Błonnik czyli pies, który nie zaszczekał.

42

Koncepcja „zdrowotnych właściwości” błonnika w diecie stanowi jeden z filarów panującej obecnie w środowisku medyczno-żywieniowym hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej. W zgodzie z tą teorią większość specjalistów od żywienia od ponad 30 lat zaleca wszystkim ludziom ograniczanie w diecie pokarmów (szczególnie tłuszczów) zwierzęcych na rzecz pokarmów roślinnych bogatych w błonnik, co ma sprzyjać lepszemu zdrowiu i chronić, między innymi, przed nowotworami i chorobami serca. Oglądając popularne media i słuchając ekspertów od zdrowego odżywiania, można odnieść wrażenie, że teoria o dobroczynnej roli błonnika to naukowo potwierdzony fakt, podczas gdy różne badania wykonywane od lat 90-tych wykazały, że większość jej założeń jest nieprawdziwa. Dopiero znajomość jej historii pozwala lepiej zrozumieć okoliczności, w których przekonanie o korzystnych właściwościach błonnika upowszechniło się i podtrzymywane jest wbrew niejednoznacznym dowodom naukowym. Analizując genezę „teorii błonnika” dostrzeżemy, że jest ona w dużym stopniu rezultatem dedukcji, jakiej nie powstydziłby się sam Sherlock Holmes.

W latach 50-tych XX w. rozpoczęła się w środowisku naukowo-medycznym debata na temat żywieniowych przyczyn rosnącej zapadalności na choroby serca. Jedna grupa badaczy, na czele z Ancelem Keysem, odpowiedzialnością za wywoływanie choroby wieńcowej obarczała spożycie tłuszczów, w szczególności zwierzęcych, a druga grupa, w tym John Yudkin, obwiniała o to rosnące spożycie cukru i przetworzonych węglowodanów. W latach 70-tych jak najszybsze rozstrzygnięcie sporu stało się konieczne z uwagi na publikację w 1972 roku książki Yudkina pt. Sweet and Dangerous, która kwestionowała fundamenty hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej forsowanej przez rosnącą w siłę grupę jej zwolenników skupionych wokół Keysa. Sprawą zainteresowali się amerykańscy politycy zajmujący się kwestiami zdrowia publicznego, co nadało debacie naukowej wymiar ideologiczno-polityczny. Dodatkowo „rewolucja kulturalna” lat 60-tych i 70-tych stworzyła w USA klimat sprzyjający tym teoriom, które wpisywały się w wizję świata opartą na ideologii wegetariańskiej. Więcej o historii zmagań dwóch paradygmatów żywieniowych, niskowęglowodanowego i niskotłuszczowego, można przeczytać w omówieniu książki Gary Taubesapt. Good Calories Bad Calories, zatytułowanym „Dlaczego apetyt rośnie w miarę jedzenia”.

Spór został ostatecznie rozstrzygnięty na korzyść zwolenników teorii o szkodliwości tłuszczów. Stało się tak na mocy decyzji komisji amerykańskiego Senatu, która w 1977 roku przyjęła dokument zatytułowany „Cele żywieniowe dla Stanów Zjednoczonych”. Od tej pory wszystkie potencjalne przyczyny chorób przewlekłych musiały zgadzać się z hipotezą, że głównym winowajcą jest tłuszcz w diecie, a nie węglowodany. Z tego względu rozpoczęto poszukiwanie dodatkowych wyjaśnień i odpowiedzi na pytanie, dlaczego rośnie zapadalność na choroby przewlekłe na Zachodzie, podczas gdy populacje „prymitywne” pozostają od nich wolne. Na ratunek naukowcom przyszedł błonnik, czyli niestrawne węglowodany w warzywach i owocach oraz produktach skrobiowych, zbożowych i strączkowych. Od teraz to niedobór błonnika, a nie nadmiar cukru i przetworzonych węglowodanów, miał odgrywać kluczową rolę w etiologii wielu schorzeń cywilizacyjnych.

Teorię o prozdrowotnej roli błonnika wywiedziono z poglądów jednego brytyjskiego badacza, Denisa Burkitta , który przez wiele lat pracował jako chirurg w szpitalach misyjnych w Afryce. Na podstawie obserwacji wybranych plemion afrykańskich, które jedzą dużo błonnika i rzadko chorują na nowotwór jelita grubego, Burkitt sformułował pogląd, że niestrawny błonnik jest warunkiem utrzymania dobrego zdrowia. Swoją hipotezę przedstawił w książce Don’t Forget Fibre in your Diet (1979), która szybko stała się światowym bestsellerem. W przeciwieństwie do poglądów Johna Yudkina, teoria Burkitta okazała się zgodna nie tylko z poglądami Ancela Keysa, ale także z duchem czasów promującym odżywianie oparte o warzywa, rośliny strączkowe i zboża.

Swoją koncepcję Burkitt oparł na teorii innego brytyjskiego lekarza Thomasa Latimera „Petera” Cleave’a, który przez wiele lat służył jako chirurg w brytyjskiej marynarce wojennej. W 1966 roku Cleave, we współpracy z diabetologiem Georgem Campbellem, wydał książkę pt. Diabetes, Coronary Thrombosis and the Saccharine Disease. Obaj badacze dowodzili w niej, że niemal wszystkie chorobyprzewlekłe spotykane w świecie zachodnim, w tym choroby serca, otyłość, cukrzyca stanowią objaw jednego zaburzenia, które nazwali „chorobą przetworzonych węglowodanów” (ang. „refined-carbohydrate disease”). Jako że cukier odgrywał w teorii Cleave’a zasadniczą rolę, nazwał on tę chorobę „saccharine disease”.

Teoria Burkitta odnośnie roli błonnika była kopią hipotezy Cleave’a, z tą różnicą, że Burkitt odwracał kierunek procesu przyczynowo-skutkowego. O ile u Cleave’a choroby przewlekłe spowodowane były dodaniem do diety cukru i węglowodanów przetworzonych, o tyle u Burkitta schorzenia te występowały wskutek eliminacji z diety błonnika, którego niedobór jest z kolei spowodowany spożyciem węglowodanów przetworzonych (czyli pozbawionych błonnika) w miejsce pokarmów bogatych w błonnik. Chociaż teoria o prozdrowotnej roli błonnika i teoria o szkodliwej roli węglowodanów przetworzonych były dla siebie niczym lustrzane odbicia, ta pierwsza została szybko podchwycona przez środowisko naukowo-medyczne, podczas gdy ta druga, łącząca przetworzone węglowodany z „chorobami cywilizacyjnymi”, została wypchnięta poza główny nurt debaty żywieniowej. Stało się to bez dalszych badań i wbrew temu, że obie teorie pozwalały z równym powodzeniem wyjaśnić przyczyny występowania chorób przewlekłych w populacjach zachodnich.

Denis Burkitt rozpoczął swoją pracę jako lekarz w Ugandzie w 1947 roku. We wczesnych latach 60-tych „Washington Post” okrzyknął go „jednym z najlepszych detektywów medycznych na świecie” w uznaniu jego badań nad nowotworem u afrykańskich dzieci (znanym dziś jako „chłoniak Burkitta”). Warto wiedzieć, że był to pierwszy rodzaj nowotworu, którego miał wywoływać wirus. W połowie lat 60-tych Burkitt wrócił z Afryki do Anglii. Poznał wtedy osobiście Petera Cleave’a i zapoznał się z jego książką pt. Diabetes, Coronary Thrombosis and the Saccharine Disease, o której wyrażał się z dużym uznaniem. Początkowo Burkitt podzielał poglądy Cleave’a, które sam testował rozsyłająckwestionariusze odnośnie występowania chorób przewlekłych do 150 szpitali, jakie sam otworzył w całej Afryce, a także do innych szpitali misyjnych rozsianych po całym świecie. Rezultaty badań Burkitta potwierdzały główne tezy Cleave’a na temat wpływu przetworzonych węglowodanów na zdrowie człowieka. O ile Cleave dysponował dowodami anegdotycznymi, o tyle Burkitt zgromadził już „dowody anegdotyczne pomnożone przez tysiąc” i wszystkie one były jednoznaczne. Co więcej, Burkitt cieszył się w środowisku naukowo-medycznym reputacją, której nie posiadał ani Cleave ani Campbell. Sam Burkitt mawiał: „Tylko dlatego, że mamy dziś chłoniaka Burkitta, zawsze, kiedy sugeruję, aby zainteresować się jakimś zagadniem, wszyscy mnie słuchają, chociaż wcześniej nie słuchali lepszych ode mnie”.

