Grzech otyłości

12

„Ruszaj się, odżywiaj się zdrowo … licz kalorie, licz dniem i nocą, żadnej nie wolno ci pominąć. Pamiętaj: dyscyplina, dyscyplina i jeszcze raz dyscyplina”. Tymi słowami, w artykule „Jedzta, co chceta, czyli żywieniowa anarchia”, Tomasz Gabiś trafnie uchwycił istotę obowiązującego modelu dietetyki opartego o tzw. teorię bilansu kalorycznego. I chociaż nauka zna nie energetyczne, lecz biologiczne wyjaśnienia przyczyn otyłości, skrupulatne liczenie kalorii jest dziś obowiązującą doktryną w naukach o żywieniu. Tyjemy z „lenistwa i obżarstwa”, i tyle. Pomijając naukową bezsensowność tej hipotezy, wielokrotnie opisywaną na Nowej Debacie, przyjrzyjmy się jej w jej wymiarze kulturowym , a nawet religijnym. Zobaczymy wtedy, że wpisuje się ona w purytański system wartości preferujący surowy tryb życia, dyscyplinę moralną i potępiający rozpasanie. Może z tego powodu liczenie kalorii, jako metoda walki z otyłością, przez długi czas nie znajdywało uznania w oczach europejskich uczonych, i musiało przyjść do nas aż z purytańskiej Ameryki.

Europejski punkt widzenia

Przypomnijmy, że do wybuchu drugiej wojny światowej centrum naukowo-medyczne świata znajdowało się w Europie. Jeśli chodzi o badania nad otyłością, do wczesnych lat 40-tych XX w. światową ekstraklasę w tym zakresie stanowił niemieckojęzyczny establishment naukowy. To Niemcy i Austriacy, tak jak dziś Amerykanie, wyznaczali nowe kierunki badań , stawiali najbardziej innowacyjne hipotezy, formułowali naukowe teorie. Każdy naukowiec na świecie, który chciał „liczyć się branży”, zmuszony był przynajmniej znać j. niemiecki, a najlepiej jak prowadził swoje badania w Niemczech bądź w Austrii.

W okresie międzywojennym do absolutnej czołówki w badaniach nad otyłością należeli prof. Gustav von Bergman i prof. Julius Bauer. Choć już wówczas krążyło w środowisku naukowym energetyczna hipoteza otyłości, czołowi badacze uważali ją za naukowy nonsens. Było dla nich oczywiste, że otyłość jest skutkiem procesów metabolicznych regulowanych przez hormony enzymy i inne czynniki, a nie rezultatem prostego stosunku liczby kalorii spożywanych do liczby kalorii spalanych. Na podstawie wielu badań i obserwacji, Bergman i Bauer sformułowali hipotezę zwaną teorią lipofilii, w myśl której tkanka tłuszczowa jest „lipofiliczna”, czyli „kocha tłuszcz” i w określonych warunkach rośnie bez względu na dostarczane w pożywieniu kalorie. W 1929 roku prof. Bauer pisał: „Niczym złośliwy guz albo płód (…) tkanka lipofiliczna wychwytuje substancję odżywcze nawet w stanie niedożywienia”.

Amerykańska Rewolucja

Do roku 1940 „teoria lipofilli” została zaakceptowana przez mniej więcej cały europejski, a tym samym światowy establishment naukowo-medyczny. Jednak po klęsce Niemiec, naukowe centrum świata przeniosło się do USA i można powiedzieć, że badania nad otyłością zaczęły się od zera. Amerykański świat nauki, z wyjątkiem gałęzi strategicznych dla bezpieczeństwa narodowego USA, niechętnie sięgał po dorobek swoich niemieckich kolegów, częściowo dlatego, że niemiecką naukę postrzegano jako ważny element nazistowskiej „machiny zła”, a częściowo dlatego, że Anglosasi nigdy nie mieli „smykałki do języków.” Z upływem czasu liczba cytowań niemieckojęzycznych prac z zakresu badań nad otyłością systematycznie spadała, aż w końcu poszły one w zapomnienie. Problem otyłości przeszedł niemal całkowicie w ręce Angloamerykanów, a ci zamienili otyłość z problemu biologicznego w zaburzenie energetyczne. Dlaczego tak się stało?

