów, jedna z hipotez, ale nie sposób się zgodzić z Twoją teza, że „trudno będzie wyprowadzić w sensowny sposób powszechność chorób nowotworowych z diety wysokowęglowodanowej”. Można i to się dziś dzieje i to w sposób bardzo sensowny. Bardziej sensowny niż karmienie chorych na raka chlebem z margaryną w obawie przed cholesterolem.

  4. Czy spójne? Mam wątpliwości.Jeśli pamiętać ,że prymitywne niezmiernie jeszcze techniki rentgenowskie to dopiero ( na serio) początek XX wieku- to już wiadomo ,że techniki rozpoznawania guzów nowotworowych były gorzej niż mizerne w samej Europie.Trudno zatem przyjąć bez wątpliwości spójność obserwacji „na wysuniętych placówkach”. Nadto obserwacje XIX wiecznych uczonych (z różnych dyscyplin) często gęsto obciążone są nadzwyczajnym subiektywizmem.Taka cecha czasów.
    „Znajdujemy głównie w populacjach rolnicznych” – no cóż , takie zwykle są dostępne szczegółowym badaniom. Dodajmy , że takie populacje zwykle też wyznają jakiś rodzaj religii monoteistycznej.Ale przecież nie wysuniemy wniosku ,że monoteizm jest rakotwórczy.W świetle znanego materiału kopalnego też to się nie bardzo zgadza.Trudno nazwać koczowniczych Scytów czy na wpół osiadłych Gotów za jakieś typowe populacje rolnicze.
    Kwestia life-span to nie jest , moim skromnym zdaniem, mielenie kotleta tylko istotny czynnik odcinający do rozważań typowy dla nowotworów segment wiekowy populacji.
    Nauka rozważa , obok insuliny , całą masę czynników nowotworzenia.

    • Obserwacje XX wiecznych uczonych? Wyłącznie powyższy artykuł odnosi się do okresu zmiany żywieniowej na przełomie XIX i XX w i taki ma zresztą tytuł. Ogólnie mówimy jeszcze o drugiej połowie XX wieku:

      „Podobnie jak cukrzyca, guzy złośliwe występowały stosunkowo rzadko w populacjach, które nie spożywały pokarmów popularnych na Zachodzie, a w niektórych grupach nowotworów niemal w ogóle nie było. Na przykład wśród Innuitów jeszcze w latach 50-tych XX w. nowotwory były tak niespotykane, że lekarze pracujący w Kanadzie północnej publikowali w czasopismach medycznych osobne raporty, kiedy jakiś przypadek udało się zdiagnozować.

      W 1984 roku kanadyjscy lekarze opublikowali analizę dotyczącą występowania nowotworów u Innuitów żyjących w zachodniej i środkowej Arktyce. O ile widoczny był u nich w owym czasie „gwałtowny wzrost zachorowań na nowotwory powszechne w uprzemysłowionych społeczeństwach”, w tym na raka płuc i szyjki macicy, o tyle „uderzającą rzadkością” były wciąż zachorowania na raka piersi. Przed rokiem 1966 nie odkryto ani jednego przypadku tej choroby wśród kobiet. Między 1967 a 1980 odnotowano zaledwie dwa”.
      To dziś nie jest tajemnica naukowa. Proszę spojrzeć na przykład tu
      http://www.nytimes.com/2011/04/17/magazine/mag-17Sugar-t.html?_r=1&pagewanted=all

      • Toteż zaznaczyłem jakie były realne możliwości diagnozowania nowotworów na przełomie wieków.Osławieni Innuci … hm , jak się weźmie pod uwagę jakie czynniki zaczęły niszczyć populację Innuitów to dynamika raka płuc i szyjki macicy nikogo nie powinna dziwić.Jedynym argumentem za tezą „dietetyczną” byłoby wykazanie .że chodziło o typ gruczołowy raka płuc.Pozostałe typy to inna bajka.Klasyk badania Innuitów (lub jego interpretatorzy) podkreślają ,że jego badania były ułatwione bo Innuci w domach chodzili nago co mu ułatwiało obserwacje.Litości. Obserwacje czego? Nowotworów?

