Zderzenie paradygmatów, czyli coraz mniej konsensusu w naukach o żywieniu.

4

W artykule pt. „Dietetyka kontra nauka” pisaliśmy o tym, że obowiązujące zalecenia żywieniowe coraz bardziej rozchodzą się z kolejnymi wynikami badań naukowych, które raz po raz kwestionują zasadność obowiązującej hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej. O ile dawniej koncepcje konkurencyjne wobec ortodoksyjnych spychane były na margines debaty medycznej jako niepoważne lub wręcz „niebezpieczne”, a ich zwolenników nazywano „świrami”, o tyle od kilkunastu lat krytyka obowiązującego paradygmatu wychodzi często od naukowców pracujących dla czołowych ośrodków badawczych i uniwersytetów. Chociaż w polskich mediach pozornie trwa „stary konsensus”, uważny obserwator dostrzeże zarysowujący się coraz wyraźniej w establishmencie światowym podział na dwa obozy: reformatorów, którzy coraz odważniej sygnalizują potrzebę zmiany, oraz „twardogłowych”, którzy wszelkim zmianom stawiają opór.

O genezie i okolicznościach upowszechnienia hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej, wysuniętej w latach 50-tych XX w. przez Ancela Keysa, pisało już wielu badaczy na całym świecie. Warto tylko przypomnieć, że wraz z jej rozpropagowaniem pod koniec lat 70-tych węglowodany uznano w zasadzie za jedyne „zdrowe źródło energii”, podczas gdy tłuszcze – najpierw wszystkie a potem tylko te nasycone – obarczono wyłączną winą za podwyższony poziom „złego” cholesterolu i choroby serca (teoria lipidowa). Dodatkowo wyspecjalizowani w „zarządzaniu kaloriami” doradcy żywieniowi , wyznający teorię bilansu kalorycznego, zdemonizowali tłuszcze z uwagi na ich wysoką wartość energetyczną i jeszcze dzisiaj nakazują niedożywionym ludziom bieganie po elektrycznych bieżniach jako warunek utraty wagi. Więcej na temat tego pseudonaukowego zjawiska można przeczytać w omówieniu książki Good Calories, Bad Calories, zatytułowanym „Dlaczego apetyt rośnie w miarę jedzenia”.

Przyjęcie przez środowisko medyczno-żywieniowe w latach 70-tych XX w. „niskotłuszczowego” paradygmatu dało impuls do przeprowadzenia wielu szeroko zakrojonych kampanii społecznych na rzecz zmian nawyków żywieniowych w globalnej populacji. Działania te, powtarzane całymi latami, skutecznie zniechęciły ludzi do naturalnych pokarmów zwierzęcych. Nakłoniły całe społeczeństwa do spożywania sztucznie odtłuszczonego nabiału, przemysłowych olejów roślinnych oraz do polegania niemal wyłącznie na węglowodanach. Symbolem tego procesu stała się „zdrowa” piramida żywieniowa, która zaleca spożywanie głownie zbóż, owoców i warzyw. Po 30 latach skutki tych zmian są opłakane. Stale rośnie problem otyłości a Światowa Organizacja Zdrowia ostrzega, że obecne pokolenie dzieci „może być pierwszym od długiego czasu, w przypadku którego przeciętna długość życia będzie krótsza niż ich rodziców”. Osoby, które żyją w ciągłym lęku przed „wszechobecnymi” bakteriami i wirusami, spieszymy uspokoić. Odpowiedzialne za to mają być schorzenia niezakaźne takie jak cukrzyca, niektóre rodzaje raka czy nadciśnienie, które coraz częściej dotykają osoby młode, a nawet dzieci. Są to choroby związane ze stylem życia, w dużej mierze z odżywianiem.

W obliczu ewidentnej porażki obowiązujących strategii żywieniowych, koniec XX w. przyniósł renesans tych teorii naukowych, które z przyczyn nie mających związku z nauką zostały wyeliminowane z debaty medycznej w latach 70-tych XX w. W uproszczeniu można je określić mianem hipotezy węglowodanowej, która powstawanie otyłości oraz wzrost zachorowań na serce, cukrzycę, nowotwory i inne choroby cywilizacyjne tłumaczy rosnącym spożyciem węglowodanów i cukru, a nie tłuszczów zwierzęcych. Jeszcze w latach 70-tych wielu wybitnych naukowców, np. John Yudkin, wykazywało w badaniach naukowych, że to cukier i przetworzone węglowodany w diecie, a nie tłuszcze, wywołują wiele schorzeń cywilizacyjnych. Niestety w ideologicznych, politycznych i gospodarczych okolicznościach lat 70-tych w USA poglądy te nie miały szans na akceptację, szczególnie ze strony polityków.

