Naród na prochach cz. 1

13

W ostatnim czasie nasila się w USA publiczna debata na temat kondycji współczesnej psychiatrii oraz zasadności stosowania leków psychiatrycznych. Dyskusja koncentruje się na trzech głównych zagadnieniach: rzeczywistej skuteczności leków przeciwdepresyjnych; nieodwracalnych zmianach w mózgu człowieka spowodowanych stosowaniem leków psychiatrycznych; rosnącym wpływie przemysłu psychiatrycznego na psychiatrów, których producenci leków coraz częściej po prostu opłacają. Na poziomie fundamentalnym trwająca dyskusja dotyczy skutków i przyszłości biopsychiatrii, czyli obowiązującego dziś modelu chorób psychicznych. Zgodnie z nim mają one przede wszystkim podłoże biologiczne (tzw. teoria nierównowagi chemicznej w mózgu) i z tego powodu powinny być leczone farmakologicznie. Coraz więcej obserwatorów uważa, że biopsychiatria, zamiast leczyć choroby psychiczne, w rzeczywistości je potęguje i utrwala. Tym samym stała się przyczyną „epidemii chorób psychicznych” nie tylko wśród dorosłych, ale również wśród dzieci.

Ważnym głosem w tej dyskusji był głośny esej Marcii Angell opublikowany w „New York Times”, którego pierwsza część zatytułowana była „The Epidemic of Mental Ilness: Why?” („Epidemia chorób psychicznych: dlaczego?”), a druga – „The Illusion of Psychiatry” („Iluzja psychatrii”). Angell napisała swój artykuł w formie recenzji trzech ważnych książek, jakie ukazały się w ostatnim czasie w USA, poświęconych ciemnej stronie współczesnej psychiatrii. Każda z nich kładzie nacisk na nieco inne aspekty funkcjonowania tej profesji. Oto one:

Nadmieńmy, że z uwagi na jej pozycję w środowisku naukowo-medycznym głos Marcii Angell odbił się głośnym echem w USA. Angell jest z wykształcenia lekarzem, matematykiem i chemikiem. Była stypendystką Fundacji Fullbrighta, jest autorką dwóch książek , należy do wielu stowarzyszeń i organizacji lekarskich w USA. Przez ponad dwadzieścia lat pracowała dla pisma „New England Journal of Medicine”, z którego odeszła w 2000 roku będąc jego redaktorem naczelnym. W 1997 roku magazyn „Time” zliczył ją do grupy 25 najbardziej wpływowych Amerykanów. Obecnie Angell pracuje jako wykładowca na Uniwersytecie Harvarda.

Chora psychicznie Ameryka

Punktem wyjścia dla rozważań Angell są dane dotyczące gwałtownie rosnącej liczby osób leczonych psychiatrycznie, co trudno interpretować inaczej, niż jako dowód na to, iż w Ameryce panuje epidemia chorób psychicznych. Tylko przez ostatnie 20 lat liczba osób cierpiących na zaburzenia psychiczne, leczonych na koszt państwa w ramach zasiłków pod nazwą „Supplemental Security Income” (SSI) i „Social Security Disability Insurance” (SSDI), wzrosła ponad dwukrotnie. W 1987 roku psychiatrycznie leczył się 1 na 184 Amerykanów, w roku 2007 już 1 na 76. W tym samym czasie liczba zachorowań wśród dzieci wzrosła aż 35-krotnie. Choroby psychiczne stanowią obecnie najważniejszą przyczynę niepełnosprawności u dzieci, daleko wyprzedzając upośledzenia fizyczne takie jak mózgowe porażenie dziecięce czy zespół Downa.

Szeroko zakrojone badania prowadzone przez Narodowy Instytut Zdrowia Psychicznego (NIMH) w latach 2001-2003 przyniosły zdumiewające rezultaty dotyczące zdrowia psychicznego amerykańskiego społeczeństwa: 46% dorosłych Amerykanów spełnia, lub spełniało w przeszłości, kryteria ustanowione przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) dla co najmniej jednej z czterech głównych kategorii dolegliwości psychicznych:

  • zaburzenia lękowe (ang. anxiety disorders), w tym fobie oraz zespół stresu pourazowego, PTSD (ang.posttraumatic stress disorder)
  • zaburzenia nastroju (ang. mood disorders), w tym depresja i zaburzenia afektywne dwubiegunowe (ang. bipolar disorders)
  • zachowania impulsywne (ang. impulse-control disorders), w tym problemy behawioralne oraz tzw. Zespół Nadpobudliwości Psychoruchowej Z Deficytem Uwagi (ang. Attention Deficit Hyperactivity Disorder, ADHD)
  • zaburzenia związane z używaniem substancji psychoaktywnych (ang. substance disorders) , w tym nadużywanie alkoholu i narkotyków.

Większość badanych spełniała kryteria więcej niż jednej kategorii schorzeń.

