Jedzta, co chceta, czyli żywieniowa anarchia

10

Niemiecki pisarz, poeta i eseista Friedrich Georg Jünger pisał w wydanej w 1946 roku książce Perfekcja techniki, że jednym z przejawów stechnicyzowanego życia i myślenia o naturze jest m.in. dążność, aby z tego co naturalne wypreparować hormony i witaminy, wytwarzać syntetyczne i sztuczne substancje, organizować i racjonalizować jedzenie i odżywianie. Homo technicus nie widzi jabłka, lecz witaminy i kalorie, i nie pojmuje, że wszystkie substancje, z jakich składa się jabłko, nie mogą go zastąpić, gdyż jest ono przejawem zasady wyższej niż wszystkie te składniki razem wzięte. Jabłko jest formą życia: rodzi się, pęcznieje, rośnie, dojrzewa, gnije, pachnie, ma kolor i smak. Dobrze czynią ci, którzy zjadają jabłko a nie zawarte w nim substancje i witaminy. Istnieje bowiem fundamentalna różnica pomiędzy jedzeniem jabłka dlatego, że jest jabłkiem, a jedzeniem jabłka jako zbioru chemicznych substancji „dobrych dla zdrowia”: w pierwszym przypadku człowiek zachowuje się jak zdrowy, w drugim – jak chory.

W ciągu ponad 60 lat, jakie upłynęły od wydania książki Jüngera opisywane przez niego procesy jeszcze się nasiliły. Jedzenie, które było kiedyś po prostu jedzeniem, aktem zaspokojenia głodu, dostarczeniem rozkoszy podniebieniu, towarzyskim wydarzeniem, dodatkiem do konwersacji (albo też konwersacja przy stole była dodatkiem do spożywania posiłku) ewentualnie czynnością rytualną, stało się problemem społecznym, dziedziną podległą polityce zdrowotnej, kwestią będącą w centrum zainteresowania polityki, biznesu, nauki i mediów. Ludzie w krajach Ameryki Północnej i Europy żyją pod coraz ściślejszą kontrolą polityków żywieniowych, naukowców od żywienia, obrońców konsumentów i aparatu medyczno-naukowego Zewsząd, wszelkimi kanałami propagandy medialnej wtłacza się im w mózgi, co to jest „zdrowe jedzenie”. Bezustannie atakowani są kolejnymi (często sprzecznymi) zaleceniami dietetycznymi, chce się organizować i racjonalizować jedzenie i odżywianie w stopniu, który naszych dziadów wprawiłby w najwyższe zdumienie, a może nawet przerażenie.

Mamy do czynienia z próbami ustanowienia nowych form tzw. biowładzy – władzy nad naszymi ciałami, naszymi organizmami, naszymi żołądkami, naszym podniebieniem, naszym trawieniem. Coraz więcej instytucji, grup interesu, kompleksów biznesowo-medycznych, ośrodków władzy społecznej i państwowej, medialnych korporacji chce określać jakie pokarmy i substancje, i w jakich ilościach, wolno nam jeść, jakie powinniśmy a jakich nie powinniśmy wprowadzać do naszego organizmu. Już nie tylko opium jest zakazane, ale nawet nikotyna. W kolejce czekają następne – np. surowe mleko, kotlet schabowy, hamburger itd.

Nic dziwnego, że – tak jak w przypadku każdej władzy – tak i wobec tej biowładzy rodzi się ruch oporu. Ważną postacią tego ruchu rozwijającego się u naszych zachodnich sąsiadów jest lekarz dr Gunter Frank (ur. 1963). Wykładowca, praktyk, autor wielu artykułów znany jest przede wszystkim z wydanej trzy lata temu książki Lizenz zum Essen. Stressfrei essen, Gewichtssorgen vergessen (pl. Licencja na jedzenie. Jeść bez stresu, zapomnieć o kłopotach z wagą), w której skupia się wprawdzie na toczonej od dawna „Wojnie z Otyłością“, ale jego spostrzeżenia i rady mają bardziej generalny charakter.

