Leniwe odchudzanie

58

Nasilającą się niemal od 50 lat epidemię otyłości coraz wyraźniej charakteryzuje pewien paradoks: im „bardziej” wiemy, dlaczego tyjemy, tym więcej mamy otyłych. Jak to możliwe, skoro rozwiązanie problemu jest, zdaniem ekspertów, tak dobrze znane i dziecinnie proste: wystarczy „mniej jeść i więcej się ruszać”? Jak to zwykle bywa, w opinii fachowców teoria jest dobra, tylko ludzie jacyś trefni. Ciągle coś pokątnie jedzą, na siłownię nie sposób ich nawet wołami zaciągnąć, a do tego bezczelnie ignorują opinie zatroskanych ich losem specjalistów. Ale czy na pewno? Kolejne badania i obserwacje pokazują, że ani ograniczenie spożycia kalorii, ani zwiększenie ich wydatkowania przez aktywność fizyczną wcale nie skutkuje utratą zbędnych kilogramów, przynajmniej nie w długiej perspektywie. Co więcej, nigdy w historii nie udało się tych postulatów naukowo dowieść. Od swoich narodzin oparte pozostają one na domysłach wywiedzionych z opacznie rozumianych, choć zawsze prawdziwych, praw fizyki. Spójrzmy zatem bliżej na historię i skuteczność koncepcji „odchudzania przez sport”.

Zanim przejdziemy do sedna sprawy, pragniemy zrobić jedno fundamentalne zastrzeżenie: sport, uprawiany rekreacyjnie, ma na człowieka bardzo korzystny wpływ. Podnosi sprawność fizyczną, poprawia zdrowie psychiczne i fizyczne, oraz (prawdopodobnie) pomaga zapobiegać wielu schorzeniom (oprócz tych, które sam wywołuje wskutek kontuzji i przeciążeń). Nie zmienia to jednak faktu, że zwiększony wysiłek fizyczny, traktowany jako sposób na odchudzanie, czy choćby zapobieganie gromadzeniu się zbędnych kilogramów, okazał się całkowicie nieskuteczny, a w niektórych przypadkach nawet przeciwskuteczny.

Na początku przytoczmy obserwację, że np. w USA,  Europie i innych „krajach rozwiniętych” otyłość występuje najczęściej wśród populacji biednych, które nie tylko muszą pracować więcej niż bogaci, ale na dodatek wykonują przeważnie ciężkie prace fizyczne. Zjawisko to jest samo w sobie bardzo ciekawe, ponieważ zadaje kłam lansowanej od wielu lat tezie, że otyłość jest skutkiem „obżarstwa” rozumianego jako spożycie kalorii przekraczające zapotrzebowanie energetyczne organizmu. Otyłość występuje bowiem często wśród skrajnej biedoty, która nawet gdyby chciała się „obżerać”, to nie ma za co. Problemem w tych populacjach jest głód i niedożywienie, któremu paradoksalnie, towarzyszy otyłość, zwłaszcza wśród kobiet. Co więcej, historia pokazuje, że w obrębie tych samych populacji otyłość pojawia się często jako skutek zubożenia i braków pożywienia. Również i ta obserwacja stoi w oczywistej sprzeczności z obowiązującą teorią, która zakłada, że tyjemy w następstwie bogactwa i nadmiaru łatwo dostępnych pokarmów. Zostawmy jednak ten aspekt na boku, powrócimy do niego w odrębnym artykule.

Oprócz ludzi otyłych, instytucje odpowiedzialne za walkę z otyłością winą za nią obarczają wszechobecne restauracje typu fast-food, które oferują milionom zabieganych ludzi tanie, szybkie i smaczne „jedzenie śmieciowe”. Jednak należy zauważyć, że problem otyłości, przynajmniej w USA, wystąpił na długo przed pojawieniem się w tym kraju sieci McDonald’s czy KFC. Kiedy w 1934 roku młoda niemiecka lekarka, Hilde Bruch, osiedliła się w Nowym Jorku, nie mogła wyjść ze zdziwienia jak wiele amerykańskich dzieci jest otyłych. Jak pisała lekarka, amerykańskie pociechy były „naprawdę otyłe, i nie chodzi tylko o dzieci w szpitalach i klinikach, ale również o te na ulicach, w metrze i w szkołach”. Zwróćmy uwagę, że w latach 30-tych nikt nie słyszał jeszcze o „super powiększonych” porcjach fast-foodów (ang. supersized) czy wysokofruktozowym syropie kukurydzianym (HFCS), o Internecie i grach wideo nawet nie wspominając. Co więcej, rok 1934 to okres Wielkiej Depresji, czyli czas przenośnych kuchni wydającym biednym Amerykanom zupę, era kolejek po chleb i niespotykanego w USA bezrobocia. Mamy zatem kolejny przykład na to, że otyłość związana może być wręcz z „niedożywieniem”, a niekoniecznie z „obżarstwem”.

Innym, powszechnie lansowanym (np. przez WHO) wyjaśnieniem przyczyn epidemii otyłości ma być domniemany fakt, że od kilku dziesięcioleci nasz tryb życia staje się coraz bardziej „siedzący”. Ma to oznaczać, że nie tylko coraz więcej jemy, ale również coraz mniej „się ruszamy” – za dużo jeździmy samochodami, zbyt długo gapimy się bezczynnie w nasze telewizory, komputery i tablety, zamiast aktywnie, np. na siłowni, spalać spożywane w nadmiarze kalorie. Brzmi logicznie. Aż żal, że to nieprawda, przynajmniej nie w USA, gdzie problem otyłości jest chyba największy na świecie. W kraju tym wybuch epidemii otyłości zbiegł się w czasie z wybuchem „epidemii aktywności fizycznej”, z wysypem klubów fitness, siłowni i innych obiektów sportowych, do których masowo zaczęli uczęszczać Amerykanie zmotywowani obietnicą, że dzięki temu pozostaną piękni i zdrowi.

Do lat 70-tych XX w. tylko nieliczni wierzyli, że „wylewanie potów” na siłowni lub bieganie w parku ma związek z właściwą wagą ciała. Jak pisali William Bennet i Joel Gurin w książce pt. The Dieter’s Dilemma (1983), jeszcze w połowie lat 70-tych „było czymś zadziwiającym, widzieć ludzi biegających po ulicy w kolorowym odpowiedniku bielizny”. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Już w 1977 roku „New York Times” opisywał „eksplozję aktywności fizycznej” w USA. Starą tzw. wiedzę powszechną, zgodnie z którą ćwiczenia fizyczne są dla ludzi „niekorzystne”, pogląd panujący jeszcze w latach 60, zastąpiło nowe przekonanie, iż wyczerpujący wysiłek fizyczny jest warunkiem dobrego zdrowia oraz smukłej sylwetki. W roku 1980 „The Washington Post” donosił, że aż 100 milionów Amerykanów uczestniczy w ogólnonarodowej „rewolucji fitness”. Według gazety jeszcze dekadę wcześniej uznano by tych wszystkich ludzi za „świrów”. „Jesteśmy świadkami jednej z ważniejszych zmian społecznych dwudziestego wieku”, pisała gazeta.

Rosnąca fascynacja Amerykanów aktywnością fizyczną przejawiła się na przykład tym, że zyski obiektów fitness wzrosły z 200 milionów dolarów w 1972 roku do 16 miliardów w roku 2005. W 1962 roku w Maratonie Bostońskim uczestniczyło tylko nieco ponad 300 osób, podczas gdy w roku 2009 wzięło w nim udział aż 26 tys. kobiet i mężczyzn. Z kolei w 1970 roku Maraton Nowojorski zgromadził zaledwie 137 uczestników, ale w roku 1980 ta liczba wzrosła już do 16 tys., a w 2009 pobiegło w nim aż 39 tys. biegaczy (choć zgłosiło się prawie 60 tys.). Tylko w 2009 roku w USA zorganizowano ponad 400 biegów maratońskich, nie wspominając już o niezliczonych półmaratonach, 50 ultramaratonów i innych biegach. Czy dane te na pewno dowodzą „epidemii bezruchu”?

Niestety wbrew zapowiedziom ta prozdrowotna „rewolucja” nie wyszczupliła Amerykanów. A przecież powinna, jeśli prawdą jest, ze siedzący tryb życia tuczy, a aktywność fizyczna pozwala schudnąć. Co więcej, zmiana nawyków nie tyko nie zapobiegła epidemii otyłości, ale zbiegła się w nią w czasie do tego stopnia, że nasuwają się podejrzenia, czy aby się do niej nie przyczyniła. W każdym wypadku efekt jest taki, że ponad 2/3 dorosłych Amerykanów ma dziś nadwagę, z czego prawie 1/3 cierpi na otyłość. Jak to możliwe? Czyżby Amerykanie inwestowali w karnety na siłownie, a następnie z nich nie korzystali? Czyżby okłamywali nie tylko odpowiedzialne za drowie władze publiczne, nie tylko siebie nawzajem, ale także samych siebie?

Okazuje się, że w  badaniach naukowych  nigdy nie udało się udowodnić, że liczba kalorii, jaką spalamy, ma jakikolwiek wpływ na to, ile ważymy. Na przykład w sierpniu 2007 roku Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne (ang. American Heart Association, AHA) i Amerykański Ośrodek Medycyny Sportowej (ang. American College of Sports Medicine, ACSM) w oparciu o badania medyczne dotyczące ćwiczeń i otyłości ogłosiły wspólne rekomendacje na temat aktywności fizycznej i zdrowia. Powołano w tym celu specjalny panel ekspertów, składający się z gorących zwolenników wysiłku fizycznego jako warunku dobrego zdrowia. Można powiedzieć, że byli to ludzie, którzy naprawdę chcą, abyśmy więcej się ruszali. Ustalili oni, że jeśli chodzi o promocję i utrzymanie dobrego zdrowia, niezbędny jest trzydziestominutowy wysiłek fizyczny o średnim natężeniu, 5 dni w tygodniu. Jednak w sprawie wpływu aktywności na naszą wagę eksperci mogli stwierdzić jedynie tyle:

Rozsądnie jest założyć, że osoba z wysokim dziennym wydatkiem energetycznym będzie mniej narażona na wzrost wagi z biegiem czasu niż osoba z niskim dziennym wydatkiem energetycznym. Niemniej jak dotąd dane, które mamy na potwierdzenie tej hipotezy, nie są szczególnie przekonujące.

Warto zauważyć, że wspólne rekomendacje AHA i ACSM różnią się od zaleceń opracowanych przez inne instytucje publiczne. Na przykład amerykańskie ministerstwo rolnictwa (USDA), opracowujące tzw. piramidę zdrowego odżywiania, Międzynarodowe Stowarzyszenie ds. Badań nad Otyłością (ang. International Association for the Study of Obesity) oraz Międzynarodowy Zespół ds. Walki z Otyłością (ang. International Obesity Taskforce) zalecają, aby każdy człowiek codziennie wykonywał ćwiczenia fizyczne przez godzinę. Jednak ten przedłużony wysiłek fizycznie wcale nie spowoduje, że schudniemy. Zdaniem specjalistów ma jedynie zapobiec gromadzeniu zbędnych kilogramów.

Wspólny raport AHA i ACSM z 2007 roku, stwierdzający, że dane na potwierdzenie skuteczności wysiłku fizycznego w odchudzaniu są „nieprzekonujące”, opiera się na wynikach badań, przeprowadzonych przez fińskich badaczy w 2000 roku. Przeanalizowali oni dwanaście najlepiej zaprojektowanych eksperymentów poświęconych metodom utrzymywania właściwej wagi ciała. Uwzględniono w nich osoby, które najpierw skutecznie schudły a następnie próbowały ten efekt utrzymać. Finowie ustalili, że każdy spośród badanych z czasem odzyskał wszystkie zrzucone uprzednio kilogramy. W zależności od rodzaju próby ćwiczenia fizyczne spowalniały tempo powrotu utraconej masy ciała (o 0,06 kg miesięcznie) lub je zwiększały (o 0,05 kg). Na tej podstawie naukowcy z typową dla siebie delikatnością języka stwierdzili, iż związek masy ciała z wysiłkiem fizycznym jest „bardziej złożony”, niż się powszechnie uważa.

