Tłuszcze nasycone a choroby serca: wczesne badania nad hipotezą

12

Filarem panującego paradygmatu medyczno-żywieniowego jest hipoteza, że tłuszcze nasycone w diecie podnoszą stężenie cholesterolu i w ten sposób wywołują choroby serca (tzw. hipoteza tłuszczowo-cholesterolowa). Pomimo tego, że teoria ta została sformułowana już w latach 50-tych XX w. przez Ancela Keysa, a następnie upowszechniona globalnie w latach 80-tych, nigdy nie udało się jej udowodnić w badaniach naukowych. Rozpropagowanie konieczności ograniczania tłuszczów zwierzęcych w diecie, automatycznie podniosło spożycie węglowodanów. To, w połączeniu z upowszechnieniem olejów roślinnych, zbiegło się w czasie z wybuchem globalnej epidemii otyłości i wielu chorób cywilizacyjnych, w tym choroby wieńcowej. Coraz więcej badaczy w środowisku naukowym dostrzega tę koincydencję i pyta, czy aby niskotłuszczowe zalecenia żywieniowe nie wywołały chorób, którym miały pierwotnie zapobiegać. Od końca lat 90-tych pojawiają się kolejne badania, które jasno pokazują, że spożywanie tłuszczów nasyconych wcale nie podnosi ryzyka wystąpienia choroby serca. O ile wiedza o tym stopniowo się upowszechnia, o tyle mało kto dziś pamięta, że już wczesne badania nad hipotezą tłuszczowo-cholesterolową wykazywały, że ograniczanie tłuszczów zwierzęcych w diecie nie tylko nie zapobiega chorobom serca, ale wręcz zwiększa ryzyko zachorowania.

W 2009 roku zespół pod kierownictwem Ronalda M. Kraussa opublikował w piśmie „American Journal of Clinical Nutrition” wyniki metaanalizy, która wykazała brak dowodów naukowych na istnienie związków między spożywaniem tłuszczów nasyconych a występowaniem chorób serca. Badacze doszli do następujących wniosków:

Metaanaliza badań epidemiologicznych wykazała brak istotnych dowodów naukowych pozwalających twierdzić, iż tłuszcz nasycony w diecie podnosi ryzyko wystąpienia choroby wieńcowej serca.

Metaanaliza jest takim specyficznym rodzajem badań; stanowi kompilację wyników różnych badań dokonywaną z wykorzystaniem narzędzi statystycznych. Metaanaliza pozwala wyciągnąć wnioski z prób klinicznych, z których każda przeprowadzona była na przykład na zbyt małej grupie pacjentów i uzyskane wyniki nie pozwalają na wyciąganie jednoznacznych wniosków. Krauss i jego zespół przeszukał literaturę medyczną pod kątem dowodów na związki między spożyciem tłuszczów nasyconych a ryzykiem wystąpienia chorób serca. Takiego związku nie znaleźli.

Jednak zdaniem Michaela Eadesa, lekarza i autora kilku książek o odżywianiu niskowęglowodanowym, badania w formie metaanalizy mają ograniczoną wartość poznawczą, ponieważ pozwalają często wyciągać wnioski, które tak naprawdę nie znajdują odzwierciedlenia w danych. Najmniejszą wartość mają jego zdaniem metaanalizy bazujące na badaniach obserwacyjnych, które same w sobie są często bezwartościowe. Dodatkowo, metodologia przeprowadzania metaanalizy pozwala na manipulację po stronie badaczy na etapie doboru materiału poddawanego analizie.

Pomimo tych zastrzeżeń, Eades zauważa, że praca Krausa, naukowca cieszącego się powszechnym uznaniem, ma duże znaczenie, ponieważ ilustruje zmianę nastawienia w środowisku naukowo-medycznym. Eades zna wielu naukowców, którzy od dawna wiedzą, iż spożycia tłuszczów nasyconych nie sposób na gruncie naukowym powiązać z chorobami serca, ale z uwagi na presję środowiska nie chcą podejmować tego zagadnienia w projektach badawczych, żeby niepotrzebnie nie narażać swojej kariery i reputacji. Opublikowanie przez Krausa metaanalizy prezentującej tłuszcze nasycone w korzystnym świetle pokazuje, że ta obawa w środowisku maleje.