Powyższą diagnozę Angell następująco umiejscawia w kontekście panującego obecnie modelu opieki psychiatrycznej:

 W dzisiejszych czasach niemal w każdym przypadku leczenie psychiatryczne oznacza zastosowanie leków psychoaktywnych, czyli substancji oddziałujących na stan psychiczny pacjenta. Większość psychiatrów leczy wyłącznie lekami. Kiedy zaś uważa, że danemu pacjentowi może również pomóc psychoterapia, odsyła go do psychologa bądź pracownika socjalnego. Ten odwrót od „terapii przez rozmowę” [ang. talk terapy – przyp. tłum.] na rzecz stosowania farmaceutyków,…, zbiegł się w czasie z rozwojem w ostatnich czterdziestu latach teorii mówiącej, że choroba psychiczna spowodowana jest nierównowagą chemiczną w mózgu, którą można skorygować za pomocą leków. Teoria ta została zaakceptowana w pełni przez media, opinię publiczną oraz środowisko medyczne po tym, jak w 1987 roku do użycia wszedł Prozac. Pojawieniu się tego specyfiku na rynku towarzyszyła szeroko zakrojona kampania promocyjna, według której Prozac skutecznie leczy niedobór serotoniny w mózgu. W następnych 10 latach liczba osób leczonych na depresję potroiła się. Dziś ok. 10 procent Amerykanów powyżej 6 roku życia przyjmuje antydepresanty. W przypadku leczenia psychoz ten wzrost jest jeszcze większy. Antypsychotyki nowej generacji, np. Risperdal, Zyprexa, i Seroquel, wyprzedziły pod względem sprzedaży w USA nawet leki obniżające cholesterol.

Co się dzieje? Czy zapadalność na choroby psychiczne naprawdę jest tak duża i stale rośnie? Jeśli zaburzenia te mają podłoże biologiczne i nie są rezultatem wpływu środowiska, to czy możemy uwierzyć w tak gwałtowny wzrost zachorowań? A może po prostu umiemy coraz lepiej diagnozować choroby, które zawsze były bardziej powszechne, niż nam się zdawało?. Z drugiej strony, może jedynie poszerzamy kryteria dla schorzeń psychicznych do tego stopnia, że niemal każdy dziś na coś choruje? A co z lekami, które są dziś fundamentem terapii? Czy w ogóle działają? Jeśli tak, to czy chorych nie powinno być coraz mniej zamiast coraz więcej?

To tylko niektóre z pytań, na które próbują odpowiedzieć autorzy omawianych przez Angell książek. Każdy z nich podchodzi do poruszanej problematyki z nieco innej perspektywy, każdy ma za sobą inne doświadczenie. Irving Kirsch to psycholog na brytyjskim Hull University; Robert Whitaker to amerykański badacz i dziennikarz, autor opublikowanej w 2001 roku książki pt. Mad in America m prowadzi stronę internetową pod tym samym tytułem (Mad In America); natomiast Daniel Carlat to psychiatr
a praktykujący w Bostonie, prowadzący popularnego bloga poświęconego funkcjonowaniu swojego zawodu (Carlatpsychiatry) oraz własną stronę internetową.

Każdy z autorów akcentuje nieco odmienne aspekty epidemii chorób psychicznych w USA. Kirsch analizuje skuteczność antydepresantów w leczeniu depresji. Whitaker jest bardziej radykalny – rozpatruje różne choroby psychiczne i nie bez złości pyta, czy środki psychoaktywne, zamiast leczyć pacjentów, nie pogarszają aby ich stanu. Natomiast u Carlata więcej jest żalu niż złości. Autor uświadamia czytelnikom, jak bardzo jego własna profesja jest dziś zależna od przemysłu farmaceutycznego, w jakim stopniu poddaje się naciskom ze strony producentów leków. Jednak pomimo różnic, pisze Angell, wszyscy trzej zgadzają się ze sobą w kwestiach fundamentalnych.

Po pierwsze, [wszyscy autorzy – przyp.tłum.]podzielają niepokój spowodowany tym, że firmy farmaceutyczne, które sprzedają leki psychoaktywne stosując rozmaite legalne i nielegalne działania marketingowe, łącznie z przekupstwem, określają dziś, co jest chorobą psychiczną, jak należy ją diagnozować i w jaki sposób leczyć.

Po drugie, żaden z autorów nie podpisałby się pod powszechną dziś teorią, że choroby psychiczne spowodowane są zaburzeniem równowagi chemicznej w mózgu. Jak pisze Whitaker, hipoteza ta powstała krótko po tym, jak w latach 50-tych na rynku pojawiły się pierwsze leki psychoaktywne. Pierwszym z nich była „Torazyna” (chlorpromazyna ) wprowadzona do użycia w 1954 roku jako silny lek uspokajający. Bardzo szybko specyfik ten znalazł szerokie zastosowanie w szpitalach psychiatrycznych, w których stosowano go dla uspokojenia pacjentów z psychozami, zwłaszcza chorych na schizofrenię. Rok później pojawił się specyfik o nazwie „Miltown” (meprobamat) sprzedawany jako delikatny lek uspakajający, stosowany w leczeniu stanów lękowych. Wreszcie w roku 1957 na rynek wszedł „Marsilid” (Iproniazyd) sprzedawany jako „środek energetyzujący psychikę” [ang. “psychic energizer” –przyp. tłum.] i stosowany w leczeniu depresji.

W ciągu niespełna trzech lat leki te zaczęto stosować w leczeniu trzech głównych wówczas kategorii chorób psychicznych – psychoz, stanów lękowych i depresji. Fakt ten całkowicie zmienił oblicze psychiatrii.

Choroba dopasowana do leku

Angell zwraca uwagę na niezwykle istotny aspekt dotyczący genezy „chemicznej” teorii chorób. Okazuje się, że została ona sformułowana głównie po to, żeby wykorzystać działanie posiadanych przez badaczy specyfików. Innymi słowy, dopasowano chorobę do leku, a nie lek do choroby.

Jednak leki [psychoaktywne – przyp. tłum. ] nie zostały pierwotnie stworzone, aby leczyć choroby psychiczne. Opracowano je jako środki leczące infekcje i dopiero wtedy zauważono, iż zmieniają stan psychiczny pacjentów. Na początku nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób działają. Po prostu tłumiły niepokojące objawy psychiczne u pacjentów. W ciągu następnych 10 lat naukowcy odkryli, że leki te, a także ich nowsze odpowiedniki, oddziałują na niektóre związki chemiczne w mózgu.