6 lat później (w 2006 roku) ukazały się wyniki innych badań poświęconych wpływowi aktywności fizycznej na wagę ciała. Ich autorem był Paul Williams, statystyk z Uniwersytetu Kalifornijskiego Berkeley, oraz Peter Wood z Uniwersytetu Stanforda, zajmujący się wpływem wysiłku na zdrowie od lat 70-tych. Williams i Wood zgromadzili szczegółowe dane na temat niemal 13 tys. regularnych biegaczy, subskrybentów magazynu „Runner’s World”. Następnie w każdym kolejnym roku porównali ich tygodniowy „przebieg” z ich wagą. Okazało się, że ci, którzy biegają najwięcej, przytyli najmniej, ale wszyscy biegacze z roku na rok przybierali na wadze, nawet ci, którzy pokonywali ponad 64 km tygodniowo tj. prawie 13 km dziennie, 5 razy w tygodniu.

Co ciekawe, z powyższych obserwacji badacze, będący zwolennikami energetycznej teorii otyłości, wyciągnęli zaiste kuriozalne wnioski. Stwierdzili oni, że nawet najbardziej zagorzali biegacze powinni dodatkowo zwiększyć swój wysiłek fizyczny i biegać jeszcze więcej, aby z wiekiem wydatkować coraz więcej energii. Zdaniem Williamsa i Wooda, gdyby mężczyźni każdego roku dodawali dwie mile (ok. 3,2 km) do swojego tygodniowego „przebiegu”, a kobiety trzy mile (ok. 4,8 km), istniałaby szansa na to, że nie przytyją. W przeciwnym razie proces gromadzenia się tkanki tłuszczowej jest, zdaniem badaczy, nieunikniony.

Warto zastanowić się, dokąd taka logika, oparta na matematycznym zarządzaniu kaloriami, prowadzi. Na przykład dwudziestoletni mężczyzna, który przebiega ok. 32 km tygodniowo (6,4 km dziennie, 5 dni w tygodniu), już po trzydziestce będzie musiał pokonywać dwukrotnie dłuższy dystans. Po czterdziestce będzie musiał biegać już trzy razy więcej (tj. ponad 19 km 5 dni w tygodniu). Wszystko wyłącznie po to, by nie przytyć. Natomiast kobieta, aby zachować zgrabną sylwetkę, po czterdziestce musiałaby biegać ponad 24 km,  5 dni w tygodniu. Przyjmując, że pokonanie ok. 1,6 km (tj.1 mili) zajmuje ok. 8 minut, wszystkie kobiety w każdy treningowy dzień musiałyby biegać przez 2 godziny, tylko po to aby nie przytyć. Znakomita perspektywa.

Każdy, kto wierzy, że otyłość bierze się z nadmiaru spożywanych kalorii w stosunku do kalorii spalanych (tj. dodatniego bilansu energetycznego), wierzy jednocześnie, iż aby nie przytyć musimy po czterdziestce niemal codziennie biegać półmaratony, a w każdym kolejnym roku życia zwiększać ten dystans. A może problem nie tkwi w kaloriach? Może coś innego niż dodatni bilans energetyczny sprawia, że tyjemy?

Wiara w to, że im więcej kalorii spalimy, tym mniej będziemy ważyli, opiera się na jednej, jedynej  obserwacji. Polega ona na tym, że ludzie szczupli są bardziej aktywni fizycznie od ludzi otyłych. Ta obserwacja jest prawdziwa – na próżno szukać grubasów wśród uczestników maratonu. Jednak nie oznacza to, że maratończyk automatycznie przytyje, kiedy przestanie biegać w maratonach. Nie oznacza też, że osoba otyła zamieni się w szczupłego maratończyka, kiedy tylko zacznie uczestniczyć w biegach. Gdyby tak było, musielibyśmy założyć, że skoro koszykarze są bardzo wysocy, to osoba niska urośnie, kiedy zacznie regularnie grać w koszykówkę.

Co więcej przekonanie o tym, że ćwiczenia fizyczne „spalają tłuszcz” bazuje na założeniu, że możemy zwiększyć wydatkowanie energii (tj. spalać więcej kalorii) bez konieczności zwiększania  jej spożycia (tj. spożywania większej liczby kalorii). Jak obliczyła Gina Kolata, znana dziennikarka „New York Times” w swojej książce pt. Ultimate Fitness (2004), wystarczy codziennie spalać podczas ćwiczeń fizycznych 150 kalorii więcej i w jeden miesiąc schudniemy o 1 funt  (ok. 0,45 kg) „bez żadnych zmian w diecie”.

Taka możliwość wygląda logicznie. Intuicyjne wydaje się nam, że możemy zmienić tryb życia z siedzącego na aktywny, albo z mało aktywnego na bardziej aktywny itp., bez żadnych modyfikacji. Jednak w rzeczywistości to niemożliwe, ponieważ energia wydatkowana i energia spożywana są od siebie zależne, a nie – jakby chciała większość dietetyków – niezależne. Wysiłek fizyczny automatycznie zwiększa zapotrzebowanie energetyczne organizmu, który zawsze dąży do tego, aby zrównoważyć deficyt kaloryczny spowodowany wysiłkiem – chce odzyskać stracone kalorie. Innymi słowy, wysiłek fizyczny automatycznie zwiększa nasz apetyt. Im większy wysiłek, tym większe uczucie głodu. Ale nie tylko to – po treningu jesteśmy zmęczeni, czasem robimy się śpiący, nasz organizm „spowalnia” do czasu, aż odzyska utraconą energię.

Mamy zatem sytuację, w której eksperci oraz różni „mądrale” doradzają ludziom jednocześnie zwiększony wysiłek fizyczny oraz dietę typu „MŻ” („mniej żreć”). Niestety nie tłumaczą, w jaki sposób można te dwa sprzeczne ze sobą rozwiązania zastosować. Ze względów fizjologicznych są one na dłuższą metę nie do pogodzenia. U ludzi otyłych jest to tym trudniejsze, że mają oni nie tylko jeść mniej i ćwiczyć więcej, ale również muszą spożywać głownie te pokarmy, które zwiększają ich apetyt (węglowodany, które oddziałują na insulinę), a unikać tych, które zapewniają poczucie sytości (tłuszcze). Nic dziwnego, że odchudzanie według oficjalnych wytycznych jest nie tylko nieskuteczne, ale do tego koszmarne.

Warto się zastanowić, co byśmy zrobili, gdyby ktoś zaprosił nas na przyjęcie, podczas którego gospodarz, fantastyczny kucharz, serwować będzie znakomite przysmaki dlatego chcielibyśmy przyjść bardzo głodni. Mamy wówczas dwie możliwości: albo „odpuścić sobie” obiad i/lub śniadanie (tj. zjeść mniej niż zwykle), albo poćwiczyć np. pobiegać, podźwigać ciężary, pojeździć na rowerze, pograć w tenisa itp. (czyli spalić więcej kalorii niż zwykle). Wtedy na pewno zjawimy się na przyjęciu głodni i gotowi do zwiększonej konsumpcji. Stanie się tak dlatego, że w organizmie działa nieubłagany mechanizm kompensacji: im więcej kalorii spalimy, tym więcej ich później musimy zjeść, aby ten deficyt uzupełnić. Możemy się oszukiwać przez jakiś (krótki) czas, ale nie sposób normalnie żyć, codziennie walcząc z uczuciem głodu. Zresztą przy niedoborze energii organizm dostosuje się do niego w taki sposób, że zwolni przemianę materii i wówczas, oprócz zwiększonego głodu, pojawi się senność, zmęczenie i „lenistwo”. Komórki naszego organizmu będą zużywać mniej energii, ponieważ będą miały mniej energii do  dyspozycji.

Każdy człowiek niemal codziennie doświadcza na sobie, jak działa mechanizm kompensacji. Spróbujmy przez dłuższy czas nic nie zjeść po wysiłku fizycznym, a poczujemy rosnącą senność i zmęczenie. Z pewnością mechanizmu kompensacji doświadczają nawet ci eksperci, którzy w imię energetycznej teorii otyłości go kwestionują. Jednak nie zawsze tak było. Do lat 60-tych XX w. większość lekarzy zajmujących się leczeniem otyłości odrzucała jako naiwność wiarę w to, że tyjemy z braku aktywności fizycznej, a chudniemy kiedy zaczynami ćwiczyć. W 1932 roku Russel Wilder, specjalista ds. leczenia otyłości i cukrzycy w Klinice Mayo, powiedział w jednym ze swoich wykładów, że otyli pacjenci tracą więcej kilogramów leżąc w łóżku, podczas gdy „wyczerpujący wysiłek fizyczny spowalnia proces utraty nadmiernej masy ciała”.

Chociaż logika podpowiada nam, że spalając kalorie podczas ćwiczeń fizycznych spalamy tkankę tłuszczową, rzeczywistość pokazuje, że tak nie jest. Po pierwsze dlatego, że ćwicząc spalamy zadziwiająco niewiele kalorii. Po drugie dlatego, że rezultaty wysiłku fizycznego nadzwyczaj łatwo zaprzepaścić poprzez zmiany w diecie, które są w końcu nieuniknione. Jak zważył Louis Newburgh z Uniwersytetu Michigan w 1942 roku, mężczyzna ważący ponad 110 kg (tj. 250 funtów) wspinając się schodami na półpiętro, spali trzy kalorie. „Będzie musiał pokonać  schodami aż 6 pięter, aby spalić energię znajdującą się w jednej kromce chleba”. To może lepiej dać sobie spokój ze wspinaczką i odpuścić kromkę?

I chociaż rzeczywiście jest tak, że im bardziej wyczerpujący wysiłek, tym więcej kalorii spalamy, to również jest tak, że robimy się wtedy jeszcze bardziej głodni. W 1940  roku Hugo Rony, badacz z uniwersytetu Northwestern, pisał w książce Obesity and Leaness:

Intensywne ćwiczenia fizyczne powodują natychmiastowe zapotrzebowanie na obfity posiłek. Wysokie lub niskie wydatkowanie energii wywołuje odpowiednio duży lub mały apetyt. Dlatego mężczyźni, którzy pracują fizycznie, jedzą więcej niż mężczyźni, którzy pracują w biurze. Statystycznie patrząc, średnie zapotrzebowania kaloryczne drwala wynosi 5000 kalorii dziennie, podczas gdy krawca tylko ok. 2500 tys. kalorii. Osoby, które zmieniają pracę z ciężkiej na lekką i vice versa, szybko doświadczają stosownej zmiany apetytu.

Innymi słowy drwal, który zajmie się krawiectwem, zacznie jeść tyle, co inni krawcy, czyli odpowiednio mniej. Natomiast krawiec, nawet otyły, który zostanie drwalem, stanie się tak samo głodny, jak inni drwale. Dlaczego miałoby być inaczej?

Co ciekawe, współcześni badacze, którzy analizują związki między aktywnością fizyczną a spożyciem kalorii u populacji, biorą ten związek za oczywisty. Na przykład Meir Stampfer i Walter Willer, wpływowi żywieniowcy z Uniwersytetu Harvarda, napisali w podręczniku pt. Nutritional Epidemiology (1998): „W większości przypadków spożycie energii można traktować jako przybliżoną miarę aktywności fizycznej”. Z jakiś niezrozumiałych przyczyn to, co ma zastosowanie do populacji (tj. grup ludzi), nie stosuje się w oficjalnej dietetyce do pojedynczych osób. Dlaczego?

