Dwight Eisenhower, pierwszy celebryta kardiologii

15

Za namową lekarzy-zwolenników wegetarianizmu, chorujący od wielu lat na serce Bill Clinton postanowił niedawno przejść na (prawie) weganizm. Nowa dieta, pozbawiona jaj, nabiału, mięsa i ze śladową ilością tłuszczów, ma pomóc byłemu prezydentowi utrzymać właściwą wagę ciała i zapobiec postępowi choroby wieńcowej. Bez względu na to, czy wybór tej drogi jest słuszny czy nie, przypomnijmy, że nie jest to pierwszy prezydent w historii USA, którym posługuje się establishment medyczny dla promocji swojej profesji, podnoszenia „świadomości społecznej” na temat  różnych „zagrożeń zdrowotnych”, oraz umasowienia określonych terapii. Na przykład w latach 50-tych XX w. powstająca dopiero specjalizacja kardiologiczna posłużyła się w podobny sposób ówczesnym prezydentem USA, Dwightem Eisenhowerem, który zachorował na serce. Lekarze przekonali go, że przyczyną jego choroby jest „zbyt tłusta dieta” i „wysoki poziom cholesterolu”, który stał się niemal obsesją prezydenta. Co prawda, mimo ścisłej opieki kardiologicznej prezydent na serce zmarł, to jednak nieświadomie przysłużył się nie tylko podniesieniu rangi kardiologii, ale także popularyzacji rodzącej się wówczas hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej.

„Paradoks Eisenhowera”

Prezydent Dwight David Eisenhower, ps. „Ike”, doznał pierwszego ataku serca w wieku 64 lat. Stało się to w piątek, 23 września, 1955 roku, w Denver , stan Colorado, gdzie przebywał akurat w swojej drugiej posiadłości. Rankiem tego dnia Eisenhower grał w golfa, na lunch zjadł hamburgera z dużą ilością cebuli, co prawdopodobnie wywołało u niego chwilową niestrawność. O godz. 21.30 prezydent poszedł spać, jednak kilka godzin później obudził się z ostrym bólem w mostku. Dr Howard Snyder, osobisty lekarz prezydenta, który natychmiast zjawił się na miejscu, podał mu zastrzyk podwójnej dawki morfiny. Kiedy następnego dnia okazało się, że stan prezydenta nie poprawia się, został on natychmiast zabrany do szpitala. Do sobotniego południa na potrzeby amerykańskiej głowy państwa sprowadzono specjalnym samolotem dr Paula Dudley White’a, uznanego kardiologa z uniwersytetu Harvarda. Tym samym prezydent Eisenhower znalazł się pod ścisłą opieką czołowych amerykańskich kardiologów.

Choroba popularnego przywódcy szybko stała się przedmiotem ogólnokrajowej kampanii medialnej, która przekonała polityków i zwykłych obywateli, że rosnąca zapadalność na choroby serca jest sprawą bezpieczeństwa narodowego. Nieszczęście prezydenta zamieniono w ogólnonarodową lekcję na temat przyczyn, sposobów zapobiegania oraz metod leczenia choroby wieńcowej. Na poniedziałkowej konferencji prasowej dr White obrazowo i przekonująco tłumaczył amerykanom, czym jest choroba serca. Przez kolejne 6 tygodni codziennie organizowano dwie konferencje prasowe dotyczące stanu zdrowia chorego przywódcy. Do czasu, aż prezydent powrócił do zdrowia, niemal wszyscy Amerykanie, a zwłaszcza mężczyźni w średnim wieku, dowiedzieli się, że powinni uważać na poziom cholesterolu oraz ograniczyć ilość spożywanego tłuszczu. Tego samego nauczył się prezydent, choć akurat w jego przypadku zalecenia te miały przynieść rezultaty zupełnie przeciwne w stosunku do oczekiwań.