Kiedy odkryto, że specyfiki wpływają na neuroprzekaźniki w mózgu …, wysunięto teorię, że przyczyną chorób psychicznych są zmiany stężenia poszczególnych substancji chemicznych w mózgu , i że można je skorygować za pomocą właściwych lekarstw. Dla przykładu odkryto, że Torazyna obniża poziom dopaminy w mózgu, więc uznano, że psychozy takie jak schizofrenia wywoływane są jej nadmiarem. Inny przykład: ponieważ niektóre antydepresanty zwiększają stężenie neuroprzekaźnika serotoniny w mózgu, uznano, iż depresję wywołuje jej niedobór. (Antydepresanty, takie jak Prozac czy Celexa, nazywane są selektywnymi inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny (ang. SSRI) dlatego, że blokują wychwyt zwrotny serotoniny przez neurony, które ją emitują. Na skutek tego w synapsach pozostaje więcej neuroprzekaźnika, który może pobudzać inne neurony.) Tym sposobem zamiast opracować lek na dane schorzenie, dopasowano chorobę do leku.

Jak pisze Angell, zdaniem wszystkich trzech autorów taka logika działania jest głęboko nieusprawiedliwiona z punktu widzenia medycznego. Nie można bowiem wykluczyć, że leki wpływające na poziom neuroprzekaźników mogą eliminować dane objawy nawet w sytuacji, w której neuroprzekaźniki nie mają w ogóle nic wspólnego z chorobą. Specyfiki te mogą działać i leczyć w zupełnie inny, nieznany nam sposób. Jak pisze Carlat:

Stosując tę samą logikę, można by uznać, że przyczyną bólu jest niedobór opioidów, skoro niektóre leki przeciwbólowe o działaniu narkotycznym aktywują receptory opioidowe w mózgu.

W myśl tej logiki należałoby uznać, że przeziębienie jest wywołane niedostatecznym spożyciem aspiryny, dodaje Angell.

I rzeczywiście, zauważyć można, że logika ta znajduje dziś szerokie zastosowanie w promocji różnych leków i suplementów, których przyjmowanie ma już nie tylko leczyć, ale również „zapobiegać”. Przemysł farmaceutyczny od wielu lat skutecznie wmawia pacjentom (i części lekarzy), że choroby są tak naprawdę spowodowane deficytem środków farmakologicznych.

Teoria, której nie udało się udowodnić

Zdaniem Angell, największa słabość hipotezy o „chemicznych” przyczynach chorób psychicznych polega na tym, że nigdy nie udało się jej udowodnić. Wszyscy trzej autorzy dokumentują wysiłek naukowców i porażkę nauki w tym zakresie. W licznych badaniach wykazano, że przed podjęciem terapii farmakologicznej neuroprzekaźniki u osób z zaburzeniami funkcjonują normalnie. Co więcej, wiele zaburzeń równowagi chemicznej tak naprawdę powstaje wskutek działania leków. Oto co sądzi na ten temat Whitaker:

Przed rozpoczęciem leczenia, pacjenci, u których diagnozuje się schizofrenię, depresję lub inne zaburzenia psychotyczne, nie mają zaburzeń równowagi chemicznej w mózgu. Natomiast kiedy tylko zaczynają przyjmować leki psychiatryczne, które na różne sposoby ingerują w naturalne mechanizmy działania neuronów, ich mózg zaczyna funkcjonować … nienormalnie.

Carlat określa teorię “nierównowagi chemicznej” jako “mit”, który jest o tyle użyteczny, że pozwala odstygmatyzować choroby psychiczne. Natomiast Kirsch, skoncentrowany na depresji, podsumowuje ten problem następująco:

Nie ulega dziś wątpliwości, że utarty pogląd na depresję jako efekt nierównowagi chemicznej w mózgu jest błędny.

Czy antydepresanty naprawdę leczą?

Bez względu na teorię, praktyczny problem wielu ludzi sprowadza się do tego, na ile skuteczne są przyjmowane przez nich medykamenty, zauważa Angell. Książka Kirscha The Emperor’s New Drugs opisuje 15-letnie badania autora, których celem było znalezienie odpowiedzi na pytanie: czy antydepersanty są skuteczne?

Kirsch rozpoczął swoje poszukiwania w 1995 roku koncentrując się najpierw na efekcie placebo. Wraz ze współpracownikami przeanalizował 38 opublikowanych eksperymentów klinicznych, w których porównywano różne specyfiki z placebo, a także efekty psychoterapii z brakiem leczenia. Większość takich badań trwa 6-8 tygodni i w tym czasie stan pacjentów zwykle poprawia się nawet bez żadnej formy leczenia. Kirsch ustalił, że placebo jest trzy razy bardziej skuteczne niż brak terapii. Jednak najbardziej zadziwił go fakt, że
skuteczność leków antydepresyjnych okazała się niewiele większa od placebo. Używając skali do pomiarów nasilenia depresji, terapia za pomocą placebo osiąga średnio aż 75% skuteczności leczenia antydepresantami.

Zdumiony Kirsch powtórzył analizę, wykorzystując tym razem bardziej kompletne i ustandaryzowane dane publikowane przez amerykański Urząd Kontroli Żywności i Leków (FDA). W tym miejscu trzeba nadmienić, że kiedy producent leków chce uzyskać zgodę FDA na wprowadzenie nowego specyfiku na amerykański rynek, musi dostarczyć tej instytucji wymagane przez nią badania. Jeśli chodzi o ich rodzaj, są to zwykle eksperymenty randomizowane z podwójnie ślepą próbą i z zastosowaniem placebo. W badaniach takich pacjentów dzieli się na dwie grupy: jedna przyjmuje substancję aktywną, a druga przyjmuje placebo. Nie tylko pacjenci nie wiedzą, do której grupy należą, ale nie wiedzą tego również nadzorujący ich lekarze. Pacjentów informuje się jedynie o tym, że będą przyjmowali albo lek albo placebo, uprzedzając ich o ewentualnych niepożądanych reakcjach organizmu, jakich mogą doświadczyć.

