Leczenie zdrowych ludzi

5

Polskę obiegła niedawno informacja o rosnącej liczbie zatruć w wyniku przyjmowania leków, szczególnie wśród ludzi starszych. Odpowiedzialnością za występowanie polekowych działań niepożądanych obwinia się zwyczajowo samych pacjentów, którzy nieumiejętnie stosują różne specyfiki. Jednak wyjaśnienie takie jest niepełne i maskuje tylko głębszy problem różnych aspektów i konsekwencji postępującej medykalizacji ludzkiego życia. Po pierwsze, nachalny przekaz reklamowy jest dzisiaj taki, że leki nie tylko służą do leczenia konkretnych schorzeń, ale zapewniają też lepsze samopoczucie, warunkują realizację planów zawodowych oraz pozwalają prowadzić udane życie osobiste i rodzinne. Innymi słowy, nawet jeśli nie pomogą, to na pewno nie zaszkodzą. Siła takich komunikatów sprawia, że ludzie, a szczególnie osoby starsze, zaczynają w dobrej wierze traktować różne farmaceutyki jako nieodłączny składnik codziennej „zdrowej diety”. Po drugie, coraz więcej stanów fizjologicznych, emocjonalnych i psychicznych otrzymuje etykietkę „choroby” wymagającej leczenia, najczęściej farmakologicznego. Wskutek tego „na lekach” jest dziś coraz więcej zdrowych ludzi, którzy tak naprawdę nie potrzebują żadnych medykamentów.

Lekarz i autor bloga DrBriffa.com John Briffa w artykule pt. „British Medical Journal highlights unhealthy links between doctors and the drug industry” zwrocił uwagę na nasilającą się tendencję w środowisku medycznym do tego, żeby leczeniu poddawać osoby zdrowe. Najbardziej oczywistym przykładem jest obniżanie „podwyższonego cholesterolu” za pomocą środków farmakologicznych. Można być zdrowym, aktywnym fizycznie, mieć dobrą wagę, nie palić, stosować zdrową dietę, ale i tak lekarz może zalecić nam zażywanie „leków na cholesterol” jeśli przekroczymy ustanowione normy. Podobnie jak wielu innych badaczy i lekarzy (m.in.Uffe Ravnskov,  Malcolm McKendrick, Duane Graveline) Briffa przypomina, że cholesterol jest niezbędnym budulcem zdrowego organizmu, znajduje się w błonach komórkowych, warunkuje produkcję takich hormonów jak kortyzol, estrogen i testosteron. Od cholesterolu zależy w dużej mierze poprawna praca ludzkiego mózgu. Warto zauważyć, że amerykański Urząd ds. Kontroli Żywności i Leków (FDA) dopuścił nawet do użycia farmakologiczne suplementy „cholesterolowe”, które mają wspomagać leczenie problemów emocjonalnych i psychologicznych u dzieci.

Pomimo to, dzisiejsza medycyna zaleca obniżanie poziomu cholesterolu z pomocą tabletek u ludzi, którzy nie mają żadnych objawów chorobowych. I nie ma przy tym znaczenia fakt, że statyny (leki powszechnie stosowane na obniżenie poziomu cholesterolu) nie oferują korzyści zdrowotnych ludziom, którzy poza „podwyższonym cholesterolem” nigdy nie chorowali na serce. Ustaliła to niedawno międzynarodowa organizacja analizująca materiał badawczy na świecie o nazwie The Cochrane Collaboration. Z tego powodu badacze zalecają ostrożność w stosowaniu statyn prewencyjnie u osób, u których ryzyko wystąpienia chorób serca jest niskie.

To usilne pragnienie „medykalizacji” zdrowych ludzi nie kończy się na walce z cholesterolem, pisze Briffa. Wprowadza się coraz to nowe terminy określające stany „przedchorobowe”, które w coraz większym zakresie podlegają leczeniu farmakologicznemu, np. stan „przedcukrzycowy” i „przednadciśnieniowy” „przedosteoropozowy”. Niektórzy apelują o to, żeby posunąć się jeszcze dalej i leczeniu poddawać wszystkie osoby spełniające kryteria ustanowione dla różnych grup ryzyka. Tym sposobem niedługo można będzie leczyć ludzi, którzy mają podwyższone ryzyko znalezienia się w grupie ryzyka.