W swoich książkach, artykułach oraz innych publicznych wystąpieniach Frank dokonuje zasadniczego rozrachunku z całym kompleksem medyczno-naukowo-żywieniowym, który jego zdaniem, w swojej „Wojnie z Otyłością” nie kieruje się żadnymi naukowymi tezami, ponieważ tak naprawdę nikt nigdy takich tez nie udowodnił. Wzbudza się panikę, każe ludziom walczyć z własną wagą, z własnym organizmem. Straszy się społeczeństwa widokiem monstrualnych grubasów – ludzi chorobliwie uzależnionych od jedzenia, podczas gdy w ludzkich populacjach występuje całe spektrum uwarunkowanych genetycznie typów budowy ciała, od ludzi bardzo grubych do chudzielców; a waga ciała jest taką samą indywidualną cechą człowieka jak kształt nosa. Aparat polityczno-medyczny i dietetyczny biznes nie chcą uwzględniać tego zróżnicowania i usiłują normować indywidualne cechy, zamykając ludzi w klatkach tabel, wskaźników, wartości, norm. Tworzy się w ten sposób coraz to nowe grupy klientów dla medycznego i farmaceutycznego biznesu. Poprzez manipulacje kryteriami – na przykład Body Mass Index (BMI) – sztucznie zwiększa się grupę ludzi „z nadwagą”, którzy powinni podlegać leczeniu.

Lansuje się jeden ideał szczupłości i przy pomocy „psychologicznego terroru” nakłania ludzi, aby za wszelką cenę do niego dążyli. Skutki „Wojny z Otyłością” są – jak to najczęściej bywa z takimi wojnami -odwrotne od zamierzonych. Ponieważ, twierdzi Gunter Frank, jednym z zasadniczych przyczyn tycia jest stres i związane z nim działanie hormonów, to poddawanie się ostrym rygorom diet i nadmierna troska o jedzenie, zakłócające naturalny mechanizm apetytu i głodu, przynoszą jeszcze więcej stresu, powodując…tycie. Paradoksalnie więc – im więcej ktoś „walczy z nadwagą”, tym więcej tyje. Przesadna troska o wagę i figurę, stanowi obciążenie psychiczne, czyni wielu ludzi nieszczęśliwymi, chorymi oraz…grubszymi. Stała walka przeciwko własnej wadze wyrządza wiele szkód, zwłaszcza, że długofalowo żadna dieta nie działa. Są ludzie, którzy nigdy nie będą szczupli, a wmawia się im, że to ich wina, że mają jakiś defekt, który trzeba naprawić. Propaguje się uprawianie sportu i „zdrowej“ diety, a jedyni, którzy dzięki temu są szczupli to ci, którzy tak czy inaczej są szczupli. Ponieważ organizm wie najlepiej czego mu trzeba, każdy, kto próbuje ten mechanizm przechytrzyć przy pomocy nazbyt „zdrowego” pożywienia i rygorystycznych diet, staje się nie szczupły, lecz nieszczęśliwy.

Otyłość to dziś nieomal wszechobecny temat w mediach, w „panującym dyskursie” ludzie nie-szczupli są stygamatyzowani i wykluczeni, dyskryminowani w najrozmaitszy sposób i potępiani jako leniwe żarłoki bez żadnych zahamowań, jako ludzie niezdolni do racjonalnego postępowania, oddający się swoim zachciankom i popędom. Frank uważa, że w tzw. społeczeństwach zachodnich coraz szersze kręgi społeczne, ukształtowane mentalnie i emocjonalnie przez histeryczną propagandę medialną, zaczynają ich traktować nieomal jak trędowatych, otaczają wrogością, krytykują, drwią z nich, praktykują wobec nich społeczny i psychologiczny ostracyzm. Jeszcze chwila a ogłosi się grubych „wrogami społeczeństwa”, zasługującymi wyłącznie na surowe piętnowanie i reedukację.

W takim klimacie społecznym szczególnie ciężki staje jest los tęgich dzieci. Frank zwalcza wszystkie rządowe i komercyjne programy obejmujące otyłe dzieci i mające im pomóc się odchudzić. Serce się człowiekowi kraje na widok biednych, zmuszanych do biegania, spoconych dzieci, które po zakończeniu bezsensownych ćwiczeń bez radości wmuszają w siebie tzw. zdrowe pożywienie. Wszystkie te programy to według Franka nic innego jak dręczenie dzieci i należy je natychmiast wstrzymać, ponieważ z „odchudzania” zrobiono torturę. Wysyła się małe, bezbronne dzieci do „obozów odchudzania“, by tam je maltretować fizycznie i psychicznie.