  5. Toteż zaznaczyłem ,że realne możliwości diagnostyki guzów nowotworowych w wymienionym okresie były realnie bliskie zeru.
    Osławieni Innuici…rak płuca i szyjki macicy.No jak się weźmie pod uwagę jakie czynniki cywilizacyjne zaczęły niszczyć populacje Innuitów to dynamika wzrostu tych akurat nowotworów nie powinna nikogo dziwić. Argumentem za tezą o podstawowym znaczeniu diety byłoby w tym aspekcie jedynie wykazanie znamiennego wzrostu gruczołowego raka płuc.Pozostałe typy są nieomal ściśle tytoniozależne.

    • Populacje Innuitów zaczęła niszczyć rosnąca interakcja z osadnikami i przejmowanie ich zwyczajów żywieniowych oraz stylu życia. Tytoniozależne? Zaczynamy rozmawiać na dwa różne tematy. Być może palenie (przy raku płuc), ale mówimy tu o wpływie żywienia i ewentualnie insuliny, który wykracza poza problem palenia. Mechanizm ten jest już dziś częściowo rozpoznany:
      „Jak wyjaśnia Craig Thompson, który przeprowadził wiele badań w tym zakresie i jest dziś szefem nowojorskiego „Memorial Sloan-Kettering Cancer Center” , wiele rodzajów komórek rakowych u człowieka zależne jest od insuliny, która dostarcza im paliwo (cukier we krwi) i inne substancje niezbędne do tego, aby rosły i rozmnażały się. Dodatkowo insulina oraz insulinopodobny czynnik wzrostu (a także inne spokrewnione czynniki wzrostu) dostarczają im w tym celu niezbędnych sygnałów. Im więcej insuliny, tym lepiej komórki nowotworowe rozmnażają się i rosną. Niektóre nowotwory mutują, aby zwiększyć oddziaływanie insuliny na komórki rakowe. W innych przypadkach nowotwór korzysta z podwyższonego poziom insuliny, jaki występuje przy syndromie metabolicznym, otyłości i cukrzycy typu 2. Jeszcze inne rodzaje nowotworów robią jednocześnie jedno i drugie. Thompson uważa, że wiele komórek przedrakowych (w oryg. pre-cancerous cells) nigdy nie zmutowałyby do postaci złośliwego guza bez obecności insuliny, która sprawia, że mogą pobierać i metabolizować więcej cukru znajdującego się we krwi.”

      „Okazuje się, że w rozwoju choroby nowotworowej u człowieka, zwłaszcza takich nowotworów jak rak piersi i jelita grubego, podwyższony poziom insuliny (lub insulinopodobnych czynników wzrostu) jest etapem koniecznym. Lewis Cantley, dyrektor Centrum ds. Nowotworów ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Harvarda twierdzi, że 80% wszystkich rodzajów nowotworów występujących u człowieka powstaje wskutek mutacji, bądź działania czynników środowiskowych, które albo wzmagają, albo imitują działanie insuliny na komórki rakowe będące we wczesnym stadium. Cantley wie co mówi, jest obecnie szefem naukowego „dream teamu”, którego zadaniem jest m.in. zbadanie związków między genem odpowiadającym za sygnalizowanie insulinowe (PI3K) a rozrostem guza w przypadku raka piersi oraz innych nowotworów powszechnych u kobiet”

  6. Nie mam zamiaru negować znaczenia IGF (oraz hGH). Nie o to chodzi.Mam na myśli raczej formułowanie tez nieco na wyrost. Paleopatologia ma wystarczająco dużo już materiału dowodowego by wykazać ,że nowotwory istniały „od zawsze”.