Od lat 90-tych stale rośnie liczba lekarzy i naukowców, którzy „zmienili zdanie”, i z korzyścią dla swoich pacjentów praktykują diety niskowęglowodanowe, które automatycznie są bogate w tłuszcze. Chociaż naukowe korzenie hipotezy węglowodanowej sięgają XIX w. naukowych dowodów na poparcie niskowęglowodanowych strategii żywieniowych dostarczyła endokrynologia. Dzięki niej rozpoznano mechanizm, który George Cahill z Harvard Medical School opisał w sposób następujący: „węglowodany oddziałują na insulinę, która oddziałuje na tkankę tłuszczową”. Dodatkowo okazało się, że chroniczny nadmiar insuliny powoduje występowanie wielu schorzeń związanych z insulinoopornością. Od końca XX w. ukazuje się też coraz więcej książek kwestionujących obowiązujące niskotłuszczowe zalecenia medyczno-żywieniowe. Rozkwit przeżywają od tego czasu oddolne ruchy low-carb , paleo, primal, które promują diety odwracające zalecane przez ortodoksyjną dietetykę proporcje między pokarmami pochodzenia zwierzęcego i roślinnego.

Jednak dopiero XXI w. przyniósł widoczne zmiany w poglądach na zalecenia żywieniowe u części elit naukowych, które dostarczają naukowego uzasadnienia dla propagowanych globalnie nawyków żywieniowych. Do mediów popularnych przedostają się stopniowo różne wyniki badań oraz opinie uznanych badaczy i lekarzy, które relatywizują albo wprost kwestionują wiele dogmatów obowiązującej hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej. Przykładami niech będą wybrane artykuły opublikowane tylko w 2010 roku w takich mediach jak: „Dailymail”, „Foodnavigator.com”, „Scientific American”, „The Sunday Times”, „WebMD”, „Los Angeles Times”, „The Huffington Post,” “City Journal”, „New York Times„. Zaprezentujmy poniżej kilka wybranych fragmentów.

W artykukle zatytułowanym “Low-Carb Diet Edges Out Low-Fat Diet in Raising ‚Good’ Cholesterol” czytamy:

W badaniu finansowanym przez NIH [Narodowy Instytut Zdrowia – przyp. tłum.] okazało się, że diety niskowęglowodanowe są skuteczniejsze od diet niskotłuszczowych w zakresie poprawy stężenia „dobrego” cholesterolu HDL we krwi.

Bez względu na rodzaj stosowanej diety, niskowęglowodanowej lub niskotłuszczowej, badani stracili średnio tyle samo czyli 7% wyjściowej masy ciała. Ale po dwuletnim badaniu okazało się, że osoby na diecie niskowęglowodanowej miały znacznie lepszy poziom „dobrego” cholesterolu HDL, niż badani na diecie niskotłuszczowej.

W artykule pt. “Saturated fats not linked to heart disease: Meta-analysis” czytamy o ustaleniach badań pod kierownictwem Ronalda M. Kraussa:

„Nasza metaanaliza pokazała, że brak jest wystarczających dowodów w badaniach epidemiologicznych na to, żeby stwierdzić, że tłuszcz nasycony w diecie związany jest z podwyższonym ryzykiem wystąpienia choroby wieńcowej lub udaru,” napisali badacze pod kierownictwem Ronalda Kraussa z Instytuty Badań Szpitala Dziecięcego w Oakland.

Natomiast z artykułu pt. „Carbs against Cardio: More Evidence that Refined Carbohydrates, not Fats, Threaten the Heart” dowiadujemy się, że:

[Wyniki uzyskane przez Ronalda M. Kraussa – przyp. tłum] zgodne są z ustaleniami innych badań przeprowadzonych w ostatnich kilku latach. Wszystkie one kwestionują upowszechnioną opinię, że tłuszcz nasycony w diecie jest szkodliwy dla serca, bo podnosi całkowite stężenie cholesterolu. Krauss tłumaczy, że taki pogląd opiera się w dużej mierze na ekstrapolacjach, które nie mają poparcia w dowodach naukowych.

Problem ze starą logiką polega na tym, że „całkowity poziom cholesterolu nie jest dobrym wskaźnikiem prognostycznym w chorobach serca”, mówi Meir Stampfer, profesor nauk żywieniowych i epidemiologii w Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda. Nawet jeśli tłuszcz nasycony podnosi stężenie „złego” cholesterolu LDL, to zwiększa również udział „dobrego” cholesterolu HDL.

Wyniki badań Stampfera nie tylko sugerują, że tłuszcze nasycone nie są groźne, ale wskazują na to, że węglowodany są od nich groźniejsze.

Niektóre węglowodany, bogate w błonnik, są bezsprzecznie dobre dla organizmu człowieka. Ale tłuszcze nasycone są prawdopodobnie neutralne w porównaniu z cukrem i węglowodanami przetworzonymi występującymi w płatkach, chlebie, makaronach i ciastkach.

W tym samym artykule dr David Ludwig, dyrektor programu ds. otyłości w szpitalu dziecięcym w Bostonie, stwierdza:

Jeśli ograniczysz spożycie tłuszczów nasyconych i zastąpisz je węglowodanami o wysokim indeksie glikemicznym, nie tylko nie osiągniesz żadnych korzyści zdrowotnych, ale możesz nawet wyrządzić sobie krzywdę. Następnym razem kiedy będziesz jadł tosta z masłem, weź pod uwagę to, że masło stanowi zdrowszy element takiego posiłku.