Zwróćmy tutaj uwagę, że struktura ideologiczna obecnej obsesji na tle „zdrowego odżywiania” i odchudzania jest strukturą quasi-religijną; grubi i wszyscy ci, którzy nie przestrzegają żelaznych zasad „zdrowego żywienia” to grzesznicy, ludzi źli, których czeka potępienie. Kto chce go uniknąć, musi wyznawać kult zdrowia i szczupłego ciała, musi w każdej sekundzie przestrzegać żelaznych zasad żywienia, wykuć na pamięć całą listę zakazów i nakazów. „Ruszaj się, odżywiaj się zdrowo, bądź fit” – zewsząd płyną przestrogi i napomnienia „nowych kapłanów” żywieniowej religii; licz kalorie , licz dniem i nocą, żadnej nie wolno ci pominąć. Pamiętaj: „dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina”.

Kiedyś ludzie pościli, nosili włosiennice i samobiczowali się, dzisiaj mają poddawać się męczarniom w fitnessklubie, katować ciało ćwiczeniami, samoudręczać się wielogodzinnym bieganiem w kółko. Niektórzy, aby zmniejszyć apetyt, dają sobie wprowadzać do żołądka silikonowy balon – to przecież nic innego jak rodzaj dobrowolnych tortur. Są tacy, którzy się samookaleczają poprzez poddanie operacji polegającej na wycięciu fragmentu żołądka. (*) A wszystko w imię osiągnięcia najwyższego moralnego czy wręcz religijnego ideału zdrowia i szczupłości. Jest rzeczą oczywistą, że ta quasi-religia ma ewidentne purytańskie podłoże, chce zmusić ludzi do praktykowania świeckiej ascezy, wpaja im poczucie winy, chce im obrzydzić smaczne jedzenie, pozbawić możliwości rozkoszowania się smakowitymi potrawami. Masz mieć cały czas wyrzuty sumienia, bo nie upilnowałeś czyhających na twoje ciało kalorii, zjadłeś diabelski boczek, spacerowałeś sobie wolno (zbyt wolno!) po parku zamiast pokonywać kolejne kilometry joggingu etc.etc.

Co robić, aby nie ulec tej fałszywej religii i jej kapłanom? Posłuchajmy dobrych rad Guntera Franka. Należy wyleczyć się z obsesji zdrowia, nie toczyć wojny przeciwko własnemu organizmowi, nie poddawać się żywieniowym przymusom, wyzwolić z szaleństwa wykoncypowanych diet. Nie pozwólmy – apeluje Frank – dać się zastraszyć demonicznymi kaloriami, niedoborem witamin, zawyżonym cholesterolem (wmówienie ludziom lęku przed cholesterolem to, według Franka, „największy sukces marketingowy w historii gospodarki”). Stawmy (bierny) opór bioterrorowi! Koniec z zamęczaniem się sałatkami, marchewką, owocami, surowymi nasionami! Nie pozwólmy, aby żywieniowi fanatycy prali nam mózgi! Normy, wartości, ilości, tabele, formuły, plany, programy, harmonogramy, regulaminy – wszystko na śmietnik. Body Mass Index? Zapomnijcie o tych żałosnych trikach, które ze zdrowych robią chorych. Pamiętajcie o banalnej prawdzie, że jesteśmy różni, że nasze ciało wie lepiej niż wszyscy eksperci razem wzięci, co jest dla niego dobre; musimy go tylko umieć słuchać. Jedzmy umiarkowanie, z przyjemnością, wedle własnych chęci, wedle własnego smaku, odbudujmy uroki gotowania tradycyjnego i rozkoszowania się jedzeniem. Powróćmy do spokojnego jedzenia, do potraw sporządzanych nie z odgrzewanych „prefabrykatów”, ale ze świeżych produktów.