Jednym z powodów był szybki rozwój w latach 50-tych nowej specjalizacji medycznej, kardiologii, ufundowanej, dzięki takim ludziom jak Ancel Keys, Jean Mayer czy Fred Stare, na strachu przed „zabójczym” tłuszczem i cholesterolem. Rozpropagowanie teorii bilansu kalorycznego pozwoliło lipofobom, dominującym w amerykańskim środowisku żywieniowym, dodatkowo zdemonizować wysokokaloryczny tłuszcz i wmówić Amerykanom, że jedząc tłusto nie tylko umrą na zawał, ale w dodatku umrą jako grubasy.

Jednak wydaje się, że powszechnej akceptacji kalorycznego wyjaśnienia otyłości sprzyjał też fakt, że hipoteza ta była lepiej „dostrojona” do purytańskiej moralności przeważającej części Amerykanów, a co ważniejsze do wartości podzielanych przez amerykańskie elity, zarówno te naukowe jak i polityczne. Zauważmy, że kaloryczne ujęcie otyłości nie jest jedynie opisem problemu zdrowotnego, ale nosi w sobie cechy moralnego manifestu – pochwałę umiaru, samokontroli i potępienie rozpusty.

W 1955 roku prof. Jean Mayer, jeden z czołowych propagatorów teorii kalorycznej, napisał w magazynie „The Atlantic”:

Mówiąc wprost, otyłość powstaje wtedy, kiedy jemy za dużo. I to wszystko. Szukanie innych przyczyn otyłości niż dogadzanie sobie daje pacjentom jedynie kolejną wymówkę, aby mogli nie brać odpowiedzialności za siebie samych.

W tym ujęciu nie chodzi zatem o niezależną od nas chorobę, nie chodzi o procesy biochemiczne, których bezpośrednio nie kontrolujemy, ale o to, że zachowujemy się nieodpowiedzialnie. I płacimy za to cenę. Sami jesteśmy sobie winni tego, że tyjemy. Otyłość to kara za grzech „obżarstwa i lenistwa”. Cnotliwi ludzie nie tyją. Tyją tylko rozpasani grzesznicy, którzy wodzeni na pokuszenie ulegają, i opychają się kaloriami bez umiaru, zamiast liczyć je skrupulatnie przy każdym, nawet najmniejszym posiłku. Co prawda chwilę słabości można odpokutować ćwiczeniami na siłowni. Ale jak tego nie zrobisz, czeka Cię zasłużona kara – utyjesz.

W zamyśle jej zwolenników „teoria bilansu kalorycznego” ma być nie tylko naukowym wyjaśnieniem otyłości, ale również instrumentem kształtowania właściwej postawy moralnej opartej o takie wartości jak umiar („nie obżeraj się”), dyscyplinę („licz dokładnie wszystkie kalorie”, „ćwicz regularnie”) i wytrwałość („nie rezygnuj z diety, nawet jak jesteś głodny”).

Dieta źródłem grzechu

Zauważmy, że Ameryka ma długą tradycję wiązania zagadnień zdrowia z postawą moralną i „pobożnym życiem”. Wystarczy przypomnieć postać prezbiteriańskiego pastora i dietetyka Sylvestra Grahama (1794 – 1851). Był on jednym z pierwszych w USA zwolenników zreformowania amerykańskiej diety. Propagował wegetarianizm, abstynencję oraz umiar w jedzeniu. W proteście przeciw rosnącej konsumpcji białej, przetworzonej mąki, opracował on przepis na pieczywo z nieprzetworzonej mąki pszennej, które jest po dziś dzień nazywane od jego nazwiska – „graham”.

Graham pozostawał pod dużym wpływem antyalkoholowego ruchu pod nazwą „Temperance Movement” i głosił, że lekarstwem na alkoholizm jest wegetariańska dieta. Stał się jej zwolennikiem porównując fizjologię człowieka i orangutana, co doprowadziło go do przeświadczenia, że rośliny to naturalny pokarm dla obu naczelnych. Razem z Williamem A. Alcottem i Williamem Metcalefem, Graham założył Amerykańskie Towarzystwo Wegetariańskie („American Vegetarian Society”) wzorowane na Brytyjskim Towarzystwie Wegetariańskim („British Vegetarian Society”).

W opinii Grahama niezdrowa, czyli bogata w mięso dieta rozbudza popęd seksualny, co było nie tylko „niemiłe Panu”, ale również niezdrowe dla organizmu. Głosił on popularny w owym czasie pogląd, że utrata nasienia podczas aktu seksualnego jest szkodliwa, i dlatego mężczyzna nie powinien odbywać więcej niż 12 stosunków płciowych rocznie. Oprócz mięsa, o wywoływanie podniecenia pastor oskarżał też przyprawy (np. pieprz), do spożycia których szczerze Amerykanów zniechęcał.