Jednocześnie Eades przypomina, że przy ocenie wpływu tłuszczów nasyconych na zdrowie człowieka nie musimy wcale polegać na badaniach o wątpliwej wartości w rodzaju metaanaliz. Dodaje, że wyniki badań korzystne dla tłuszczów nasyconych dostępne są w literaturze medycznej od wielu lat. I nie są to powszechne dzisiaj takie czy inne badania obserwacyjne, ale rzetelne badania kontrolowane.

W 1965 roku opublikowano dwa badania pokazujące, że pacjenci chorzy na serce, którzy jedli tłuszcze nasycone, żyli dłużej, niż chorzy, którzy tych tłuszczów nie jedli. Pierwsze badanie, zatytułowane „Low-Fat Diet in Myocardial Infarction”, opublikowane w piśmie „The Lancet”, porównywało przeżywalność pacjentów po atakach serca w zależności od dwóch rodzajów diety: niskotłuszczowej lub tradycyjnej, bogatej w tłuszcze nasycone.

Oto, na czym polegało badanie:

Badanie objęło 264 mężczyzn w wieku poniżej 65 lat, którzy przeszli pierwszy zawał mięśnia sercowego i przebywali w szpitalach w Central Middlesex, Edgeware General i West Middlesex. Przy opuszczaniu szpitala każdy pacjent przypisywany był w sposób zrandomizowany do jednej z dwóch grup: jedna grupa stosowała dietę niskotłuszczową, a drugiej grupie pozwolono stosować swój niezmieniony jadłospis.

Badanie trwało od 1957 do 1963 roku i realizowane było przez trzy szpitale.

Jak wyglądała w tym badaniu dieta niskotłuszczowa?

Na diecie niskotłuszczowej pacjentom pozwolono jeść nie więcej niż 40 gramów tłuszczu dziennie [poniżej 20% spożywanych kalorii]. Dopuszczalna dzienna porcja tłustych pokarmów obejmowała 14 gramów masła, 84 gramy mięsa, 1 jajo, 56 gramów twarożku i odtłuszczone mleko. Rodzaj spożywanych tłuszczów nie został zmieniony. Nie dodano też do diety żadnych tłuszczów nienasyconych. Dieta taka [niskotłuszczowa] okazała się dla wielu pacjentów niesmaczna i w miarę możliwości dostosowywano ją do gustu poszczególnych badanych.

Grupa kontrolna (na diecie tradycyjnej) spożywała około 2,5 razy więcej tłuszczu niż badani na diecie niskotłuszczowej, odpowiednio 106-125 gramów i 44-45 gramów. W grupie „niskotłuszczowej” spożycie tłuszczów nasyconych było na poziomie 30 gramów dziennie, co stanowiło 13,5 % dziennego spożycia kalorii. Dzisiaj większość specjalistów zaleca ograniczanie spożycia tłuszczów nasyconych do 10% wszystkich dziennych kalorii. W grupie kontrolnej szacunkowe spożycie tłuszczów było na poziomie ok. 45 % wszystkich dziennych kalorii, czyli tyle ile średnie spożycie tłuszczów w USA przed rozpropagowaniem niskotłuszczowych zaleceń żywieniowych we wczesnych latach 80-tych. Spożycie tłuszczów nasyconych w grupie kontrolnej było na poziomie 25% dziennego spożycia kalorii.

Na czas trwania eksperymentu pacjenci na diecie niskotłuszczowej mieli zapewnioną ścisłą opiekę i dzięki temu wiadomo było, że rygorystycznie przestrzegali zaleceń dietetycznych. Spożywali też około 400 kalorii mniej niż pacjenci w grupie kontrolnej, tracąc na wadze. Dodatkowo byli poddawania regularnie pomiarom stężenia cholesterolu bo już w 1965 roku lekarze wiedzieli, że ograniczenie tłuszczów w diecie, a szczególnie nasyconych, obniża poziom cholesterolu. I rzeczywiście w grupie niskotłuszczowej stężenie cholesterolu znacząco spadło.