  7. Wiadomo, że istniały zawsze. Wszystko się rozchodzi, gdzie było ich więcej, a gdzie mniej. Zresztą dla osoby w wieku 30 lat, która umierała na X chorobę jakie miało znaczenie czy umierała na raka czy na coś innego?
    Co do technik diagnostycznych – wiadoma sprawa. Ale niemożliwe jest teraz cofnięcie się w czasie i ich zastosowanie dla ówczesnych ludów. Możemy analizować tamte czasy na tyle, na ile jest to możliwe.
    Natomiast co można teraz zrobić? Ano zastosować obecne nowoczesne techniki na ludziach, którzy zmieniają sposób odżywiania. Coraz więcej się tego robi i poprawa różnorakich markerów jest faktem.

  8. Do Maćka. Pewnie ,że w pełni nie jest możliwe ale paleopatologia wszak stosuje i techniki obrazowania i próbkowanie DNA, choćby tylko to wspomnieć.

    • Pomijając już wszystko inne, uderzające jest dla mnie z jaką łatwością i pychą dezawuuje się dziś pracę i dorobek lekarzy i badaczy z początku XX wieku. Tym czasem należałoby docenić dorobek ludzi, którzy poświęcali duży kawał swego życia na często ryzykowne wyprawy, odkrywali nieznaną sobie rzeczywistość i zmagali się z problemami, z którymi musieli sobie radzić samodzielnie. To było coś. A co jest dzisiaj? Lekarzy sprowadzono do roli zwykłych biurokratów, skrepowano ich gąszczem przepisów i w efekcie wypełniają oni przeważnie urzędowe procedury, często nawet bez potrzeby samodzielnej refleksji. Gdzie byłaby dziś nowoczesna medycyna bez pracy tych badaczy podróżników? Gdzie Rzym, a gdzie Krym, chciałoby się powiedzieć.

      • Ciekawa obserwacja.Tylko dlaczego „pycha” ? A dlaczego nie ” jakaś znajomość historii medycyny” ? Czy w ramach szacunku dla prekursorów lotnictwa powinniśmy , miast jetami , latać nadal prymitywnymi leciszczami ? No fakt ,dziś jakieś checklisty przed startem , kontrole lotów…biurokraci jedni.Swoją drogą to nawet ciekawy eksperyment byłby np anestezjologowi reanimującemu człowieka na ulicy albo nefrologowi dializującemu gościa w ostrym zatruciu wytłumaczyć ,że są jeno biurokratami :) w porównaniu do takiego Tanchou. Co prawda rzeczone dwa obiekty nie przeżyły by wysiłków Tanchou ale wiadomo , gdzie Rzym gdzie Krym:)

        • Można by nawet ten komentarz uznać za zabawny, gdyby nie fakt, że współczesna medycyna jest dziś w USA trzecią przyczyną zgonów (za nowotworami i chorobami serca). Także nie ekscytowałbym się aż tak bardzo „postępem”. Z jednej strony jest lepiej (medycyna ratunkowa), z drugiej gorzej (terapie chorób przewlekłych). Nic za darmo. A swoją drogą, to ciekawe, ile zgonów spowodował w swojej pracy taki Tanchou:-)

        • Bruford, ale podałeś takie przykłady, w których to oczywistym jest, że ów postęp wygrywa bez dwóch zdań. Tłumaczenie nam, że współczesna profesjonalna opieka anestozjologa jest lepsza niż walnięcie pięścią w gębę w celu uśpienia w epoce kamienia łupanego jest naprawdę zbędne. My to doskonale wiemy :)

        • Bruford, po argumentacji i toku rozumowania wnoszę, że jesteś medykiem. Może byś coś ciekawego napisał na ND zamiast marnować talent i zapał na komentarze? Tylko żeby to było coś ciekawego, a nie to, że dzisiejsza anestezjologia jest skuteczniejsza od walnięcia obuchem w głowę jak pisał Maciej, bo to każdy wie.