We wrześniu 2010 prestiżowe czasopismo „British Medical Journal” (BMJ) opublikowało felieton znanego dziennikarza Raya Moynihana pt. „Who benefits from treating hypertension” (pl. Kto zyskuje na leczeniu nadciśnienia) omawiający pozamedyczne aspekty leczenia „przednadciśnienia”, czyli stanu w którym ciśnienie krwi jest w górnej granicy „normy” i nie można go jeszcze sklasyfikować jako nadciśnienie. Chociaż wielu lekarzy nie postrzega tego stanu jako odrębne schorzenie, to jednak jest wielu zwolenników diagnozowania i leczenia „przednaciśnienia” na podstawie przypuszczenia, że terapia ta może zapobiec wystąpieniu pełnoobjawowego nadciśnienia i związanych z nim komplikacji zdrowotnych. Ten pogląd opiera się w części na wynikach badań z 2006 roku, w których u osób przyjmujących przez 2 lata lek o nazwie candesartan spadło ryzyko rozwoju nadciśnienia. Jednak, jak pokazał w swoim tekście Moynihan, 7 z 10 autorów badania miało związki z firmami farmaceutycznymi, a jeden z nich był nawet zatrudniony w firmie Astra-Zeneca, producenta badanego specyfiku. Dodatkowo, badanie to nie wykazało, czy leczenie przednadciśnienia zmniejsza ryzyko wystąpienia różnych chorób lub obniża śmiertelność. Innymi słowy w ogóle nie uwzględniło wpływu specyfiku na zdrowie badanych, koncentrując się jedynie wskaźnikach uważanych za tzw. parametry zdrowia.

Związki badaczy z przemysłem farmaceutycznym są o tyle istotne, że leczenie różnych „przedchorób” staje się dla tego biznesu nową „żyłą złota”, jak pisze Moynihan. Na przykład szacuje się, że tylko w USA 1/3 populacji (czyli aż 50 mln osób) cierpi na „przednadcisnienie”. W skali całego świata ta liczba byłaby wielokrotnie większa.

Moynihan pokazuje, że nie całe środowisko naukowo-medyczne akceptuje pojęcie przednadciśnienia i potrzebę jego terapii. Autor cytuje Curta Furberga, profesora zdrowia publicznego na Uniwersytecie Wake-Forest, który całą sprawę podsumowuje jako „sposób, w jaki firmy farmaceutyczne powiększają swój udział w rynku.” W latach 90-tych Furberg zasiadał w komisji odpowiedzialnej za opracowanie publicznych rekomendacji odnośnie leczenia nadciśnienia w USA. Nakłaniał innych członków komisji do ujawniania swoich powiązań z firmami farmaceutycznymi, próbując przeforsować stosowny zapis w prawie. Kiedy to się nie udało, Fruberg zrezygnował. W roku 2003 ogłoszono rekomendacje, które wprowadziły nową kategorię diagnostyczną „przednadciśnienia”. Wkrótce wyszło na jaw, że 11 z 12 członków komisji znajdowało się w sytuacji konfliktu interesów z uwagi na swoje powiązania z przemysłem farmaceutycznym.

Na koniec swojego artykułu Moynihan zauważa, że definicje chorób lub stanów „przedchorobowych” oraz zalecenia odnośnie ich terapii formułowane są przez najważniejszych przedstawicieli środowiska medycznego, którzy spotykają się przy okazji różnych konferencji i zjazdów finansowanych przez przemysł farmaceutyczny. Zdaniem prof. Furberga te relacje zaszły już za daleko. Moynihan stwierdza:

„Bez wątpienia zapobieganie atakom serca, wylewom (…) leży w interesie wszystkich ludzi. Jednak ocena decyzji o „medykalizacji” miliardów zdrowych ludzi, u których diagnozuje się różne „przedchoroby”, powinna stać się przedmiotem szerokiej dyskusji otwartej na wiele różnych opinii. Dlatego warto zastanowić się, w jaki sposób tworzyć bardziej niezależne ciała eksperckie, które mogłyby prowadzić na ten temat dyskusję wolną od wpływów przemysłu farmaceutycznego”

Z kolei w artykule wstępnym tego samego wydania BMJ, zatytułowanym „Are we at risk of being at risk?”, Fiona Godlee, redaktor naczelny pisma, zastanawia się nad wyjściem z zaistniałej sytuacji:

Czy nadszedł czas, żeby społeczeństwo zdobyło większy wpływ na określanie, kto jest chory a kto nie? Jeśli środowisko medycznie nie odzyska swojej niezależności od nacisków finansowych, moja odpowiedź brzmi „tak”.