Po 5 latach badacze zauważyli, że w porównaniu z grupą kontrolną zastosowanie diety niskotłuszczowej ani nie przedłużyło życia pacjentów ani nie pomogło zapobiec kolejnym atakom serca. Z biegiem czasu okazało się, że smiertelność w obu grupach była taka sama.W związku z tym badacze sformułowali następujące wnioski i rekomendacje:

Stwierdza się, że u mężczyzn poniżej 65 roku życia, którzy przeszli pierwszy zawał mięśnia sercowego, dieta niskotłuszczowa nie poprawia rokowania.

Podsumowanie

Dietę niskotłuszczową z zawartością 40 gramów tłuszczu zastosowano w grupie 264 mężczyzn, którzy przeżyli swój pierwszy zawał mięśnia sercowego. Pomimo obniżonego poziomu cholesterolu i większego spadku wagi ciała, nawrót choroby był podobny w obu grupach.

Dieta niskotłuszczowa nie znajduje zastosowania w terapii zawału mięśnia sercowego

Kolejne badanie, zatytułowane „Corn Oil in Treatment of Ischemic Heart Disease,” opublikowane w piśmie „British Medical Journal” (BMJ) w 1965 roku, sprawdzało stopień umieralności lub ryzyko wystąpienia drugiego ataku serca u pacjentów w trzech grupach dietetycznych: (a) na tradycyjnej diecie tamtych czasów (grupa kontrolna), (b) na diecie bogatej w olej kukurydziany oraz (c) na diecie bogatej w oliwę z oliwek . Po oszacowaniu liczby spożywanych kalorii w grupie kontrolnej, badacze ograniczyli w pozostałych grupach do minimum spożycie tłuszczu z tradycyjnych pokarmów zwierzęcych, wprowadzając w zamian oliwę z oliwek albo olej kukurydziany w takich ilościach, żeby zastąpić wyeliminowane kalorie pochodzące z tłuszczów. W ten sposób w obu grupach eksperymentalnych spożywano ok. 80 gramów tłuszczów roślinnych dziennie.

Jaki był cel badania?

Naszym celem było zbadanie skutków stosowania olejów roślinnych i diety niskotłuszczowej u pacjentów z chorobą niedokrwienną serca. Interesował nas głownie wpływ tłuszczów jednonienasyconych i skutki zdrowotne obniżonego cholesterolu. Jednak stosowanie dużych ilości każdego rodzaju oleju w diecie może mieć nie tylko bezpośredni, ale także pośredni wpływ na sposób odżywania, stąd zaobserwowane różnice między grupą na diecie bogatej w olej jednonienasycone i grupą kontrolną mogą być związane z tymi dodatkowymi efektami, a niekoniecznie z działaniem samych kwasów jednonienasyconych. Na przykład umieralność z powodu chorób serca jest niska w Grecji i we Włoszech, gdzie spożywa się duże ilości oliwy z oliwek. Jednak ten rodzaj oleju, głównie jednonienasycony, niekoniecznie ma wpływ na stężenie cholesterolu. Biorąc to pod uwagę eksperyment został tak zaprojektowany, żeby zbadać działanie nie tylko oleju wysoko nienasyconego (oleju kukurydzianego), ale rownież oliwy z oliwek. Jest prawdopodobne, że jeśli pojawią się różnice między grupą spożywającą olej kukurydziany i grupą spożywającą oliwę z oliwek, będą one odzwierciedlać charakterystyczny wpływ na organizm wielonienasyconych kwasów tłuszczowych.

Pacjentów przypisano do trzech różnych grup w sposób randomizowany i poddawano ich kontroli przez okres 2 lat. Podobnie jak w poprzednio opisywanym badaniu, tym razem również pomiar poziomu cholesterolu u badanych służył jako narzędzie oceny stopnia przestrzegania poszczególnych zaleceń dietetycznych. Okazało się, że nie tylko w grupie kontrolnej (na tradycyjnej diecie), ale także w grupie na diecie bogatej w oliwę z oliwek stężenie cholesterolu nie uległo zmianie. U pacjentów na diecie obfitującej w olej kukurydziany stężenie cholesterolu znacząco spadło.