Jeśli w dwóch tego typu eksperymentach producentowi uda się wykazać, że nowy lek jest skuteczniejszy od placebo, zwykle zyskuje on akceptację FDA na produkcję i sprzedaż specyfiku. I tutaj pojawia się problem, ponieważ firmy mogą takich badań przeprowadzać tyle, ile chcą. Na przykład nie ma to znaczenia, jeśli większość prób wykaże, iż lek nie jest skuteczniejszy od placebo. Jeśli producent uzyska pożądany efekt tylko w dwóch eksperymentach, otrzymuje zgodę urzędników na sprzedaż.

Jak tłumaczy Angell, firmy farmaceutyczne dokładają wszelkich starań, aby pozytywne dla nich wyniki badań dostały się na łamy prestiżowych pism medycznych oraz innych mediów, tak aby dowiedzieli się o nich lekarze i jak najszersza opinia publiczna. W tym samym czasie badania niekorzystne, jako własność producenta, zyskują status materiału poufnego i niezwykle rzadko docierają do opinii publicznej. Zdaniem Angell taka praktyka sprawia, że literatura medyczna jest w dużej części tendencyjna, co wpływa na programy kształcenia lekarzy oraz różne terapie stosowane w medycynie.

Wykorzystując prawo o dostępie do informacji publicznej ( ang. Freedom of Information Act) Kirsch i jego współpracownicy uzyskali od FDA omówienia wszystkich badań, pozytywnych i negatywnych, dotyczące 6 najbardziej popularnych antydepresantów zatwierdzonych przez FDA w latach 1987 – 1999 ( Prozac, Paxil, Zoloft, Celexa, Serzone i Effexor). W sumie wykonano takich badań 42 i okazało się , że wyniki większość z nich były negatywne. Ogólnie, według skali pomiaru depresji pod nazwą „Hamilton Depression Scale” (HAM-D), placebo osiągnęło 82 % skuteczności nowo opracowanych leków. Średnio różnica między lekiem a placebo wynosiła 1,8 punkta HAM-D. Jak pisze Angell, różnica ta była statystycznie istotna, ale klinicznie bez znaczenia.

Dodajmy, że wyniki eksperymentów były w równym stopniu niezadowalające dla wszystkich 6 leków. Niemniej stało się to, co dzieje się zazwyczaj w takich sytuacjach. Te nieliczne badania pozytywne zostały szeroko rozpowszechnione w mediach, zaś badania negatywne głęboko ukryte. W konsekwencji do opinii publicznej i lekarzy dotarł nieprawdziwy przekaz, że antydepresanty skutecznie leczą depresję. Można powiedzieć, że tym sposobem treści reklamowe stały się obowiązującą wiedzą medyczną.

Kirsch zauważył też, że stosowanie innych terapii niż antydepresanty, np. użycie syntetyzowanych hormonów tarczycy, opiatów, środków uspajakajcych, a nawet niektórych ziół, jest tak samo skuteczne w leczeniu depresji co tzw. środki przeciwdepresyjne.

Bez względu na to, czy w leczeniu depresji stosujemy środki zmniejszające, zwiększające, czy neutralne w zakresie oddziaływania na poziom serotoniny, wszystkie one leczą objawy tej choroby w mniej więcej takim samym stopniu.

Dla osiągnięcia poprawy wystarczyło zwykle, że, pacjenci zaczęli odczuwać oczekiwane efekty uboczne przyjmowanych środków, nie będących antydepresantami. Kiedy się pojawiały, utwierdzało to pacjentów w przekonaniu, że są leczeni, co samo w sobie łagodziło objawy depresji.

Angell pisze, że w badaniach nad lekami na takie „subiektywne” schorzenia jak depresja powinno się stosować eksperymenty z podwójną ślepa próbą , tak aby ani lekarze, ani pacjenci nie wiedzieli, kto otrzymuje placebo, a kto badaną substancję. Dzięki temu zapobiec można sytuacji, w której lekarze bądź pacjenci wyobrażają sobie poprawę sytuacji , co jest tym bardziej prawdopodobne, jeśli przyjmowana substancja jest aktywna i wywołuje oczekiwane skutki uboczne.

Kirsch ustalił, że niemal każda pigułka wywołująca skutki uboczne jest bardziej skuteczna w leczeniu depresji niż nieaktywne placebo. Co więcej, wystąpienie skutków ubocznych pozwala pacjentom odgadnąć, czy przyjmują w eksperymencie leki czy nieaktywne placebo, przez co są bardziej skłonni do zgłaszania poprawy swojego stanu. Warto podkreślić, że leki antydepresyjne okazują się być skuteczniejsze w leczeniu ostrej depresji niż umiarkowanej. Kirsch tłumaczy to faktem, że pacjenci z ostrymi objawami otrzymują zwykle większe dawki leków i z tego powodu mocniej odczuwają skutki uboczne przyjmowanych specyfików.

Aby dokładniej zbadać, czy występowanie skutków ubocznych zniekształca reakcję pacjentów na leki, Kirsch przeanalizował badania , których stosowano aktywne placebo, czyli takie które wywołuje skutki uboczne. Przykładem takiego placebo może być atropina, której przyjmowanie wywołuje m.in. suchość w ustach. W badaniach z wykorzystaniem aktywnych placebo okazało się, że są one równie skuteczne w leczeniu depresji co leki antydepresyjne. Każdy badany odczuwający jakiekolwiek skutki uboczne stosowanej terapii, bez względu na to czy spowodowane były lekiem czy placebo, stwierdzał u siebie podobną poprawę.