Bliskie związki medycyny z przemysłem farmaceutycznym są powodem do głębokiego i uzasadnionego niepokoju. Tym bardziej że firmy te, motywowane logika biznesową nastawioną na maksymalizację zysków, propagują agresywną medykalizację i lobbują za ciągłym „uzupełnianiem” wykazu schorzeń o nowe „przedchoroby”, „zaburzenia” i „syndromy”. Niestety, jak pokazuje artykuł w BJM, środowisko medyczne zbyt często ulega tej presji i wychodzi naprzeciw oczekiwaniom firm farmaceutycznych.

Warto mieć na uwadze, że tendencja „mnożenia chorób” widoczna jest nie tylko w przypadku dolegliwości fizycznych, ale uwidacznia także z całą mocą się w psychiatrii. Wywiad z prof. Jackiem Wciórką z Instytutu Psychiatrii i Neurologii pt. „Płynna granica między chorobą a normalnością”, opublikowany w „Rzeczpospolitej”, porusza kwestie rosnących obaw amerykańskich psychiatrów o to, że nowe klasyfikacje zaburzeń psychicznych obejmują zachowania tak naprawdę normalne. W rezultacie tego nie tylko norma staje się chorobą, ale także choroba – z uwagi na swoją powszechność – staje się normą. Przytoczmy fragmenty tej interesującej rozmowy (nasze podkreślenia):

Rz: Podziela pan obawy amerykańskich psychiatrów, że nowa klasyfikacja zaburzeń sprawi, iż choroba stanie się normą?

Jacek Wciórka: Psychiatrzy od dłuższego czasu prowadzą dyskusję, czy medykalizacja ludzkich zachowań nie idzie za daleko. Problem wynika m.in. z trudności w określeniu, gdzie przebiega granica między dysfunkcyjnym sposobem bycia a zaburzeniem. W latach50. przeprowadzono badania wśród mieszkańców Manhattanu, z których wynikło, że nawet 90 proc. z nich zdradza zachowania nerwicowe. Każdy posiada jakąś cechę, która mu utrudnia życie. Osoby niezwykle wrażliwe często unikają kontaktu z innymi ludźmi, są bardziej wycofane. Nie oznacza to jednak choroby.

Rz: Chyba że w ten sposób zostanie ona nazwana w dokumencie.

Zgadzam się, że istnienie schematu diagnostycznego sprawia, iż jesteśmy skłonni częściej przykładać go do rzeczywistości. W tym sensie nowa klasyfikacja może przyczynić się do rozwoju epidemii pewnych zaburzeń, zwłaszcza w odniesieniu do osobowości, sposobu odżywiania i życia seksualnego. Wiele temu sprzyja. Lekarze mogą dzięki temu nazwać obszar swojej bezradności lub kompetencji. Pacjentom łatwiej znieść cierpienie, kiedy wiedzą, co im dolega. Nie mówiąc o firmach farmaceutycznych, dla których oznacza to powiększenie rynków zbytu.

Rz: Ponoć stąd wzięła się epidemia ADHD.

Rzeczywiście zespół ten rozpoznawany jest coraz częściej – dawniej u dzieci, teraz u dorosłych. Czasami zbyt pospiesznie. Przez stulecia nie znaliśmy tego rodzaju jednostki chorobowej, a ludzie z takimi problemami jakoś sobie radzili. Niektórzy sądzą, że są oni po prostu źle ułożeni.

Źródłem niepokoju lekarzy jest też tzw. współchorobowość. A więc diagnozowanie u jednej osoby kilku, nawet do sześciu chorób. Mówi się, że to sztuczne mnożenie bytów. Z czego wynika? Ludzie chcą coraz bardziej dokładnie opisywać rzeczywistość. Stąd o ile w latach 40. i 50. XX wieku klasyfikacje chorób psychicznych liczyły kilkadziesiąt pozycji, o tyle teraz idą one w setki.

Jak widać doszliśmy do sytuacji, w której problem agresywnej medykalizacji ludzkiego życia staje się coraz bardziej poważny i ma już fundamentalny wpływ na życie milionów ludzi. Optymizmem napawa jednak fakt, że zjawisko to nie umyka uwadze niektórych naukowców, dziennikarzy i mediów, stając się dzięki temu przedmiotem coraz szerszej dyskusji. Jest zatem nadzieja, że opinie badaczy znajdujących się w sytuacji konfliktu interesów i zainteresowanych „mnożeniem schorzeń”  stracą z czasem na znaczeniu i nie grozi nam dalszy rozwój epidemii „chorób zdrowych ludzi.”