Co ciekawe, możemy dostrzec ewolucję poglądów nawet tych środowisk naukowo -lekarskich, które od kilku dziesięcioleci promują wegański model życia odżywiania. W artykule pt. “Fat or Carbs: Which Is Worse,” dr Andrew Weil publicznie poparł Gary Taubesa i powiedział:

[Nie chcąc promować konsumpcji mięsa, szczególnie pochodzącego z hodowli przemysłowych – przyp. tłum.] chciałbym podkreślić, że bylibyśmy zdrowszym społeczeństwem, gdybyśmy przestali martwić się tak bardzo o tłuszcze, i zaczęli w zamian unikać przetworzonych, łatwostrawnych węglowodanów – szczególnie cukru.

Weil to jeden z czołowych żywieniowców w USA, członek zarządu bardzo wpływowej organizacji pod nazwą „Komitet Lekarzy na rzecz Odpowiedzialnej Medycyny” (PCMR), która propaguje w USA weganizm. Założycielom tej instytucji trzeba oddać to, że lepszej nazwy nie wymyśliłby sam George Orwell.

W artykule pt. “Everything you thought you knew about food is wrong” Zoe Harcombe, brytyjska badaczka otyłości, autorka ksiązki The Obesity Epidemic, wyjaśnia:

„Ludzie już zapomnieli, że aż do lat 70-tych nigdy w historii poziom otyłości w Wielkiej Brytanii nie przekroczył 2% populacji. A na pod koniec XX w. osoby otyłe stanowiły już 25% brytyjskiego społeczeństwa. Co się stało? W 1983 roku rząd zmienił zalecenia żywieniowe. Po tym czasie, jeśli spojrzeć na statystyki, widać, że wskaźniki otyłości wystrzeliły w górę.”

„Starsze zalecenie żywieniowe były proste: pokarmy mączne i zbożowe uważane były za tuczące. A słodycze najbardziej. ”

„Nasze mamy i babcie kazały nam jadać wątróbkę, jaja, sardynki i kłaść masło na warzywa. A nowe rekomendacje nakazywały przyrządzanie posiłków w oparciu o pokarmy skrobiowe, czyli żywność, która wcześniej uznawana była za tuczącą (ryż, makarony, ziemniaki, chleb). To był zwrot o 180%”

[Jedzenie chleba, ziemniaków i makaronów – przyp. tłum.] sprawia, że organizm wydziela insulinę, która reguluje poziom glukozy we krwi. Jedną z funkcji insuliny jest magazynowanie tkanki tłuszczowej, zatem zawsze, kiedy jesz węglowodany, włączasz mechanizm magazynowania tkanki tłuszczowej. Powinniśmy wrócić do modelu odżywiania, który jest zgodny z naturą, i jeść prawdziwą, nieprzetworzoną żywność, głównie mięso, ryby, jaja i warzywa.

Gdyby tylko to[odchudzanie poprzez ograniczanie kalorii w diecie –przyp. tłum.] było takie proste. Ludzie myślą, że jeśli ograniczą dzienne spożycie kalorii o 500 to schudną ok. 0,5 kg tygodniowo. Na początku może tak, ale potem organizm uzna, że znajduje się w stanie głodu i zwolni swoje funkcjonowanie, aby oszczędzać energię. Dlatego kiedy jesz mniej kalorii, zużywasz mniej kalorii. Utrata wagi to proces związany z mechanizmem gromadzenia się tkanki tłuszczowej i jej utylizacji. Musisz wprowadzić swój organizm w tryb spalania tłuszczu, a żeby to osiągnąć musisz ograniczyć spożycie węglowodanów, a nie kalorii.

Zmuszanie się do ćwiczeń fizycznych jest przeciwskuteczne, bo robisz się po nich bardziej głodny, a twój organizm będzie się domagał węglowodanów, żeby zrekompensować utratę energii. Jeśli chcesz kontrolować swoją wagę, łatwiej jest uważać na to, co jesz. Nie na to, ile jesz, ale na to, co jesz. Wtedy nie ma znaczenia, czy ćwiczysz czy nie.

W artykule pt. „A reversal on carbs” z grudnia 2010 czytamy m.in:

„Tłuszcz nie stanowi problemu”, mówi dr Walter Willet, szef Wydziału Żywienia w Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda. „Gdyby Amerykanom udało się wyeliminować z diety słodzone napoje, ziemniaki, makarony, biały ryż i słodkie przekąski, pokonalibyśmy niemal wszystkie problemy związane z nadwagą, cukrzycą i innym chorobami metabolicznymi” .