Chcesz uprawiać sporty, biegać, ruszać się? Świetnie, ale będzie to dla ciebie dobre tylko wtedy, kiedy robisz to z własnego wewnętrznego impulsu, kiedy sprawia ci to przyjemność, będąc radosną manifestacją sił witalnych, a nie męczarnią w imię fałszywych zdrowotno-żywieniowych „ideałów”.

Stwórzmy sobie wolną przestrzeń dla indywidualnej koncepcji życia, zaufajmy bardziej sobie, swojemu ciału, swojemu doświadczeniu. Mniej statystyki i teorii, więcej praktycznego życia i zdrowego rozsądku! Niech żyje pluralizm kulinarny i żywieniowa anarchia! Niech rozkwita sto kwiatów, niech współzawodniczy sto szkół, ba, tysiąc szkół jedzenia i życia!

Tomasz Gabiś

(*) Jeśli spojrzeć na to od strony wykonawców tej operacji, to nie jest ona niczym innym jak okaleczeniem. Daje się ofierze wybór: albo wytniemy ci fragment żołądka, albo umrzesz na otyłość. Żyjemy w świecie na opak: ratowanie zdrowia i życia ma polegać na tym, że usuwa się fragment zdrowego, niezbędnego do życia organu.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Na ten podobny temat przeczytaj również:

 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCiemna strona picia kawy
Następny artykułPrawdy, półprawdy i kłamstwa w naukach medycznych
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

10 KOMENTARZE

  1. trafnie opisuje ta wojne z otylosciem ale nie prawda jest ze niektorzy musza byc grubi, odzywiac sie jak Bog przykazal i bedziecie zdrowi i smukli, jak to u czlowieka jest. obwinianie stresu za wywolanie skutkow odwrotnych od zamierzonego jest takze typowe dla lekarzy gdy nie potrafiom cos wytlumacyc.

  2. Nie mogę się zgodzić z poglądami autora. O ile niektóre treści są jak najbardziej trafne, tak w kontekście wniosków końcowych kompletnie nietrafione, a wręcz bzdurne.
    Oczywistym jest, iż każdy człowiek stanowi indywiduum, niemniej podlega on klasyfikacji względem wszystkich stworzeń jakie istnieją na na ziemi. Inaczej, z obiektywnego punktu widzenia – nie mielibyśmy podstaw aby aby twierdzić iż różnimy się od dajmy na to – krowy, czy też drzewa. To nikt inny, tylko ludzie – są świadomymi i naocznymi świadkami nieustannych postępów zarówno cywilizacyjnych jak i naukowych. Tymczasem, autor nie wiadomo z jakich przyczyn podważa sens istnienia tych nauk oraz wiążących z nimi badań.
    To, że jedni ludzie są grubi a inni szczupli nie predysponuje do postawienia zasadniczej tezy, że tacy są z natury i już. Owszem, indywidualne uwarunkowania genetyczne mają dość znaczący udział w procesie formowania sylwetki. W świetle badań naukowych jednak, to nie one znajdują się w epicentrum zależności pomiędzy ludźmi otyłymi a szczupłymi. Jak wiemy (a być może nie wiemy?), komórki tłuszczowe powstają tylko i wyłącznie we wczesnym etapie rozwoju organizmu- jeszcze dziecięcego. Ilość niezbędnych komórek tłuszczowych jakie powstaną w tym okresie będzie stała. Czynnikiem, który warunkuje rozrost tych komórek (proszę zwrócić uwagę – rozrost, a nie przybywanie nowych nowych, zwanych adipocytami) jest nieodpowiedni sposób żywienia dziecka, a nie jak zakłada autor – jego naturalna skłonność do tycia!
    Stwierdzenie „jedzta co chceta” – byle z umiarem i bez stresu skłania się oczywiście ku pochwale, jednak nie w dobie kryzysu naturalnej żywności i zmiennego trybu życia na jaki narażona jest każda i jakby nie patrzeć – stadna jednostka społeczna.
    To nie człowiek oszalał – lecz przemysł spożywczy, koncerny farmaceutyczne i rząd. Nie ulega wątpliwości, że profity finansowe zawsze będą stały ponad wszelkie inne wartości, a już na pewno nikt nie będzie się zastanawiał które pokolenie z kolei położy kres gatunkowi ludzkiemu (czego bieżącym przykładem jest GMO).
    Dlatego, wyłączając podejrzany zamiar prowokacji autora, pomijam już treści o znamionach jego cennych spostrzeżeń. Zwłaszcza z uwagi na przypuszczany przez autora brak sensu nauki zdrowego żywienia dzieci i młodzieży w szkołach. Również podważany przez niego sens istnienia wyników badań na tle rozmaitych schorzeń dieto zależnych (paradoksalnie będących cywilizacyjnymi, XXI-go wieku) jest mówiąc kulturalnie – wysoce względny. Faktem jest, iż przesyt na rynku usług związanych z dietetyką, czy medycyną estetyczną poddaje w wątpliwość i podkopuje wiarę w sens działań profilaktycznych ogółem. Tych ostatnich, jednak jest zdecydowanie za mało, co z kolei – odbija się niepowodzeniami w sferze medycyny naprawczej.
    Podsumowując, wszystko to, co położymy na talerzu oraz sposób w jaki skonsumujemy posiłek jest zależny od poziomu naszej wiedzy na temat funkcjonalności danych produktów, świadomości ryzyk zdrowotnych i bieżącego stanu naszego zdrowia. I wcale nie mówię tutaj o fanatyzmie względem zdrowego odżywiania, czy też uczestniczeniu w zbiorowym szaleństwie społeczeństwa. Epicentrum spirali finansów zostawmy ofiarom tego systemu. Natomiast nam, ludziom, potrzebna jest jak największa armia ludzi myślących i świadomych. A przede wszystkim silna ideowo. Tylko w ten sposób można próbować „odtumanić” pozostałych. Szczególnie tych, którym wmówiono, że zawsze byli i będą np. grubi a umrą naturalnie i być może młodo.
    Ps. Drogi autorze, zwróć też uwagę na literaturę, którą polecasz, a która być może zainspirowała Ciebie do popełnienia powyższego tekstu. Proponuję przy tym wczytać się dokładnie w pierwsze akapity artykułu „Grzech otyłości”, w których przytoczona jest w skrócie historia „grahamizmu”. Czy nie zastanawia Cię dlaczego wnioski badaczy niemieckich i amerykańskich są dość różniące? Może warto zbadać dokładniej właśnie te różnice. Zasądzanie o grubych i chudych nie jest bowiem tak oczywiste jak to, że kot nigdy nie będzie psem, chociaż nikt tego nawet nie zbadał;)
    Serdeczności i pozdrowienia