Kirsch przytacza również kilka niecodziennych zjawisk, jakie zaobserwować można w badaniach na lekami antydepresyjnymi. Na przykład nie obserwuje się w przypadku ich działania krzywej zależności efektu od dawki. Oznacza to, że zwiększenie dawki nie podnosi skuteczności terapii, co nie występuje w przypadku rzeczywiście działających leków. Kirsch pisze:

Uwzględniając te wszystkie aspekty dochodzimy do wniosku , że stosunkowo niewielka różnica między działaniem leków i placebo wcale nie musi być zasługą samych leków. Możemy mieć do czynienia ze wzmożonym efektem placebo, będącym skutkiem tego, że niektórzy pacjenci przełamują „ślepy” charakter próby i odgadli, co przyjmują. W takim wypadku w ogóle nie obserwujemy efektu skuteczności leku antydepresyjnego. Zamiast porównywać placebo z lekami, porównujemy zatem „zwykłe” placebo ze „wzmocnionym placebo”.

Leki, które nie pozwalają wyzdrowieć

W ocenie Angell książka Roberta Whitakera porusza problemy współczesnej psychiatrii z szerszej perspektywy niż Kirscha i jest bardziej polemiczna w swojej wymowie. Whitaker analizuje wiele chorób psychicznych, nie tylko depresję. O ile Kirsch stwierdza, że antydepresanty nie działają skuteczniej niż placebo, o tyle Whitaker uważa, że większość leków psychoaktywnych nie tylko jest nieskuteczna, ale wręcz szkodliwa. Punktem wyjścia jego rozważań jest obserwacja, że rosnącemu upowszechnieniu się terapii lekowej towarzyszy wzrost zachorowań na leczone nimi schorzenia. Innymi słowy, leczenie zamiast pomagać, szkodzi.

Od roku 1955 liczba chorych psychicznie gwałtownie wzrosła. Jednak dopiero w ciągu ostatnich 20 lat, czyli w dobie powszechnego użycia leków psychiatrycznych, liczba dorosłych i dzieci leczonych psychiatrycznie urosła w niewyobrażalnym tempie. Nasuwa się zatem oczywiste pytanie, będące dla niektórych herezją: Czy psychiatryczna opieka medyczna bazująca na modelu farmakoterapii może de facto być motorem współczesnej epidemii chorób psychicznych?

To nie wszystko. Whitaker pokazuje, jak bardzo zmieniła się natura i przebieg chorób psychicznych. Niegdyś schorzenia takie jak schizofrenia czy depresja występowały w życiu człowieka epizodycznie, trwały zwykle nie dłużej niż 6 miesięcy. Między epizodami choroby były zwykle długie przerwy „normalności”. Dziś jest inaczej. Współcześnie choroby te stały się przewlekłe i trwają przez całe życie. Według Whitakera ta zmiana spowodowana jest tym, że leki, o ile mogą na krótką metę leczyć objawy, o tyle w długiej perspektywie powodują trwałe szkody psychiczne, które nie ustępują nawet po przezwyciężeniu przez pacjenta pierwotnej choroby. Zdaniem Angell, można polemizować z niektórymi aspektami argumentacji przytaczanej przez Whitakera, ale trudno zaprzeczyć temu, że jest ona przekonująca i daje do myślenia.

Jeśli Whitaker ma rację, to w jaki sposób leki pschoaktywne szkodzą?Jego zdaniem kluczem jest oddziaływanie tych leków na neuroprzekaźniki. Dobrze znany jest dzisiaj fakt, że leki psychoaktywne zaburzają ich funkcjonowanie, i to nawet wtedy, kiedy działanie neuroprzekaźników nie miało związku z powstaniem choroby. Whitaker opisuje cały łańcuch przyczynowo¬-skutkowy. Na przykład, kiedy antydeperesanty typu SSRI podnoszą poziom serotoniny, w ramach procesu zwanego „sprzężeniem zwrotnym ujemnym” włącza się mechanizm kompensacyjny: w odpowiedzi na wysokie stężenie serotoniny, neurony, które normalnie ją uwalniają (presynaptyczne) , ograniczają jej produkcję, a inne neurony (postsynaptyczne) stają się na serotoninę niewrażliwe. W ten sposób mózg próbuje zneutralizować działanie leków. Ten sam mechanizm, tylko w odwrotną stronę, działa w odpowiedzi na środki, które blokują neuroprzekaźniki. Dla przykładu większość leków przeciwpsychotycznych blokuje dopaminę. Jednak neurony presynaptyczne kompensują tę utratę wydzielając jej coraz więcej, natomiast neurony postsynaptyczne chętniej ją wtedy absorbują. (Jak tłumaczy Angell, powyższe wyjaśnienie jest dużym uproszczeniem a wiele leków psychoaktywnych oddziałuje na więcej niż jeden neuroprzekaźnik.)

Długotrwałe stosowanie leków psychoaktywnych powoduje zjawisko, które Steve Hayman, były dyrektor NIHM, do niedawna rektor Uniwersytetu Harvarda, scharakteryzował jako „znaczącą i długotrwałą zmianę funkcji neuronów”. Whitaker przytacza opinię Haymana stwierdzającego, że na lekach mózg zaczyna funkcjonować w sposób „jakościowo i ilościowo odmienny od stanu normalnego”. Po kilku, kilkunastu tygodniach przyjmowania leków psychoaktywnych mechanizmy kompensacyjne mózgu zaczynają zawodzić i wtedy pojawiają się u pacjentów efekty uboczne działania przyjmowanych specyfików. Dla przykładu środki SSRI mogą wywoływać epizody maniakalne z uwagi na wywołany nimi nadmiar serotoniny w mózgu. Z kolei neuroleptyki (leki przeciwpsychotyczne) wywołują skutki przypominające chorobę Parkinsona, ponieważ redukują poziom dopaminy (której jest również za mało przy chorobie Parkinsona).