We wczesnych latach 70-tych Burkitt opublikował serię artykułów poświęconych hipotezie Cleave’a. W 1971 roku napisał w piśmie „Journal of the National Cancer Institute”: „ Moje badania epidemiologiczne prowadzone w Afryce i innych częściach świata potwierdzają główne założenia hipotezy Cleave’a. Spożycie wysoko przetworzonych węglowodanów może być naturalnie tylko jednym z czynników etiologicznych, ale w niektórych przypadkach odgrywa zasadniczą rolę”. W tym samym czasie Burkitt zaczął rewizję hipotezy Cleave’a. Wyszedł z założenia, że te same składniki w diecie, które wywołują łagodniejsze schorzenia np. zapalenie wyrostka robaczkowego, muszą powodować też złośliwe nowotwory, a szczególnie raka jelita grubego. W swoich badaniach Burkitt dotarł do twórczości Thomasa Allisona, który już w latach 80-tych XIX wieku dowodził, że biała mąka powoduje zaparcia, hemoroidy i inne schorzenia nowoczesnych społeczeństw. Burkitt zapoznał się też z artykułem z 1921 roku autorstwa Artura Rendla, chirurga z Uniwersytetu w Bristolu, który łączył gwałtowny wzrost zachorowań na zapalenie wyrostka robaczkowego ze spożyciem białej mąki i niedoborem błonnika w diecie. Burkitt miał nadzieję, że uda mu się wykazać bezpośredni związek przyczynowo-skutkowy między niewystarczającą ilością błonnika w diecie a występowaniem takich schorzeń jak zaparcie, hemoroidy, zapalenie wyrostka robaczkowego, zapalenie uchyłków, polipy i nowotwór jelita grubego.

Przedmiotem szczególnego zainteresowania Burkitta stały się zaparcia. Wysunął on hipotezę, że eliminacja z diety błonnika pochodzącego ze zbóż spowalnia czas przemieszczania się stolca przez jelito grube (ang. „transit time”), wydłużając czas, w którym substancje rakotwórcze w stolcu mogą oddziaływać na otaczające je komórki. Przy formułowaniu swojej hipotezy Burkitt podparł się badaniami prowadzonymi przez Aleca Walkera, który od późnych lat 40-tych poszukiwał przyczyn wybuchu epidemii chorób przewlekłych w miejskich populacjach plemion Bantu w RPA. Podobnie jak Burkitt, Walker koncentrował się na zaparciach, których występowanie tłumaczył dietą ubogą w błonnik. Niską zachorowalność na raka jelita grubego wśród plemion Bantu uzasadniał wysoką ruchliwością ich jelit, czyli cechą „w dużej mierze utraconą” w społeczeństwach Zachodu. Badania Walkera utwierdziły Burkitta w przekonaniu o tym, że powinien dalej koncentrować się na analizowaniu cech stolca oraz ruchu jelit w celu ustalenia związku między niedoborem błonnika, zaparciami oraz występowaniem chorób przewlekłych.

W 1972 roku Burkitt i Walker opublikowali w piśmie „Lancet” artykuł, w którym dowodzili słuszności swojej hipotezy o prozdrowotnej roli błonnika. Wykazywali oni, że spożycie na Zachodzie przetworzonych pokarmów ubogich w błonnik prowadzi do zaparć, które są z kolei przyczyną różnych schorzeń, w tym zapalenia wyrostka robaczkowego, zapalenia uchyłków oraz odmian złośliwych i niezłośliwych nowotworów jelita grubego. W ciągu dwóch lat Burkitt rozszerzył zastosowanie swojej hipotezy tłumacząc za jej pomocą występowanie niemal wszystkich chorób przewlekłych. W międzyczasie hipoteza Cleave’a o „chorobie przetworzonych węglowodanów” (ang. „refined-carbohydrate disease”) przekształciła się w hipotezę Burkitta o „chorobie niedoboru błonnika.” Jednak zastąpienie nadmiaru przetworzonych węglowodanów przez niedobór w roli przyczyny chorób przewlekłych nastąpiło nie tylko z czysto naukowych przyczyn.

Denis Burkitt był związany z Haroldem Himsworthem, pełniącym funkcję sekretarza (szefa) Rady Badań Medycznych (ang. Medical Research Council) w czasie, kiedy zatrudniono w niej Burkitta. Himsworth był szczególnie wylewny w swoich publicznych zachwytach nad zasługami i wkładem swojego protegowanego Burkitta w rozwój nauk medycznych. To właśnie Harold Himsworth usilnie przykonywał współczesnych sobie diabetologów o tym, że cukier i inne węglowodany nie wywołują cukrzycy. Praca takich badaczy jak Cleave i Campbell, którzy badali chorobotwórcze właściwości węglowodanów również w rozwoju cukrzycy, stanowiła zagrożenie dla popularności poglądów propagowanych przez Himswortha. Za pomocą teorii o roli błonnika Burkitt pogodził natomiast ogólną wymowę hipotezy Cleave’a z poglądami Himswortha, który bronił cukru i węglowodanów jako żywności nieszkodliwej dla zdrowia.

Do zastąpienia hipotezy Cleave’a o roli przetworzonych węglowodanów (ang. „refined carbohydrate hypothesis”) przez hipotezę Burkitta o błonniku przyczynił się ostatecznie Hugh Trowell. Był on kolegą Burkitta, który spędził 30 lat pracując jako lekarz w Kenii i Ugandzie. Jak sam pisał, był to czas, kiedy wielu brytyjskich lekarzy miało niepowtarzalną możliwość obserwowania na własne oczy, jak „3 miliony dzieci, kobiet i mężczyzn … wychodzi z ery przedindustrialnej i przechodzi gwałtowną rewolucję przejmując zachodni styl życia”. Po powrocie do Anglii w 1959 roku Trowell napisał książkę pt. Non-infective Disease in Africa, w której omawiał niemal całą dostępną w owym czasie literaturę medyczną na temat chorób dotykających tubylczą ludność Afryki. Podobnie jak Cleave, Trowell odnotował rzucający się w oczy brak na Czarnym Lądzie chorób typowych dla cywilizacji zachodniej.

Kiedy Trowell przybył do Kenii w 1929 roku, zauważył, że Kenijczycy byli bardzo szczupli i że nie było to spowodowane niedostatkiem żywności lub niewystarczającym spożyciem kalorii; lokalna ludność często dokarmiała przydomowe zwierzęta resztkami po posiłkach. Podczas drugiej wojny światowej Brytyjczycy wysłali do Afryki zespół dietetyków, mających znaleźć sposób na utuczenie chudych Afrykańczyków służących w armii brytyjskiej, którzy nie chcieli lub nie mogli przybrać na masie. Trowell wspominał, że żywieniowcy prześwietlali Afrykańczyków promieniami rentgena, żeby odkryć w ich jelitach przyczynę, dla której pozostają tacy szczupli. „Każdy wiedział jak utuczyć kurczaka, ale nikt nie miał pojęcia jak podnieść masę Afrykańczyka, żeby zwiększyć jego zdolność bojową”, wspominał Trowell. Jednak już w latach 50-tych otyli Afrykańczycy stanowili codzienny widok a w 1956 roku Trowell osobiście zdiagnozował chorobę wieńcową u jednego z rodowitych mieszkańców Afryki Wschodniej. Pacjent ów był człowiekiem przypominającym wyglądem znanego Williama Bantinga, niewysokiego otyłego Anglika żyjącego w XIX. Pracował jako sędzia i przed zachorowaniem przez 20 lat mieszkał w Anglii odżywiając się w typowo zachodni sposób. W roku 1970 Trowell powrócił do Afryki Wschodniej gdzie dostrzegł „niezwykłe zjawisko: miasta są pełne otyłych Afrykanów i w każdym mieście znajduje się duża klinika dla cukrzyków. Oba schorzenia narodziły się w tym samym czasie i upowszechniają się jednocześnie”.

Burkitt i Trowell przyjaźnili się od późnych lat 40-tych, kiedy Burkitt po raz pierwszy przyjechał do Ugandy. W 1970 roku zaczęli pracować wspólnie nad teorią Burkitta o roli błonnika w diecie oraz nad książką o „chorobach cywilizacyjnych”, które obaj nazywali „chorobami Zachodu”. Zrezygnowali z terminu „choroby cywilizacyjne” z uwagi na to, że „dla afrykańskich lub azjatyckich studentów medycyny byłoby nieprzyjemne, gdybyśmy uczyli ich, że rzadkość tych schorzeń w ich społecznościach jest wynikiem braku ucywilizowania”. Aby wyjaśnić, w jaki sposób otyłość może być spowodowana brakiem błonnika w diecie, Trowell spekulował, że zachodnia dieta jest zbyt bogata w źródła energii, bo jest zbyt uboga w niestrawny błonnik. Obliczył, że w diecie zachodniej 93% składników odżywczych może być wykorzystanych przez organizm człowieka jako źródło energii, podczas gdy w typowej diecie „prymitywnej”, zwierającej dużo warzyw, owoców i chleba razowego, energii dostarcza organizmowi 88-89% składników. Uznał, że ta mniejsza liczba jest naturalna i zgodna z ewolucyjnymi potrzebami człowieka oraz że zwiększenie źródeł energii o 4 %, poprzez zmniejszenie udziału błonnika w diecie, może z czasem wywoływać otyłość.

W kolejnych latach inni badacze rozwinęli koncepcje Trowella uzupełniając je o obserwację, że pokarmy bogate w błonnik są bardziej sycące. Potrzeba też więcej czasu, żeby je pogryźć i przetrawić, dzięki czemu miały rzekomo zmniejszać spożycie kalorii. W kwestii występowania chorób serca, Trowell przyjął logikę Ancela Keysa: jeśli badania epidemiologiczne pokazywały, że zmniejszone spożycie tłuszczów chroni przed chorobami serca, to zwiększone spożycie węglowodanów również musi przed nimi chronić pod warunkiem, że węglowodany te są bogate w błonnik. Te „częściowo pozbawione błonnika” miały „chronić tylko częściowo” a te pozbawione błonnika jak np. cukier lub biała mąka, zdaniem Trowella, nie oferowały żadnej ochrony.