Z upływem czasu określona liczba badanych albo zmarła albo miała drugi atak serca. Badacze wiedzieli jedynie, którzy badani należeli do grupy kontrolnej, lecz nie mieli wiedzy, którzy pacjenci są na diecie bogatej w oliwę z oliwek, a którzy w olej kukurydziany. Na koniec eksperymentu okazało się, że w grupie kontrolnej (na tradycyjnej diecie, bogatej w tłuszcze nasycone) 75% badanych nie umarło ani nie doświadczyło ponownego ataku serca. W grupie „na oliwie z oliwek” ten odsetek wynosił 57%. W grupie „na oleju kukurydzianym” już tylko 52% badanych pozostało przy życiu i uniknęło ponownego ataku serca.

W podsumowaniu eksperymentu badacze stwierdzili:

Osiemdziesięciu badanych cierpiących na chorobę niedokrwienną serca przypisano w sposób zrandomizowany do trzech grup. Pierwsza grupa stanowiła grupę kontrolną. W drugiej grupie stosowano oliwę z oliwek wraz z ograniczeniem spożycia tłuszczów zwierzęcych. W trzeciej grupie stosowano olej kukurydziany wraz z ograniczeniem spożycia tłuszczów zwierzęcych. Stężenie cholesterolu spadło w grupie na diecie bogatej w olej kukurydziany, ale po 2,5 roku odsetek osób, które pozostawały przy życiu i uniknęły ponownego zawału serca w poszczególnych grupach wyniósł odpowiednio 75%, 57% i 52%.

Stwierdza się, że badanie wykazało, iż olej kukurydziany nie może być zalecany w chorobie niedokrwiennej serca.

Warto zauważyć, że wyniki badania „Corn Oil in Treatment of Ischemic Heart Disease” opublikowano w czasie, kiedy olej kukurydziany okrzyknięty został pokarmem pozwalającym zapobiec chorobom serca właśnie z uwagi na to, że jest tłuszczem wielonienasyconym. Przez USA przetaczały się w tamtym czasie intensywne kampanie reklamowe margaryny i olejów roślinnych jako „zdrowych dla serca”. Reklamy produktów firmy Mazola, producenta olejów roślinnych wykorzystywały rzekomo naukowo udowodnione walory zdrowotne swoich produktów. „Nauka uważa olej kukurydziany za kluczowy dla dobrego zdrowia”, krzyczały do klientów materiały promocyjne. Reklamy w pismach medycznych zalecały pacjentom z nadciśnieniem tętniczym niesoloną margarynę firmy Fleishmann. Frederick Stare, Dziekan Wydziału Żywienia Uniwersytetu Harvarda, wpływowy żywieniowiec i gorący zwolennik hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej, namawiał ludzi za pośrednictwem mediów do spożywania oleju kukurydzianego w ilości nawet jednej filiżanki dziennie.

W artykule wstępnym tego samego wydania BMJ, jego autor – wyraźnie niezadowolony z wyników badań niekorzystnych dla oleju kukurydzianego – rozważał różne możliwości leczenia i zapobiegania chorobom serca za pomocą obniżających poziom cholesterolu tłuszczów nienasyconych. Być może, dywagował, tłuszcze roślinne i niski poziom cholesterolu nie mogą poprawić sytuacji osób, które już zachorowały na serce. Innymi słowy, jest już dla nich za późno. Jednak na pewno, spekulował autor, mogą zapobiec chorobom serca u osób zdrowych, bez oznak choroby wieńcowej. Sprawdzianem zasadności tej opinii miała już niebawem okazać się  działalność Anti-Coronary Club (pl. Klubu Antymiażdżycowego).