Mateusz Rolik

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Na ten temat przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułBłonnik czyli pies, który nie zaszczekał.
Następny artykułOtyłość dziecięca a pierwsza zasada termodynamiki
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

5 KOMENTARZE

  1. A ja nie rozumie, w czym problem. Przeciez dzieki wiekszej ilosci jednostek chorobowych w psychiatrii luzie mog a w większym stopniu dbac o swoje zdrowie.Dawniej udawano, że wszytsko jest w orządku jesli tylko człowiek był w stanie jako tako funkcjonowac i nie zwracano uwagi na jego trudnosci i niedomagania.A zdrowie to przeciez nie tylko brak choroby, to rowniez niedostatki zdrowia (jesli dobrze cytuję definicje zdrowia WHO)
    Jezu, jak tu sie fatalnie pisze:(
    Teraz mamy wreszcie mozliwosc dbac o swoje zdrowie mając senswone diagnozy i wielosc metod leczniczych- nie musi cos byc od razu chorobą, wystarczy ze jest zaburzeniem a dzieki temu mamy pewnie szanse finansowac leczenie z budzetu panstwa…jakby bylo to tylko podnoszenie swojego rozwoju, pewnie kazdy moglby sie rozwijac lub nie na wlasny koszt wylącznie.No i rzecz jasna, żadne zaburzenie nie moze byc wymówka czy usprawiedliwieniem swojego lenistwa w pracy nad sobą i w dbaniu o siebie.

  2. Kluczem do rozwiązania zagadki 😉 jest jedno pytanie: czy lekarz leczy?
    Nie, po trzykroć nie! Lekarz podaje jedynie pacjentowi związek chemiczny (najczęściej w postaci tabletki), który ma za zadanie wspomóc organizm w walce z chorobą. Choć faktycznie trafniejszym określeniem byłoby zaburzeniem chorobowym. I tu dochodzimy do sedna – tabletka , w której substancji czynnej jest ile? Co z resztą?
    Sytuacją komfortową jest jeśli zdiagnozowaną jednostką chorobową jest np. angina u 20latka. Pyk , podany antybiotyk w 72 h przynosi spodziewany efekt. Super! Z zaburzoną antybiotykiem równowagą młody organizm ceteris paribus poradzi sobie w przeciągu kilku następnych tygodni.
    Takie przypadki „idealne” jednak, jak wiemy, w przyrodzie nie występują, bądź są rzadkie, w granicach błędu statystycznego. Faktem jest natomiast, że w cywilizacji dostajemy codziennie takiego strzała z chemii (spotkałam już dane, które mówią o 54kg toksycznych substancji na łeb mieszkańca Europy rocznie), świadomie bądź nie, że wszyscy jesteśmy naćpani jak bąki. Cudem prawdziwym jest dla mnie to, że w ogóle utrzymujemy jeszcze pion i chodzimy na dwóch nogach.
    Syntetyczne tabletki są dla nas ciałem obcym. Żywy organizm ich „nie czyta”, lub czyta w ułamku procenta – resztę odkłada – jako problem do rozwiązania „później”. A później to znaczy kiedy? Na przykład wtedy gdy damy mu „odsapnąć” i choć przez chwilę nie pakujemy w siebie kolejnych dawek chemii nieorganicznej.
    Nie jestem lekarzem, jestem ekonomistą i niestety wiem, że koncerny farmaceutyczne nie dadzą nam szansy „odsapnąć”. Czy naprawdę nikogo nie zastanawia, że w powiatowym mieście co 5 czynny jeszcze sklep to apteka?!
    TO JEST BIZNES – doskonały, bo zbudowany na zasadzie, której uczył mnie mój Guru : „masz firmę budowy dróg, kupuj drugą, najlepiej ciężarówek, które będą te drogi niszczyć”.
    TO JEST MARKETING – druga moja życiowa Nauczycielka powiedziała jak nie chcieliśmy się za komuny rosyjskiego uczyć „język wroga trzeba znać! tak się stało że dziś umiem i rosyjski i język reklamy 😉
    TO JEST SEKTA – w której tkwimy wszyscy… naprawdę?
    pozdrawiam
    i trzymajmy się w kupie ;), bo jak wiadomo „kupy nikt nie ruszy”
    Katarzyna Krzyżanowska