Prezydent Eisenhower to jeden z najlepiej opisanych w historii przykładów osoby, która przeżyła atak serca. Wiemy, że w historii jego rodziny nie było chorób serca. Po tym jak prezydent rzucił palenie w 1949 roku nie było też u niego żadnych poważnych czynników ryzyka. Regularnie ćwiczył i miał optymalną dla swojego wzrostu wagę ciała. Miewał czasami podwyższone ciśnienie krwi, ale stężenie cholesterolu było u niego zwykle w granicach normy. W ostatnim pomiarze wykonanym przed atakiem serca było to 165mg/dl, czyli poziom który współcześni kardiolodzy uznaliby za bezpieczny.

Po przykrym doświadczeniu ataku serca, prezydent przeszedł na ścisłą dietę, a cholesterol mierzono mu aż 8 razy do roku. Jadł mało tłuszczu i unikał pokarmów bogatych w cholesterol. Potrawy przygotowywano mu na oleju sojowym, albo na świeżo opracowanych wielonienasyconych margarynach, które wprowadzono na rynek w roku 1958 jako pokarm obniżający wysoki poziom cholesterolu we krwi.

Jednak im bardziej Eisenhower był „na diecie”, tym bardziej frustrowały go jej efekty. W listopadzie 1958 roku, pomimo radykalnego ograniczenia spożywanego tłuszczu, ważył już 2 kilogramy więcej. Postanowił wtedy zrezygnować nawet z chudego mleka i owsianki na śniadanie na rzecz tosta melba z owocami. Kiedy zmiana ta nie przyniosła spadku wagi, prezydent całkowicie zrezygnował ze śniadań. Jego lekarz, dr Snyder, wielokrotnie wyrażał zdziwienie tym, że człowiek może tak mało jeść, regularnie ćwiczyć, a mimo to nie chudnąć.

W marcu 1959 roku prezydent dowiedział się z prasy o grupie nowojorczyków w średnim wieku, którzy postanowili obniżyć u siebie poziom cholesterolu poprzez całkowitą rezygnację z masła, smalcu i śmietany oraz zastąpienie ich olejem kukurydzianym. Eisenhower postanowił zrobić to samo. Niemniej zamiast spadać, poziom jego cholesterolu cały czas wzrastał. Co prawda jego waga się ustabilizowała, ale na poziomie dalekim od satysfakcjonującego. W lutym 1960 roku jego lekarz pisał: „prezydent nie je nic na śniadanie, nie je nic na obiad i z tego powodu w godzinach popołudniowych jest rozdrażniony”.

W kwietniu prezydencki medyk uznał, że nie może dalej mówić prezydentowi prawdy na temat poziomu jego cholesterolu, ponieważ ten stawał się jego obsesją. „ Prezydent bardzo wściekał się na swój cholesterol”, pisał lekarz. „Powiedziałem mu, że we wczorajszym badaniu wynik był 217 (naprawdę był 223). W ciągu ostatnich czterech tygodni prezydent zjadł tylko jedno jajo i tylko jeden plasterek sera. Na śniadanie jadł owoce, chude mleko i kawę „Sankę”. Na lunch praktycznie wcale nie je pokarmów z cholesterolem, oprócz tego, że czasami jada kawałek mięsa na zimno.” Ostatnie badania cholesterolu u Eisenhowera jako prezydenta wykonano w ostatni dzień jego kadencji tj. 19 stycznia, 1961 roku. „Powiedziałem mu, że wynik był 209, choć naprawdę był 259”, zanotował Snyder.