Anti-Coronary Club założony został w 1957 roku przez Normana Jolliffe’a, Dyrektora Biura ds. Odżywiania, Wydziału Zdrowia Miasta Nowy Jork. Zrzeszał on grupę ok. 1100 biznesmenów w wieku od 40 do 59 lat, którzy w nadziei na uniknięcie chorób serca postanowili stosować dietę o nazwie „prudent diet”. Używali oni oleju kukurydzianego i margaryny zamiast masła, na śniadanie jedli owsiankę zamiast jaj, a „tłustą” wołowinę zastąpili rybą i kurczakiem. Wołowina, cielęcina i wieprzowina dozwolona była tylko 4 razy w tygodniu. Otyli członkowie Klubu stosowali dodatkowo ograniczenie kaloryczne (do 1600 kalorii dziennie) i zredukowali spożycie tłuszczów poniżej 20% wszystkich spożywanych kalorii. Kondycję zdrowotną klubowiczów miano porównać z odpowiednio dobraną grupą kontrolną osób w tym samym wieku, którzy odżywiali się w sposób typowy dla tamtych czasów: jaja na śniadanie, mięso trzy razy dziennie i ziemniaki. Jolliffe, który chorował na cukrzycę i poruszał się na wózku inwalidzkim, wierzył głęboko, że stosowanie „prudent diet” może ratować ludziom życie, w tym jego własne. W 1963 roku autor artykułu wstępnego w BMJ pisał z wielkim entuzjazmem i nadzieją o spodziewanych wynikach tego odważnego eksperymentu:

Inną, rewelacyjną strategią jest zapobieganie chorobie niedokrwiennej mięśnia sercowego przez zmiany dietetyczne dokonywane jeszcze u osób zdrowych… 814 członków [Klubu Antymiażdżycowego] stosuje „prudent diet” (…). I już mamy pierwsze dowody na to, że chorobie wieńcowej można zapobiec. Czekamy na ostateczne potwierdzenie.

I rzeczywiście początkowo eksperyment wydawał się bardzo obiecujący. Pierwsze obserwacje, korzystne dla „prudent diet”, opublikowano w 1962 roku. Zostały szybko nagłośnione przez główne media. W maju 1962 roku „New York Times” donosił w nagłówku, że „Dieta obniża liczbę przypadków chorób serca”. W 1964 roku magazyn „Time” pisał, że „Specjalna Dieta obniża zapadalność na choroby serca”. Jeszcze w lutym 1966 informowano, że „prudent diet” działa i chroni przed chorobą wieńcową. Mówiono, że im dłużej stosuje się taką dietę tym więcej korzyści dla zdrowia można osiągnąć.

Jednak już w listopadzie 1966 okazało się, że 26 członków Klubu Antymiażdżycowego zmarło, podczas gdy w grupie kontrolnej, której członkowie kontynuowali swoje typowe wysokotłuszczowe przyzwyczajenia kulinarne, zmarło tylko 6 osób. Co więcej, 8 klubowiczów zmarło właśnie na atak serca, podczas gdy w grupie kontrolnej zawały serca nie wystąpiły wcale. Do tego czasu zmarł też sam pomysłodawca Klubu, Norman Jolliffe.

Badacze nadzorujący Klub Antymiażdżycowy, entuzjaści niskotłuszczowego modelu odżywiania, przyznali niechętnie, że umieralność wśród osób stosujących „prudent diet” była „niezwykła”. Pomimo tego, zamiast skoncentrować się na podwyższonej liczbie zgonów, zdecydowali się opisywać poprawę w zakresie tzw. czynników ryzyka choroby wieńcowej (ciśnienie krwi, spadek wagi i poziom cholesterolu) osiągniętą dzięki niskotłuszczowej diecie. Z jakiś powodów ominęli przy tej analizie fakt, że poprawa tych parametrów nie zapobiegła wyższej umieralności na choroby serca, a nawet ją podwyższyła.

Jak widać, już na wczesnym etapie rozwoju hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej badania sprawiały zwolennikom ograniczania tłuszczów w diecie wiele kłopotów. Głównym problemem była niezmiennie podwyższona umieralność na dietach niskotłuszczowych, szczególnie ewidentna wtedy, kiedy tłuszcze zwierzęce zastępowano olejami roślinnymi (wielonienasyconymi). Diety niskotłuszczowe w istocie poprawiały tzw. parametry zdrowia (ciśnienie krwi, stężenie cholesterolu i wagę ciała), ale jednocześnie podnosiły ryzyko śmierci. W 1969 roku, po publikacji wyników szeroko zakrojonego badania odnośnie wpływu diety na rozwój chorób serca, potwierdzających tę samą zależność, autor eksperymentu, Seymour Dayton, profesor medycyny na Uniwersytecie Kalifornijskim zastanawiał się nad rzeczywistym wpływem tłuszczów nienasyconych na zdrowie człowieka. „Być może dieta bogata w tłuszcze nienasycone, stosowana przez długi czas, przynosi niepożądane skutki? Przecież takie diety są w gruncie rzeczy rzadkością w naturze pośród populacji ludzkich.” Z uwagi na to, że obniżenie cholesterolu nie przedłużało życia badanych, zdaniem Daytona wciąż nie było na odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób dieta może zapobiegać chorobom serca.