To niejasny komunikat. Przez długie lata powtarzano nam, że jedząc tłuszcz utyjemy i zapadniemy na choroby przewlekłe.„Tłuszcz w diecie był kiedyś wrogiem publicznym nr 1” mówi dr Edward Saltzman, profesor medycyny i dietetyki na Tufts University. „Teraz mamy coraz więcej przekonujących dowodów na to, że szkodliwe są węglowodany, szczególnie te, które zawierają przetworzoną mąkę i cukier”.

Spożycie węglowodanów wzrosło na przestrzeni lat za sprawą rządowej polityki żywieniowej, która od 30 lat zaleca ograniczanie spożycia tłuszczów. W tym czasie powiększyła się liczba zachorowań na cukrzycę typu 2 oraz choroby serca „Ogólnokrajowa kampania antytłuszczowa obróciła się przeciwko nam”, mówi dr Frank Hu, profesor nauk żywieniowych i epidemiologii w Szkole Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda.”Nadmierny nacisk kładziony na potrzebę ograniczania tłuszczów w diecie spowodował, że spożycie węglowodanów i cukru poszybowało w górę. Ta zmiana związana jest z najpoważniejszymi kłopotami zdrowotnymi Amerykanów.”

Wszystkie spożywane węglowodany zamieniane są na cukier w krwi, a im bardziej są przetworzone, tym szybsza przemiana . … Żeby regulować stężenie cukru we krwi, trzustka wydziela insulinę, która transportuje cukier do komórek, gdzie magazynowany jest jako paliwo w formie glikogenu.

„Jeśli masz zdrowy metabolizm, ten system działa znakomicie” mówi dr Stephen Phinney, biochemik i emerytowany profesor UC Davis, który przez 20 lat badał oddziaływanie węglowodanów na organizm człowieka. „Z czasem organizm ulega przeładowaniu węglowodanami, bo ewolucja nie przygotowała nas na tak duże ich spożycie… Zmienia się sposób, w jaki organizm reaguje na insulinę”.

Kiedy komórki stają się oporne się na działanie insuliny, trzustka musi zwiększyć jej produkcję. … Kiedy ludzie nabywają oporności na insulinę, węglowodany stają się dla organizmu coraz większym wyzwaniem. W końcu trzustka nie nadąża z produkcją insuliny, która ma regulować poziomu glukozy i dochodzi wtedy do wystąpienia cukrzycy.

Pierwszym znakiem wystąpienia oporności na insulinę jest schorzenie określane jako syndrom metaboliczny – sygnał, że cukrzyca i być może choroba serca jest coraz bliżej. [Według artykułu, syndrom metaboliczny obejmuje jednoczesne wystąpienie co najmniej trzech z następujących objawów: wysoki poziom trójglicerydów we krwi, niski poziom cholesterolu HLD, wysokie ciśnienie krwi, otyłość brzuszna, wysoki poziom cukru na czczo – przyp. tłum.]

Około 25% dorosłych Amerykanów cierpi na syndrom metaboliczny. „Kiedy zastosujemy u tych ludzi żywienie niskowęglowodanowe, nie tylko stracą oni na wadze (co zawsze poprawia ich zdrowie), ale także wyniki badań krwi ulegną u nich poprawie,” mówi dr Phinney.

Nauka z tego badania [w którym u osób na diecie niskowęglowodanowej zaobserwowano największą poprawę wyników krwi –przyp. tłum. ], podobnie jak z innych badań, jest taka, że tłuszcz w diecie nie jest bezpośrednio związany z poziomem tłuszczów we krwi. Kluczowym czynnikiem jest ilość spożywanych węglowodanów.

„Dobra wiadomość jest taka”, dodaje dr Willet, „że w oparciu o naszą wiedzę, niemal każdy człowiek może uniknąć zachorowania na cukrzycę typu 2. Ważną rolę w prewencji odgrywa unikanie niezdrowych węglowodanów.” Naukowiec dodaje, że „u osób, u których zdiagnozowano cukrzycę, dieta niskowęglowodanowa może znacząco zmniejszyć obciążenie trzustki, zanim ulegnie ona nieodwracalnemu uszkodzeniu, oraz może zmniejszyć, a nawet wyeliminować konieczność przyjmowania insuliny lub innych leków na cukrzycę.”

„Kiedy ograniczysz spożywane węglowodany, twój organizmy najpierw zużyje jako paliwo dostępny glikogen. Kiedy te zapasy się wyczerpią, zaczniesz spalać tłuszcz a trzustka będzie mogła sobie odpocząć. Poziom cukru we krwi ustabilizuje się, spadnie poziom insuliny, a tłuszcz ulegnie spaleniu. To dlatego takie odżywianie jest skuteczne w leczeniu cukrzycy i odchudzaniu,” wyjaśnia Phinney.

Kiedy organizm przestawia się na spalanie tłuszczu zamiast glikogenu, wchodzi w stan zwanym ketozą. Stan ten może wystąpić przy spożyciu mniej niż 50 gramów węglowodanów dziennie. (Ketozy nie należy mylić z ketoacydozą, która występuję u cukrzyków).