  3. Stwierdzenie „jedzta co chceta”, miałoby sens, gdyby nie ciągła indoktrynacja konsumentów kampaniami marketingowymi koncernów spozywczych i farmaceutycznych. W tej walce pozostajemy (konsumenci) osamotnieni i bez żetelnej wiedzy pozostajemy bezbronni przy wyborze produktów do spożycia. Wysokouzależniające składniki diety oparte na węglowodanach (płatki, słodycze, chipsy, batony) są najsliniej promowane przez firmy, w zwiazku z czym dieta ulega ciągłemu pogorszeniu jakościowemu na rzecz wyżej wymienionych produktów. Nie ma już modelu żywieniowego opartego na zwyczajach przodków, zdrowym rozsądku ani wolnym wyborze, ponieważ większośc produktów jest nam narzucana poprzez kreowane zachowania społeczne promujące „zdrowy” tryb życia, będący w rzeczywistości bardzo szkodliwym, co ma odzwierciedlenie chociażby w coraz większym odsetku alergii u dzieci i dorosłych. Tyjemy, starając się schudnąć. Chorujemy, starając się być zdrowymi. Wszystko dlatego, że bezwiednie i bezmyślnie powtarzamy reklamowy behawior, zamiast wsłuchać się w siebie i własne potrzeby oraz osobiście zgłębić wiedzę o własnym ciele i jego odżywianiu – wiedza ogólnie dostępna w internecie. Problemem jest wyłuskanie tych najbardziej wartościowych informacji, jednak podpowiedzią jest tu fakt, że koncerny milczą o rzeczach które na prawdę służą ludziom i społeczeństwom. Uświadommy sobie jedno, każdy koncern chce naszych pieniędzy i nie ważne jak je dostanie, etyka nie jest w modzie, prawo nie nadąża za praktyką, dlatego musimy wybierać świadomie sami co jjemy i czym się leczymy.