Z pespektywy czasu widać, że niskotłuszczowe diety „obniżające cholesterol” , obfite w tłuszcze roślinne, nie tylko nie zapobiegły epidemii chorób serca, ale wielu obserwatorów zastanawia się, czy aby jej nie wywołały. Na koniec można za Michaelem Eadesem jedynie wyrazić żal, że badacze na wczesnym etapie rozwoju hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej nie zastosowali się do słów Winstona Churchilla, który apelował o to, żeby od czasu do czasu przyglądać się rezultatom każdej, nawet najpiękniejszej strategii.

Mateusz Rolik

żródła:

  1. Saturated fat and heart disease: studies old and new, Michael Eades
  2. Good Calories, Bad Calories: Fats, Carbs, and the Con­troversial Science of Diet and Health, Gary Taubes, First Anchor Books Edition, September 2008, New York
  3. The Oiling of America, Mary Enig i Sally Fallon, 1999

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Na ten temat przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOtyłość dziecięca a pierwsza zasada termodynamiki
Następny artykułNauka w komisjach, czyli polityczne korzenie hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

12 KOMENTARZE

  1. Na logikę te teorie są słuszne, ale żywym antyprzykładem na nie jest moja babcia. W uproszczeniu zawsze jadła dużo mięsa i tłuszczy zwierzęcych, jajek. Uwielbia robić różnego rodzaju własne potrawy mięsne. Od słodyczy i owoców raczej stroni, mówi że nie lubi. Do obiadu zawsze zupa, ziemniaki i surówka. Śniadanie i kolacja to raczej biały chleb + wędlina. Odżywia się „niby” zdrowiej niż przeciętny człowiek zajadający się węglowodanami, a mimo to ma za wysoki cholesterol, miażdzycę i 3 zawały za sobą. No i gdzie tu jest ta logika? Kiedyś byłam zwolennikiem diety optymalnej, patrząc na babcię widzę że jednak nie tędy droga. Babcia jest palaczką, ale nie sądzę by tylko to miało aż taki wpływ na jej układ sercowo-naczyniowy. Nie stosowała się do zaleceń diety optymalnej ale w jej przypadku tłuste jedzenie obróciło się przeciwko jej zdrowiu 🙁

    • Pani Sylwio. Byłbym bardzo ostrożny w używaniu argumentów „moja babcia”, „mój dziadek”, „ja”, bez względu na to jakiej tezy miałyby „dowodzić” lub „obalać”. Organizm ludzki to bardzo złożony mechanizm, na który oddziałują wielorakie czynniki (środowiskowe, genetyczne itp.) My tu sobie rozmawiamy o diecie, ale to tylko jeden z wielu czynników, nawet nie wiadomo, czy najważniejszy. Nie wiadomo, co było przyczyną miażdżycy i zawału u Pani babci. Proszę też zauważyć, że nigdy się nie dowiemy, jakim zdrowiem cieszyłaby się Pani babcia, gdyby odżywiała się inaczej. Mogłoby być jeszcze gorzej… bądź lepiej. Po prostu nie wiemy.

      I jeszcze jedno: wie Pani ile osób na tzw. zdrowej niskotłuszczowej diecie, z niskim poziomem cholesterolu choruje na serce? Sporo. Proszę się temu również przyjrzeć, choćby we własnym środowisku lub na różnych forach, gdzie sfrustrowani ludzie przestrzegający zdrowej diety, nie rozumieją, skąd u nich się wzięła choroba.

      Utopijne jest moim zdaniem myślenie, że jakiś jeden, konkretny model odżywiania może – bez względu na wszystko inne – zagwarantować pełną ochronę przed chorobą i dobre zdrowie.

      Pozdrawiam

  2. Ma Pan rację. Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że nie ma sensu przytaczać pojedynczych przykładów. Z moją babcią żyje przecież dziadek, który je mniej więcej to samo co babcia i nie zachorował ani na miażdżycę ani na zawał.