Poza spalaniem tłuszczu w stanie ketozy, ludzie na dietach niskowęglowodanowych tracą na wadze, ponieważ tłuszcz i białko w pożywieniu zwiększa uczucie sytości oraz ogranicza apetyt. Z drugiej strony, jedzenie prostych węglowodanów powoduje wyrzut insuliny, co skutkuje spadkiem poziomu glukozy a to na nowo wzmaga apetyt.

W czasie kiedy dietetycy próbują wypracować idealną dietę na przyszłość, inni zwracają się ku historii i ewolucji w poszukiwaniu odpowiedzi. Żeby spojrzeć na problem odżywania w tym kontekście, można sobie wyobrazić 24 godzinną tarczę zegara. Każda godzina symbolizuje wtedy 100 tys. lat obecności człowieka na Ziemi. Na takim zegarze, początek rolnictwa, które przyniosło spożycie przetworzonych zbóż, przypada na godzinę 23:54. Do tego czasu ludzie żyli jak myśliwi i zbieracze, żywiąc się zwierzyną i dostępną roślinnością. Dopiero rozwój rolnictwa umożliwił masową produkcję takich zbóż jak pszenica i kukurydza, a powstałe przetwórnie umożliwiły zamianę produktów pełnoziarnistych w wysoko przetworzoną mąkę i cukier.

W artykule pt. “Can cutting carbohydrates from your diet make you live longer?” czytamy:

Prof. Cynthia Kenyon, która zdaniem wielu ekspertów powinna otrzymać nagrodę Nobla za badania nad mechanizmami starzenia się, odkryła, że węglowodany, które jemy w bananach, ziemniakach, chlebie, makaronach, słodyczach i wypiekach, bezpośrednio oddziałują na dwa kluczowe geny, które regulują prędkość starzenia się i długość życia.

Odkrycie genu „Ponurego Żniwiarza” sprawiło, że prof. Kenyon natychmiast zmieniła swoją dietę, ograniczając spożycie węglowodanów. Węglowodany powodują, że organizm wytwarza więcej insuliny w celu uregulowania poziomu cukru we krwi; a im więcej insuliny, tym bardziej aktywny „Ponury Żniwiarz”

Prof. Jeff Holly, specjalizujący się w badaniach insulinopodobnych czynników wzrostu, potwierdza, że [ten gen – przyp. tłum.]związany jest z występowaniem raka prostaty, piersi i jelita grubego.

Podwyższony poziom insuliny, spowodowany spożyciem węglowodanów, może stanowić wspólne podłoże dla występowania wielu ze współczesnych chorób śmiertelnych.

Jesteśmy jeszcze na wczesnym etapie badań, ale wiemy już, że podniesiony poziom insuliny zwiększa wytwarzanie przez wątrobę cholesterolu oraz zwęża naczynia krwionośne, co podnosi ciśnienie krwi. Dodatkowo insulina stymuluje uwalnianie trójglicerydów, łączonych z wystąpieniem chorób serca.

[Zdaniem prof. Kenyon – przyp. tłum.], „Węglowodany, szczególnie te przetworzone, na przykład cukier, powodują, że organizm wytwarza dużo dodatkowej insuliny. Od czasu kiedy dokonałam swojego odkrycia, zaczęłam jeść bardzo mało węglowodanów. Wyeliminowałam z diety skrobię tj. ziemniaki, kluski, ryż, chleb i makarony. Zamiast tego jem surówki ale bez słodkich sosów, dużo oliwy z oliwek i orzechów, mnóstwo zielonych warzyw, sery drób i jaja.”

Jak widać w środowisku naukowo-medycznym nie brakuje wyników badań i opinii kwestionujących oficjalną „linię”, zgodnie z którą węglowodany stanowią „najzdrowsze źródło” energii a tłuszcze zwierzęce to groźna trucizna. Jednak, jak można zauważyć, te głosy odrębne nie mają żadnego znaczenia dla biurokracji państwowo-medycznej, która kształtuje codzienną „politykę żywieniową”. Ze strony ośrodków decydujących o treści publicznych zaleceń żywieniowych brak jest gotowości do najmniejszej nawet rewizji swojego stanowiska. Tę niechęć ilustruje odpowiedź Food Standard Agency (FSA) na ustalenia metaanalizy pod kierownictwem Ronalda Kraussa, która wykazała brak dowodów naukowych na to, że tłuszcz nasycony w diecie wywołuje choroby serca. Urzędnicy-lekarze FSA, którzy od wielu lat toczą w Wielkiej Brytanii wojnę z tłuszczem nasyconym w diecie, ustami swojego rzecznika oświadczyli, że wyniki badań Kraussa nie mają znaczenia dla zasadności działań organizacji.

Agencja uważa, że istnieją dowody na bezpośredni związek między spożyciem tłuszczów nasyconych a podwyższonym poziomem cholesterolu, który podnosi ryzyko wystąpienia choroby wieńcowej. Takie stanowisko pozostaje w zgodzie z polityką Światowej Organizacji zdrowia i innych ważnych instytucji odpowiedzialnych za zagadnienia zdrowia publicznego.