Zdaniem Trowella hipoteza Cleave’a o roli węglowodanów zyskałaby więcej uznania, gdyby zaakceptował teorię Keysa i nie odrzucił koncepcji łączącej nasycone tłuszcze zwierzęce z chorobami serca. Sam Trowell tego samego „błędu” nie popełnił. Uznał, że diety bogate w tłuszcze, szczególnie w tłuszcze nasycone, podnoszą poziom cholesterolu we krwi i tym samym zwiększają ryzyko zachorowania na choroby układu krążenia. Dodał jedynie, że dane epidemiologiczne pokazywały również, iż niskie spożycie bogatych w błonnik pokarmów skrobiowych sprzyja występowaniu chorób serca. W ten sposób oba czynniki, tłuszcz zwierzęcy i niedobór błonnika, mogły zostać jednocześnie uznane za chorobotwórcze. Zupełnie zignorowano postulaty Cleave’a i Yudkina którzy wykazywali, że na podstawie tych samych danych można było obwinić za wywoływanie chorób serca cukier i przetworzone węglowodany.

Chociaż Burkitt i Trowell przedstawiali swoją hipotezę o roli błonnika jako „znaczącą modyfikację” poglądów Cleave’a, nigdy nie odnieśli się do przyczyn, dla których Cleave koncentrował się na przetworzonych węglowodanach. Nigdy też nie potrafili wyjaśnić braku chorób przewlekłych w populacjach, których tradycyjne diety opierają się na tłuszczach i białku i prawie w ogóle nie zawierają pokarmów roślinnych w tym błonnika, jak np. w diecie Masajów, plemion Samburu, rdzennych Amerykanów z terenu Wielkich Równin lub Innuitów. Dlaczego choroby przewlekłe pojawiły się w tych populacjach dopiero wraz z rosnącą dostępnością pokarmów zachodnich, mimo że populacje te nie jadły wcześniej błonnika? Trowell powoływał się czasem na Ancela Keysa, który stwierdzał, że sytuacja tych populacji jest bez znaczenia dla reszty świata. „Wyjątkowe grupy etniczne”, mawiał Keys, „dostosowały się przez wiele stuleci do swoich niezwykłych modeli żywieniowych , które u innych, niedostosowanych populacji mogłyby wywoływać choroby.” Pomimo tego, że obaj, Burkitt i Trowell, osobiście pracowali uprzednio wśród tych izolowanych kultur, z jakiegoś powodu nigdy nie zaciekawił ich fakt, że populacje te cieszą się dobrym zdrowiem przy braku błonnika w diecie.

W przeciwieństwie do hipotezy Cleave’a, media natychmiast podchwyciły teorię o dobroczynnej roli błonnika. Po tym jak w 1972 roku Trowell opublikował dwa artykuły w piśmie „The American Journal of Clinical Nutrition” na temat błonnika i chorób serca, znany publicysta Robert Rodale natychmiast poświęcił nowej teorii serię artykułów w ogólnokrajowych mediach ogłaszając błonnik w diecie jako remedium na choroby serca. Rodale był prezesem wydawnictwa Rodale Press oraz Rodale Institute, które promowały żywność organiczną wolną od pestycydów i chemikaliów. „Naturalny błonnik w nisko przetworzonej żywności może odgrywać ważną rolę w utrzymywaniu niskiego poziomu cholesterolu we krwi i zapobieganiu chorobom serca”, pisał Rodale.

W lecie 1974 roku Denis Burkitt i Alec Walker opublikowali w piśmie “The Journal of American Medical Association” (JAMA) artykuł omawiający związki przyczynowo-skutkowe miedzy brakiem błonnika w diecie, zaparciami i chorobami cywilizacyjnymi. „Washington Post” rozreklamował ów artykuł nazywając błonnik „balsamem naszych czasów”. W grudniu tego samego roku ukazujący się w masowym nakładzie magazyn „Reader’s Digest” opublikował materiał o teorii błonnika, a już rok później w tym samym piśmie można było przeczytać, że sprzedaż produktów bogatych w błonnik podwoiła się od ostatniej publikacji na ten temat. Producenci płatków owsianych, w tym Kellog i General Food, natychmiast rozpoczęli promocję otrębów i błonnika jako tych składników swoich produktów, które zapewniają zdrowe serce.

W 1975 roku Burkitt i Trowell opublikowali wspólnie książkę pt. Refined Carbohydrate Foods and Disease. Przez następne 10 lat Burkitt wykładał na temat zagrożeń dla zdrowia wynikających z braku błonnika w diecie. Krytykował współczesny model żywieniowy zarówno za „katastrofalny spadek udziału w nim skrobi” jak również za „wysoki udział tłuszczów”. „Spożywamy trzykrotnie więcej tłuszczu niż populacje, u których choroby cywilizacji zachodniej są rzadkością,” mawiał Burkitt. „Musimy ograniczyć spożycie tłuszczu!”, apelował. Z uwagi na brak błonnika w tłuszczu, Burkitt uważał, że jego spożycie to „ największa katastrofa żywieniowa [w Wielkiej Brytanii] w ostatnich 100 latach”.

Nie wszyscy naukowcy od razu zaakceptowali teorię błonnika. Dla władz odpowiedzialnych za zdrowie publiczne wrogiem nr 1, podejrzewanym o wywoływanie schorzeń przewlekłych, pozostał tłuszcz w diecie i cholesterol we krwi. Dodatkowo tłuszcz w diecie powiązano z występowaniem raka jelita grubego oraz raka piersi. Sam Burkitt wspominał, jak prowadził dysputy z amerykańskimi badaczami, obwiniającymi tłuszcze za wywoływanie nowotworu jelita grubego, podczas gdy on przypisywał tę chorobę niedoborom błonnika. W końcu osiągnięto kompromis: tłuszcz pozostał przyczyną nowotworów, ale za to błonnik nabrał właściwości ochronnych. Z czasem kompromis taki zaaprobował też John Mayer, wpływowy żywieniowiec z Uniwersytetu Harvarda, który początkowo pomniejszał znaczenie błonnika, ale w końcu i on dostrzegł jego zalety dla teorii szkodliwości tłuszczów. Według Mayera doskonaładieta powinna minimalizować ryzyko wystąpienia chorób serca oraz nowotworów i dlatego powinna być uboga w tłuszcze, szczególnie te nasycone, i bogata w błonnik. „Dobra dieta, z dużą ilością warzyw, owoców i rozsądną ilością nie całkiem przetworzonych płatków, dostarczy człowiekowi tyle błonnika, ile jest potrzebne,” głosił Mayer.

Jednak założenie, iż dieta bogata w błonnik może zapewnić długowieczność i dobre zdrowie, oparte było bardziej na wierze i intuicji aniżeli na dowodach naukowych. W ostatnim ćwierćwieczu teoria błonnika okazała się być kolejną ilustracją zjawiska, które już Francis Bacon (1561 – 1626) określił jako „naukę życzeniową” (ang. wishful science). Z czasem przybywało rezultatów badań sprzecznych z hipotezą o szkodliwości diety ubogiej w błonnik. Spełniła ona większość kryteriów błędnej hipotezy: im bardziej rygorystyczne i dokładne badania, tym więcej dowodów na jej nieprawdziwość. W latach 1994-2000 przeprowadzono kilka badań, w tym 6 badań randomizowanych i dwa badania obserwacyjne, jedno obejmujące 47 tys. mężczyzn i drugie obejmujące 89 tys. kobiet (Nurses Health Study), oba wykonane przez Szkołę Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda. Wszystkie one pokazały, że wysokie spożycie błonnika, w tym warzyw i owoców, nie ma związku z występowaniem nowotworu jelita grubego.

W roku 2006 opublikowano wyniki badań (Dietary Modification Trial of the Women’s Health Initiative), obejmujących 49 tys. kobiet, które wykazały brak wpływu błonnika w diecie (z pełnoziarnistych produktów zbożowych, owoców i warzyw) na występowanie nowotworu jelita grubego, chorób serca i raka piersi. Badania wykazały, że wysokie spożycie błonnika nie powoduje utraty wagi. Na początku XXI wieku opublikowano w piśmie „New England Journal of Medicine” wyniki dwóch dużych badań interwencyjnych – jedno obejmujące 14 tys. badanych w ramach Phoenix Colon Cancer Prevention Physicians’ Network oraz drugie wykonane przez National Cancer Institute (Narodowy Instytut Raka). Oba po raz kolejny potwierdziły, że spożycie błonnika nie ma wpływu na występowanie raka jelita grubego. Richard Doll, który entuzjastycznie popierał teorię błonnika w latach 70-tych, podsumował jej historię w sposób następujący: „Hipoteza Burkitta została stosunkowo szybko zaakceptowana na całym świecie, ale z czasem okazała się nieuzasadniona. Sprawdza się w odniesieniu do zaparć, ale w przypadku chorób cywilizacyjnych błonnik nie jest lekarstwem. To dzisiaj oczywiste.”