    • Dokładnie tak. Geny, wbrew powszechnym opiniom, mają ogromne znaczenie.

      Ja jeszcze przypomnę o jednej brutalnej prawdzie, o której na ogół nie chcemy pamiętać: z ewolucyjnego punktu widzenia nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, by organizm (tu: człowiek) żył jeszcze długo PO utracie płodności. Natura, nie mając w tym żadnego interesu, nie zaprogramowała nas na długą starość, i tyle. W pewnym momencie życia „kończy nam się termin przydatności” i wtedy dalsze nasze życie jest jakby „bonusem”. Jedni w ramach tego „gratisu” dostają życie do setki, inni nie zdążą się nacieszyć emeryturą i odchodzą. To smutne, ale tak funkcjonuje natura. Nie mówiąc już o tym, że zredukowanie niemal do zera doboru naturalnego w obrębie naszego gatunku dodatkowo pogarsza sprawę.

      Czy więc warto w tym czasie, który jest nam dany, katować się jakimiś dogmatami dietetycznymi? Co do których nie mamy pewności, czy rzeczywiście mają służyć nam, czy tylko nabijać kabzę jakimś koncernom? Każdy sam musi sobie odpowiedzieć.

      • O proszę. A ja myślałem, że powszechna opinia dziś jest taka, że to geny właśnie decydują o wszystkim, przynajmniej wśród genetyków i fascynatów genetyki. Widać mnożą nam się te powszechne opinie. I dobrze.

      • @ Mateusz
        „O proszę. A ja myślałem, że powszechna opinia dziś jest taka, że to geny właśnie decydują o wszystkim (…)”

        Z jednej strony ma Pan rację. Choć z drugiej, odnoszę silne wrażenie, że dziś raczej wszyscy usilnie starają się nas przekonać, że 99% zdrowia spoczywa w naszych rękach. Wystarczy jedynie rygorystycznie przestrzegać zaleceń. I tylko te zalecenia się różnią w zależności od tego, kogo słuchamy i w co nam łatwiej uwierzyć. Najczęściej ufamy oficjalnym zaleceniom dietetyków (piramida żywieniowa – czyli głównie węglowodany), choć ponieważ schizma w tym obszarze zaznacza się coraz wyraźniej, możemy się zbuntować i wybrać np. tłustą dietę Kwaśniewskiego albo białkową Dukana… Do wyboru, do koloru. Każdy może sobie wybrać swoją ‚jedyną słuszną prawdę żywieniową’; taką , jaka jest mu najbardziej wygodna. Dziś dieta urosła do rozmiarów religii, coraz to więcej ludzi staje się żarliwym wyznawcą jakiegoś dietetycznego wyznania. Namnożyli nam się rozmaici dietetyczni kaznodzieje. I choć każdy guru nakazuje jeść zupełnie co innego, to wszyscy obiecują swoim wyznawcom to samo: długie życie w zdrowiu…

        Nie chcę przez to powiedzieć, że jedzenie nie ma wpływu na zdrowie, bo na pewno jakiś ma. Moją intencją nie jest też ośmieszenie diet – ani tych oficjalnych, ani alternatywnych.

        Niepokoi mnie jedynie paranoja na punkcie jedzenia, na jaką cierpi coraz więcej ludzi – przynajmniej w moim otoczeniu. Chorobowo rygorystyczne podchodzenie do liczenia kalorii, obsesyjne unikanie tłuszczu/węglowodanów. I śmieszą mnie obietnice guru od diet w stylu: zacznij jeść po kwaśniewsku/dukańsku/rozdzielnie/itd., a wyleczysz się z egzemy, gronkowca, Parkinsona, raka i AIDS… itd, itp…