Około 1829 roku Graham opracował swoją dietę zwaną “Dietą Grahama”. Jak można się domyślić, składała się ona głównie ze świeżych owoców, warzyw, produktów z nieoczyszczonej mąki pszennej i pokarmów bogatych w błonnik. Pastor zakazywał spożycia mięsa oraz przypraw, natomiast na mleko, ser i jaja zezwalał tylko okazjonalnie. Uważał, że stosowanie jego diety uwolni ludzi od „nieczystych myśli” i pomoże wytępić nawyk masturbacji, która jego zdaniem była „złem”, prowadziła do ślepoty, a nawet wywoływała obłęd. Jako że Graham zakazywał jakichkolwiek uciech cielesnych, także i „zdrowa dieta” musiała być w jego mniemaniu prosta i pozbawiona smaku.

Graham dużo pisał i występował publicznie jako pastor oraz propagator „zdrowego i skromnego trybu życia”. Jego działalność miała tyle samo zwolenników, co wrogów. Ci ostatni, głównie piekarze i rzeźnicy, niejednokrotnie bojkotowali jego publiczne wystąpienia, grożąc nawet pastorowi pobiciem. Oskarżano go o bigoterię i fanatyzm. Mimo to wokół Grahama powstał ruch jego zwolenników, zwanych „Grahamitami”, którzy skrupulatnie przestrzegali zaleceń swojego nauczyciela: przeszli na wegetarianizm, stosowali abstynencję i zażywali częstych kąpieli. Po śmierci mentora, która nastąpiła po długiej chorobie, ruch jego zwolenników stopniowo słabł i w końcu rozpadł się.

Mówi się, że trwałą spuścizną po „grahamizmie” jest to, że Amerykanie kąpią się dziś najczęściej spośród wszystkich narodów świata. Innym  wkładem pastora w kulturę USA są płatki kukurydziane firmy Kellog’s, ponieważ jej założyciele opracowali je uwzględniając zalecenia dietetyczne Grahama.

 Wszyscy (prawie) jesteśmy Grahamitami

Wydaje się jednak, że na tym wpływy podszytego purytanizmem „grahamizmu” się nie kończą. Skład „diety Grahama” wygląda tak znajomo, że trudno oprzeć się wrażeniu, iż opracowana w roku 1980 przez urzędników amerykańskiego ministerstwa rolnictwa (USDA) „piramida zdrowego ożywienia” jest w przeważającej części powtórzeniem zaleceń sformułowanych przez tego bogobojnego pastora w latach 30-tych XIX w. Co ciekawe, nawet regularne jedzenie posiłków o ściśle określonych porach, stanowiące dziś nieodzowny element „zdrowego modelu odżywiania” , jest tylko kopią zaleceń Grahama, który dodatkowo nakazywał spożywanie kolacji nie później niż o godz. 18.00. Brzmi znajomo? Wydaje się, że w duch surowego „grahamizmu” wpisuje się również potrzeba przestrzegania ściśle określonej liczby kalorii dozwolonej do dziennego spożycia. Jak zjesz ich za dużo, zapłacisz za to swoim zdrowiem – utyjesz.

Można powiedzieć, że cała współczesna dietetyka, bazująca na zakazach, nakazach i kaloriach, to ubrana w naukowy żargon forma zeświecczonego purytanizmu, a mówiąc ściślej „grahamizmu”, w którym rolę pastorów przejęła cała rzesza dietetyków i tzw. psychologów żywienia. Swoim nauczaniem, pomagają oni „słabym, grzesznym i otyłym” pokonywać słabości charakteru , uzupełniać deficyt silnej woli i zwalczać „grzeszne myśli” o jedzeniu. Uczą ich samodyscypliny i pokazują rozmaite „magiczne” sztuczki (np. jedzenie z małego talerza określonego koloru, „zapychanie się” wodą przed posiłkiem itp.) mające na celu oszukanie swojego organizmu i ułatwienie walki z nieodpartą pokusą „obżerania się” niepotrzebnymi kaloriami.