Podobnie jak hipoteza łącząca tłuszcze w diecie z różnymi nowotworami, teoria błonnika Denisa Burikitta utrzymuje się przy życiu częściowo dzięki temu, że wyjściowe obserwacje, które dały jej początek, pozostają niejednoznaczne. Jak ujął to Tim Byers, profesor medycyny prewencyjnej Uniwersytetu Colorado, „badania obserwacyjne pokazują, że ryzyko wystąpienia raka jelita grubego jest mniejsze w populacjach, które spożywają dużo owoców i warzyw (…) ale nie wiemy dlaczego.” Rezultat tej niewiedzy jest taki, że wiele instytucji odpowiedzialnych za zdrowie publiczne cały czas profilaktycznie ponawia swoje zalecenia odnośnie „zdrowej diety”, zawierającej dużo błonnika, w tym owoców i warzyw. Utrzymujące się przekonanie o tym, że błonnik w diecie stanowi nieodłączny składnik zdrowej diety jest w dużym zakresie konsekwencją założeń medycyny prewencyjnej, sformułowanych przez Geoffreya Rose. Zgodnie z tą filozofią, jeśli hipoteza medyczna jest prawdopodobna i tym samym ma szansę uratować ludzkie życie, to powinna być traktowana jako prawdziwa. W przypadku teorii błonnika, wystąpiła dodatkowo pilna potrzeba dostarczenia opinii publicznej zaleceń odnośnie tego, w jaki sposób można zapobiegać chorobie nowotworowej.

Ważną rolę w podtrzymywaniu przy życiu teorii błonnika odgrywają media, które już na samym początku pomogły zamienić ją w dogmat, pomimo braku długoterminowych badań klinicznych dowodzących jej słuszności. Wydaje się, że ustalenia naukowców odnośnie rzeczywistej roli błonnika pozostają z jakiegoś powodu bez znaczenia dla przekazu medialnego, który niezmiennie przedstawia tę hipotezę jako naukowy fakt. W 1998 roku, czyli cztery lata po tym, jak badania 47 tys. mężczyzn wykonane na Uniwersytecie Harvarda wykazały brak prozdrowotnych właściwości błonnika w diecie, „Washington Post” napisał: „Od wielu lat naukowcy wiedzą, że diety bogate w warzywa, owoce i błonnik, a ubogie w tłuszcze, mogą znacząco zredukować a nawet wyeliminować ryzyko wystąpienia raka jelita grubego.” Chociaż w mediach pojawiały się omówienia badań kwestionujących zasadność teorii błonnika, zwykle towarzyszą im komentarze „ratunkowe” akcentujące inne niż pierwotnie przypuszczano korzyści zdrowotne ze spożywania błonnika. Tym sposobem błonnik nie chroni już dzisiaj przez nowotworami, ale w zamian za to: „zapobiega cukrzycy typu 2”, „ogranicza ryzyko wystąpienia zawału serca” i „pomaga obniżyć ciśnienie krwi”. Podobnie jak pierwotne założenia teorii błonnika, te nowe jego „zalety” jak dotąd nie znalazły potwierdzenia w badaniach naukowych i stanowią czyste spekulacje, umożliwiające jedynie podtrzymywanie w opinii publicznej dobrej reputacji produktów bogatych w błonnik. Można powiedzieć, że błonnik funkcjonuje dziś niezależnie od powodów i okoliczności, w których sformułowano pierwotnie opinię o jego właściwościach zdrowotnych. Nabiera nowych właściwości zawsze wtedy, kiedy te stare okazują się nieaktualne.

Co ciekawe, pojawiają się obecnie opinie, że nadmierne spożycie błonnika może nie tylko nie mieć korzystnych efektów zdrowotnych, ale wręcz wywołać wiele schorzeń. Dla przykładu, Konstntin Monastyrski, autor książki pt. Fiber Menace (2005), zaprezentował rezultaty swoich dociekań dotyczących wpływu błonnika na zdrowie człowieka. Według niego, błonnik zakłóca naturalne procesy trawienne w żołądku i powoduje zaleganie treści pokarmowych w jelitach. Rezultatem tego może być wystąpienie choroby refluksowej przełyku, zapalenia żołądka, wrzodów żołądka, zapalenia jelit, a także zaparć, zespołu drażliwego jelita, wrzodziejącego zapalenia jelita grubego oraz choroby Crohna. Dodatkowo, wbrew obecnie lansowanym poglądom, Monastyrsky obarcza błonnik winą za wywoływanie hemoroidów i innych schorzeń. Można odnieść wrażenie, że spożycie błonnika wywołuje te choroby, którym miało zapobiegać.

Na koniec warto przywołać jako ciekawostkę jeszcze jedną okoliczność, która sprawiła, że to właśnie błonnik stał się przedmiotem dociekań naukowych. Denis Burkitt wspominał często sytuacje, w których Harold Himsworth nakłaniał go do poszukiwania przyczyn różnych chorób w zjawiskach, których nie widać. Przytaczał przy tym fragment historii o Sherlocku Holmesie, w której detektyw tłumaczył Watsonowi, iż najważniejsze dla rozwiązania sprawy było zachowanie psa, który nie zaszczekał, a powinien. „W medycynie jest podobnie. Sedno sprawy może znajdować sie w tym, czego nie ma, a nie zaś w tym, co jest”, mawiał Himsworth. W owym czasie i w tamtych okolicznościach spożycie przetworzonych węglowodanów było na widoku, podczas gdy błonnik był właśnie owym „psem, który nie zaszczekał”. Tym razem nie zaszczekał, bo nie było zbrodni.

Mateusz Rolik

Źródło: Good Calories, Bad Calories: Fats, Carbs, and the Controversial Science of Diet and Health, Gary Taubes, First Anchor Books Edition, September 2008, New York

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułNa ile można ufać współczesnej medycynie?
Następny artykułLeczenie zdrowych ludzi
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

42 KOMENTARZE

  1. Kto zwrócił uwagę na taki drobiazg jak nieobecność muszli klozetowych w krajach „niecywilizowanych”? Niestrawny błonnik OCZYWIŚCIE zajadać! I ? I wydalać!
    Anatomia Człowieka jest skonstruwana genialnie, jeśli wydalamy w kuckach, mamy szansę oczyścić jelito grube tak, że nic nie będzie zalegać. Biedny więc jest Wegetarianin w centrum wielkiej aglomeracji, prawda?
    Święta prawda! Patrz zwiększona zapadalność tej grupy na nowotwory jelita grubego.
    Patrz genialna terapia dra Gersona – lewatywa z kawy CODZIENNIE – albo podajesz koncentrat wtedy możesz uniknąć tego hmmm ;(.
    Co do tłuszczy – z naturalnymi organizm poradził by sobie z każdą ilością – spójrz ile jesz syntetycznych margaryn – przykro mi, ale nasz organizm ich „nie czyta” – traktuje więc jako ciało obce i odkłada …jak problem do rozwiązania później czyli ….jak się Człowiek opamięta. Opamięta i przestanie się faszerować chemią nieorganiczną …czyli ? Nie prędko ;).
    Jeszcze nie raz będziemy świadkami takich akcji jak wczorajsza z hiszpańskimi ogórkami w Niemczech. „Plastikowi” schemizowani Niemcy są bezradni wobec zwykłej zmutowanej XXI wiecznej bakterii okrężnicy ;(. Tym Ludziom mogłyby pomóc Efektywne Mikroorganizmy tzw. EM-y ale kto o nich słyszał?
    Bauer nie zna Bauer nie je przecież.
    Po co?
    Przecież „ja odżywiam się zdrowo” – powiedział Kale (Znajomy Sportowiec) z Erfurtu – „zobacz chlebek sobie sam piekę zdrowy ” – i wysypał zawartość foliowej tytki do maszyny ;((((((.
    Zabawne prawda?
    Mnie to nie śmieszy, bo Facet 2 x w roku ląduje w swojej full wypas klinice gdzie mu polipy z układu trawiennego wyłuskują ;((((((.
    pozdrawiam
    Katarzyna Krzyżanowska

  2. Kawał historii o błonniku – no i dobrze. Jednak po lekturze można by odnieść wrażenie, że nie warto jeść jedzenia bogatego w błonnik, podczas gdy bardzo warto – w formie nieprzetworzonych roślin i ziaren. Błonnik to nie tylko niestrawne włókna, ale i nośnik antyoksydantów (szacuje się, że 50% antyoksydantów jest transportowane w ten sposób), witamin i innych składników. Zwykle tam gdzie jest największa koncentracja błonnika (w zewnętrznych powłokach ziaren, owoców, warzyw) tam też jest najwięcej korzystnych substancji. Przykład badań nad rolą błonnika kolejny raz pokazuje, że rozpatrywanie roli pojedynczych składników pożywienia nie jest najlepszym pomysłem. Całość i złożone interakcje pomiędzy różnymi składnikami mają ogromne znaczenie – a tego współczesna nauka o żywieniu jeszcze nie obejmuje.

  3. „Błonnik jeść warto.” Ale dlaczego? Skoro naukowo wykazano że te wszystkie teoretycznie prozdrowotne właściwości błonnika nie działają pozytywnie na zdrowie, jedyną odpowiedzią pozostaje „bo tak”. Historia nauki pokazała, że żadnej z pierwotnych korzyści błonnika nie udało się udowodnić. Szacowano, i jak piszesz, cały czas „szacuje” się coraz to nowe walory – wszystko, żeby błędną teorię podtrzymać jeszcze trochę przy życiu. Teoria o błonniku powstała w czasie rosnącego terroru antytłuszczowego. Umożliwiła „wyjaśnić” – w teorii – wiele schorzeń w sytuacji, kiedy z diety eliminowano dobre pokarmy (zwierzęce) na rzecz pokarmów roślinnych, zwykle bogatych w błonnik właśnie. Nauki w tym nie ma.