  9. Co kto niby wie pozostaje czasami tajemnicą.Na przykład udało się wykazać na prostych przykładach , że niekonieczne działania dzisiejszych lekarzy są biurokracją , choć , fakt, nie wszyscy wyjechali w Himalaje :)
    No właśnie, pokrętne są drogi ludzkiej wiedzy.Np z tą medycyną jako III przyczyną zgonów w USA :) Opublikowano taką książeczkę „To err is human”. Od niej się to wzięło … recenzujący ją dziennikarze , przynajmniej 99,9% z nich albo w ogóle jej nie czytało albo po łebkach.Do tego stopnia mit się upowszechnił ,że jej autorzy musieli wywalić ekstra oświadczenie ,że w ich książce jest zupełnie coś innego :)

    Co do publikacji tutaj , mhm , kto wie….. może coś o bad science w altmedzie? Kto wie…

    • A ten mit to pewnie jakiś sąd obalił, co? Bo sądy dziś dużo mitów obalają, można odnieść wrażenie, że wyspecjalizowały się rozstrzyganiu sporów naukowych. Zupełnie jak wiele stuleci temu:-) Bad science w altmedzie nas mniej interesuje, bo to mało ambitne. Żadna sztuka przyłączać się do silniejszej bandy i kopać leżącego. Chętnych do tego nie brakuje. Ale jakbyś się już jakimiś mitami alopatii zajął, lub pokazał, jak pod pozorem nauki robi się wały w medycynie, to bardzo chętnie, bo to ma realne znaczenie, a nie tam Bogu ducha winne ziołolecznictwo czy temu podobne. Niech sobie lud stosuje, co chce.

  10. Sąd? A po co ? :) Wystarczyło napisać ,że ludzie książki nie czytali , pisząc o niej dyrdymały.:) W dzisiejszych czasach to zasadniczo chyba podstawa- nie czytać , odnoszę wrażenie.Ziołolecznictwo fajna rzecz, po co je kopać ? Ale są inne , mnie fajne.I jakoś dziwnie odnoszę wrażenie , wcale nie leżace do kopania :)
    Ale my tu gadu gadu a temat paleopatologii leży.Szkoda.Może innym razem.

    • Rozumiem. Przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i wiemy, jak trudno piłuje się gałąź, na której się siedzi. Motywacja jakby nieco mniejsza. Wróćmy lepiej do paleopatologii, bo tam wszystko przejdzie, zależy z której strony spojrzeć :-)

  11. Ten ostatni komentarz , trzeba przyznać , strasznie sztampowy.Rozczarowujące w sumie , po powtarzalne :) Potraktuję go jako wyraz bezradności polemicznej jako ,że nie potrafię dostrzec sensownego iunctim między kwestiami diagnostyki populacyjnej nowotworów na przełomie wieków a gałęzią na której siedzę :)
    A w paleopatologii przechodzi to co się da zbadać.No, chyba ,że się o niej nie ma pojęcia:)

      • Heh , altmed się rozwija i aspiruje do miana „wiedzy” , czasami :). Ale byłbym niejako wdzięczny za wyjaśnienie np co ma moja próba polemiki z niektórymi tezami tutejszego artykułu z gałęzią „na której siedzę” ? Odpowiedź będzie z pewnością intelektualnie rozwijająca :)

  12. Jest 4.02.2013 a wiec ponad rok od komentowanego artykulu, znalezionego przeze mnie przypadkowo. Akurat jestem lekarzem dociekliwym i niektore tematy zglebiam od lat. Jednym jest nadmiar weglowodanow w diecie czlowieka i nastepstwa: choroby, starzenie sie etc. Pewnie moglbym napiasc obszerny artykul na temat ale nie mam czasu jeszcze, tymniemniej ABSOLUTNIE I CALKOWICIE MEDYCZNIE ARTYKUL JEST POPRAWNY I MIT TRZEBA OBALIC. Komorki rakowe biochemicznie potrafia odzywiac sie tylko glukoza i niektorymi cukrami z tego powodu porownuje sie ich biochemie do prymitywnych grzybow, bakterii. Dlatego u cukrzykow lub z insulinoopornoscia nowotwory szybciej rosna i daja przerzuty. Byly nieliczne eksperymenty z dieta bezcukrowcowa i komorki nowotworowe ginely . A teraz najciekawsza z teorii zwiazanych z tematem: przeladowanie cukrami powoduje ze tkanki bogate w cukier (i wode bo ona zatrzymuje sie z cukrem) sa kapitalna pozywka dla grzybow typu candida, aspergillus i inne drozdzakowce. Jes cukier jest woda jest cieplo to po prostu grzyb sie namnaza. Jednym z meyabolitow grzybow sa aflatoksyny, silne trucizny ktore lokalnie truja tkanki i komorki, w tym powoduja mutacje