Zauważmy również, że – łącząc dobre zdrowie z tzw. umiarkowaniem – współczesna dietetyka nie odeszła daleko od wierzeń, popularnych wśród medyków jeszcze w XIX w., że choroba serca jest wyłącznie skutkiem „grzesznego życia”. Dziś pogląd ten wydaje się śmieszny, ale tak naprawdę niewiele się zmieniło. Lenistwo i obżarstwo, czyli dwa z siedmiu grzechów głównych, prowadzą do otyłości, która jest przez medycynę uważana za jeden z podstawowych czynników ryzyka w chorobach serca. Zarówno kiedyś, jak i obecnie, szukanie innych przyczyn choroby jest niewskazane, ponieważ zwalnia ludzi z „odpowiedzialności” za swój los, i zachęca do nieumiarkowania w jedzeniu („grzesznego życia”), co wprost stwierdził w 1955 roku Jean Mayer.

Tym sposobem „teoria naukowa” służy do tego, aby promować określone wartości i spełnia funkcję dyscyplinującą („jak zjesz za dużo kalorii, albo odpokutujesz albo poniesiesz karę”). Aż dziw bierze, że ten wpół religijny pogląd tak mocno zakorzenił się i zyskał status dogmatu w skądinąd „świeckim” społeczeństwie. Dodajmy, że w latach 60-tych i 70-tych aspekt dyscyplinujący był fundamentalnym powodem, dla którego propagatorzy „teorii bilansu kalorycznego” odrzucali wyjaśnienia biologiczne, które ich zdaniem zachęca do obżarstwa i lenistwa. Jak często się zdarza w nauce, wiara zwyciężyła nad rozumem.

Jak pokazaliśmy, z pozoru czysto naukowa „teoria bilansu kalorycznego” ma swoje nienaukowe, religijno-moralne podłoże, które jest ściśle związane z purytańską koncepcją człowieka, charakterystyczną dla Stanów Zjednoczonych. Nic dziwnego, że Europejczycy, wychowani w innej kulturze religii i tradycji, mieli początkowo zupełnie inne zdanie na jej temat. Dlaczego dziś wszyscy mamy być „Grahamitami”?

Mateusz Rolik

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Na podobny temat przeczytaj także:

Więcej na temat otyłości:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDlaczego jesz to, co jesz.
Następny artykułDwight Eisenhower, pierwszy celebryta kardiologii
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

12 KOMENTARZE

  1. Dla równowagi warto by wspomnieć o innej formie dyscypliny żywieniowej, w której również nie brak religijnych odniesień. Tym razem z naszego podwórka, czyli tzw. diety optymalnej. Waga kuchenna, kalkulator i tabele. Czysty grahamizm. W jednym i drugim przypadku jedzenie staje się koszmarem, a w najlepszym razie sporym wyzwaniem intelektualnym i logistycznym. W jednym i drugim przypadku jakiekolwiek odstępstwo od pełnej dyscypliny jest „karane” chorobą, lub śmiercią. Przykładem niech tu będzie czarna seria zgonów z powodu nowotworów układu trawiennego wśród wierchuszki Bractw Optymalnych, z którą mieliśmy do czynienia kilkanaście miesięcy temu. Wygląda na to, że żadnego z powyższych modeli nie możemy uznać za zdrowy, a przede wszystkim naturalny sposób odżywiania, chociaż moim zdaniem DO jest stosunkowo najbliższa ideałowi.

    • Cenna uwaga. Tekst mówi przede wszystkim o teorii bilansu kalorycznego, bo ona akurat dziś panuje jako religia ubrana w naukowy żargon. Ale naturalnie ta sama krytyka stosuje się, moim zdaniem, do każdej formy „religijnego dietetyzmu”, bez względu na zabarwienie.

  2. ” W jednym i drugim przypadku jakiekolwiek odstępstwo od pełnej dyscypliny jest „karane” chorobą, lub śmiercią”

    Skwitował bym to słowami: nie mieszać paliw (albo, albo)!!
    Nie trzeba liczyć, a może i trzeba jak kupuje się produkty niezdatne (czytaj szkodzące) na diecie tłuszczowej.

    Co może zaszkodzić: pomidor, buraczki, kapusta, seler marchewka, szczypior, cebula, kalafior, ziemniaki, fasolka,czosnek???

    Na jedzeniu nie można oszczędzać i tycz się to każdego modelu żywienia.

    Jestem na ŻO i nie ważę, mierzę, nie zaglądam w tabele (są na opakowaniu-dobrych firm w razie W) 😉 Jem do syta zgodnie z……

    • Moim zdaniem, jedzenie ma sprawiać radość i sprzyjać dobremu zdrowiu. Piszę „sprzyjać”, bo nie ma żadnych gwarancji, cudownych receptur itp. Po prostu dieta to b. dużo, ale nie wszystko, jeśli chodzi o zdrowie człowieka. Jeśli Pan ma satysfakcję i dobre zdrowie na ŻO to znakomicie. Tak trzymać!