    Czy warto jeść błonnik? W sumie nie warto. Warto okazjonalnie jeść naturalne pokarmy, które akurat posiadają błonnik, ale nie on jest w tym najważniejszych, Warto też pamiętać, że na przykład w naszym klimacie te pokarmy bogate w błonniki występują w naturze tylko sezonowo (wiosna-lato), a dzisiaj mamy „wieczne lato” jeśli chodzi o ich podaż. Z kolei coraz więcej naukowców uważa, że innych pokarmów bogatych w błonnik (np. zbóż) , jeść nie raczej warto bo wielu ludziom po prostu szkodzą.

  4. Po pierwsze, nie wydaje mi się żeby naukowo wykazano, że nie ma prozdrowotnych właściwości błonnika. Równie dobrze można twierdzić coś odwrotnego.

    Po drugie, bronię błonnika w formie naturalnych roślinnych pokarmów bo wiem z praktyki, że to działa. Co powiesz osobom cierpiącym na zatwardzenie? Ja powiem: jedz więcej naturalnych pokarmów bogatych w błonnik i to zadziała dosyć szybko. Zwykle takie osoby jedzą bardzo mało takich pokarmów. Podobnie z osobami cierpiącymi na zespół jelita nadwrażliwego. Piszesz o ewentualnych negatywnych skutkach jedzenia pokarmów bogatych w błonnik. Zdarza się, że osoby, które przez dłuższy czas nie jedzą takich produktów, będą faktycznie się źle czuć po ich zjedzeniu (wzdęcia itp.). Ale wtedy podejście, które zadziała jest takie żeby powoli wprowadzać bogato błonnikowe jedzenie (najczęściej takie osoby tego właśnie potrzebują). No i znów, skutki są bardzo pozytywne. Tak wynika z mojego doświadczenia.

    • Widać z tego, że ile ludzi, tyle doświadczeń. Na szczęście po to robi się badania, żeby weryfikować indywidualne doświadczenia i wiedzę płynącą z dowodów anegdotycznych (która wcale nie musi być nieprawdziwa!). I tak od ponad 30 lat weryfikowane są w badaniach coraz to nowe właściwości błonnika i za każdym razem okazuje się że jednak na to i na tamto jest nieskuteczny. Mało kto dzisiaj pamięta, jakie walory miał mieć błonnik, jakim schorzeniom miał zapobiegać, kiedy formułowano teorię o jego prozdrowotnych właściwościach. Czy nie dziwi Cię, że zawsze kiedy jakieś postulaty odnośnie błonnika okazują się chybione, jakimś „szczęśliwym trafem” pojawiają się jego nowe „prozdrowotne” właściwości? Akurat obecnie mówisz o antyoksydantach – no zobaczymy. Mówiąc półżartem, nie zdziwię się, jeśli błonnik, niczym ten „fukitol,” będzie z czasem nie tylko lekiem na dolegliwości biologiczne, ale stanie się panaceum na problemy finansowe, depresję i brak satysfakcji zawodowej 🙂 Taki zabieg nie byłby precedensowy: kiedy okazało się, że obniżanie poziomu cholesterolu nie przedłuża życia i wysunięto „zapaleniową” hipotezę choroby wieńcowej, statyny bardzo szybko „nabrały” właściwości przeciwzapalnych. Bez obaw, zbyt dużo zainwestowano w błonnik, żebyśmy rozstali się z tą teorią w dającej się przewidzieć przyszłości.

      A osobie cierpiącej na zaparcia wolałbym nic nie radzić, bo nie mam kompetencji, żeby udzielać porad. Przestrzegłbym jedynie przed wiarą, że jej problemy są wynikiem braku błonnika w diecie. Oprócz tego, że są populacje, które prawie wcale nie spożywają błonnika i pozostają zdrowe, to np. Steffanson i Anderson w latach 30-tych zrobili eksperyment: jedli samo mięso przez rok i nie cierpieli na żadne zaparcia ani deficyty składników odżywczych. W myśl teorii błonnika to niemożliwe.

      Nie chodzi o to żeby nie jeść błonnika, ale żeby nie ulegać złudzeniu że jest on lekarstwem bądź niezbędnym składnikiem diety człowieka, bez którego nieuchronnie chorujemy. Jedzmy warzywa i owoce bo są zdrowe, ale akurat niekoniecznie dlatego, że zawierają błonnik.Pozdrawiam.

    • do: czarnarzepa.
      przez kilka ostatnich lat na własną rękę szukałam sposobu, by sobie poradzić z kłopotami z brzuchem, że tak szeroko to ujmę. Przyczyny nie znałam, ale w wyniku poszukiwań, zmęczona i rozgoryczona podejściem lekarzy wszelkiej maści, uznałam, że to jelita. Przez cały okres poszukiwań przyczyny mojego złego samopoczucia testowałam (lub nie) i poznawałam wciąż nowe wyczytane „rewelacje”. Część nowej wiedzy sprawdzałam na sobie, ale tak, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Szeroko pojęte zdrowe odżywianie, dieta zgodna z grupą krwi, biosłone, zioła, M. Tombak, oczyszczanie organizmu (od ziołowych, owocowo-warzywnych po hydrokolonoterapię czy koktail z wody, cytryny i syropu klonowego) itp. + , wysiłek fizyczny (w domu i na powietrzu), masaże (w domu i te bardzo kosztowne, takie w gabinetach med. estet.), kąpieje w specyfikach, naprzemienne natryski… oczywiście nie wszystko na raz i nic „w ciemno”, raczej były to poszukiwania tzw. „złotego środka” w gąszczu całej masy różnych, czasem wykluczających się, podejść. Jeśli w wyniku zmian „na lepsze” coś drgnęło, to na krótko, lub bardziej w wyniku ćwiczeń, niż „diety”. W wieku lat 30 zamiast megazdrowej, witalnej i radosnej dziewczyny zmieniłam się w zmęczoną kobitę bez widoków na pełne zdrowie. Czułam się żle.
      Haha, a teraz o przyczynach. Pochodzę z miasta, ale jak miałam 18 lat przeprowadziliśmy się z rodzicami na wieś. Ruch, powietrze, spacery, pływanie, rower, bieganie, różne pasje i zajęcia, praca, pół godz. piechotą do autobusu… nie było miejsca na choroby. Waga…50 kg. przy 165 cm., mięśnie, zdrowie i uroda ;] Kiedy wyszłam za mąż w wieku 27 lat, przeprowadziłam się do bloku. Batoniki, ciasteczka, pizza, fastfood, nieregularność, mało ruchu w stosunku do moich wcześniejszych przyzwyczajeń…w kilka miesięcy „zyskałam” nowe 8 kg. Wg BMI – waga idealna, 58 kg. A ja zaczęłam powoli źle się czuć, moja fantastyczna odporność gdzieś uleciała, miałam chroniczne zapalenie migdałków, cellulit, ciągłe zatrzymanie wody w organizmie, wypryski na twarzy i ciele, wzdęcia, przelewanie w brzuchu, króry zrobił się wystający na stałe, beznadziejna wiotka skóra, przetłuszczające się włosy i twarz….Kiedy się to napisze ciurkiem – przerażające. Niby historia, jakich wiele. Ale ja ZAWSZE byłam zdrowa! i nie chodzi tu o wiek. Mądra po szkodzie, bo myśłałam, że MNIE przecież choroby nie dotyczą! I nic nie mogłam na to poradzić, choć z natury nie odpuszczam, walczę, szukam przyczyn i robię wszystko, co się da we własnym zakresie.
      Nie stosowałam ‚cudownych’ diet. Łączyłam całą wiedzę, dostosowywałam do siebie, wybierałam z niej to, co mi nie zaszkodzi. Tzn, tak myślałam…w końcu tyle na ten temat czytałam. Ale bez rezultatu to całe staranie, kilka lat poszukiwań i nadziei. W oparciu o ‚zdrowe’ przecież zasady! a, zrobiłam sobie też wszystkie badania, bo przymierzam się do ciąży, wyniki cudownie prawidłowe.
      Miałam wszystkiego dość. Nieważne już jak, ale doszukałam się inf. o jelicie drażliwym. Breaking the vicious cycle” Elaine Gottschall (blog ‚dieta SCD po polsku’), metoda dr. Mercoli, …tak pierwszy raz, no może poza dietą zodną z gr. krwi, zetknęłam się z dietą bez zbóż. To było dziwne, ale uznałam, że sprawdzę. Wytrwałam zadziwiająco łatwe 3 miesiące, no, oprócz zmagania się z pytaniami, …co ja jem, skoro nie jem zbóż, skrobii i cukru???? Przecież to podstawa!!!!

      I teraz sedno….napisałam to wszystko, bo może chociaż jedna osoba przeżyła coś podobnego. Jestem zwykłą kobietą, z wadami i zaletami, mądrą na tyle, by szukać pomocy, kiedy jej potrzebuję, ale nie łapać się na ślepo każdej opcji.

      proszę, nie krytykujcie za chaos, nie łapcie za słowa…piszę to po nieprzespanej nocy, po lekturze artykułów i tego forum…pełna emocji..