Przyjrzyjmy się teraz genezie poglądów lansowanych przez współczesną dietetyką opartą o kaloryczne, tj. fizyczno-matematyczne, ujęcie otyłości. Ogólnie rzecz ujmując, zawdzięczamy je jednemu człowiekowi. Był nim Jean Mayer (1920-1993). Rozpoczął on swoją karierę naukową w 1950 roku na Uniwersytecie Harvarda, a po kilkunastu latach stał się najbardziej wpływowym dietetykiem w USA. Przez 16 lat był rektorem Uniwersytetu Tufts, w ramach którego funkcjonuje obecnie, nazwane jego imieniem, centrum badań żywieniowych „Jean Mayer USDA Human Nutrition Research Center on Aging”. Wszyscy, którzy wierzą, że mogą schudnąć i nie przytyć ponownie dzięki ćwiczeniom fizycznym, mogą podziękować właśnie prof. Mayerowi.

Warto podkreślić, że jako ekspert zajmujący się problematyką otyłości, Mayer należał do nowej kategorii badaczy. Wszyscy jego poprzednicy, np. Bruch, Wilder, Rony, Newburgh, byli lekarzami, którzy na co dzień leczyli otyłych pacjentów. Mayer takich doświadczeń nie posiadał. Specjalizował się w chemii i fizjologii. Jego praca doktorska, obroniona na Uniwersytecie Yale, poświęcona była działaniu witaminy A i C u szczurów. W kolejnych latach Mayer zaczął publikować liczne prace dotyczące odżywiania, w tym przyczyn otyłości, z tym że nigdy nie musiał wyleczyć  z niej żadnego pacjenta . W związku z tym nigdy nie miał okazji przetestować skuteczności swoich koncepcji  na konkretnych ludziach.

Mayer jako pierwszy zaczął propagować pogląd, że „siedzący tryb życia” ma kluczowe znaczenie dla powstawania otyłości oraz rozwoju chorób przewlekłych. Mawiał, że współcześni mu Amerykanie, w porównaniu z ich przodkami, codziennie oddającymi się ciężkiej pracy fizycznej, żyli niemal bezczynnie. Sytuacja pogarszała się wraz z każdym kolejnym wynalazkiem, od elektrycznej kosiarki do trawy do elektrycznej szczoteczki do zębów, który dodatkowo ogranicza liczbę kalorii, jaką bez nich spalalibyśmy codziennie. W 1968 roku Mayer pisał:

Rozwój otyłości jest w dużym stopniu rezultatem braku dalekowzroczności cywilizacji, która co roku wydaje miliardy dolarów na samochody, ale nie chce uwzględnić ani basenu, ani kortu tenisowego w planach budowlanych każdej szkoły średniej.

Jean Mayer nabrał przekonania, że ćwiczenia fizyczne to znakomity sposób na kontrolowanie wagi ciała już we wczesnych latach 50-tych. Badał wtedy otyłe myszy, które przejawiały zadziwiająco mały apetyt. Jako że ten fakt nie pozwalał wyjaśnić ich otyłości „obżarstwem”, Mayer założył, że przyczyną musi być ich mała aktywność fizyczna.  Rzeczywiście myszy te były wyjątkowo leniwe, w istocie ledwo się ruszały. W 1959 roku „New York Times” pisał, że Mayerowi udało się „obalić popularne teorie”, według których ćwiczenia fizyczne miały niewielki wpływ na wagę ciała. Gazeta pisała tak, mimo że ten niczego podobnego nie dokonał.

Chociaż Mayer przyznawał, że apetyt może urosnąć wskutek wysiłku fizycznego, to podkreślał też – i to stanowiło sedno jego teorii – że nie zawsze tak jest. W 1961 roku stwierdził:

Jeśli ograniczymy wysiłek fizyczny poniżej pewnego poziomu, spożycie pożywienia przestaje spadać. Innymi słowy półgodzinny spacer może odpowiadać [pod kątem energetycznym – przyp. tłum. ] jedynie czterem kromkom chleba. Jednak jeśli nie będziemy spacerować przez pół godziny dziennie, to i tak te cztery kromki zjemy.

Zatem badacz zakładał, że nawet jeżeli pozostajemy nieaktywni fizycznie, to i tak zjemy tyle, ile wtedy, kiedy jesteśmy nieco bardziej aktywni i wydatkujemy więcej energii.

Co ciekawe Mayer oparł swoją hipotezę na dwóch, i tylko dwóch badaniach, które sam wykonał. W pierwszym, wykonanym w połowie lat 50-tym na szczurach, badacz miał rzekomo wykazać, że szczury, które zmusza się do wysiłku fizycznego, mają mniejszy apetyt, niż te, które pozostają całkowicie nieaktywne. Co ważne Mayer nigdy nie dowiódł, że aktywne szczury ważą mniej niż szczury nieaktywne, a jedynie to, że mniej jedzą. Dziś wiemy, że szczury przymuszane do aktywności fizycznej jedzą mniej w dni „treningowe”, zaś więcej w dni „nietreningowe”. Dodatkowo w dni, w które nie „ćwiczą”, wydatkują nawet mniej energii niż szczury stale nieaktywne. Ich waga pozostaje taka sama jak szczurów nieaktywnych.

Trzeba dodać, że kiedy szczury przestaje się przymuszać do aktywności, jedzą wtedy więcej niż normalnie i z biegiem czasu ważą więcej niż gryzonie, które cały czas leniuchowały. Na przykład u chomików i myszoskoczków wysiłek fizyczny nie tylko zwiększa wagę ciała, ale również procentowy udział tkanki tłuszczowej. Tym samym ćwiczenia fizyczne powodują, że akurat te gryzonie, zamiast chudnąć, tyją. Ktoś słusznie zauważy, że ludzie to nie gryzonie. Ale czy to oznacza, że  pierwsza zasada termodynamiki, która jest prawem uniwersalnym, stosuje się tak do ludzi a do zwierząt już nie? Tak naprawdę to nie ma znaczenia bo prawa fizyki tłumaczą  nam jedynie, w jaki sposób tyjemy, natomiast nic nie mówią o tym, dlaczego tyjemy.

Drugie badanie, na którym Mayer oparł swoją teorię, polegało na zestawieniu wagi ciała oraz aktywności fizycznej u pracowników młyna w Bengalu Zachodnim w Indiach. Ta praca  Mayera bywa do dziś przytaczana przez niektóre instytucje jako prawdopodobnie jedyny dowód na to, że zwiększony wysiłek fizyczny nie zwiększa apetytu. Jednak ustaleń Mayera nigdy nie udało się powtórzyć pomimo, a może właśnie dzięki coraz doskonalszym metodom badawczym.

Trzeba dodać, że „badania bengalskie” stanowią przykład na to, jak mizerne mogą być pozornie przełomowe badania w dietetyce. Tak naprawdę za ich pomocą można było udowodnić niemal każdy argument. Na przykład bardziej aktywni pracownicy nie tylko jedli więcej, ale i ważyli więcej niż ich mniej aktywni koledzy. Oprócz tego im mniej pracownicy byli aktywni, im więcej jedli, tym mniej ważyli. Ci pracownicy biurowi, którzy mieszkali w młynie i cały dzień przesiadywali w jednym miejscu, co prawda jedli więcej, ale ważyli średnio 4,5-7 kg mniej, aniżeli ich koledzy, którzy musieli piechotą pokonywać drogę do pracy o długości 5-9 km, a nawet ci, którzy nie tylko piechotą chodzili do pracy, ale również codziennie grali w piłkę nożną.

Mayer promował swoją teorię o zdrowotnej roli ćwiczeń fizycznych z intensywnością przypominającą moralną krucjatę. W latach 60-tych jego pozycja w USA znacząco wzrosła, dzięki czemu  udało mu się upowszechnić swoje koncepcje w środowisku medycznym i w instytucjach publicznych.  Już w 1966 roku amerykańska administracja publiczna w postaci „US Public Health Service” po raz pierwszy rekomendowała nie tylko dietę, ale również wysiłek fizyczny jako warunek konieczny do utraty zbędnych kilogramów. Rzecz jasna raport na ten temat napisał osobiście Jean Mayer. Trzy lata później przewodniczył on konferencji poświęconej odżywianiu i zdrowiu zorganizowanej przez Biały Dom. Raport z tej konferencji stwierdzał: „Skuteczna walka z otyłością musi uwzględniać głębokie zmiany stylu życia. Powinny polegać one na modyfikacjach żywieniowych oraz  zwiększonej aktywności fizycznej”. W 1978 roku Mayer pisywał już do gazet jako publicysta, reklamując swoją teorię niemal jako cudowny lek na otyłość. Pisał wtedy, że ćwiczenia fizyczne „pozwalają szybciej rozpuszczać tłuszcz” i „wbrew obiegowym opiniom, aktywność fizyczna wcale nie pobudza apetytu”.

Jednak badania naukowe nigdy nie potwierdziły słuszności koncepcji Mayera, ani u zwierząt, ani tym bardziej u ludzi. Na przykład w 1989 roku duńscy badacze opublikowali wyniki badań oceniających wpływ aktywności fizycznej na wagę ciała. Do eksperymentu dobrali osoby wiodące na co dzień siedzący tryb życia i przez 18 miesięcy przygotowywali je do udziału w maratonie. Po tym czasie, i po pokonaniu maratonu, wszystkich osiemnastu mężczyzn poddanym badaniom straciło średnio 2,3 kg tkanki tłuszczowej. Natomiast jeśli chodzi o wszystkie 9 kobiet, badacze stwierdzili u nich „brak zmian w zakresie składu ciała”. W tym samym roku Xavier Pi-Sunyer, dyrektor St. Luke’s-Roosevelt Hospital Obesity Research Center w Nowym Jorku, dokonał przeglądu badań sprawdzających, czy zwiększona aktywność fizyczna prowadzi do utraty dodatkowych kilogramów. Jego wnioski były identyczne ze wspomnianymi wyżej ustaleniami fińskich badaczy z 2000 roku: „Zaobserwowano zarówno zmniejszenie udziału tkanki tłuszczowej w masie ciała, jej zwiększenie, jak i brak zmian w tym zakresie”.

Zatem dlaczego opinia publiczna tak szybko zaakceptowała teorię, że wysiłek fizyczny pozwala schudnąć, skoro była ona błędna? Częściowo dlatego, że hipotezę tę ochoczo podchwycili dziennikarze. Od samego początku gazety pełne były artykułów propagujących tę nowatorską opinię (do dzisiaj zresztą są) i bez znaczenia przy tym był fakt, że literatura naukowa nigdy tej hipotezy nie potwierdzała. Przecież oprócz nielicznej grupy naukowców nikt tak naprawdę nie czyta prac naukowych.

Na przykład kiedy 1977 roku, w szczycie mody na ćwiczenia fizyczne, Narodowy Instytut Zdrowia (NIH) zorganizował konferencję poświęconą otyłości, zgromadzeni eksperci stwierdzili, że „rola aktywności fizycznej w kontrolowaniu masy ciała jest mniejsza, niż się uważa, ponieważ zwiększenie wydatkowania energii poprzez ćwiczenia fizyczne powoduje zwiększone spożycie pożywienia, i nie można przewidzieć, czy liczba wydatkowanych podczas wysiłku kalorii okaże się w większa niż ich spożycie”. Mimo tego, „New York Times” jeszcze tego samego roku informował Amerykanów, że „istnieją mocne dowody naukowe na to, że regularne ćwiczenia fizyczne powodują znaczącą redukcję wagi ciała, którą można utrzymać dopóki  się regularnie trenuje”.