Stężenie cholesterolu Eisenhowera wzrosło do 259 tylko sześć dni po tym, jak Ancel Keys, fizjolog z Uniwersytetu Minnesoty, trafił na okładkę magazynu „Time” ogłaszając, że dieta „zdrowa dla serca” to dokładnie taka, jaką Eisenhower bez sukcesu stosował już od pięciu lat. Dwa tygodnie później , głównie pod wpływem Keysa, Amerykańskie Stowarzyszenie Kardiologiczne (ang. American Heart Association) ogłosiło po raz pierwszy swoje poparcie dla niskotłuszczowych i niskocholesterolowych diet jako metody zapobiegania chorobom serca. Keys utrzymywał, że jedynie taki model odżywiania może skutecznie obniżyć poziom cholesterolu we krwi, zredukować masę ciała i zapobiec przedwczesnej śmierci. „Ludzie muszą poznać fakty. Jeśli potem wciąż będą chcieli wpędzić się dietą do grobu, to trudno” – ostrzegał w wywiadzie dla „Time’a”

Eisenhower zmarł na serce w 1969 roku w wieku 78 lat. Do tego czasu doznał w sumie 6 ataków serca. O ile nigdy nie dowiemy się, czy stosowana przez niego dieta przedłużyła prezydentowi życie, czy raczej je skróciła, o tyle wiemy, że okazała się nieskuteczna, jeśli chodzi o obniżanie u niego poziomu cholesterolu, który miał być przyczyną choroby.

Dlaczego choroby potrzebują celebrytów

Przypadek nieżyjącego już prezydenta Eisenhowera, podobnie jak przykład prezydenta Clintona, przypominają nam dobrze znany fakt, że historia lubi się powtarzać. Pokazują też, jak niewiele zmienia się w zakresie mechanizmów rządzących współczesną nauką i medycyną. Żyjemy w świecie, w którym zdrowie człowieka jest bardziej sprawą publiczną niż prywatną. Z jednej strony oznacza to, że administracja medyczno-państwowa ustanawia i egzekwuje od całej populacji uśrednione normy zdrowia i choroby (otyłość, cholesterol, ciśnienie krwi itp.). Z drugiej strony ustala się obowiązujące metody diagnostyki, leczenia i odżywiania, podlegające finansowaniu z budżetów publicznych. W związku z tym decydenci określający budżet na „ochronę zdrowia” są celem działań lobbingowych ze strony różnych grup interesów. O przychylność państwa (sponsora), i o klienta (chorego) rywalizują dziś ze sobą różne biznesowo-medyczne klastry, zorganizowane wokół takich gałęzi jak onkologia, kardiologia, dietetyka, wirusologia, genetyka, transplantologia i inne.

Łatwo zauważyć, że jedną z bardziej powszechnych metod lobbingowych, oprócz angażowania dzieci (co zwiększa nacisk emocjonalny na odbiorcę), jest posługiwanie się celebrytami. We współczesnym świecie każda choroba musi mieć swojego celebrytę, musi mieć rozpoznawalną „twarz”, za pomocą której można mobilizować opinię publiczną na rzecz jakiegoś „szczytnego celu” lub wypromować jakieś  zagrożenie („podnieść świadomość społeczną”). Wszystko po to aby skuteczniej oddziaływać na decydentów. Im więcej strachu, tym więcej pieniędzy – na badania, na finansowanie różnych terapii, na działania prewencyjne, na konferencje, na kampanie reklamowo-informacyjne (tzw. infomercials ) itp. W tej bezpardonowej walce sięga się po znane i lubiane postaci (aktorów, polityków, sportowców), które albo jako chorzy, albo „z dobrego serca”, angażują się w promocję różnych schorzeń oraz proponowanych kuracji. Posługiwanie się celebrytami jest szczególnie istotne w przypadku nowych, dopiero „rodzących się” chorób. Dla przykładu w latach 80-tych twarzami AIDS byli m.in. Rock Hudson (popularny aktor, który zmarł na AIDS), Freddie Mercury (popularny muzyk, który zmarł na AIDS) i – nieco później – Magic Johnson (popularny koszykarz, który do dzisiaj żyje z wirusem HIV). Tego ostatniego niektórzy radykalni komentatorzy oskarżyli zresztą o to, że sfingował swoją chorobę dla celów autopromocji, ponieważ zamiast umrzeć na AIDS, do dziś cieszy się dobrym zdrowiem. Rzecz jasna sportowiec odrzucił to nikczemne oskarżenie. Podtrzymał publicznie fakt swojego zakażenia dodając, że tylko dzięki lekom pozostaje zdrowy, tj. wolny od AIDS, od ponad 20 lat.