Mamy zatem dzisiaj sytuację, w której ze środowiska naukowego docierają do nas wykluczające się nawzajem wyniki badań, opinie, zalecenia. Taki stan i tak stanowi dużą poprawę w porównaniu do sytuacji z lat 80-tych i 90-tych, kiedy w kręgach medyczno-żywieniowych panował konsensus i żelazna dyscyplina, a każdy, kto wygłaszał zdanie odmienne od większości, kończył z etykietką „wariata”. Zdaje się, że część elity naukowej uznała już porażkę lansowanego od ponad 30 lat niskotłuszczowego paradygmatu i szuka możliwości wyjścia z kłopotliwej sytuacji. Dlatego skłonni są do zaakceptowania poglądów, które do tej pory uznawane były za hetyckie, i pogodzić upadający paradygmat tłuszczowo-węglowodanowy z elementami rewizjonizmu. Na przykład węglowodany bogate w błonnik o niskim indeksie glikemicznym pozostają „zdrowe”, ale tłuszcze nasycone w diecie przestają być szkodliwe. Można tę grupę określić mianem „reformatorów”. Należą do niej tacy badacze jak Willet, Hu, Krauss, Ludwig, Stampfer, Weil, Kenyon i inni. Co ciekawe, dużą rolę w tym obozie odgrywają naukowcy związani Uniwersytetem Harvarda, a więc tą instytucją, której naukowcy w latach 60-tych i 70-tych najmocniej lobbowali u polityków USA za poparciem dla nowych w owym czasie teorii o szkodliwości tłuszczów zwierzęcych. To oni w znacznej mierze służyli jako eksperci komisji senatora McGoverna, dostarczając politykom uzasadnienia dla sformułowania w 1977 roku pierwszych w historii niskotłuszczowych Celów Żywieniowych dla Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj znacząca grupa naukowców związanych z Uniwersytetem Harvarda ponownie dąży do zmiany. Tym razem w odwrotnym kierunku.

Przeciw „reformatorom” występują dziś głównie „twardogłowi” przedstawiciele aparatu medyczno-biurokratycznego, a więc ludzie, którzy łączą funkcje naukowców i biurokratów. Noszą oni tytuły naukowe, często mają wykształcenie medyczne, ale zajmują się głównie problemami polityczno-biurokratycznymi. Większość czasu poświęcają na pracę w publicznych (państwowych) instytucjach, organizacjach i ciałach doradczych kształtujących tzw. publiczną politykę zdrowotną oraz dzielących granty na badania.

Widać, że grupa ta sprzeciwia się nawet najmniejszej rewizji obowiązujących zaleceń medyczno-żywieniowych . To nie powinno dziwić z uwagi na fakt, że osoby te są bezpośrednio odpowiedzialne za katastrofalne skutki zaleceń żywieniowych sformułowanych w oparciu o hipotezę tłuszczowo-cholesterolową. W obliczu klęski obóz ten, zamiast dokonać refleksji nad zasadnością obowiązującego paradygmatu, lobbuje na rzecz jeszcze większej jego radykalizacji, czyli za „kontrreformacją”. Grupa ta stale apeluje o jeszcze większe ograniczenie tłuszczów w diecie i jeszcze większą aktywność fizyczną w walce z otyłością, cukrzycą, chorobami serca i innymi „schorzeniami cywilizacyjnymi”. To za sprawą ich działań elementem nowej piramidy żywieniowej są obecnie … ćwiczenia fizyczne.

Radykalizacja stanowiska wydaje się być dla biurokracji medyczno-żywieniowej jedynym możliwym rozwiązaniem. Na przestrzeni wielu lat jej przedstawiciele związali swoją pozycję zawodową z teoriami, które dostają się obecnie coraz odważniej krytykowane, nie tylko przez zadeklarowanych rewizjonistów, ale również ich własnych kolegów z obozu „reformatorów”. Gdyby „twardogłowi” podjęli tę dyskusję, musieliby przyznać się do błędu, a to mogłoby mieć poważne konsekwencje dla ich dalszej kariery zawodowej i doprowadzić do przetasowań kadrowych w strukturze biurokracji medycznej. „Twardogłowi” zdają sobie sprawę, że jeśli ustąpią choćby w jednej kwestii (np. przyznają, że demonizowanie tłuszczów zwierzęcych nie było w pełni uzasadnione), mogą uruchomić lawinę postulatów rewizjonistycznych nie do zatrzymania, która z biegiem czasu zburzą cały paradygmat. A do tego dopuścić nie mogą.