W 1983 roku Jane Brody, wpływowa dziennikarka „The Times”, specjalizująca się w problematyce zdrowotnej, wyliczała rozmaite względy, dla których aktywność fizyczna jest niezbędna dla skutecznego odchudzania. Kiedy w 1989 roku Xavier Pi-Sunyer opublikował negatywną ocenę wpływu wysiłku fizycznego na utratę wagi, „Newsweek” pisał, że ćwiczenia to „nieodzowny” element każdej strategii zmierzającej do utraty niepotrzebnych kilogramów. Natomiast „Times” instruował czytelników, że jeśli ćwiczenia nie przynoszą efektów, należy po prostu przestać się „przejadać”.

Jednak opinia publiczna i media to jedno, a środowisko naukowe to drugie. Badacze „kupili” teorię o korzystnych efektach aktywności naukowej częściowo dlatego, że bardzo chciano, aby hipoteza ta okazała się prawdziwa. Brak dowodów naukowych na jej słuszność nie był wystarczający, aby rozstać się z tą piękną w swej prostocie i logiczną koncepcją. O wiele silniejsza była nadzieja, iż w przyszłości uda się ją w końcu udowodnić. Na przykład Judith Stern, była studentka Jeana Mayera, pisała w 1986 roku, że podważanie korzystnej roli aktywności fizycznej w odchudzaniu jest przejawem „krótkowzroczności”. Oznacza bowiem ignorowanie potencjalnej roli, jaką wysiłek fizyczny może odgrywać w zapobieganiu otyłości i utrzymywaniu właściwej masy ciała osiągniętej uprzednio dzięki diecie. Niestety tego również nigdy nie udało się dowieść.

Z czasem ten sposób myślenia zdominował niemal całą debatę naukową dotyczącą wpływu aktywności fizycznej na wagę ciała. Przeświadczenie, że kiedy ćwiczymy, chudniemy, było nie do pogodzenia z faktem, że im więcej ćwiczymy, tym więcej jemy. W konsekwencji postanowiono tę oczywistą prawdę wypchnąć poza margines dyskusji o otyłości, tak jakby to uniwersalne doświadczenie każdego człowieka nigdy nie istniało. W rezultacie lekarze, dietetycy oraz instruktorzy fitness zaczęli traktować głód jako doznanie istniejące  jedynie w naszych głowach, w naszych mózgach. Głód zaczął być zjawiskiem psychologicznym, stał się kwestią „siły woli” („otyli nie potrafią zapanować nad swoim apetytem”), a przestał być konsekwencją naturalnego dążenia organizmu do odzyskania wydatkowanej podczas ćwiczeń fizycznych energii.

Niemożność poradzenia sobie z głodem zaczęto postrzegać jako problem psychiczny, jako wadę charakteru, nad którą należy pracować, najlepiej z psychologiem bądź z psychiatrą. Rosnące „psychologizowanie głodu” dało impuls do rozwoju całej branży „psychologii żywienia” i rozmaitych terapii behawioralnych. Ich celem stało się pomaganie ludziom otyłym w przezwyciężaniu swoich dietetycznych „słabości”, czyli „oszukiwaniu głodu”, m.in. poprzez nakłanianie ich do jedzenia z mniejszych talerzy, do wolniejszego spożywania posiłków, do jedzenia tylko w określonych miejscach w celu wykształcenia pożądanych nawyków i skojarzeń itp. Tylko z niewielką przesadą można powiedzieć, że otyłość –  widziana jako skutek „obżarstwa i lenistwa” – stała się de facto chorobą psychiczną.

Jeśli chodzi o środowisko naukowe, z czasem znalazło ono metody, aby – bez względu na dowody naukowe – pisać, recenzować i publikować artykuły podtrzymujące iluzję  korzyści płynących z ćwiczeń fizycznych. Jeden powszechnie stosowany do dziś sposób polega na tym, że debatę naukową ogranicza się wyłącznie do aspektów potwierdzających tę hipotezę. Wszelkie argumenty i dowody sprzeczne z tym założeniem są po prostu ignorowane. Na przykład według autorów książki pt. Handbook of Obesity, opisane powyżej badania fińskich fizjologów z 2000 roku, którzy zwykłych ludzi zamienili w maratończyków, zakończyły się sukcesem, ponieważ u mężczyzn zaobserwowano redukcję masy tłuszczowej ciała o ok. 2,3 kg (5 funtów). Jednak autorzy zapomnieli dodać, że u kobiet nie odnotowano żadnej zmiany w tym zakresie. Przemilczenie tego faktu jest zrozumiałe, gdyż trudno uznać taki rezultat za zachętę do joggingu widzianego jako sposób na odchudzanie. Mało kto, chcąc schudnąć, zdecydowałby się codziennie trenować jak do maratonu, gdyby wiedział, że po półtora roku niemal codziennego biegania schudnie o 2,3 kg.

Niektórzy eksperci twierdzą, że przy odchudzaniu ważniejszy od ćwiczeń aerobowych jest tzw. trening oporowy (ang. resistance training). Pozwala on bowiem nie tylko spalać kalorie, ale lepiej rozwija mięśnie, które zastępują tkankę tłuszczową. Zatem nawet jeśli na wadze nam nie ubędzie, to mięśnie – dzięki temu, że są metabolicznie bardziej aktywne od tkanki tłuszczowej – ochronią nas przed ponownym gromadzeniem się tłuszczu na naszym ciele. Innymi słowy zbudowanie masy mięśniowej ma spowodować, że nasz organizm będzie stale spalał więcej kalorii.

Jednak i w tej kwestii liczby są nieubłagane. Jeśli zastąpimy ok. 2,3 kg (5 funtów) tkanki tłuszczowej taką samą masą mięsni, co jest nie lada osiągnięciem, to nasz organizm zwiększy wydatkowanie energii o… 24 kalorie dziennie. W praktyce tyle energii znajduje się w  niecałej kromce  chleba. A do tego nie mamy pewności, czy szybszy metabolizm, jakkolwiek nieznacznie, nie zwiększy naszego zapotrzebowania na te brakujące 24 kalorie i czy w efekcie nie staniemy się po prostu bardziej głodni po to, aby ten deficyt uzupełnić. Zatem jeśli chodzi o efekt energetyczny, to już może lepiej dać sobie spokój zarówno z dźwiganiem ciężarów, jak i z jedzeniem chleba?

Mówiąc o pozytywnej roli wysiłku fizycznego w odchudzaniu, naukowcy co prawda przyznają, że nie udało się jej obiektywnie udowodnić, ale używają przy tym często wyrażenia „jak dotąd”. Dzięki temu hipoteza żyje, bo wciąż istnieje potencjalna możliwość, że w końcu uda się dowieść jej słuszności. Musimy sobie uświadomić, że teoria, iż zwiększając wydatkowanie energii chudniemy, ma już ponad sto lat. Już w 1907 roku sugerował tę zależność jeden z czołowych badaczy otyłości i cukrzycy w Europie, Carl von Noorden.

Tak naprawdę hipotezę tę testował na sobie w latach 60-tych XIX w. słynny brytyjski przedsiębiorca pogrzebowy William Banting, który był tak gruby, że ze schodów schodził tylko tyłem. Za namową jednego z lekarzy zaczął uprawiać wiosłowanie: „codziennie rano wiosłował przez 2 godziny”. W efekcie wzmocnił sylwetkę, przybyło mu mięśni, a wraz z nimi pojawił się u niego „wilczy apetyt”, któremu nie potrafił się oprzeć. Zaczął więc tyć, i tył do czasu aż , jak sam pisał w słynnej broszurze Letter on Corpulence , „przyjaciel nie poradził mi, abym zaniechał ćwiczeń fizycznych”. Zatem skoro mamy teorię, którą świat nauki bada od ponad 100 lat, i mimo najlepszych chęci nie potrafi jej udowodnić, to może warto, choć na próbę, uznać, że jest ona błędna?

Na koniec zauważmy, że gdy tylko uwolnimy się z pułapki, w jaką wpędziła nas teoria bilansu kalorycznego, i przyjmiemy perspektywę biologiczną (np. hipotezę insulinową), od razu dostrzeżemy, dlaczego „odchudzanie przez sport” nie działa. W ujęciu biologicznym nie chodzi bowiem o liczbę spożywanych kalorii, ale o to, z jakich pokarmów pochodzą. Zobaczymy, że urzędowa dietetyka, od 40 lat owładnięta lękiem przed tłuszczami i kaloriami, myli skutek z przyczyną, ponieważ  „lenistwo i obżarstwo” nie są przyczyną otyłości, ale jej rezultatem. Kiedy zaburzenia hormonalne (np. stale podwyższony poziom insuliny spowodowany wysokowęglowodanową dietą) sprawiają, że tyjemy, oznacza to, że coraz więcej spożywanych kalorii magazynowanych jest w tkance tłuszczowej, a coraz mniej dostępnych jest dla innych komórek jako paliwo. Aby wyrównać ten deficyt, stajemy się bardziej głodni i/lub bardziej „leniwi”. Zatem działa u nas nieubłagany mechanizm kompensacyjny – jemy więcej i mniej „się ruszamy”, ponieważ tyjemy, zaś nie odwrotnie. W związku z tym nie można „zabiegać, zadźwigać, zaspacerować” problemów metabolicznych wywołanych dietą bogatą w pokarmy, które zaburzają działanie różnych hormonów, z insuliną na czele. Kiedy sobie to uświadomimy, zrozumiemy również, że za otyłość odpowiadają w dużym stopniu błędne rekomendacje żywieniowe, rozpropagowane przez rozmaite instytucje publiczne, które zalecają ludziom spożywanie pokarmów, które nie tylko tuczą, ale również nie pozwalają się najeść.

Pozbywając się złudzeń co do wpływu aktywności fizycznej  na wagę ciała, będziemy mogli w końcu uprawiać nasze ulubione sporty dla czystej przyjemności, dla lepszej kondycji, a nie z poczucia obowiązku spalania kalorii. A kiedy mamy ochotę, możemy z czystym sumieniem poleniuchować i też będzie dobrze. Uff. Co za ulga!

Mateusz Rolik

Na podstawie:

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przeczytaj także:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułStatyny, medyczna pomyłka?
Następny artykułTłuste efekty chudych zaleceń
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

58 KOMENTARZE

  1. Świetny artykuł!

    Co do „biegania i odchudzania”, mogę podać przykład z własnego podwórka: biegam ok. 50km tygodniowo, z reguły godzina biegu, średnio 3-4 razy na tydzień. Czasem jakieś dłuższe wybiegi po 20-25km.

    W lutym br. kupiłem pulsometr, żeby wszystko sobie ładnie analizować, mierzyć i statystycznie porównywać, bo lubię cyferki ;]

    Od tego czasu przebiegłem kilkaset km, przejeździłem kilkaset km na rowerze, przełaziłem kilkaset km po górach, a waga wciąż tam sama 80-82kg, co akurat przy moim wzroście 185cm jest normalną wagą (nie ćwiczę aby schudnąć).

    Nie zauważyłem, aby w moim przypadku bieganie znacząco obniżało masę.