  3. Ten tekst cytuję: „Żyjesz w ustroju korporatokracji, w którym (zgodnie z nazwą) rządzą korporacje, a nie rządy, a jedynym kryterium ich sukcesu jest zysk finansowy. W takim systemie nie liczy się zdrowie ani dobro człowieka, lecz wyłącznie pieniądze. Obecnie placówka medyczna to instytucja nastawiona na zysk, a niegdysiejszy pacjent to dojna krowa, mająca dawać jak najwięcej mleka czyli chorób. Czy w tej sytuacji zdrowie owego „klienta” komukolwiek się opłaca? Oczywiście, że nie! Na zdrowiu się nie zarabia. To choroby przynoszą zysk, a więc w interesie „rynku zdrowia” leży mnożenie chorób, a nie ich likwidowanie. W ustroju korporatokratycznym jesteś stale oszukiwany. Lekarze i inni eksperci kłamią bez mrugnięcia okiem, bo każde kłamstwo przynosi im zysk i premię od firmy farmaceutycznej lub producenta sprzętu medycznego. Rozejrzyj się wokół i pomyśl samodzielnie: mamy XXI wiek, półki aptek uginają się od tysięcy leków, szpitale są wyposażone w sprzęt jak z filmu SF, badania nad rakiem pochłaniają miliardy dolarów rocznie, ale lekarze nie potrafią niczego wyleczyć skutecznie i bez powodowania kolejnych poważnych chorób, będących skutkiem ubocznym stosowanych leków i zabiegów. Czy w ogóle przyszło ci do głowy, żeby zastanowić się nad tym, dlaczego, mimo wielkiego postępu technicznego, chorób i zgonów nie tylko nie ubywa, ale lawinowo przybywa? Żyjąc nieświadomie, zwalając odpowiedzialność za swoje zdrowie na ekspertów i specjalistów stajesz się dojną krową dla Systemu. Płacisz, cierpisz, trujesz się lekami, pozwalasz sobie wycinać kolejne narządy i… chorujesz dalej, a nawet coraz bardziej! Na szczęście możesz się z tego wyzwolić w bardzo prosty sposób: wystarczy, że się przebudzisz, że przestaniesz być potulną owcą i że staniesz się Człowiekiem Rozumnym.”

    Proszę się zapoznać z nowym paradygmatem medycznym. Są to prawa biologiczne, które opracował lekarz niemiecki 30 lat temu.Gdy przeczytałam pierwszy raz 2 lata temu (mam wykształcenie biologiczne), zastanawiałam się kilka miesięcy co na ten temat sądzić. Bo COŚ się zgadzało, ale szczegóły to jak SF. Aż w końcu, tak jak brzmi zalecenie- zaczęłam je weryfikować. Każdy może to zrobić. To jest możliwe. SPRAWDZIĆ.
    . Podważa on bowiem podstawy funkcjonującego obecnie dogmatu medycyny konwencjonalnej. Który jest oparty na XIX wiecznym kłamstwie L.Pasteura i Kocha.
    Wiem, że trudno zresetować swoje poglądy na temat zdrowia i powstawania-leczenia chorób ale 5 praw Natury jest prawdą naukową. Potwierdziłam je na traumatycznych przeżyciach ( udary, zawały, nowotwory, epilepsja) z historii mojej rodziny- moje, moich synów i wnucząt, mojego męża, moich rodziców, teściów, brata i jego rodziny, dziadków, mojej serdecznej przyjaciółki, jej męża i dzieci, dobrych znajomych…
    Mam nadzieję, że znajomość NGM pomoże zrozumieć kod biologiczny wg. którego człowiek funkcjonuje na Ziemi. I uratuje miliony ludzi niszczonych obecnie metodami „wczesnego wykrywania raka” i morderczymi procedurami „leczniczymi” – chemo i radio -terapią.
    Pozdrawiam serdecznie.

    http://www.germanska-nowa-medycyna.org

    http://www.germanska-nowa-medycyna.pl

    http://5prawnatury.pl/

    OD TEGO ZACZNIJ

    http://germanska.pl/index.php/od-tego-zacznij

    Moje wnuczęta (1,5. 2,5 NIESZCZEPIONE na nic i zdrowe)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