  13. Przecież Indianie nie jedzą masy mięsa tak jak autor artykułu pisze, przeciwnie. Wystarczyło by autor oglądał programy Cejrowskiego, programy z discovery o dzikich plemionach z różnych miejsc świata i przeczytał chociaż fragment jakiejś książki by wiedzieć jak wygląda przeciętny dzień u takich dzikich plemion. Nie zawsze potrafią coś upolować i głównie jedzą rzeczy roślinne (i jeśli to plemię Kombai lub inne, to larwy), mają dość monotonną dietę.
    I autor też nigdy nie widział życia we współczesnej Afryce, gdzie w wielu miejscach (biedne obszary) ludzie nie zajadają się czekoladą, a uprawiają jakiś rodzaj zbóż.
    A propos Masajów. Według badań ILCA przeprowadzonych w 1989 roku: „Dzisiaj podstawą diety Masajów jest krowie mleko i mączka kukurydziana. Mleko jest pite głównie świeże lub w słodkiej herbacie, natomiast mączka jest wykorzystywana do owsianki. Gęsta owsianka (uoalia) jest jedzona z mlekiem. Rzadka owsianka jest przygotowywana bez mleka. Mięso, pomimo że jest ważnym składnikiem posiłków, nie jest spożywane regularnie i nie może być zakwalifikowane jako podstawowy produkt. Tłuszcze zwierzęce oraz masło są używane do gotowania owsianki, kukurydzy i fasoli. Masło jest ważnym składnikiem pożywienia niemowląt. Krew jest rzadko pita.” Ich dieta składa się w 12-39% z kukurydzy i 8-13% z cukru. Każdy spożywa średnio jeden litr mleka dziennie.

    Badania elektrokardiografem przeprowadzone na 400 młodych mężczyznach nie wykazały żadnych oznak chorób, nieprawidłowości czy niewydolności serca. Dalsze badania z węglem-14 pokazały, że średnia wysokość cholesterolu stanowi ok. 50% poziomu cholesterolu u przeciętnego Amerykanina. Te odkrycia były przypisane niezwykłej sprawności fizycznej Masajów

    Obecnie Masajowie swoją dietę opierają głównie na mączce kukurydzianej, ryżu, ziemniakach, kapuście (przez Masajów zwaną kozimi liśćmi). Masajowie, którzy żyją blisko plantacji zbóż, zatrudniają się jako farmerzy, co jest ich głównym źródłem utrzymania. Często powierzchnia dostępnej ziemi jest zbyt mała, aby hodować na niej zwierzęta. W ten sposób Masajowie są zmuszeni do uprawy roślin

  14. Kurkuma ma cudowne właściwości dzięki zawartej w niej kurkuminie. To właśnie ta barwiąca na żółtopomarańczowy kolor substancja ma niezwykły wpływ na nasze zdrowie. Jak pokazały badania naukowe w wielu krajach, kurkumina może pomóc znacznie w leczeniu zapaleń, różnych infekcji, chorób przewodu pokarmowego, a także w przypadku nowotworów i zakażeń wirusem HIV. Wszystkie te badania można z łatwością znaleźć w Google. Zresztą najlepszym przykładem są Indie, gdzie mimo ogólnej biedy, zachorowalność na choroby cywilizacyjne jest niska. Powodem jest to, że dodają kurkumę do większości potraw. A dla osób, które nie mogą lub nie chcą jeść kurkumy, najlepszym rozwiązaniem jest suplementacja kurkuminą o wysokiej jakości i stężeniu, np Kurkumina 95 YANGO – http://www.kurkumina95.pl – więcej informacji na tej stronie. Ma dodatek piperyny, najlepiej ją przyjmować wraz z pokarmami bogatymi w tłuszcze.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