Kiedy pojawiają się działania niepożądane, zaczyna się je leczyć za pomocą innych leków i w rezultacie wielu pacjentów musi przyjmować całe „koktajle” leków psychoaktywnych przepisywanych przez lekarzy, aby „leczyć” skutki uboczne kolejnych medykamentów. Na przykład napady maniakalne, wywołane antydepresantami, diagnozuje się jako „zaburzenia dwubiegunowe” (ang.
bipolar disorders) i leczy się je za pomocą tzw. stabilizatorów nastroju (ang. mood stabilizers) oraz coraz to nowszych leków antypsychotycznych itd. W rezultacie niektórzy pacjenci muszą przyjmować nawet 6 leków psychoaktywnych dziennie.

Uznana badaczka i psychiatra, Nancy Andreasen, wraz ze współpracownikami opublikowała dowody na to, że stosowanie leków psychoaktywnych powoduje zmniejszanie się mózgu, a zakres tego procesu jest bezpośrednio związany z dawką przyjmowanego leku i długością terapii. Im więcej leku tym większy ubytek tkanki mózgowej. Dokładny mechanizm tego procesu opisała Andreasen w wywiadzie dla „New York Times” :

Kora przedczołowa nie dostaje potrzebnej stymulacji i jest powoli wyłączana poprzez działanie leków. W ten sposób tłumi się objawy psychotyczne, ale również powoduje, że kora przedczołowa ulega powolnej atrofii.

Zdaniem Whitakera, z biegiem czasu odstawienie leków staje się coraz trudniejsze. Jest to spowodowane tym, że zainicjowane wcześniej przez leki mechanizmy kompensacyjne działają po ich odstawieniu dalej, z tym że tym razem bez żadnej przeciwwagi. Dla przykładu, kiedy pacjent rezygnuje z leku typu SSRI (antydepresanty) poziom serotoniny gwałtownie spada, ponieważ neurony presynaptyczne nie uwalniają jej w dostatecznej ilości a neurony postsynaptycznie nie mają już wystarczająco dużo jej receptorów. Podobnie, kiedy odstawimy antypsychotyki, poziom dopaminy gwałtownie rośnie.

Co ciekawe, objawy odstawienia leków psychoaktywnych interpretuje się błędnie jako nawrót choroby, co skutkuje nie tylko powtórnym zastosowaniem terapii farmakologicznej, ale również zwiększeniem dawki leków.

Whitaker pokazuje, że mamy do czynienia ze zjawiskiem rosnącej epidemii różnych dysfunkcji mózgu o podłożu jatrogenicznym, czyli wywołanych lekami przepisywanych przez lekarzy. Szczególnie mocno oburzają go szkody, jakie w mózgach pacjentów czyni
nowa generacja leków przeciwpsychotycznych , tzw. atypowych. Mimo że promowane są jako bezpieczniejsze od poprzedników , to w rzeczywistości wywołują wiele poważnych skutków ubocznych.

Autor proponuje czytelnikowi wykonanie „szybkiego eksperymentu myślowego”:

Wyobraźmy sobie, że w naszym społeczeństwie pojawił się nagle wirus sprawiający, że ludzie śpią dwanaście, czternaście godzin na dobę. Osoby zakażone poruszają nieco wolniej i wyglądają na emocjonalnie obojętnych. Wielu z nich znacząco przybiera na wadze … i gwałtownie rośnie u nich poziom cholesterolu. Niektórzy dotknięci tym tajemniczym wirusem, w tym dzieci i młodzież, zaczynają chorować na cukrzycę… Rząd federalny płaci naukowcom z najlepszych uniwersytetów setki milionów dolarów, żeby ustalili, jak ten wirus działa. Naukowcy ci donoszą, że przyczyna, dla której wirus powoduje tak wiele schorzeń, jest taka, iż blokuje on wiele rozmaitych receptorów neuroprzekaźnikowych w mózgu … W międzyczasie dzięki obrazowaniu za pomocą rezonansu magnetycznego (MRI) udaje się ustalić, że kilkuletnie działanie wirusa prowadzi do kurczenia się kory mózgu, co powoduje upośledzenie funkcji poznawczych mózgu. Przerażona opinia publiczna głośno domaga się lekarstwa.

Dzisiaj na takie schorzenie chorują miliony dzieci i dorosłych w USA, a opisane wyżej objawy to skutki przyjmowania najbardziej dochodowego leku przeciwpsychotycznego firmy Eli Lilly’s – Zyprexa.

Jeśli leki psychoaktywne są bezużyteczne, jak uważa Kirsch, lub nawet szkodliwe, jak sądzi Whitaker, należy zapytać, dlaczego są tak powszechnie stosowane. Dlaczego opinia publiczna oraz psychiatrzy uważają je za niemal „cudowne substancje”? Jak pisze Angel, „dlaczego prąd, pod który płyną Kirsch i Whitaker, a także – jak się okaże – Carlat, jest tak potężny”?

Tym zagadnieniom przyjrzymy w drugiej części naszego omówienia.

Mateusz Rolik

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Na ten temat przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCzego nie dowiesz się od swojego dentysty
Następny artykułNaród na prochach cz.2
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

13 KOMENTARZE

  1. Dziękuję za ten cenny artykuł i zapraszam do udzielania się w witrynie OPsychiatrii.pl , gdzie właśnie poleciłem Pana artykuł.