Na koniec odnotujmy, że już w 1993 roku Hillary Clinton, jako ówczesna pierwsza dama Stanów Zjednoczonych, poprosiła dr Deana Ornisha, sławnego propagatora ultraniskotłuszczowej diety wegańskiej, aby pomógł zmienić nawyki prezydenckich kucharzy, będących miłośnikami wysokotłuszczowej kuchni francuskiej. Jak chwalił się Ornish, udało mu się doprowadzić do sytuacji, w której na talerzu prezydenta Clintona zaczęły pojawiać m.in. kotleciki sojowe i tofu, których nikt wcześniej w Białym Domu nie widział. Trudno dzisiaj ocenić, czy ta rewolucja wyszła prezydentowi na dobre czy na złe. W każdym wypadku wygląda na to, że Bil Clinton wpadł w te same koleiny, co niegdyś Dwight Eisenhower: Jako że pierwotna zmiana na rzecz „zdrowego odżywiania” okazała się nieskuteczna, Clinton, a raczej jego otoczenie uznało, że była ona zbyt mało radykalna i postanowiło jeszcze bardziej zmodyfikować jadłospis prezydenta w tym samym kierunku. Tylko czy na pewno jest to dobry kierunek?

Bez względu na wszystko prezydentowi Clintonowi życzymy jeszcze wielu długich lat życia w jak najlepszym zdrowiu!

Mateusz Rolik

„Paradoks Eisenhowera” – źródło: Good Calories, Bad Calories: Fats, Carbs, and the Controversial Science of Diet and Health, Gary Taubes, First Anchor Books Edition, September 2008, New York

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przeczytaj również: 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGrzech otyłości
Następny artykułCzego nie dowiesz się od swojego dentysty
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

15 KOMENTARZE

  1. Swego czasu dieta Atkinsa była bardzo popularna w USA. Stosowało ja tysiące osób i co? Jak widac żadnych rewolucyjnych zmian tylko wciasz rosnące ryzyko otyłosci i miazdżycy, które wypromowała ta pseudo-medyczna dieta. Całe środowisko low-carb opiera się na urojonej tęsknocie do kotleta i ignorowaniu setek badań naukowych.
    Pytam więc, jakie udowodnione medycznie osiągniecia w profilaktyce zdrowia ma dieta niskowęglowodanowa? Dla porównania dieta wegańska (w swej niskotłuszczowej postaci stosowana wyłącznie w odwracaniu bardzo zaawansowanych zmian miażdżycowych) stosowana jest w hipercholesterolemii, nadciśnieniu, cukrzycy, reumatoidalnym zapaleniu stawów, a być może niedługo badania potwierdzą jej skutecznośc w leczeniu i prewencji osteoporozy, raka jelita grubego, piersi i prostaty.
    Oszukiwanie ludzi jest nieetyczne drogi Autorze, a paradygmat naukowy zdecydowanie odrzuca myślenie życzeniowe, które pozwala wierzyć w wysokotłuszczową dietę cud. Dobrze, że ludzie nie są już tak naiwni i nie dają się tak łatwo wodzić za nos co potwierdza zdeprecjonowanie tych wszystkich dziwnych diet.

    • Dziękuję za komentarz. Jednak bardzo proszę o powstrzymywanie się od argumentów ad hominem i oskarżeń. Nie mam pojęcia, kto i kiedy Pana oszukał, ale zapewniam Pana, że przykro mi z tego powodu. Wiem, że odkrycie tego faktu nigdy nie jest miłe, zwłaszcza dla oszukanego.