      • Dziękuję za komentarz. W długim okresie to nie ma znaczenia dla odchudzania, ponieważ organizm będzie dążył do tego, aby te spalone podczas biegania kalorie „odzyskać”. Zatem albo je Pan doje, a jeśli nie, to Pański metabolizm zwolni, i np. stanie się Pan mniej aktywny pomiędzy treningami. Organizm zrobi wszystko, aby zniwelować ten deficyt, z tym że w wówczas powstanie dodatkowy problem walki z nieustępującym głodem. Właśnie dlatego ludzie nie wytrzymują na niskokalorycznych dietach. Jest im tym trudniej, im więcej każe im się „ruszać” przy jednoczesnym ograniczaniu liczby spożywanych kalorii. Dodatkowym utrudnieniem jest zalecany nadmiar węglowodanów (50-60% wszystkich spożywanych kalorii), bo te zwiększają poziom insuliny, która dosłownie sprawia, że robimy się głodni i głodni pozostajemy. Oprócz tego inulina, jako w zasadzie jedyny hormon, odpowiada za magazynowanie energii, i „każe” naszym komórkom spalać cukier, zamiast kwasów tłuszczowych, nawet wtedy kiedy glukozy już we krwi brakuje. Dlatego jedząc węglowodany, jesteśmy wiecznie głodni właśnie węglowodanów. To wszystko reguluje biochemia a nie psychika. Jeśli dodamy do tego niedobór tłuszczów, które są sycące, a które dietetycy każą ograniczać, to mamy gotową receptę na całkowitą porażkę. I to bolesną.

        Nie bez powodu jeszcze w latach 60-tych badacze nazywali je „półgłodowymi” (semi starvation diets) tj. 1000-1500 kal/dziennie. Potem zrezygnowano z tej nazwy bo przecież nie można mówić, żeby całe życie głodowali.

    • OK, ale ja 3 lata temu zaczałem biegać – średnio 20-30km tygodniowo, z 101kg spadłem do 80, po sezonie zimowym gdzie nie biegałem miałem 95 i znów zacząłem biegać, kolejna strata do 80 i zyskanie do 90 w tym roku wystartowałem z 90 i spadłem do 78 w tej chwili mam około 80 bo ćwiczę w domu. Wydaje mi się że przy wzroście 180 – 80kg jest ok. Startując z dużo za dużej wagi – sportem zbijamy na serio sporo kg – ciężej jest to utrzymać, ale w moim przypadku – nie zwiększając ilości km, biegając utrzymuję wagę i czuję się znacznie lepiej.

      • Witam i dziękuję za komentarz.

        Artykuł nie potępia aktywności fizycznej, tylko pokazuje, że jest ona nieskuteczna, a czasem wręcz przeciwskuteczna przy odchudzaniu (kompensacja i głód). Pokazuje też że nigdy nie wykazano, żeby od sportu ludzie otyli chudli. Natomiast ludzie szczupli chętniej podejmują aktywność fizyczną ponieważ z powodów bologicznych mają „więcej energii do wydatkowania” (nie magazynują jej). Jeszcze raz podkreślę, aktywnośc fizyczna jest zdrowa i nic dziwnego że Pan się lepiej czuje biegając, lecz niekoniecznie od biegania się chudnie. Być może wraz z utratą wagi chętniej Pan biega, a wraz z jej powrotem jest Panu coraz trudniej „zmusić się” do biegania

        Pisze Pan dużo o swoim bieganiu, ale nic Pan nie napisał o odżywianiu. Zywkle kiedy ludzie z nadwagą postanawiają schudnąć, nie tylko podejmują aktywnośc fizyczną, lecz również, a może przede wszystkim, dokonują radykalnych zmian żywieniowych. Recz jasna zazwyczaj ograniczają kalorie, ale przy tym rezygnują jednocześnie z pokarmów mącznych, słodyczy, cukru, napojów słodkich itp. czyli tych pokarmów ,które ( w myśl teorii insulinowej) najmocniej i najszybciej oddziałują na insulinę. A do tego wraz z wieloma przetworzonymi pokarmami, pozbywają się z dety nadmiaru fruktozy. I nawet jeśli nie zamieniają źródła energii z węglowodanów na tłuszcze (bojąc się nadmiaru kalorii) to siłą rzeczy procentowo najbardziej ograniczają spożycie węglowodanów, ponieważ jedzą i jedli ich najwięcej.

        Problem oczywiści polega na tym że jesli ograniczenie kalorii jest radykalane (półgłodowe jak to kiedyś okreslano tj. poniżej 1500 kal/dzień), a do tego trzeba jeszcze ćwiczyć, a do tego unika się tłuszczów, które dają poczucie sytości (też mechanizm biologczny związany z działniem insuliny), to wtedy pojawia się ciągła walka z głodem, występuje się zwolniony metaboilizm, sennośc, ospałośc, lenistwo (to wszystko reakcje kompensacyjne organizmu, który dąży do wyrównania deficytu między energią spożywaną a wydatkowaną, „odzyskania co stracił”.). W tym tkwi źródło nieskuteczności odchudzania przez ograniczanie kalorii, efektu jojo itp. Nie da się żyć na nieustępującym głodzie.

        Na koniec warto zauważyć, że każda dieta niskokaloryczna, zalecana przez oficjalną dietetykę, jest jednocześnie dietą „niżej węglowodanową” w stosunku do punktu wyjściowego. Jednym takie ograniczenie wystarczy, i schudną, a inni muszą iść dalej. Zwykle jednak ludziom otyłym, zwłaszcza przez długi czas, któzry mają „zderegulowany metabolizm” to niewystarczy, co odatkowo pogarsza ich sytuacje i wpędza w kompleksy i poczucie winy.

        • przychylam sie do tego iz 6sciopak robi sie w kuchni
          ale radykalne obcinanie kcal jest idiotyzmem, poniewaz zwalnia metabolizm, ale obcinanie kcal jest jak najbardziej naukowe i efektywne
          wystarczy ze ktos obliczy sobie srednio ile spozywa kcal i jakiego rodzaju je posilki (mowimy o osobie z nadwaga) podejzewam (ze jesli nie ma problemow jakis hormonalnych, chorobowych, tarczyca – ktore utrudniaja ale nie uniemozliwiaja zrzucenie kg) ze takie otyle osoby spozywaja wiecej niz powinny (wiek/aktywnosc/plec/wzorst/waga=ilosc kcal wlasciwych) przyjmijmy ze jest to leniwy mezczyzna w wieku ok 30 i wazy 100
          a wiec tak:
          powinien spozywac pewnie w okolicach 2200kcal (tak strzelam) dla wagi docelowej 80kg (bo tak trzeba patrzec, nie aktualna waga tylko docelowa, 80kg bo to jest mezczyzna a nie patyk i ma miesnie a nie same kosci)
          zapewne ów pan skoro ciagle tyje zjada min 3000kcal lub nawet wiecej (nieraz nawet 2-3 razy tyle!) co teraz?
          a no, nawet nie zmieniajac radykalnie diety, zacznijmy obcinac kcal – czyli ilosci posilkow spozywanych (nie zmieniajac ich skladu) – obcinajmy sobie po 200kcal co tydzien, po 2 miesiacach bedziemy juz na ujemnym bilansie, nie powodujac szoku psychicznego ani zwolnienia metabolizmu.
          powoli miedzy czasie, obcinamy slodycze, weglowodany, slodkie napoje zastepujemy woda niegazowana… do tego chociaz raz na tydzien, chlopina sobie zrobi dzien postny do 600kcal

          stawiam na to moj motocykl ze po roku lub wczesniej osiagnie 80kg

          osobiscie w pol roku w ten sposob zrzucilem 30 :)
          no ale oczywiscie nie jestem dowodem naukowym…

  2. Bardzo ciekawy artykuł i ciekawe spostrzeżenia. Ludzie myślą, że trzeba mało jeść i dużo ćwiczyć żeby schudnąć. I ja też tak kiedyś myślałem. Przez 4 miesiące się głodziłem i niemal codziennie chodziłem na siłownię.

    Gdzie w poniedziałki, środy i piątki robiłem przez godzinę trening siłowy i pół godziny aerobów. A we wtorki, czwartki, soboty i czasami też niedzielę robiłem „tylko” aeroby. Przez pierwsze 2 miesiące schudłem 8 kg, później jednak waga się zatrzymała i przez następne 2 miesiące schudłem ledwie 2 kg.

    Tak więc obniżanie bilansu energetycznego nie ma żadnego sensu. Bo organizm ludzki jest tak skonstruowany, że zawsze będzie dążył do przetrwania. Im mniej będziesz jeść tym mniej będzie spalać byle tylko utrzymać się przy życiu.

    Od siebie dodam jeszcze, że sam schudłem 20 kg w 5 miesięcy i utrzymuję tą wagę do dziś. A zrobiłem to dzięki temu, że wyrobiłem w sobie zdrowe nawyki żywieniowe. Postawiłęm na zdrowe i urozmaicone odżywianie i do tego rano po przebudzeniu ćwiczę 15 minut. To jest to co pomogło mi schudnąć.

    Głodzenie się i katowanie swojego ciała do niczego dobrego Cie nie doprowadzi. Co udowadnia powyższy artykuł.

    Pozdrawiam :)

    Jarek Golański

    • schudlem 10kg w 4 miesiace wiec jest to nie efektowne
      wnioski godne… pfff nie chce obrazac
      a glodzenie sie i nawalanie aerobow faktycznie bylo glupie 😀

  3. To są właśnie mity odchudzania, które utrwaliły się przez dziesiatki lat. Ktoś kiedyś powiedział, że kłamstwo powtarzane tysiące razy w końcu zostanie uznane za PRAWDĘ. I niestety tak jest właśnie w odchudzaniu. Co gorsze to kłamstwo ciągle powtarzają „SPECJALIŚCI”.

  4. Boję się tylko, żeby wahadło nie przeszło na drugą stronę i żebyśmy całkowicie nie zdyskredytowali ćwiczeń fizycznych. Już starożytni twierdzili, że ruch zastępuje prawie każde lekarstwo, lecz żadne lekarstwo nie zastąpi ruchu. W dziedzinie manipulacji dietą i ruchem tradycyjnie najbardziej „do przodu” są przedstawiciele sportów sylwetkowych. Wypróbowano już różne teorie i hipotezy naukowców i obecnie w światku siłowym króluje odżywianie niskowęglowodanowe (oczywiście, odpowiednio do potrzeb zmodyfikowane). A, jeszcze niedawno obowiązywała dieta wysokobiałkowo-węglowodanowa i niskotłuszczowa. Sam na sobie przekonałem się, że umiarkowany wysiłek oporowy w połączeniu z dietą niskowęglowodanową (i to nie dogmatycznie stosowaną) spowodowało, że brzucha w zasadzie nie mam, co było nie do osiągnięcia w czasach, gdy byłem wegetarianinem i trenowałem dużo i naprawdę intensywnie. Za to mięśnie rosną jakby chętniej.

    • Póki co, to żyjemy w świecie który fetyszyzuje aktywność fizyczną przypisując jej zalety których nigdy nie dowiedziono, więc o dyskredytację bym się nie obawiał. Przemysł fitness ma się przecież się coraz lepiej. Bardziej martwi mnie wmawianie ludziom, że biegając lub dźwigając gwarantują sobie niemal „życie wieczne” bez względu na wszystko inne, bo to po prostu nie prawda. Przynajmniej nie mamy na to dowodów.

      • Nie słyszałam żadnym ekspercie (ani laiku) twierdzącym, że uprawianie sportu zapewni niemal „życie wieczne” bez względu na wszystko inne. Ta „fetyszyzacja” sportu wynika z tego, że ludzie odchudzają się bo chcą mieć wysportowaną, jędrną sylwetkę, lepsze zdrowie i samopoczucie a nie zapewni im tego żadna, nawet najlepsza dieta bez aktywności. Zalet sportu nie trzeba udowadniać, każdy kto ćwiczy odczuwa je swoim ciałem – stworzonym żeby było aktywne. Jeśli ktoś odchudza się po prostu żeby być chudym, bez względu na samopoczucie i zdrowie to nie ma lepszej opcji od operacji bariatrycznej, pół żołądka i jelit ciach, wysiłek niewielki, skuteczność niemal 100% a tempo oszałamiające.