    Na ten artykuł warto również zagłosować w witrynie Wykop.pl: http://www.wykop.pl/link/872297/narod-na-prochach-cz-1-nowa-debata/

    Tylko dwie uwagi:

    1. Załączony obrazek jest zbyt duży zarówno rozmiarem pliku (652 KB), jak i rozmiarem w pikselach (857px x 1024px), zatem w przypadku dużego zainteresowania artykułem, może spowodować przeciążenie serwera. Sugeruję przekonwertować ten obrazek do właściwych rozmiarów (361px x 429px lub 361px x 431px) i zapisać w formacie JPG, zamiast PNG. Spowoduje to bardzo duże zmniejszenie rozmiaru pliku.
    Dla ułatwienia Panu pracy przygotowałem te grafiki dla Pana:
    – grafika do osadzenia w artykule: http://opsychiatrii.pl/wp-content/uploads/2011/09/Biopsychiatria-zdominowała-leczenie-psychiatryczne-w-ostatnich-dwóch-dekadach-1_361x431px.jpg
    – grafika w powiększeniu: http://opsychiatrii.pl/wp-content/uploads/2011/09/Biopsychiatria-zdominowała-leczenie-psychiatryczne-w-ostatnich-dwóch-dekadach-1.jpg

    2. W artykule używa się pojęcia „choroby psychiczne”, co jest powtarzaniem i tak już bardzo utrwalonego w społeczneństwie niewłaściwego nazewnictwa, gdyż ICD-10 oraz DSM-4 nie zawierają pojęcia „choroba psychiczna”, tylko „zaburzenie psychiczne”. Różnica jest ważna, ponieważ sformułowanie „choroba psychiczna” może wprowadzać w błąd, że mamy do czynienia z chorobą mózgu, a nie problemami natury emocjonalnej.

    • Dziękuję za komentarz. Używam słowa „choroby psychiczne”, ponieważ takie określenie stosuje się w omawianym tekście – „mental illness”. Ale ma Pan rację co do możliwej nadinterpretacji tego określenia i jego nietrafności w wielu przypadkach. Sądzę, że Pański komentarz wyjaśnia tę kwestię. Zdjęcie podmieniłem, dziękuję za jego przeformatowanie. Pozdrawiam

    • Mam nadzieję, że niebawem, ale na razie musi chwilkę poczekać z uwagi na sprawy zawodowe. Póki co, Nowa Debata to aż i tylko działalność hobbistyczna, więc proszę o cierpliwość. Pozdrawiam.

  2. Intrygujący artykuł.

    Mam jednak kilka wątpliwości.

    0. Autorzy piszą tendencyjnie. Chcąc zdyskredytować leki psychotropowe do jednego worka wrzucają neuroleptyki (schizofrenia) i antydepresanty. Podają w wątpliwość skuteczność antydepresantów i pokazują działania niepożądane neuroleptyków, przez co rodzi się wrażenie, że wszystkie psychotropy nie działają lecz trują.

    1. Dopasowywanie choroby do leku nie może być zarzutem. Talidomid miał usuwać wymioty u kobiet ciężarnych, niestety usuwał też płodom ręce, ale dzisiaj (po 40 latach !) znalazł zastosowanie w leczeniu niektórych nowotworów. Viagra miała leczyć astmę. I tu i tu chorobę dopasowano do leku.

    2. Nikt z psychiatrów nie twierdzi, że przyczyną schizofrenii jest nadmiar dopaminy. Natomiast prawdą jest, że blokując receptory dla dopaminy można opanować objawy tej choroby. Czy należy zrezygnować z leków, które w najbardziej niekorzystnym scenariuszu nie działają na przyczynę choroby lecz skutecznie usuwają jej objawy. Może zrezygnujmy w takim razie z leków anty-HIV?

    2a. Rozszyfrowanie mechanizmu choroby poprzez znalezienie skutecznego leku nie jest niczym niezwykłym. Lek na trądzik młodzieńczy i do farmakologicznego peelingu – Tretynoina – okazał się skuteczny w leczeniu jednej z postaci białaczki. Ponieważ znano działanie leku, to poznano mechanizm rozwoju tej choroby.

    3. Teza, że w czasie leczenia uruchamiane są mechanizmy kompensacyjne jest nie poparta dowodami. Tak być może, ale nie musi. Ponadto autorzy sami sobie przeczą. Raz mówią, że w czasie leczenia produkcja dopaminy wzrasta (kompensacja), potem piszą o zespole Parkinsona, wynikającego z niedoboru dopaminy, jako działania niepożądanego terapii.

    4. Możliwości kompensacyjne wyczerpują się po 4-6 tyg. – piszą autorzy. Ok, ale efekty leków przeciw depresyjnych pojawiają się najwcześniej po 2 tyg. 4-6 tyg terapii to jest absolutne minimum. Nasuwa się proste spostrzeżenie: pojawia się efekt, gdy mechanizmy kompensacyjne zaczynają się wyczerpywać. Podobnie jest ze schizofrenią – po podaniu pierwszej dawki pacjent nie zdrowieje.

    5 Opowiastka o Zypreksie i wirusie jest nieuczciwą, jest skandaliczną demagogią. Autor nie raczył zauważyć, że ludzie w jego opowiastce nie zarażali się wirusem przez przypadek, głupotę, tylko dlatego, że mieli psychozę, a ten wirus tą psychozę im usuwał. Chyba lepiej tyć i nie mieć psychozy niż odwrotnie.