      Te 3 miesiące… to powrót do zdrowia i równowagi. Ubyło mi 6 kg, ale…tak niezauważenie, nic specjalnie nie robiłam, to po prostu świetny ‚efekt uboczny’ zdrowienia. Tak, zdrowienia! naprawdę….zaczęły się cofać stany zapalne, chorobowe, moje ciało nareszcie przypominało to, które tak lubiłam kilka lat wcześniej, wróciła energia i znów mi się wszystko chciało, jak kiedyś. Lepiej spałam, byłam wypoczęta, wszystko wracało do normy i pasowały na mnie ubrania sprzed 5 lat.
      piszę w czasie przeszłym, bo następne 4 miesiące trwał eksperyment powrotu do dawnego odżywiania (zdrowego, wg większości). Znów brzuch mi dokucza, cera się pogorszyła, wzdęcia, zaparcia i biegunki, zaczęłam znów puchnąć, brzuch jest wydęty….jestem zmęczona, mimo, że wróciłam z bardzo aktywnego zdrowotnego urlopu w górach..

      Bardzo się cieszę, że tu trafiłam, że to nie przypadek – to co się teraz ze mną dzieje, że czas zmienić na stałe myślenie i uznać, że tamte 3 miesiące to były te właściwe, które mój organizm rozpoznał natychmiast jako właściwe warunki życia i zaczął się leczyć bez lekarzy (których wystrzegam się, bo dali się poznać jako konowały bez wiedzy i wyczucia, miażdżąc nadzieje, natychmiast przepisując leki bez pytania, dlaczego przyszłam, bez wywiadu – co jem, jak żyję…wręcz każąc mi się zamknąć, gdy zaczęłam mówić. Przez kilka lat szukania ratunku…kazdy, prócz jednego, patrzył na mnie jak na neurotycznego hipochondryka, nie próbując pomóc…no bo młoda, nie krzywa czy kulawa…co ona tu chce??? bez wyjaśnienia co robię nie tak, zamiast przepisania tabletek, za których sprzedanie ktoś im zapłacił. Z wszystkowiedzącym, zblazowanym wzrobiem od drzwi krzyczącym „CZEGOO!!!?? mam na ciebie 3 minuty, inni chorzy czekają”. Dzięki, ‚SŁUŻBA zdrowia’. )

      Przekonanie, że to, co osiągnęłąm zaledwie przez 3 m-ce to właściwa droga, urosło dopiero teraz, dlatego nie będę się przejmować krytyką i niedowiarstwem, olać taki świat, który ma gdzieś mnie i moje zdrowie. Nie od jutra zacznę, tylko dziś, w sumie już jest rano ;D
      Pozdrawiam was, który to przeczytaliście ;] intuicja mówi mi, że będzie tylko lepiej…dla mnie i mojej przyszłej rodziny. Życzcie mi dobrze, tak, jak ja Wam życzę ;]

      • Dzięki, to jakbym ja opisała swoje objawy, poszukiwania i mój stosunek do lekarzy!!! Jak dobrze, że trafiłam na tę stronę i Twój komentarz. Jeszcze raz dzięki, że tak wyczerpująco opisałaś swoje doświadczenia, bo to też prawie moja historia. Jutro zaczynam 🙂 Pozdrawiam serdecznie 🙂

      • dziękuję za ciekawy powyższy wpis. Mam bardzo podobne objawy i odczucia, co Ty. Z informacji, które przedstawiłaś nie potrafię wyłuskać, za jaką dietą optujesz, która jest dla Ciebie idealna? Czy właśnie za taką z ograniczoną ilością surowizny, skrobi etc? Jeśli mogłabyś ogólne zasady (wypracowanej przez Ciebie metodą prób i błędów) diety Ci pomagającej wytłumaczyć, byłam bardzo wdzięczna!

      • Zwracam uwagę na pewien aspekt zdrowia i sposobu odżywiania się nie brany praktycznie pod uwagę przez zdecydowaną większość amatorów, lekarzy i dietetyków. Są to właściwie 2 rzeczy:
        1. Typ metaboliczny – bardzo trudny do określenia choć pewien element zwany „odżywianiem wg grup krwi” który jest pierwszym przybliżeniem jest już dość znany. Niestety nie zawsze to działa z powodu drugiego elementu.
        2. Nietolerancje pokarmowe – często sprzeczne z typem metabolicznym określanym wg grupy krwi. Nie wiem czy dobrze opiszę ale jeśli ktoś ma dokładną wiedzę na ten temat niech mnie poprawi.
        Przyczyną nietolerancji pokarmowych jest w zasadzie brak szczelności jelita, powodujący przedostanie się do krwi nie lub częściowo strawionych spożywanych pokarmów i dodatków stosowanych w żywności. Powodują one reakcję układu immunologicznego zaburzającą normalne funkcjonowanie. Z kolei nieszczelność jelita jest naturalną cechą u noworodka mającą na celu zapewnić naturalną odporność z użyciem naturalnej szczepionki w postaci mleka matki. Po krótkim czasie jelito powinno się uszczelnić. Niestety tak nie jest zawsze. W Polsce np. stosuje się, wręcz zbrodnicze moim zdaniem szczepienia w pierwszej dobie życia niweczące naturalny cykl rozwoju w pierwszych dniach życia.
        Wracając do meritum, zanim zaczniecie robić eksperymenty na sobie, spróbujcie zyskać więcej wiedzy z różnych źródeł. W internecie jest wszystko i mądrości i głupoty.
        Mimo wszystko radzę skorzystać z wiedzy fachowców, choć wiem, że jest ich znikoma ilość. Podstawą jest dobra diagnostyka i tu niestety medycyna akademicka jest jeszcze w żłobku. Z kolei wszelkie nowe odkrycia z zakresu tzw. badań naukowych radzę oceniać bardzo krytycznie, nie znamy metodologii, wielkości i różnorodności próby nie mówiąc o logice oceny wyników. Bardzo często feruje się wyroki o tym czy owym tylko nie bierze się pod uwagę wszystkich aspektów a potrafi to wywrócić wyniki do góry nogami. Wiele się mówi o błonniku, natomiast pomija się milczeniem w jaki sposób trafia on do organizmu. Jeśli ziarna zmienimy przy pomocy mielenia w mąkę i spożyjemy ją w dowolnej formie to niewątpliwie zaszkodzimy sobie i na nić się zda dodawanie otrąb oddzielnie. Tylko naturalna forma spożycia kompletnego ziarna da pozytywny efekt. Wiem, że naprawdę trudne i kosztowne jest prowadzenie rzetelnych badań i do tego wielki biznes nie jest zainteresowany prawdziwymi wynikami, dlatego praktycznie odpowiedzialność za nasze zdrowie pozostaje w naszych rękach.

      • Proszę sprawdzić Instytut Mikroekologii w Poznaniu, wykonują badania pod kątem alergenów pokarmowych, coś około 300, wysyła się krew i kał zwykłym kurierem. Robiłem badania dziecku, koszt to nie całe 2 tys, wyszło że idealna dieta dla mojego dziecka to dieta paleo, bez ziaren (gluten prawie każdy z nas jest na niego uczulony ), bez większość strączkowych, mleka (tylko tłuste sery i masło wchodzi w rachubę), jaja kurze ale tylko białko, gęsie może jeść. Na celiakię można się zbadać w Wrocławiu, koszt to 350 robiąc to przez IM wychodzi 600 zł.
        Przestałem jeść ziarna w dwa tygodnie zeszły mi zmiany skórne, łuszczenie się łokci, kolan z twarzy to mi się sypało, miałem strupy do krwi – nie przesadzam. Łupież znikł po 3-4 miesiącach. Kiedyś nie mogłem wyjść bez kremu teraz stosuję go jak sobie przypomnę.
        Przestawiłem się na dietę paleo, taką trochę bardziej tłustą niż zaleca R.Wolf czy L. Cordaina. Już kilka lat jadłem znacznie mniej węglowodanów max 100 gr dziennie a mimo to odczułem błyskawicznie, dobroczynne skutki całkowitego odstawienia ziaren i rafinowanych węglowodanów. Samopoczucie na duży plus (choć mam się czym martwić, b. rozchorowało mi się dziecko), lepiej śpię, zauważalnie wyższa sprawność intelektualna – znacznie lepiej mi się myśli, szybciej pracuje. Przeszły mi bóle kolana i stawów a kręgosłup mnie pobolewa a nie „rypie”. Przy zmieniającym się ciśnieniu głowa mi pękała, czasami aby dojść do siebie 4 apapy +4 kawy, teraz mocniejsza kawa, jak jest gorzej to pół tabletki. Jem różnie bardzo tłusto, potem więcej białek, nie ma to znaczenia dla mojego samo poczucia. Czasami zjem jakieś frytki na smalcu, grykę, itp ale mało.

        Mam 40 lat niby nic mi nie dolegało, wynik miałem ok. Ale te dolegliwości mi dokuczały, dermatolodzy przepisywali mi kremy po 250 zł lub maść sterydową ta jedyna działał dopóki ją stosowałem. Żaden konował nie wspomniał o diecie, jak ja się mogłem dowiedzieć to oni też, ale po co? 150 zł i następny proszę. Ortopeda kazał mi skończyć z siłownią i rowerem, bo od tego mnie kolana rzekomo bolały, z siłowni i roweru nie zrezygnowałem a kolana mnie nie bolą:).
        Jak ktoś ma takie dziwne do zdiagnozowania „schorzenia”, niech sobie zrobi na jakiś czas wakacje od glutenu (wszystkie postacie) i węglowodanów rafinowanych z wysokim indeksem. Myślę, że do miesiąca będzie wiedział czy to, to.
        Ja przerzuciłem się na taką dietę z dnia na dzień trochę się dziwnie na początku czułem ale organizm przestawił się na spalenie tłuszczu a potem było tylko lepiej.
        Nie wierzę na słowo, jak mnie coś zainteresuje muszę sam sprawdzić. Więc przez kilkanaście dni żywiłem się tłustym mięsem i jakami – zero problemów w WC, rzekłbym nawet lepiej. Zrobiłem jeszcze jeden eksperyment nazwałem go „Kawśniewski”, jadłem 70 % tłuszczu reszt to białko i węglowodany – też nic. Ale na takiej diecie można się zajechać z nudów. Zrobiłem sobie badanie cholesterolu przed i po – prawie bez zmian. Jak ktoś się nie boi, niech spróbuje pierwsze 2-3 dni trochę dziwne a potem zaczyna być naprawdę ok.