      • Zjedzenie 50-85 g cukru w 100g wafelków lub kako dla dzieci,dorosłych sprawia radość poprzez mechanizmy na pewno Panu znane.
        Co dla jednego jest przyjemne, sprawia radość nie musi oznaczać zdrowe. A w niektórych modelach żywieniowych oznacza szczególne kłopoty. Nie trzeba tłumaczyć, że T+Ww zwłaszcza proste jest najgorszym z możliwych połączeń na dietach tłuszczowych powodując miażdżycę, otyłość i inne wynalazki XX i XXI w. 🙂

        Są pewne mechanizmy w chorobach, które powtarzają się jak w szwajcarskim zegarku i można je ograniczyć lub wyeliminować. 100% gwarancji nikt nie da ze względu na bardzo wiele” zmiennych środowiskowych”, pomimo wysokiej skuteczności obniżenia Ww a co za tym idzie insuliny (zostaje jeszcze np Glukoneogeneza, kt może niweczyć walkę z obniżeniem ilości Ww, insuliny 😛

  3. To ja też „pokombinuję”. Najpierw, że wyszłam z dusznicy bolesnej (choroba serca), ba, nie tylko, dzięki pilnowaniu proporcji B : T : W jak 1 : 3 – 4 : do 0,6 akurat takiej jaką zaleca dr Kwaśniewski – http://www.stachurska.eu/?p=1970 .
    Wcześniej zalecana przez innego lekarza optymalnego : (w gramach) 50 : 150 : 60 przez dwa lata temu schorzeniu zaradzić nie była w stanie. Bardzo uciążliwa choroba i bardzo u mnie była zaawansowana, a się cofnęła 🙂

    Po drugie, skoro odwołujemy się do religii, to ja od dawna odnoszę wrażenie że ona, ta religia, u wielu osób ukształtowała swoisty odruch warunkowy, mianowicie że reguły są do stosowania dla tych którzy pod ambonę nie chodzą, a bywalcy „jak głowa stanie”. Ten syndrom może „znakomicie” funkcjonować i na innych polach, także u stosujacych dietę optymalną, jak również u tych, którzy pod ambonę zbyt często nie chodzą, ale mają tak samo jak po wszczepieniu.

    Koleżanka z cukrzycą usiłująca z niej wyjść przy stosowaniu reguł mniej-więcej i na chybił trafił też sobie nie pomogła. Po sześciu latach zdecydowała się sprawdzić sens reguł i cukrzycy nie było po dwu tygodniach. Tymczasem się trzyma, ale nie bez odstępstw. Dobrze jest o tyle że nie miesza do swoich odstępstw dr Jana Kwasniewskiego.

    Jak Panowie sądzicie?

    Polecam: Podatek z krzywego zwierciadła – http://www.stachurska.eu/?p=3639

  4. To ciekawe jak wyjaśnić epidemię otyłości w społeczeństwach zachodnich? Czyżby nie miało to związku z coraz bardziej kalorycznymi dietami i zmniejszoną ilością ruchu?
    Otyłość ze względów zdrowotnych to pewnie parę procent. Reszta to dieta i brak ruchu.
    Jak inaczej wyjaśnić zależność – im bogatsze społeczeństwo tym grubsze?

  5. Niestety zależności, o których Pan pisze, nie istnieją. Temat już wielokrotnie omawiany i dyskutowany na ND i poza nią – aż dziw bierze że wciąż powtarza się te wymysły. Zupełnie bez związku z rzeczywistością. Otyłość występuje z równym natężeniu albo i większym wśród populacji biednych, niedożywionych i ciężko pracujących fizycznie. Nie może być inaczej, ponieważ przy otyłości podstawowe znaczenie ma pochodzenie kalorii i ich jakość, a nie ich liczba. Zachęcam do lektury jeszcze innych artykułów na ND z tagiem „otyłość”.

    • Czy to znaczy, że w ciągu życia jednego pokolenia mamy do czynienia z niesamowitą epidemią chorób hormonalnych?
      W takim razie czym ta epidemia jest spowodowana?
      Jasne jest, że wpływ na tycie ma również rodzaj spożywanych kalorii (zabójcze węglowodany, cukry), ale nie dawajmy wymówki grubasom, że nie mogą nic zrobić, bo mają zaburzoną gospodarkę hormonalna.
      Drastyczny przykład – obozy koncentracyjne, obozy jenieckie – jak wyglądali ludzie przy skrajnym niedoborze kalorii.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