Można zauważyć, że „reformatorzy” i „twardogłowi” prowadzą obecnie „wojnę na badania.” Każda frakcja podpiera się wynikami badań korzystnych dla swojego stanowiska, które mają zakwestionować poglądy przeciwników. Można zauważyć, że konflikt zaostrza się. „Twardogłowy” establishment, wykorzystując autorytet zdominowanych przez siebie instytucji np. WHO, próbuje zdezawuować argumenty „reformatorów” kwestionując ich wartość naukową. Dla przykładu brytyjska Food Standard Agency skrytykowała badania dr Kraussa, który wykazał brak dowodów na istnienie związku między tłuszczem nasyconym w diecie a chorobami serca, wydając następujące oświadczenie:

Wyniki metaanalizy badań kohortowych prospektywnych należy przyjmować z ostrożnością ponieważ ten typ badań jest podatny na wystąpienie błędów i nieprawidłowości. Chociaż ta metaanaliza nie stwierdziła związków między tłuszczem nasyconym w diecie a chorobą wieńcową, inne niedawno opublikowane metaanalizy ustaliły, że zastąpienie w diecie tłuszczów nasyconych tłuszczami nienasyconymi, szczególnie wielonienasyconymi, obniża ryzyko wystąpienia choroby serca.

FSA odrzuciła ustalenia Kraussa z uwagi na metodologię badań, którą zastosował, chociaż sama często podpiera swoje stanowisko tym samym rodzajem badań. Przykładem może być metaanaliza wykonana pod kierownictwem dr Dariusha Mozaffariana, która wykazała, że ograniczenie spożycia tłuszczów nasyconych i zastąpienie ich tłuszczami wielonienasyconymi (np. z olejów roślinnych) może obniżyć ryzyko wystąpienia choroby wieńcowej. Urzędnikom z FSA nie przeszkadza nawet to, że publikacja Mozaffariana została poddana powszechnej krytyce z uwagi na niedoróbki metodologiczne, których dopuścili się badacze. W artykule pt. „Nowa metaanaliza pokazuje elementy pseudonauki w tzw. naukach o żywieniu” pisaliśmy o tej metaanalizie w kontekście zjawiska pseudonauki występującym nagminnie w naukach żywieniowych.

W odpowiedzi na krytykę ze strony „twardogłowej” biurokracji medycznej, „reformatorzy” zarzucają jej to, że znajduje się w sytuacji konfliktu interesów i dlatego nie chce uznać wyników badań niewygodnych dla swoich sponsorów. Meir Stampfer z Uniwersytety Harvarda zaprezentował tę kwestię w sposób następujący:

Kolejnym problemem, przed jakim stoją instytucje regulujące [normy żywieniowe], jest to, że przemysł napojów słodzonych prowadzi bardzo mocny lobbing i próbuje poddać w wątpliwość wyniki tych badań.

W podobnym duchu wypowiada się wspomniana już wyżej Zoe Harcombe :

Organizacje, od których oczekujemy zaleceń żywieniowych, dofinansowywane są przez przemysł spożywczy. The British Dietetic Association (BDA) [Brytyjskie Stowarzyszenie Żywieniowe – przyp. tłum.],które ma monopol na doradzanie NHS [Narodowemu Instytutowi Zdrowia – przyp. tłum.], jest sponsorowane przez firmę Danone, producenta jogurtów, oraz firmę Abbott Nutrition, producenta pokarmu dla niemowląt i batonów energetycznych. The Brtitish Nutrition Foundation [Brytyjska Fundacja Żywieniowa – przyp. tłum.], utworzona w 1967 roku w celu dostarczania „naukowo zweryfikowanych informacji na temat żywienia i stylu życia”, ma wśród swoich członków takie firmy jak British Sugar plc, Cadbury, Coca-Cola, J Sainsbury PLC and Kraft Foods.

Analizując okoliczności rosnących podziałów w establishmencie medyczn-żywieniowym, nie wolno pominąć faktu, że uwidoczniają się one coraz wyraźniej w obliczy nasilającego się kryzysu gospodarczego na świecie. W jego rezultacie maleją możliwości finansowe państw oraz organizacji międzynarodowych, które zapewniają finansowanie wielu ośrodkom i środowiskom naukowym. Rośnie potrzeba dokonywania wyboru, odnośnie tego, komu dać a komu nie. Wcześniej środków wystarczało, żeby utrzymywać cały rozdęty aparat biurokracji medyczno-naukowe, co pozwalało skutecznie podtrzymywać w środowisku medycznym monopol wielu teorii w tym hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej. Ewentualne spory rozstrzygane były „po cichu” bez angażowania mediów i bez odwoływania się do argumentów „naukowych.” Dzisiaj natomiast konieczność zabiegania o przychylność sponsorów wzmaga konkurencję pomiędzy różnymi grupami i instytucjami, które muszą coraz „głośniej krzyczeć”, żeby nie zostać pominiętym przy podziale środków. Sprzyja to odrodzeniu zniesławionych teorii naukowych, które przy okazji tej próby sił i „wojny na górze” mogą powrócić do łask z korzyścią wielu zdezorientowanych ludzi.