        • Przecież napisała: Breaking the vicious cycle” Elaine Gottschall – spokojnie znajdziesz w necie. Dieta jest świetna, problemy jelitowe ustają bardzo szybko. Głównie chodzi o wywalenie z diety skrobii, laktozy i sacharozy, a także picie domowego jogurtu (na stronie jest przepis), taki jogurt prawie nie zawiera laktozy, za to zawarte w nim bakterie wspomagają trawienie. Jemy więc mięso, ryby, jaja, a także niektóre produkty nabiałowe, większość owoców i warzyw, orzechy, migdały, pestki. Eliminujemy przede wszystkim zboża.
          Co do błonnika, to ja akurat nie wierzę w to, żeby chronił przed rakiem lub wpływał korzystnie na układ krążenia, jednak będę bronić jego działania antyzaparciowego. Jestem na lowcarbie <50g węglowodanów. Po kilku miesiącach pojawiły się u mnie zaparcia. Zestawiłam sobie składniki odżywcze – w początkowej diecie było około 5g błonnika. Zwiększyłam do ok. 15-20g i po tygodniu było ok – jelita jak nowonarodzone :). Wiem, wiem – można podsumować, że pojedynczy przypadek.
          Gdyby jednak ktoś chciał wypróbować, to polecam taki miks śniadaniowy: migdały, orzechy laskowe, słonecznik, siemię lniane – to wszystko porządnie zmielić w blenderze i wymieszać z jogurtem.
          Co do artykułu to bardzo mi się podoba, tak jak zresztą pozostałe artykuły MR 🙂

  5. Artykuł interesujący, tylko mnie interesuje jedna sprawa: dlaczego wciąż słyszę narzekających na zaparcia mięsożerców a np. weganie czy wegetarianie praktycznie nie znają tego problemu?

  6. Panie Marku,a ja odzywiajac sie wysokotluszczowo i niskoweglowodanowo ,majac 60 lat nie wiem co to sa zaparcia.Pozdrawiam

    • Przepraszam za wnikanie w ten akurat temat, ale najpierw ustalmy jak wygląda prawidłowa perystaltyka. Większość osób cierpi na permanentne zaparcia, tylko nie określa ich w ten sposób bo uznaje je za normę.
      Prawidłowa sytuacja polega na co najmniej trzykrotnym wypróżnianiu się dziennie i to bez wysiłku, nie bobkami ale z konsystencją nieomal jak kupka niemowlaka.

  7. Miło mi 🙂 Jeszcze milej mi będzie, jeśli podobnie będzie za 5-10 lat.

    Tak na marginesie:

    „Spożywanie czerwonego mięsa (czyli wołowiny, cielęciny, baraniny, wieprzowiny) zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci, włączając w to umieralność z powodu nowotworów oraz chorób krążenia – wykazały wyniki najnowszego badania Harvard School of Public Health. Było to badanie na 121 342 uczestnikach, których naukowcy obserwowali przez 28 lat. Oszacowali, że każda porcja (o wielkości talii kart) czerwonego mięsa dziennie zwiększała ryzyko śmierci o 12%. W przypadku mięs konserwowanych (wędlin, w tym szynki) – każda porcja (np. jedna parówka, dwa kawałki baleronu) zwiększała ryzyko o 20%”
    Cytat ze strony http://wiemycojemy.org/

    • Kolejne bezwartościowe badania obserwacyjne epidemiologów z tego ośrodka. Zresztą szeroko dyskutowane w Internecie. Szkoda czasu, żeby po raz n-ty do nich i im podobnym „badań” wracać. Bad Science.

      • Dyskutowane w internecie? Rozumiem, że na jakimś forum „zasiadło” szanowne grono profesorskie, lekarzy i dietetyków i dyskutuje. To ja bardzo chętnie w takim razie bym poczytał.

      • A badania dotyczące bezwartościowości błonnika, supremacji diety mięsnej są „jedyne-prawdziwe”. Trochę umiaru. Organizm ludzki jest w stanie dostosować się do wszelkich ekstremów -zarówno diety bardzo ubogiej jak i przeładowanej błonnikiem, zarówno mięsnej jak i bezmięsnej tylko czego to dowodzi? Że będąc zdrową wegetarianką z regularnymi wypróżnieniami powinnam wyrzucić z diety produkty bogate w błonnik i zatopić zęby w „naturalnym pokarmie” czyli konserwowanej chemicznie przemysłowej padlinie. Dobrze jest mówić o wadach błonnika i głupocie jaką jest spożywanie nadmiaru ziaren (i niewłaściwe ich przygotowywanie np. fabryczne tekturowo-błonnikowe płatki zamiast owsianki) a także dodawanie błonnika do produktów w których go nie ma i być nie powinno. Ale mówienie że jest zbędny to takie samo nadużycie.

  8. + wywiad z kierownikiem zakładu badawczego w Harvardzie, który nie jest weganinem, wegetarianinem itp. http://www.latimes.com/health/la-he-five-questions-walter-willett-20120324,0,4545134.story

    i komentarz z wymienionej w poprzednim poście strony:
    1. Dane na temat niekorzystnego wpływu czerwonego i konserwowanego mięsa na nasze zdrowie są przekonujące. Spożycie każdego innego źródła białka zamiast czerwonego mięsa i wędlin wiąże się z korzyściami zdrowotnymi.
    2. Jeżeli chcemy zminimalizować ryzyko związane ze spożyciem tych produktów, to ich idealna ilość, jaka powinna występować w naszej diecie, wynosi zero. Niskie ryzyko występuje przy spożyciu jednej porcji na tydzień lub rzadziej.
    3. Badanie nie było sponsorowane przez przemysł spożywczy, a przez National Institutes of Health. Prof. Walter Willet nie jest ani weganinem ani wegetarianinem.
    4. Pomimo, że większość wołowiny w USA (gdzie przeprowadzono to badanie) pochodzi od krów spożywających ziarna zbóż, autorzy badania nie uważają, aby spożycie wołowiny od krów karmionych trawą wiązało się z niższym ryzykiem.
    5. Przypadki dziadków, cioć i innych krewnych czy znajomych, którzy jedli czerwone mięso przez całe życie i dożyli 100 lat nie mogą być argumentem w obliczu wyników tak poważnych badań, ponieważ są tylko anegdotami. Analogiczne argumenty, które nie mogą obalić tezy na temat szkodliwości bycia nietrzeźwym za kierownicą, czy szkodliwości palenia papierosów, to np. to, że ktoś prowadził samochód w stanie nietrzeźwym i nie popełnił wypadku czy też to, że ktoś całe życie palił i nie dostał raka płuc.

    Zrobi Pani z tym co zechce, z reguły jest tak, że dostosoujemy teorie idiety „pod siebie”, a nie odwrotnie. Ja bardzo lubiłem smak mięsa i wiem jak ciężko jest nawet trochę ograniczyć jego spożycie.

    A i jeszcze jedno. Nie wiem czy się Pani orientuje, ale na temat diety Kwaśniewskiego czy Dukana/Ducana nie przeprowadzano żadnych badań. Nigdy. Sami twórcy jakoś dziwnie nie są zainteresowani poparciem ich pomysłów żadnymi badaniami. Mogliby przecież zbić ogromne pieniądze, gdyby okazało się że dieta ta jest ogromnie skuteczna i zdrowa. W kraju i za granicą.

    • Jak wygodnie: „Dane na temat niekorzystnego wpływu czerwonego i konserwowanego mięsa na nasze zdrowie są przekonujące.” – czyli nie rozgraniczamy tego czy mięso jest konserwowane, czy poprostu jest mięsem? Jeżeli badaliśmy grupę z dużych amerykańskich miast, to nie zdziwiłabym się, gdyby większość pokarmu mięsnego pochodziła z parówek i hamburgerów. Działania rakotwórczego doszukiwałabym się raczej w sposobie przyrządzania tego mięsa – smażenie na tłuszczach trans i „dodatkowych sładnikach” konserw, których czasem jest niewiele mniej niż mięsa. Przypuszczam, że gdyby badani jedli to mordercze, czerwone (jak piekło) mięsko w formie opiekanej, duszonej lub gotowanej, to wyniki jednak nie byłyby „przekonujące”.

  9. A tak zupełnie poważnie, to dopóki nie poznam jakiejś literatury pana Taubesa z odnośnikami do żródeł takich np. informacji:
    „Weston A. Price, który w latach 20-tych i 30-tych XX w. badał autochtoniczne społeczności na całym niemal świecie, wykazał, że kultury wegetariańskie miały zawsze gorsze zdrowie w porównaniu do populacji , które spożywały mięso i owoce morza”
    „Żadna izolowana populacja w historii nigdy nie stosowała w warunkach naturalnych diety wegańskiej”
    … to raczej nie potraktuję poważnie tego pana jako autorytetu w jakichkolwiek sprawach związanych z dietą.