      Jeśli chodzi o pytania, które Pan stawia odnośnie diet niskowęglowodanowych, to zachęcam do lektury wielu artykułów na Nowej Debacie. Znajdzie tam Pan wiele odpowiedzi, a także podpowiedzi dotyczące tego, co czytać, żeby wiedzieć więcej. Jak widzę, będzie mógł Pan u nas skonfrontować swoje poglądy z innym punktem widzenia i odmiennymi opiniami. Wierzę, że jako czytelnik „obiektywny” doceni Pan otwartą wymianę poglądów. Proszę do nas zaglądać. Zachęcam też do dyskusji, zwłaszcza na temat. Pozdrawiam!

  2. Od miesięcy sledzę artykuły na ‚Nowej Debacie’ i prawdę mówiąc nie widzę w nich nic konstruktywnego. Przedstawiają Państwo bardziej rozbudowaną formę od lat wałkowanych zagadnień diety low-carb, mianowicie dodajecie wątki spiskowe i przedstawiacie dowody medyczne uwikłane w politykę jakby światem rządzili iluminaci czy masoni. Niestety, ale w nauce liczą się fakty, których trudno się doszukać w Państwa artykułach. Taka postawa nigdy nie zyska rozgłosu w świecie medycznym, co najwyżej jako przykład manipulacji.
    Ponadto od strony moralnej nie potrafię zrozumieć jak można narażac zdrowie ludzi, którzy zdecydują się na taka dietę wmawiając im, że ten sposób żywienia praktycznie nie ma żadnych wad i jest w 100% naturalny. Przepraszam, że zwrócę się ad personam, ale nie ma Pan wykształcenia medycznego więc na jakiej podstawie Pana czytelnik może informacjom zawartym w artykule zawierzyć?

    • Jeśli nic konstruktywnego nie przedstawiamy, to po co Pan śledzi co piszemy? 😉

      Prezentujemy debatę, która się na świecie toczy w tzw. mainstreamie, a której u nas jakby o niej trochę za mało. Nie należy wierzyć w to co piszemy, bo przecież zawsze odsyłamy do źródeł, które omawiamy w formie publicystycznej. Proszę samemu weryfikować wskazane źródła – szukać i sprawdzać. Innymi słowy myśleć za siebie.

      I naprawdę, proszę nie uciekać się do mocno już ogranych chwytów typu „spiski” i „masoni”, „reguły autorytetu” (argumentum ad verecundiam), albo taniego szantażu moralnego („narażać zdrowie”). Jest to już tak bardzo zgrane, że wieje nudą i niewiele wnosi. A i wrażenia nie robi. Czemu to ma służyć? Zakrzyczeniu rzeczywistości? Zduszeniu dyskusji? A co do iluminatów, wie Pan jak to jest – często wmawiamy innym myśli, które nasz prześladują…. może to Panu się wszystko kojarzy ze spiskiem i masonem i bardzo się Pan tych myśli boi?

      PS. I jeszcze raz bardzo Pana proszę o nie zaśmiecanie więcej strony argumentacją ad personam, zwłaszcza jeśli chowa się Pan za anonimowym nickiem. Ale do komentowania, „do rzeczy”, do nie zgadzania się „na temat” jak najbardziej zapraszam.

  3. Prawda sama się obroni, nie potrzebuje adwokatów…. Co najwyżej orędowników (Nowa Debata i inni 😛 ) dobrej nowiny.

    „Każdy mówi: Polska wolny kraj, państwo wolnych ludzi, Tu wolność ponad wszystko, tu kraj szczęśliwych ludzi. A prawda jest jedna i każdy z nas ją zna, Że wolność to my mamy w naszych kolorowych snach.”

  4. Co by nie sądzić o dietach low carb/lowfat, nie wiem jaką logiką trzeba się posługiwać aby myśleć, że produkty które były spożywane od setek tysięcy lat przez człowieka, a wcześniej przez naszych protoplastów, są szkodliwe (np.tłuszcz zwierzęcy, jaja), a to co jest wytworem inżynierii spożywczej ostatnich kilkudziesięciu lat (margarynka) jest zdrowe. Kompletnie nie jestem w stanie tego pojąć.