    6. Kolejna demagogia pod publiczkę. Opowiastka o zmniejszającym się mózgu. Póżniej można się dowiedzieć, że chodzi nie o cały mózg, ale tylko o zmniejszanie płatów czołowych („ośrodka myśli”). Chyba lepiej mieć zmniejszone płaty czołowe i brak omamów i urojeń. O tym, że antydepresanty zwiększają inną strukturę mózgu, odpowiedzialną za emocję – hipokamp – autorzy już nie napisali.

    Radzę poczytać forum ludzi z depresją, ale z tą prawdziwą, a nie taką w stylu: – Smutno mi, bo już jesień, a do tego Doda nie zaśpiewa na lodzie, no żyć się nie chce. Sami wtedy ocenicie, czy antydepresanty nie działają.

    • Mogę Panu jedynie zasugerować, aby przeczytał Pan wskazane książki. Znajdzie Pan w nich wiele informacji, które odpowiedzą na Pana wątpliwości i uwagi. Pozdrawiam

    • Autorzy piszą tendencyjnie.

      Nie byłbym tego taki pewien. Czasem pisanie o czymś wynika z doświadczenia, które każe poinformować społeczeństwo, że w danej kwestii dzieje się źle.

      Kiedy ja osobiście nie przyjrzałem się psychiatrii z bliska, to myślałem o psychiatrii i pacjentach psychiatrycznych, tak jak przeciętny człowiek, czyli miałem wyobrażenie wariatów chorych na mózg, którzy się bujają i wygadują rzeczy bez sensu. Dopiero gdy osobiście poznałem psychiatrię „od środka”, z perspektywy roli pacjenta psychiatrycznego, którego zamknięto w psychiatryku z powodu konfliktów rodzinnych, gdy miałem 18 lat. to dopiero oczom moim ukazała się niesamowicie wielka tragedia niezrozumienia i ciemnota na miarę inkwizycji… Choć na początku dystansowałem się od innych pacjentów i sam ich nie rozumiałem, to z czasem, gdy zacząłem z nimi rozmawiać i przebywać, to okazało się, że są to po prostu ludzie z problemami, a ich „chód zombie” nie jest od „choroby psychicznej” tylko właśnie od psychotropów… Brzmi niewiarygodnie? To niech Pan zażyje np. haloperidol, to Pan się przekona co on robi z człowieka…

      rodzi się wrażenie, że wszystkie psychotropy nie działają lecz trują

      Hm… Proszę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w obliczu problemów życiowych chciałby Pan „podnosić się na duchu” psychotropami?…
      Psychotropy oczywiście jakoś tam działają, ale czy jest to odpowiedni sposób na radzenie sobie z niechcianymi emocjami?

      Czy psychotropy trują?… A nie wie Pan że są szkodliwe? To nie cukiereczki, ani panaceum na każdy problem…

      Nikt z psychiatrów nie twierdzi, że przyczyną schizofrenii jest nadmiar dopaminy.

      Nikt?
      Z doświadczenia mogę powiedzieć, że stosunkowo często psychiatrzy wmawiają pacjentom, że przyczyną jest nierównowaga chemiczna w mózgu… Również mnie tak psychiatra powiedziała. Zatem psychiatrzy wprowadzają w błąd pacjentów.

      objawy tej choroby

      Coś takiego, co się diagnozuje jako „schiozfrenia” nie jest chorobą. Nawet oficjalnie – odsyłam do ICD-10 oraz DSM-4.

      Teza, że w czasie leczenia uruchamiane są mechanizmy kompensacyjne jest nie poparta dowodami.

      „Należy pamiętać, że osoby przez długi czas leczone neuroleptykami są stale narażone na blokowanie receptorów dopaminergicznych w mózgu. W wyniku przewlekłego blokowania tych receptorów dochodzi do zjawiska regulacji „w górę”, czyli zwiększania wrażliwości i ilości receptorów dopaminergicznych.”
      Źródło: http://www.psychiatria.med.pl/darmowy_pdf.phtml?indeks=27&indeks_art=210

      Nie wiesz o „efekcie odbicia” popsychotropowego? Po angielsku jest znany jako „rebound effect” i możesz o nim poczytać chociażby w Wikipedii: http://en.wikipedia.org/wiki/Rebound_effect#Antidepressants
      Domagasz się źródeł? Poczytaj np. to: http://www.cjcp.ca/pdf/CJCP_04-032_e69.pdf

      W praktyce dość powszechnie wiadomo, że psychotropy powinno się odstawiać stopniowo bo dotkliwe mogą być objawy odstawiennicze. Jak myślisz: dlaczego?

  3. zastanawiam się do czego to zmierza. Jeśli koncerny farmaceutyczne zaingerują w sferę oświaty i zaczną urządzać dzieciom badania psychiczne to łatwo się domyślić jakie będą diagnozy. Psychiatrzy przepiszą leki a rodzice będą musieli albo się na nie zgodzić albo stracą prawa do opieki nad dziećmi. I w taki oto sposób nowe pokolenie stanie się ostatnim zdrowym a pierwszym chorym i uzależnionym od leków. Czy to się naprawdę dzieje? Bo wierzyć się nie chce.

    Jak kiedyś zobaczyłem reklamę bodaj Apapu dla dzieci to aż mnie zatkało. Nie oglądam telewizji, bardzo sporadycznie, więc miałem szoka. A tu się okazuje, że to pikuś w porównaniu z całą resztą.

  4. Z tym, że depresja to brak równowagi w mózgu, można się zgodzić. Tak samo jak każda inna choroba to brak równowagi w organizmie. Niestety, żaden lek nie jest odpowiedzią na dłuższą metę. I tak znam przypadki, że tzw. psychotropy powodowały, że z pacjentem można było się w ogóle dogadać, tak niestety w większości przypadków spowodowały więcej szkód.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