    • Co ciekawe w ramach tego akurat artykułu, wspominany Weston Price był nie tylko orędownikiem mięsa i mleka ale jak najbardziej popierał błonnik w diecie. Sama będąc wegetarianką korzystam z porad udzielanych przez oddziały fundacji Pricea, dotyczące prawidłowego przygotowywania potraw z błonnikiem – zbóż, nasion i strączków czyli w taki sposób jak w tradycyjnych wspólnotach (stosowanie fermentacji, zakwasów, moczenia aby wykorzystać maksimum wartości odżywczych i uniknąć strat mineralnych spowodowanych substancjami antyodżywczymi strączków i zbóż, polecam to każdemu). Wartością obserwacji (bo nie były to badania) Pricea jest szacunek dla natury i kultywowania tradycji, których sens odkrywamy nieraz po wielu latach badań. Obserwował on społeczności tradycyjne, wątpię czy byłby przychylny dietom low carb we współczesnych warunkach -chów przemysłowy, zwierzęta karmione zbożami i GMO, chemiczne konserwanty w mięsach i wędlinach itd.

      • O rany… GMO GMO GMO, krowy karmione kukurydzą GMO itp. Po pierwsze to nie ma jeszcze dowodów na szkodliwość GMO, po drugie to wege zdają się w ogóle nie dostrzegać tego jak wygląda przemysłowa uprawa… Czy wydaje im się, że współczesne zboża i rośliny strączkowe, a także warzywa i owoce są naturalne i pozbawione chemii, czy poprostu odwracają od tego wzrok? Jeśli kupuję surowe niekonserwowane mięso, żeby przyrządzić je w domu, to nie jest ono bardziej chemiczne niż kupiona w sklepie fasola.

  10. Myślę, że jak zwykle prawda leży gdzieś pomiędzy (niekoniecznie pośrodku). Obecnie po zapoznaniu się z wieloma systemami odżywiania (tzw diety są poza wyjątkowymi sytuacjami bez sensu) uważam, że najbliżej faktycznego zdrowia a właściwie harmonii organizmu jest coś co jest mieszanką Raw food, Paleo i Makrobiotyki. Fakt, że współcześnie realizacja takiego sposobu odżywiania jest mówiąc oględnie bardzo trudna. Największe wady współczesnego odżywiania:
    – stosowanie mąki i jej przetworów,
    – ogromna ilość składników pojedynczych posiłków,
    – nadmierna ilość spożywanych pokarmów a szczególnie białka zwierzęcego.
    Zachęcam do zapoznania się z „Przekazem jedzenia …” Fritza-Alberta Poppa, moim zdaniem dopełnia wiedzę n/t odżywiania.

  11. Przeczytałem artykuł i tak na prawdę nie wiem o co cała ta walka. Wiadomo, że stosowanie skrajnych diet pogarsza zdrowie i również nadmiar błonnika w diecie może się odbić na zdrowiu. Ale kwestionowanie jego wpływu na jakość pracy jelit, pomimo bogatej bibliografii jaką udało wam się zgromadzić, wydaje mi się naukowym pitu-pitu. Pewnie każdą tezę dałoby się udowodnić i udokumentować.
    Z doświadczenia, nie z literatury, wiem jak duży wpływ ma np. udział pokarmu bogatego w błonnik w powiedzmy obiedzie, na czas zamulenia po jego zjedzeniu, samopoczucie i za przeproszeniem, jakość defekacji.
    Przepraszam, za mało naukowy język.

  12. Dla cierpiących na zaparcia polecam swój wypróbowany sposób:
    1. sporządzić b. smaczny napój mieszając ogólnie dostępne produkty: maślanka naturalna 1:1 z naturalnym sokiem pomidorowym(preferuję „Pudliszki” – pikantny). Kolacja najpóźniej o 19:00 i po tym wypić w podzielonych porcjach po 200ml x 5 do godz 22:00 – łącznie 1 litr napoju, a pobudka gwarantowana ok 6:00. Dla początkujących radzę czynić to w porze popołudniowej, bo może być niespodziewany efekt.
    2. Wymieszać jogurt naturalny ( duży – 300ml) typu greckiego z pokruszonymi „Krakersami” typu chlebka wypiekanego z pełnego ziarna (oba składniki b.tanie i dostępne w „Biedronce”) – mieszankę tą spożyć na kolację.
    – co do zbóż to winny być zawsze pełne, a nie mąka, kasza, otręby- tylko gniecione tak jak owies dla koni przepuszczony przez gniotownik.
    Życzę smacznego i efektownej nocy (przespanej) !!! Tetryk

    • Fermentowane napoje nabiałowe faktycznie pomagają na „te sprawy”, jednak zamiast ciastek i zbóż, polecałabym orzechy, migdały, słonecznik i inne pestki. Uzasadnię to tym, że u wielu osób występuje mniejsza lub większa nietolerancja glutenu. A i u zdrowych osób gluten utrudnia proces trawienia, ponieważ skleja kosmki jelitowe, co powoduje zmniejszanie powierzchni chłonnej jelit.

  13. Bogdan pisze:

    „…nadmierna ilość spożywanych pokarmów a szczególnie białka zwierzęcego”

    Zjadam na późne śniadanie np jajecznicę – http://www.stachurska.eu/?p=11733 , 210 gram, oraz na obiadokolację, np 100 g wątróbki – http://www.stachurska.eu/?p=12437 plus 100 g bitej śmietany – http://www.stachurska.eu/?p=2360 . Poza tym w ciągu dnia piję wodę i kawę. Nie bywam głodna, ani przejedzona.

    Człowiekowi trzeba ( w ilości adekwatnej do wagi należnej) białka – http://www.stachurska.eu/?p=3439 oraz źródła energii: jednego (na stałe) nie zaś dwu – albo węglowodanów – http://www.stachurska.eu/?p=9928 , albo tłuszczów – http://www.stachurska.eu/?p=3383 w stosownej proporcji do białka. Na diecie wysokotłuszczowej jada się mało…

    Błonnik, jeśli już to w ilościach minimalnych. Niestety, zanim się nauczyłam jeść optymalnie (to już osiem lat) też jadałam więcej co nie znaczyło że lepiej. Zmiana menu przyniosła mi wiele korzyści – http://www.stachurska.eu/?p=8109 .

    Andrzej,

    zbóż można nie jadać i nie tworzyć sobie kłopotów. Po co przeciążać wątrobę – http://www.stachurska.eu/?p=5910 i inne organy też.

  14. O jednej rzeczy przy spożyciu błonnika nie można zapomnieć; trzeba pić duże ilości wody, wtedy zadziała. tzn. wypróżnianie kilka razy dziennie. Sprawdzone osobiście:-)

  15. Zatanawia mnie jedna rzecz. Mówi się tutaj dużo o rzetelności badań. O otwartych umysłach, które wierzą w naukę i szukają prawdy w dzisiejszym świecie. Jak można opierać swoje poglądy na pracach jednego człowieka? Bo to, że ktoś uparcie przytacza treści sugerowane przez Pana Taubes’a poddaje w wątpliwość obiektywizm spojrzenia na problematykę odżywiania. Nie przekonuje mnie Wasze podejście do tematu. Kolejny artykuł pisze ta sama osoba i dokładnie z tym samym przekazem, opierając się na dokładnie tych samych źródłach – Gary Taubes. Zakrawa na kolejny fanatyzm, stąd blisko do zatracenia zdrowego rozsądku. Pozdrawiam

  16. Angora 26 stycznia 2014, s. 82 Pod lupą: błonnik – prestiżowe pismo Cell – opublikowane wyniki badań francusko-szwedzkiej grupy naukowców dadzą naukową podstawę do zalecania wysokobłonnikowej diety. Mogę podesłać skan tej krótkiej notatki. Do „Cell” nie mam dostępu, zresztą nie podejmuje się tłumaczyć. Czy słyszał Pan Panie Mateuszu o tym, ewentualnie komentarz?
    Podobno wyniki badań tłumaczą jak się to dzieje, że dieta bogata w błonnik zapobiega otyłości i rozwojowi cukrzycy.

  17. Tom, jeśli zapobiega, cukrzycy i otyłości, to mam taką teorię: jak zjesz więcej błonnika, to zjesz mniej cukru, a jak zjesz mniej cukru, to się nie utuczysz 😛

  18. U mnie sprawdzone już kilkunastoma eksperymentami: mogę przeżyć kilka dni na samych białkach (z mniejszym lub większym dodatkiem tłuszczów) i nie wiem, co to wzdęcia czy ból brzucha. Włączę do diety błonnik (czy to w zbożach, czy w warzywach/owocach), po przekroczeniu 5g/dzień skręcam się z bólu a mój brzuch wygląda, jakbym była w 7. miesiącu ciąży. Nie wiem, czy to jakaś indywidualna nadwrażliwość (na pewno nie alergia, sprawdzałam), ale na błonnik reaguję po prostu koszmarnie.

    • Anna, tego się nie je z białkiem. Stare, dobre zasady: unikać łączenia roślin, błonnika z mięsem, przetworami mlecznymi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