    • Jednak Wałęsa na diecie dr Kwaśniewskiego błyskawicznie dorobił się bay-pasów (oczywiście zabieg odbył się w USA) i teraz ani się zająknie na temat tłustego jedzenia. Cóż, jednym najwyraźniej taka dieta pomaga a innym szkodzi, zależnie od indywidualnego metabolizmu. Ostatnio można spotkać się z wypowiedziami, że lepszy jest podwyższony cholesterol niż statyny powodujące b. poważne objawy uboczne. I znowu – jednym ludziom statyny niszczą wątrobę a innym nie. Na pocieszenie zdezorientowanym podam, iż żywiące się wyłącznie pokarmem roślinnym słonie też cierpią na choroby układu krążenia, umierają z powodu zawałów serca i wszystkie na tej diecie sensu stricte wegetariańskiej są zadziwiająco otyłe:).

  5. Moi Państwo, myślę, że czas zrozumieć, że kryterium podziału pom. tym co szkodzi, a tym co buduje i pomaga jest to na ile to jest naturalne, a na ile sztuczne.

    Co mam na myśli: marchewka z lasu, czy pigwowiec z ugoru z jakiegoś czystego ekologicznie regionu, nie zaszkodzi. Natomiast ta sama marchewka jako piękny produkt współczesnej hodowli (wszystko jedno GMO, czu nie) z nawozu (w sumie wszystko jedno jakiego), podlana pestycydami (z góry i z dołu) i kwaśnym deszczem, następnie zapakowana w worek foliowy i nafaszerowana jakimiś kolorami, czy odświeżaczami w sklepie, a potem poszatkowana w thermomixe i odgrzana w mikroweli oraz dosłodzona i dosolona „do smaku” zabije na pewno.

    Dokładnie taką samą logikę można dołączyć do chleba, mięsa, mleka itp.

    Wówczas wszystkie dodatkowe zabiegi, są już tylko wyborem mniejszego zła.

    Co ważne wyborem, którego (o czym mało się mówi) żadna „logika”, czy „świadomość” nie rozbierze. Nie rozbierze, bo jeszcze 150 lat temu jakbyśmy komuś powiedzieli „witaminy, WW, lipidy, bioflawonoidy itp.” to by nas skierował ;), a człowiek jednocześnie skupia się na poziomie logiki i świadomości na max. 5 zmiennych.

    Powoli pojawia się zakwaszenie i niedotlenienie.

    Kandydoza szybko staje się elementem łączącym i produkującym około 80 toksyn i ot… wyjaśnienie.

    Potem już idzie, bo wraca do lekarza, którego diagnoza ukierunkowana jest o to, o czym piszecie i voila – depopulacja w apogeum ;p.

    Pozdrawiam wszystkich przedmówców – szukajcie równowagi 🙂

  6. Anna, litości. Wałęsa uznał że nie może utrzymać diety, bo ma zbyt wiele pokus. Zrezygnował i tym samym wrócił do swego chorowania. Proszę zobaczyć jak się „pracuje” na cukrzyce – http://www.stachurska.eu/?p=8897 , bo to wyleczenia cukrzycy II doświadczył Lech Wałęsa na DO i (nie musiał) do niej wrócił. Serce to chyba późniejsza sprawa. A ja ciężką chorobę serca wyleczyłam DO i mam się dobrze od pięciu lat. Choć największe tuzy kazały mi nitroglicerynę w każdej kieszeni trzymać i przy zerze wysiłku fizycznego funkcjonować, co możliwe nie jest. Wyleczyło mnie – http://www.stachurska.eu/?p=1970 .

  7. Dzięki Teresa, fajne linki.

    Podpisuję się obiema rękami pod wszystkim.

    Dlatego też póki jeszcze możliwe było jedzenie ekoczereśni latem i ekoschaboszczaka zimą nie wychodziło najgorzej – to oczywiście uproszczenie ale mniej więcej o to chodzi.

    O białkach warto pamiętać, że są nośnikiem aminokwasów, a te dostarczamy np. w postaci enzymów w surowiźnie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