        • dokladnie tak, dieta mozna pozbyc sie tluszczu, ale masy niesniowej bez ich uszkadzania czyli treningu i odpowiedniej w tedy (masowej) diety nie ma szans osiagnac
          dieta to 80% sukcesu
          jesli ktos chce byc patykiem to osiagnie swoj cel bez cwiczen
          ale jesli ktos chce miec sylwetke fit musi trenowac – miesnie nie biora sie z samego bialka

      • o wlasnie ciekawa mysl poruszyla Daga – czy obcinanie kcal – a wiec bypass żołądka czyli operacja bariatryczna – ktora nie pozwala na podawanie wiekszej ilosci posilkow = ilosci kcal – nie jest naukowym dowodem na to ze obcinanie kalorii dziala?

        • Obcinanie kalorii działa jak najbardziej to fizyka.
          Inną kwestią jest natomiast utrzymanie wagi, na dłuższą metę. Jakieś czas temu schudłem ponad 30 kg w pół roku.
          Siłownia i areoby itd, ale wystarczyło przestać i waga do góry. W tedy odżywiałem się nisko-węglowodanowo a mimo to waga zaczęła mi rosnąć nie jakoś gwałtownie ale rosła. Jadłem za dużo.
          Od jakiś dwóch lat jem paleo, mięso, sporo ryb i owoców morza, tłuszcz, sporo warzyw, umiarkowane ilości orzechów i jajek.
          Od czasu do czasu makaron konjak 3 g W na 100 g, ziemniaki, gorzka czekolada.
          Waga mi się ustabilizowała i w zależności od pory roku rośnie 2- 3 kg i spada.
          Jednak muszę w miarę regularni ćwiczyć, bez rygoru od 3 do 1 razu w tygodniu, rower, siłownia, basen. Czasami w domu robię pompki po 50 co jakiś czas np co godzinę lub pół. Jaka mogę to wchodzę po schodach nie używam windy itp.
          Przystosowani jesteśmy do długotrwałego wysiłku (mało kto ma czas aby 5 godzin dziennie chodzić) bez niego nasze ciało staje się słabe a metabolizm spada.
          Na ujemnym bilansie kalorycznym można schudnąć ale na dłuższą metę człowiek by znikł. Pomijając taką ekstremalną sytuację trudno jest jeść mniej niż organizm potrzebuje. Większość ludzi dostaje efektu jojo, schudnąć trwale nie jest prosto mi się udało ale łatwo nie było.
          Jedzenie nas otacza, rzadko bywamy głodni a to naturalny stan dla naszego organizmu, czasami specjalnie nie jem od 15 stej do dnia następnego.
          Moja żona należy do tych szczęśliwców, którzy jedzą wszystko a ważą całe życie tyle samo przez całe życie, mimo prawie 37 lat ma figurę po dwójce dzieci jak w wieku 17 lat. To genetyka, ale i tryb życia, 2-3 razy w tygodniu nie je kolacji, je małe porcje, aktywna fizycznie jest w sposób umiarkowany. Nigdy się nie obżera w 80 % zostawia jedzenie na talerzu, jak je słodycze to potem nie je posiłku.

          Generalnie większość z nas je za dużo, bo mechanizmy ewolucyjne działają w ten sposób, że nas do tego popychają.

  5. Podoba mi się artykuł. Dobrze „posklejane” wątki , ale brakuje zdecydowanie linków do przedstawionych i omówionych po krótce publikacji.

    Jaki jest powód, że brak jest linków (jesli praca jest dostępna online) lub dokładnej identyfikacji co stoi za np. „1983 roku Jane Brody, …wyliczała rozmaite względy” (na jej stronie nie ma tego artykułu)?

    Postanowiłem zgłębić insulinową teorię otyłości.

    • Witam! Uprawiamy tu publicystykę a nie literaturę naukową, tylko tyle i aż tyle, stąd te „braki”. A poza tym nie chcielibyśmy naszym czytelnikom zabierać przyjemności i satysfakcji z samodzielnego zgłębiania wątków i tropów, które ich zainteresują. To naprawdę przyjemna praca 😉 Proszę się z nami dzielić swoimi ustaleniami. Pozdrowienia!

  6. Czy mimo wszystko nie możecie sobie zadać trudu i podać minimalnych informacji, aby można było zidentyfikować daną publikację samemu np. oryginalny tytuł załatwił by sprawę tej pracy ” … ogłosiły wspólne rekomendacje na temat aktywności fizycznej i zdrowia”? Pozdrawiam

    • Ale z Pana uparciuch. tutaj link do źródeł, z jakich korzystał Taubes do rozdziału „Why We Get Fat” o iluzorycznych korzyściach ze sportu. Mam nadzieje że to pomogło dalej zgłębiać temat?

  7. czyli jak wg pana schudnąć?
    wystarczy zmiana nawyków żywieniowych?
    bo w sumie nie dałeś jasnego wyjaśnienia.

    • Generalnie tak…zmiana nawyków żywieniowych jest kluczem do skutecznego odchudzania bez efektu jojo. Wcale się nie trzeba katować drakońskimi dietami, ani wypruwać flaków na siłowni.

  8. Chcesz schudnąć ? Zacznij zagryzać jajko kiełbasą, a z pewnością schudniesz i tym samym stan twojego zdrowia znacząco się poprawi – radzi Gary Taubes, niekwestionowany autorytet Nowej Debaty :)

    • Scape, proponuje jednak zacząć od czytania ze zrozumieniem. Można wtedy oszczędzić sobie takich błyskotliwych komentarzy. Jak masz jakieś poważne kontrargumenty, kontrobserwacje itp., ale nie takie „wszyscy wiemy, że…, powszechnie wiadomo, że… większość naukowców uważa…. ” – to się wysil troszkę i je logicznie przedstaw. Albo mędrkuj gdzie indziej, zamiast tu trollować chowając się za nickiem. Mamy przecież wolność. I pamiętaj, że osobom piszącym pod nazwiskiem można na ND więcej.

  9. Nie ma JEDNEJ IDEALNEJ DIETY dla wszystkich. Ludzie żyją w różnym klimacie i w różnych warunkach, mają różne potrzeby energetyczne itd. Propagowana na tym forum dieta jest jedną z wielu opcji ale wcale nie najlepszą dla każdego. Przemiany biochemiczne zachodzące w naszych organizmach są zasadniczo takie same, jednak ICH TEMPO jest różne. Istnieją ludzie którzy doskonale spalają tłuszcze ale na drugim końcu są ludzie którzy doskonale spalają węglowodany. Według mnie, a zaznaczam że przeszedłem długą drogę przez wiele diet, istnieje tylko jedna „prawdziwa dieta” dieta zgodna z twoim indywidualnym metabolizmem. Dlatego polecam dziedzinę wiedzy TYPOWANIE METABOLICZNE.
    pozdrawiam

  10. Każdy ma inne zapotrzebowania bo każdy jest inny, ma inne choroby lub jest zdrowy i każdy prowadzi inny tryb życia itd. Ale nie jest to aż tak (spójrzmy na zwierzęta, że jednemu królikowi będzie służyła marchewka a drugiemu mięso) jesteśmy podobni ale nie tacy sami i trochę tylko inne proporcje potrzebujemy w ilości zjadanego białka, tłuszczu i węglowodanów i o tym pisał dr. Kwaśniewski…Wszystkim nam tak samo szkodzi nadmiar węglowodanów czy też białka…te same choroby wywołuje…

    A teraz trochę odbiegnę od tematu; dlaczego zwiększa się zachorowalność na raka piersi?

    http://www.faceci.com.pl/guzy_piersi.html

  11. Oczywiście, że nie ma jednej idealnej diety. Nie ma też diety, która sama w sobie okazałaby się cudownym lekarstwem na wszystkie choroby. Ale w takim podejściu trzeba pamiętać, że chociaż perfekcyjnej diety nie ma, to są jednoznacznie złe.
    Można się kłócić czy lepsza jest dieta białkowo-tłuszczowa czy węglowodanowa (chociaż moim zdaniem argumenty przemawiają wybitnie na korzyść tej pierwszej) ale ta jej wersja, która obecnie jest nam wciskana przez media nadaje się ewentualnie dla chomików.

  12. Powiem krótko. Od 10 lat dość intensywnie trenuję, zawsze byłem dosyć otłuszczony, moja waga zawsze oscylowała w okolicach 90 kg. W pewnym momencie dobiłem do 100kg. nie mogłem pojąć jak to możliwe przy moich treningach. Dopiero jak się zagłębiłem w temat zrozumiałem dlaczego tak jest. Po przejściu na dietę nisko-węglowodanową schudłem 15kg. Bez głodu i liczenia kalorii.

  13. Witam, sam niestety doświadczyłem błędnych teorii lansowanych przez współczesną medycynę na sobie. Jako dziecko byłem bardzo otyły 88 kg przy wzroście 172 i w wieku 14 lat. W gimnazjum „wziąłem się za siebie” dieta wegetariańska a raczej głodowa i ostry trening. Schudłem 15 kg w pół roku ale cena była ogromna strasznie podupadłem na zdrowiu pojawiła się u mnie nerwica która z czasem zaczęła się nasilać. Trądzik nasilił się do tego stopnia że wstydziłem się pokazywać ludziom. Do tego pogorszyły się moje wyniki w nauce kiedyś lubiłem się uczyć i łatwo przyswajałem sobie wiedzę teraz nie umiałem zapamiętać nawet prostych zagadnień nie mówiąc o tym że nie potrafiłem się skupić na czym kolwiek dłużej jak kilka minut. Dzisiaj mam 24 lata od kilku miesięcy jestem na diecie niskowęglowej i czuję że wszystko wraca do normy. Praktycznie nie choruję, trądzik ustąpił a nerwica złagodniała tak że mogłem odstawić leki. Będąc szczerym to niczego tak nie żałuję w życiu jak tego odchudzania w gimnazjum.

  14. Są na tym świecie „ludy”, tam gdzie jest naprawdę ciepło, gdzie 80% kalorii pochodzi z węglowodanów… i zdrowia oraz długości życia można im pozazdrościć… więc przestańmy mówić, że zboża są złe, albo mięso jest złe itp. Wszystko zależy między innymi od indywidualnego metabolizmu.

    • Na węglowodanach nieprzetworzonych – tak (np, „Kitawianie”), ale zdrowi na zbożach? Możemy znaleźć jakiś przykład?

      Jedno to żyć na węglowodanach z konieczności (np. otoczenie), a drugie to mieć wybór. Nie wiemy czy te populacje, gdyby miały wybór, nie jadłyby innej diety np. bogatszej w tłuszcze zwierzęce. Tam gdzie w naturze jest brak lub niedostatek pokarmów odzwierzęcych, węglowodany stają się koniecznością, aby przeżyć. Nie wiemy też jakie byłoby zdrowie tych populacji, gdyby odżywiały się inaczej. W przypadku „ludów” mamy tylko obserwacje, a te nie pozwalają ustalić przyczyny i skutku. Jednak na Zachodzie prowadzi się w tym zakresie kontrolowane badania interwencyjne.

      I nie przeceniałbym zindywidualizowania metabolizmu. Gdybyśmy byli tacy indywidualni biologicznie to np. medycyna jako dyscyplina naukowa nie mogłaby istnieć w formie jaką znamy. Różnice między ludźmi naturalnie są, ale raczej nie jakieś fundamentalne.

      • Różnice miedzy ludźmi są FUNDAMENTALNE – wystarczy rozejrzeć się w swoim otoczeniu… Polecam książkę „Dieta Metaboliczna” William Wolcott, Trish Fahey. Pozdrawiam.