      • @Kaś Wg mnie geny nie mają ostatecznego zdania. Istnieją głosy iż psychika jak i warunki w jakich się żyje mają wpływ na geny. Geny nie mogą być w 100% determinantem, bo nie było by ani ewolucji ani różnorodności. Czasem więc zapis genetyczny się zmienia lub coś wpływa iż się nie uaktualni.
        Wiara w determinizm genetyczny jest też odmianą wiary jako że genetyka jest młodą nauką i nie wypowiedziała się ostatecznie.
        Piszesz też o brutalnej prawdzie z ewolucyjnego punktu. Wynika z niej iż nie ma uzasadnienia trwania życia po utracie płodności. Takiej prawdy nie ma i nie została udowodniona. Nie wiesz czy natura ma w tym interes czy nie ma i czy tak rygorystycznie trzyma się jedynie tematu „rozrodczości”. Dlaczego kobiety żyją dłużej, już po menopauzie od mężczyzn? Dlaczego przyroda czasem wyłania hmm… osobniki ‚nierozrodcze” i ich nie uśmierca z racji bezużyteczności? Faktem jest iż częściej się umiera po okresie menopauzy ale czy to tylko ten czynnik? Serce człowieka jest ponoć przygotowane do życia o wiele dłużej niż człowiek żyje. Po co przyroda tak umocniła serce? To wbrew tej teorii. Uważam że to nie natura tak funkcjonuje, tylko człowiek popełnia gdzieś błędy iż nie żyje długo. Zgodzę się z tym iż nie warto katować się dietami i czynić z nich religię, bo za nimi kryje się często polityka i kasa a do tematu podchodzić indywidualnie z rozsądkiem i ze smakiem. 🙂

  3. @Kaś
    W sprawie „paranoi na punkcie odżywiania” nie ma między nami sporu. Wielokrotnie o tym pisałem (podobnie jak inni autorzy ND) m.in w komentarzach do tego tekstu (patrz wyżej) „Utopijne jest moim zdaniem myślenie, że jakiś jeden, konkretny model odżywiania może – bez względu na wszystko inne – zagwarantować pełną ochronę przed chorobą i dobre zdrowie” . Pozdrawiam

  4. Witam 🙂 Cieszę się że tu trafiłam. Artykuły rewelacyjne. Również komentarze. Eksperymentowałam na dietach i dalej szukam słusznej drogi. Wkrótce napiszę o moich obserwacjach jak i o refleksjach w świetle nowych danych. Pozdrawiam.

  5. Dość długi czas byłam na diecie niemal wegetariańskiej, (2lata? ) jedynie raz w tygodniu delikatne mięso indycze, cielęcina. Jaj niewiele. Warzywa, kaszki, owoce, nabiał itp. Cholesterol trzymał się w normie, ale w górnych przedziałach. Miażdżyca kończyn dolnych. Jestem po bajpasach. Palę. W związku z tym w szpitalu zrobiłam wywiad wśród pacjentów. Relacja; Na 4 osoby w sali palącą byłam tylko ja. W sali na 7 osób tylko ja i 1 pan. W sali na 5 osób palącą byłam tylko ja a jedna osoba 20 lat temu pracowała w pomieszczeniu zadymionym w kawiarni. He he , jak to się ma do teorii z nikotyną? Z ok połową pacjentów udało mi się zorientować iż wspólnym zdarzeniem wszystkich w nieodległym czasie (do 1 roku) był potężny stres, czy to z pracą czy w rodzinie.
    Skąd miażdżyca gdy nie jadałam tłuszczu z świniny jedynie olej z oliwek, i z lnu? Obecnie przeszłam na dietę tłustą intuicyjną. Jem masło jaja, boczek, kaczki, warzywa, owoce. Nie jem chleba. Cholesterol poszedł w górę ale o dziwo HDL podniósł mi się o 50 % jak nigdy i spadły trójglicerydy. Wieczorem miarka viski. Lekarz mnie zapewne wyświęci…
    Myślę że jedzenie powinno być również lekarstwem. Obecna nagonka na tłuszcze nasycone nie ma związku z zachorowalnością ludzi w minionym czasie. Dawniej tylko smalec jadano i miażdżycy nie było….Paradoksem by było, że przez tysiące lat ludzie nie znając olejów i danonków, tak fatalnie się odżywiali smalcem, łojem i śmieli na choroby cywilizacyjne nie chorować…

    Z ciekawością czytam Wasze doniesienia.

  6. Po co ludzie zdrowo się odżywiają, dbają o zdrowie i jednocześnie palą? I jeszcze wmawiają sobie, że im to nie szkodzi. Czysta hipokryzja…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