  4. Autor jest pewnie sowicie opłacany przez firmy z branży FMCG, które próbują nam wcisnąć jak najwięcej przetworzonej żywności od najmłodszych lat naszego życia.
    Nie ma to jak uzależnić dzieci od cukru i tłuszczu – mamy klientów na całe życie.
    Czym innym są różnice indywidualne w budowie ciała, a czym innym chorobliwa otyłość prowadząca do przedwczesnych zgonów i bardzo kosztownego leczenia. Wszyscy za to płacimy.
    Wynaturzenia autora brzmią jak świetna wymówka dla grubasów.

    • A Pan przez kogo jest opłacany? Czy tak za darmochę np. z dobrego serca? 🙂 uprzejmie proszę o nieużywanie takiej argumentacji komentując na ND, bo to niewiele wnosi. Pozdrawiam.

  5. Nie mogę się zgodzić, szczególnie, że autor sam sobie zaprzecza. Najpierw mamy się wyrzec ograniczeń – po czym jeść z umiarem i gotować w domu. Jedzenie samodzielnie wykonanych posiłków z regionalnych produktów w racjonalnych ilościach to przecież zdrowa dieta, jeżeli ktoś nie jest chory, to nie stanie się w ten sposób otyły – może co najwyżej być zaokrąglony. A miało diety nie być w ogóle 🙂

    • Chodzi o zdrowy rozsądek – jest różnica między chudnięciem z bynajmniej nie zdrowej masy i zwałów tłuszczu a walką z jedną fałdką na brzuchu czy boczkami (które najpewniej i tak są związane z np. insulinoopornością wynikłą z katorżniczego odchudzania). W obecnych czasach z jedzeniem jest związane jakieś szaleństwo i chora obsesja.

  6. Odwołajmy się do jak najbardziej zacnej klasyki.

    „Prenumerowała wszystkie czasopisma „medyczne” i inne bzdurne „poradniki higieniczne”. Najpotworniejsze nonsensy, wygłaszane tam z uroczystą powagą, upajały ją swą napuszoną ważnością. Wierzyła święcie we wszystkie „właściwe” zalecenia: jak należy wietrzyć mieszkanie, jak prawidłowo udawać się na spoczynek, jak wstawać, co jeść, co pić, ile zażywać ruchu, jaki nastrój jest najlepszy dla kondycji ciała i umysłu, jaki ubiór stosować na każdą porę dnia itp., itd. Jakoś nie mogła zauważyć, że jej pisma „medyczne” co miesiąc podają nowe zalecenia, zwykle całkowicie sprzeczne z poprzednimi. Była naiwna i łatwowierna jak dziecko i zawsze dawała się nabrać. Gromadziła te pseudonaukowe piśmidła i oszukańcze leki, a potem usiłowała „nieść pomoc” cierpiącym. Nigdy nie przyszło jej na myśl, że dla cierpiących sąsiadów nie jest bynajmniej aniołem pocieszenia ani balsamem niebiańskim na ich choroby.

    https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/przygody-tomka-sawyera.html#f749

  7. Może te 60 lat temu jedzenie było zdrowe, bez tylu dodatków, ale w tych czasach nie można jeść tego co się chce. Wszelkie dodatki do jedzenia, które stosują koncerny spożywcze to nic innego jak trucizny. A póżniej ludzie się dziwią skąd te wszystkie nowotwory, cukrzyce, tarczyce itp. Właśnie przez nieumiejętność selekcjonowania tego co dla nas dobre, a co nam szkodzi. Jeśli chcecie jeść te wszystkie produkty z dodatkami, których nazw nie potraficie nawet wymienić to proszę bardzo, krzyż na drogę. Ludzie dbajcie o siebie, życzę zdrówka wszystkim 🙂

    • Rządy świata stoją przed problemem nadmiernej liczby ludności, więc może i tu metoda…
      A ciężko współczuć jednostkom, które naprawdę się zażerają (bo to już nie jest zajadanie – bez przyjemności, bez okazji, a – bemyślnie) i zamiast pójść po rozum do głowy, wolą do lekarza, dietetyka, apteki, klubu fitness.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