      • Ciekawe jak funkcjonowałby rdzenny Eskimos na węglowodanach, a jak np taki Kitawianin na tłuszczu i białku. Genetyka i przystosowanie kolejnych pokoleń do warunków regionalnych ma ogromne znaczenie.

        • Myślę że po jakimś niedługim okresie ich organizmy by się dostosowały do nowej diety, zarówno Kitawian jak i Innuitów. Moim zdaniem różnice wynikają nie tyle z genetyki, ile z warunków życia, które determinują skład diety. Na przykłąd Eskimosi na Alasce, którzy przechodzą na dietę ludzi zachodu (mąka, cukier, słodycze, słodkie napoje itp), zaczynają chorować na te same choroby, co „westernerzy”. To sugeruje, że na wszystkich zła żywność ma ten sam wpływ. I genetyka ma przy tym drugorzędne znaczenie.

  15. Ja przez ponad 15 lat byłam na diecie środziemnomorskiej. Też cierpiałam na nerwicę, Później dołączyła do tego arytmia serca i choroba Hashimoto tarczycy. Dopiero na Diecie Optymalnej (która moim zdaniem nie jest wcale tłusta, tylko zalecana obecnie dieta jest tak chuda, że przy niej to tak wygląda) pożegnałam się z chorobami i zaczęłam normalnie żyć….

    • Dieta śródziemnomorska (raczej model żywieniowy) nie zabrania spożywania tłuszczu, wręcz przeciwnie – mieszkańcy basenu morza śródziemnego spożywają dużo ryb, owoców morza, nabiału, fermentowanych produktów mlecznych, ale również mięso.
      Przesadne ograniczenie tłuszczu w naszej diecie może być szkodliwe dla naszego organizmu, niemniej ogólne założenia diety śródziemnomorskiej są dobre i mogą wpłynąć na poprawę naszego stanu zdrowia – mieszkańcy basenu morza śródziemnego są tego przykładem.

  16. Scape,

    rzecz w proporcjach między białkiem i tłuszczem oraz białkiem i węglowodanami. Ryby, owoce morza, dużo, to akurat białko. Tłuszczu albo wcale, albo bardzo mało. Organizma nadmiar białek zmuszony jest przetwarzać na… weglowodany i jest to wysiłek zbędnie obciążający organy wewnętrzne człowieka, co nie wcześniej to później skutkuje poważnymi chorobami. Jeśli organizm dostaje jeszcze i tłuszcz to z węglowodanów wyprodukowanych z białek może powstać tkanka tłuszczowa pod skórą, ale i na organach wewn. również. Stłuszczenie wątroby się np kłania.

    Jeśli tłuszczu i węglowodanów w diecie jest mniej więcej w jednakowej ilości to można sobie łatwo wyhodować cukrzycę.

    W naszych organizmach dzieje się…. A my mało o tym umiemy i się narażamy „w dobrej wierze”.

    • Przepraszam bardzo, ryby i owoce morza nie mają tłuszczu? A śledź, łosoś, węgorz, makrela, sardynki.. proporcje między tłuszczem, a białkiem są znacznie korzystniejsze niż w mięsie. Chce pani powiedzieć, że duże spożycie ryb i owoców morza prowadzi do cukrzycy i stłuszczenia wątroby? Proszę w takim razie o potwierdzenie tej tezy wiarygodnymi badaniami naukowymi..

      Uważa pani, że zdrowa dieta powinna składać się w 80% z tłuszczu? Smalec i jajka w każdym posiłku? Litości..

  17. 1. we wojsku sie chudnie czy grubine?
    2. wysilek fizyczny czesto odwraca/blokuje procesy glodu – brak myslenia o jedzeniu w chwili aktywnysci, odplyw krwi do miesni z ukladu trawienego etc.
    3. wysilek fizyczny – nie tylko sport, powoduje uplastyczneinie transportu glukozy do miesni, syntezy glukogenu, aktywizuje GLUT 4, uruchamia rozne procesy hormonalne, przeplyw materii i energii w organizmie. nie chodzi o spalanie kalorii, ale o ich sensowniejsze wykorzystanie przez organizm.
    4. biedota, nawet ta niedojadajaca, jest czesto otyla bo korzysta ze smieciowych zrodel energii – syfaiate makarony, parowki z wypelniaczanmi, chemia i maczka etc., generalnie substancje wypelniacze – do tuczenia ryb, kurczakow i bydla
    5. wysilek + dobre zrodla pozywnia – bialek tluszcow, mniej weglowodanow, ekspozycja na slonce, obecnosc w diecie witamin i mineralow, pory roku, indywidualny metabolizm, osobnicza genetyka, aktywnosc hormonalna, konstytucja ciala – predyspozycje do gromadzenia masy tluszczowej lub miesniowej = > to buduje predyspozycje do bycia grubym lub chudym.
    artykul merytoryczny, ale bzdurny.
    czy autor artykulu sam jest aktywny – niekoniecznie uprawia sport, moze przezucac wegiel lopata:)?

    • Popieram w całej rozciągłości zwłaszcza punkt 5. Oni by chcieli jedną dietą oczywiście wysokotłuszczową uleczyć cały świat a tak nie można. Jesteśmy różni i różne rzeczy nam służą bądź szkodzą – mówimy oczywiście o jedzeniu pełnowartościowym a nie śmieciowym bo te szkodzi wszystkim.

    • Dobre stef! 😉 zwłaszcza to: „wysilek fizyczny czesto odwraca/blokuje procesy glodu – brak myslenia o jedzeniu w chwili aktywnysci, odplyw krwi do miesni z ukladu trawienego etc.” wystarczy wtedy nie przestawać ćwiczyć i jedzenie mamy z głowy na całe życie :)

      a w wojsku nie tylko się chudnie, ale i pije 😉 pozdrawiam!

      • Jeszcze lepsze jest twierdzenie, że sama wiedza o przyczynach otyłości może kogokolwiek odchudzić (i dowodzenie, że jest błędna skoro nie odchudza) Ba! powinna odchudzić całe społeczeństwa, które wiadomo kierują się „zaleceniami ekspertów” w wyborze stylu życia… Albo, że moda na trykoty albo ilość maratonów czy siłowni świadczy o rosnącym poziomie aktywności w danym społeczeństwie (wiadomo, jak tyle maratonów, to każdy pobiegnie sobie choć raz w roku…) albo że bieda i niedożywienie są przyczynami otyłości (pewnie stąd ta plaga otyłości w Afryce)

  18. Scape,

    – w 100 g węgorza jest 8,9 g białka oraz 17,9 g tłuszczu
    – w 100 g makreli jest 11,7 g białka i 7,2 g tłuszczu
    – w 100 g łososia jest 12,7 g białka i 8,7 g tłuszczu.
    Węgorz jest rybą tłustą.

    Mięsa też się od siebie różnią:

    – w 100 g boczku jest 10 g białka i 53 g tłuszczu,
    – w schabie: 21 g białka i 10 g tłuszczu,
    – w polędwicy wołowej: 20,1 g białka i 3,5 g tłuszczu.

  19. Sama najlepsza dieta też nie wystarczy. Wiem to po sobie. Gdy nie wykonuję żadnej szczególnej aktywności fizycznej to choćbym nie wiem jak dobrze jadł to i tak samopoczucie nie będzie takie jak przy różnorakich ćwiczeniach.
    Na pewno różne osoby potrzebuję odmiennych dawek tego ruchu. Ja na pewno nie jestem w stanie funkcjonować na małej jego ilości.
    Dlatego najlepsze jest połączenie zdrowego nieprzetworzonego jedzenia (w moim przypadku low-carb omnivorous rawpaleo), aktywności fizycznej, okresowych głodówek i należytej ilości snu.

  20. Mam pewne wątpliwości, chociaż artykuł jest cenny. Autor nie bierze pod uwagę skrajnego głodu (1000 dziennie); wtedy następuje radykalny spadek wagi ciała. Przy 186 cm wzrostu ważę 80 kg. Wystarczą wakacje i kilka grilli a „przytywam” dwa kg, co staje się kłopotliwe w bieganiu. Po czym jem „nic” przez dwa tygodnie i wracam do wagi. Jest świetna książka o głodzie, napisana przez Tosię Goliborską. Przeczytajcie. I inny temat – doświadczenia wskazują, że należy jeść mięso i tłuszcze zwierzęce i minimum węglowodanów. Przykład: w restauracji w górach bierz np. szaszłyk jagnięcy z warzywami plus 100 gram. Nic ponadto.

  21. Już 12 lat temu, w świetnej książce „Co możesz zmienić, a czego nie możesz”, Martin Seligman – jeden z najbardziej wpływowych psychologów XX wieku pisał o efekcie jo-jo i powołując się na własny przykład (codzienne 2 godzinki ostrego pływania w basenie) i mnóstwo źródeł naukowych, twierdził że nie na naszą wagę nie mamy zbyt wielkiego wpływu. Ruch fizyczny pomagał wg niuego w utrzymaniu ogólnego zdrowia, ale waga cżłowieka stopniowo z wiekiem rośnie, itd.
    Sęk w tym, że jest w przyrodzie przypadek dość powszechnie spotykany, ale niesłusznie lekceważony. Mam na myśli wegetarian. Bardzo prosze na chwilę zapomnieć o swoich poglądach, przyzwyczajeniach, itp. Proszę rozejrzeć się wokół, popytać, popatrzeć w internecie na zdjęcia wegetarian. Proszę znaleźć wegetarianina z widoczną nadwagą. Wielu z nich oczywiście ćwiczy, jeździ na rowerze, pływa, ale jest też duża liczba „kanapowych” wegetarian. Wszyscy tracą wagę. Może 99 % z nich :)

  22. Po pierwsze – statystyczny człowiek nie istnieje. Dopuściłeś się tutaj, w tekście o Amerykanach i rozwijającej się masie ciała w kontekście przybywającej ilości fitness klubów i siłowni ogromnego nadużycia.
    Ciężko jest nawet z tym polemizować, bo to jest po prostu absurdalne. Nie można opisywać wielkich zbiorowości ludzkich, nawet GRUP ludzkich nie można opisywać w taki sposób:
    „pomimo wystąpienia parametru X, średni parametr Y pogorszył się.”

    Całkowicie pomijasz to, że ludzie z roku na rok są coraz bardziej otyli, nie tylko w Stanach, ale także na całym świecie. Jednocześnie cały czas wzrasta zainteresowanie dietetyką, zdrowym odżywianiem, sportem, siłownią.
    Czy oznacz to, iż wszystkie te czynniki są nieistotne w kontekście coraz większej otyłości?
    BŁĄD! A ja właśnie tak widzę Twoją wypowiedź o której mówię.

    Oznacza to ni mniej ni więcej to, że CZĘŚĆ ludzi jest coraz bardziej otyła, ale z drugiej strony, wiele osób ucząc się o zdrowym odżywianiu i optymalizacji treningu w celu uzyskania preferowanej sylwetki odniesie sukces, bo wiedza o treningu i odżywianiu połączona z zastosowaniem tego w praktyce DAJE REZULTATY, czego dowodami są tysiące adeptów kulturystyki. których metamorfozy możesz zobaczyć na takim choćby SFD.

    Druga część artykułu jest poprawna, sam trening, nawet bardzo ciężki może mieć zupełnie odwrotne działanie na skład ciała, jeżeli nieumiejętnie posługujemy się mechanizmami żywieniowymi i dajemy mu więcej kalorii, z nierzadko tragicznej jakościowo żywności.