Opracował Mateusz Rolik

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułKetoza może pomóc chorym na Alzheimera
Następny artykuł“Jak szybko i łatwo zostać cukrzykiem”
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

4 KOMENTARZE

  1. Cała zabawa polega moim zdaniem na tym, że nakształciło się całe stada naukowców „technicznych” czyli takich techników, licencjatów ale z tytułaaaami, a bez polotu, pasji i fatnatazji – trzeba więc im dać pracę , niech tam sobie grzebią w tym DNA , niby że w poszukiwaniu leku na raka, czy tam diety cud. Wystarczy (przynajmniej mi wystarczyło, a jestem ekonomistą nie biochemikiem czy lekarzem) na pół roku poromansować z wujkiem Googlem , zdać mu kilka …set pytań o flavonoidy żeby wiedzieć, że ten pseudonaukowy bełkot : „jesteśmy blisko wynalezienia tego i tamtego” to bzdura. Pseudo naukowcy są …ale w czarnej dupie. Substancją czynną w leczeniu nowotworów, i innych chorób cywilizacyjnych są flavonoidy. Systemy immunologiczne roślin, inaczej. Bronią życia rośliny przed wszystkimi zagrożeniami środowiska – dlaczego nie mają chronić nas?
    Celowo nie używam przedrostka bio – bo moim zdaniem jest on wyróżnikiem tylko dla tych, którzy nie są w stanie zrozumieć, że innych niż bio- , flavonoidów nie ma i nie będzie. Tym samym nie będzie leku na raka, a dokładniej, nie będzie tabletki na raka, bo lek jest. Przynajmniej dopóki nie zbudujemy komputera kwantowego i on tego nie policzy , tak skomplikowane chemicznie są to związki, żywe, czynne więc podlegającej nieustannej reakcji. A jeszcze reakcje osobnicze naszych organizmów się na to nakładają ;). Także miłej zabawy …tylko nie naszym kosztem! No uszy więdną od tych reklam cudów dostępnych w aptece ;(. No kogo ma to ściemniać, nie żal wam tych Staruszek ?! Dzieci skołowanych Rodziców? Szczepić/ nie szczepić? Myśleć!
    Podobnie z tymi ich „prawie” naukowo udowodnionymi i super skutecznymi dietami. Totalna bzdura, coś mam jeść czegoś nie jeść …a kto dokładnie wie co je? Chodzi mi o kombinacje GMO , czy ponad 50 letnie uzależnienie naszych roślin od chemii nieorganicznej. Czy na pewno rozmawiamy o tej samej marchewce, którą Mamy ucierały nam na szklanych! tarkach za tzw. komuny?
    I nie pytaj sprzedawcy truskawek, jak daleko od autostrady rosły i czy na pewno są ekologiczne – on chce je sprzedać! Chce sprzedać więc załatwi sobie u grafika każdy stempel i certyfikat, a Tobie wmówi, że te truskawki mają czynny kwas ellagowy bo rosły w leeeeeeeeesie. Pojedź za tym sprzedawcą …to zobaczysz gdzie rosły. Możesz się nawet minąć z kontrolą funduszy unijnych od ekofunduszy. Jeśli przemknie 150 km/h w modnym , czarnym quatroo to możesz być prawie pewien, że to oni. A jeśli jesteś akurat rolnikiem (jak ja) to masz jak w banku, że jeep jest za forsę należną Tobie. Także nie podpisuj z nimi nic, bo jeśli już jeżdżą za Twoje, to niech chociaż sobie z Ciebie jaj tymi certyfikatami i kontrolami nie robią.
    Co więc jeść …wszystko na co macie ochotę! Jeden warunek … na bieżąco to co zjecie, a organizm nie przyswoi (czyli gdzieś będzie chomikował jako problem do rozwiązania ale …później;) – wywalać poprzez głodówki, picie porządnej! wody, plus oczywiście niezbędna w XXI wieku suplementacja …tylko błagam …nie tabletkami, co?
    A jeśli to jakaś mieszanka ziołowa to zapytajcie o nią znajomego lekarza lub farmaceutę bo raz że mieszanka może się dla Ciebie akurat okazać wybuchowa, dwa : aby jakiś soczek wskoczył i utrzymał się na europejskim rynku musi mieć syntetyczny (a więc obcy dla organizmu) konserwant. Oczywiście akwizytor będzie to pytanie omijał, albo wręcz jak ten wyżej wspomniany plantator truskawek – powie że ” w żżżżżżżżżżżyciu”. Sprawdzaj wszystko, zwłaszcza to co tu napisałam ;).
    ps. Błędy ort i gram. możesz mi odpuścić

    Pozdrawiam serdecznie
    Katarzyna Krzyżanowska

  2. Hmm jak to ktoś kiedyś powiedział cudze chwalicie swego nie znacie 🙂

    A DR. Kwaśniewski to niby co stara się wtłuc do niestety tępych głów Polaków od ponad 40 lat ! Tłuste Życie jest OK

    Ale jak ktoś w TV powie, że ostatnio amerykańscy naukowcy odkryli …….bla bla bla to każdy tylko przytakuje .

ZOSTAW ODPOWIEDŹ