    CYTAT” Wysiłek fizyczny automatycznie zwiększa zapotrzebowanie energetyczne organizmu, który zawsze dąży do tego, aby zrównoważyć deficyt kaloryczny spowodowany wysiłkiem – chce odzyskać stracone kalorie. Innymi słowy, wysiłek fizyczny automatycznie zwiększa nasz apetyt. Im większy wysiłek, tym większe uczucie głodu.”‚

    Owszem, ale wysiłek fizyczny ma pewne ogromne zalety –
    po pierwsze, dzięki treningowi, organizm uczy się gromadzić glikogen w mięśniach i zapasy oraz kalorie mogą zostać właśnie tam zmagazynowane, nie zaś w postaci tłuszczu. I tak, u wytrenowanych osób ilość energii jaką organizm może zgromadzić w mięśniach w postaci glikogenu starcza nawet na 2h intensywnego wysiłku

    po drugie, wysiłek fizyczny przeciwdziała insulinoodporności oraz zwiększa wrażliwość komórek na insulinę, odsyłam do tego badania
    http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/10683091.

    Wynika z tego ni mniej ni więcej to, iż trening ma korzystny wpływ na organizm przez to, iż te składniki odżywcze, których dostarczymy po treningu zostaną wykorzystane w lepszy sposób niż u osoby niećwiczącej.

    A za otyłość najbardziej odpowiedzialne są właśnie sieci fast-food, świadomie prowadzące politykę PASIENIA swoich klientów. 100ml koli = 11g cukru. W McD. serwują 1 l =110g cukru.

    Weźmy miarkę lub wagę i zobaczmy, ile to jest… Liczby może nie przemawiają, ale taka ilość cukru to zabójstwo, niezależnie od tego, czy osoba ćwiczy, czy nie. Chociaż oczywiście jeśli osoba intensywnie ćwiczy, większa część pójdzie na uzupełnienie glikogenu mięśniowego, jeśli ten jest zużyty, zaś mniejsza odłoży się w postaci tkanki tłuszczowej.

    Generalnie z artykułem jest ciężko polemizować, bo jest bardzo długi, ja czasu mam niewiele, zaś opisy np. jakiejś lekarki, która w latach 30- pojechała do USA i obserwowała otyłe osoby – jak z tym polemizować? Dane z tamtego okresu mówią jasno, iż wtedy otyłość była mniejszym o NIEBO problemem niż obecnie, nawet w latach 90.

    http://www.cdc.gov/obesity/data/adult.html

    Proszę zobaczyć, liczby przemawiają.

    Pozdrawiam

  23. Niektóre wnioski tego artykułu są teoretycznie prawidłowe, ale za szybko wysunięte. Ta otyłosc w USA w latach 30 nie musiała się brac z głodu. Nalezałoby zbadac, ile ludzie wtedy jedli, czasem mimo mniejszej ilosci pieniędzy w portfelu je się więcej. U człowieka sa takie mechanizmy, że w przypadku poczucia zagrozenia orgaznim broni się. Sama jak miałam 20 zł na 3 dni przed wypłatą dostwałam wilczego głodu. I jadłam za dwóch, chocby cokolwiek. Na tej zasadzie też jest większa liczna urodzeń np. w przypadku wojny. Inna sprawa- kiedy głód i to silny, występuje rzeczywiscie, obozy koncentracyjne sa chyba najlepszym przykładem, czy tam byli grubi? Nie sądzę, żeby głodujący Indianie cierpieli na otyłosc. Także porównania osób pracujacyh fizycznie- współcześnie- do b. zamoznych inteligentów są niewypalem, b w dzisiejszym świecie w znacznej większosci głód nie jest obecny…
    Rosnąca fascynacja fintess takze o niczym nie świadczy, bo trzeba by porównac, czy pokrywa inne niedobory ruchu, wynikające z jazdy samochodem zamiast chodzenia, siedzenia za biurkiem, zamiast pracy fizycznej, itp.
    Jedno co przyznam- u mnie ruch tez wywoływał nadmierny apetyt, i ruszając się – prawie wyczynowo wazyłam 10 kg więcej. Ale nadmierne jedzenie zawsze było moim problemem, i to nie do końca wina tego ruchu, po prostu problem jest b. złozony.

  24. „Mam dość odchudzania przez bieganie – to wszystko ściema!
    (…)
    Regularnie bieganie również może doprowadzić do tycia! Cały szkopuł tkwi w bilansie energetycznym. Nasz organizm ma określone zapotrzebowanie na energię, wynikające z wrodzonej, genetycznie uwarunkowanej szybkości procesów metabolicznych, prowadzonego trybu życia, a także wieku i płci. Aby dokładniej wyjaśnić o co chodzi…”
    źródło: http://bieganie.natemat.pl/52249,mam-dosc-odchudzania-przez-bieganie-to-wszystko-sciema

  25. Fajny artykuł, lubię takie :)
    Niedawno została opublikowana w Polsce książka „Smacznego, czyli chorzy z powodu zdrowego jedzenia” Udo Pollmera. Pan stawia tezę, że przyczyną otyłości są niestety diety i teorie dietetyczne zaburzające metabolizm i dostarczające organizmowi nie to co trzeba. I żadne bieganie, diety cud, głodówki niczego nie zmienią – po prostu trzeba jeść to czego organizm potrzebuje, czyli to na co mamy aktualnie ochotę. Unikając przy okazji produktów z fabryk czy produktów light. (Tak wiem, jest to uproszczenie).

  26. Artykuł skupia się tylko i wyłącznie na bilansie energetycznym, a mnie się wydaje, że problem jest trochę bardziej złożony.
    Konkretnie chodzi o to, że wysiłek fizyczny jest dla organizmu bardzo dużym stresorem. Sytuacje stresowe powodują nadmierną produkcję kortyzolu a kortyzol powoduje właśnie wzmożony apetyt, więc wydaje mi się, że głód po wysiłku fizycznym nie jest tylko kwestią potrzeby wyrównania bilansu energetycznego.
    Nie wiem, ile w tym prawdy, o ile temat odżywiania jest mi bliski, o tyle na wysiłku fizycznym się nie znam, ale przy okazji zgłębiania diety paleo trafiłam na informację, że NADMIERNY wysiłek fizyczny faktycznie prowadzi do zwiększonego apetytu i w efekcie tycia, ale wynika to właśnie ze stresu organizmu, prowadzącego z czasem do wyczerpania i dlatego tak ważne jest, aby ćwiczyć z umiarem (treningi siłowe) i pamiętać o dniach „odpoczynkowych”.

    I tak z obserwacji własnych: ilekroć zdarzało mi się przez dłuższy czas jakiś wysiłek fizyczny uprawiać, to faktycznie, spektakularnego spadku wagi nie zaobserwowałam ALE ćwiczenia powodowały zmianę struktury ciała. Rozbudowę tkanki mięśniowej i widoczne zmniejszenie się obwodów ciała. Proces chudnięcia nie ogranicza się wyłącznie do utraty tkanki tłuszczowej.

    Jednakowoż, fakt faktem, większy spadek wagi zaobserwowałam u siebie stosując dietę, niż ćwicząc. Wniosek wysnuwam taki, że ćwiczenia do chudnięcia potrzebne nie są, aczkolwiek przydają się, żeby, poza straceniem kilogramów, jakoś wyglądać.

    Zgadzam się też z teorią, że bieda może skutkować otyłością, ale z zupełnie innych względów, niż zakłada ten artykuł (czyli z głodu). Trzeba wziąć pod uwagę, że nasze finanse warunkują to, co jemy. Chodzi o jakość, nie o ilość. I również o świadomość. Żadną tajemnicą nie jest fakt, że ludzie bardziej majętni są siłą rzeczy bardziej wykształceni, również w kwestii odżywiania. Zwracają uwagę na to, co jedzą i, dzięki pieniądzom, mogą kupować jedzenie lepszej jakości. Wystarczy popatrzeć, co je biedota:ogromne ilości białego pieczywa, tanich makaronów wszelkiego rodzaju wysoko przetworzonych produktów w niskich cenach, mogąc w ten sposób pozwolić sobie na naprawdę duże porcje. Takie zwiększenie ilości kosztem jakości – co odbija się na zdrowiu – rozwalając gospodarkę hormonalną, powodując niedobory pierwiastków i mnóstwo innych schorzeń. Zresztą, trafiłam kiedyś na taką mądrą wypowiedź, że pierwszy raz w dziejach ludności zaistniał taki paradoks, że mamy niesamowity dobrobyt, jeśli chodzi o jedzenie, ludzie jedzą więcej, niż powinni, a jednocześnie stanowcza większość z nas jest w tak tragicznej formie zdrowotnej (niedobory, anemie – śmieszna sprawa, ponoć właśnie ludzie otyli, którzy jedzą więcej, częściej się z tym borykają).

    Mam jeszcze tylko jedno zastrzeżenie:
    „Innymi słowy drwal, który zajmie się krawiectwem, zacznie jeść tyle, co inni krawcy, czyli odpowiednio mniej. Natomiast krawiec, nawet otyły, który zostanie drwalem, stanie się tak samo głodny, jak inni drwale. Dlaczego miałoby być inaczej?” – nie do końca się z tym zgadzam. Jasne, krawiec, który stał się drwalem, będzie jadł więcej, ale drwal, który stał się krawcem, niekoniecznie będzie jeść mniej. Będzie mieć mniejszy wydatek energetyczny, będzie potrzebował mniej pożywienia, ale siła przyzwyczajenia robi swoje. Znam przynajmniej kilka przykładów z życia, gdzie ktoś, czy to z powodu złamanej nogi, czy z powodu zmiany pracy, zmieniał tryb życia na siedzący (czyli potrzebował mniej energii), jednak nie powodowało to zmniejszenia ilości zjadanych pokarmów, co w konsekwencji prowadziło do tycia.

  27. Polecam książkę „Dieta systemowa” fajnie wyjaśnia problem gospodarki hormonalnej i enzymatycznej jako przyczynę tycia lub chudnięcia :). Pokazuje też jakie ćwiczenia, na co działają i jak dieta wpływa na przemiany biochemiczne w organizmie. Nie omija taż problemu hormonów strasu i tego po jakich ćwiczeniach i jak długo trwających chce nam się jeść a przy jakich nie chce :)

  28. Czy autor tych wypocin uprawia jakikolwiek sport, prócz klikania w pilota od telewizora i spacerowania po tesco?? Osobiście ćwicząc pół mojego życia UDOWODNIŁEM, że ćwicząc dodatkowo po siłowni (jazda na rowerze po godzinie) spala się kalorie i rzeźbi sylwetkę. Jestem tego PEWIEN. Osobie, która to pisała, brak podstawowej wiedzy z tematu zdrowego odżywiania jak również życia.

    • „ja” jest PEWIEN tego czego nie udowodniono ale to typowe. Kiedyś w Dani przeprowadzono bandanie, które udowodniło, że ludzie przygotowujący się do ultra-maratonu. Trudno uznać takie przygotowanie za mały wysiłek raczej ekstremalny. Akurat skoczyła im masa mięśniowa.

      Sporo ludzi otyłych tyje nie tyle od samych ćwiczeń ale od łaknienia jakie im się włącza po wysiłku.

      Jako typowy przedstawiciel sfanatyzowanej części bywalców siłowni, nie zrozumiałeś tego co zostało opisane w artykule.
      Na świecie żyją setki milionów ludzi, którzy są szczupli i nie uprawiają żadnych sportów.
      Żyje także prawdopodobnie podobna ilość, która katuje się na siłowni odżywia „super zdrowo” i ma tłustą dupę.
      Nie jestem otyły ale nie ma też kaloryfera na brzuchu a odżywiam się zdrowo, jeżdżę regularnie na rowerze i chodzę na siłownie więc raczej mam więcej ruchu niż mniej.
      Znam parę takich osób które nie mogą schudnąć mimo rozpisanej diety i planu ćwiczeń, dodatkowo wykonują to sumienie.

      Opisałeś tylko swoje doświadczenia a nie ogółu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