Zapomnij o Alzheimerze!

31

21 pierwszego września, jak co roku, obchodziliśmy uroczyście Światowy Dzień Choroby Alzheimera, i tak się akurat dobrze złożyło, że w trzy tygodnie później ukazała się w Niemczech książka Cornelii Stolze Zapomnij o Alzheimerze! Prawda o chorobie, która nie jest chorobą (Vergiss Alzheimer! Die Wahrheit über die Krankheit, die keine ist). Wydało ją znane wydawnictwo Kiepenheuer & Witsch z Kolonii. Autorka, Cornelia Stolze, z wykształcenia biolog, współpracowała z takimi czasopismami  jak  „Die Zeit”, „Stern” „Süddeutsche Zeitung“, „Spiegel”, „Financial Times Deutschland“ i „Geo”. Była redaktorką ds. naukowych w „Berliner Zeitung“ i „Die Woche“ oraz referentką prasową w różnych instytucjach naukowych jak Max-Delbrück-Zentrum für Molekulare Medizin w Berlinie i Max-Planck-Institut für Biochemie. Opublikowała kilka  książek popularno-naukowych; główne obszary jej zainteresowania to medycyna, biologia, biotechnologia, genetyka i psychologia, polityka naukowa.

Książka Zapomnij o Alzheimerze! spotkała się z pewnym zainteresowaniem niemieckich mediów – m.in. tygodnik „Wirtschaftswoche” zorganizował debatę pomiędzy autorką a profesorem Konradem Beyreutherem, koryfeuszem  badań nad „chorobą Alzheimera”, wieloletnim dyrektorem – do czasu przejścia na emeryturę – Centrum Biologii Molekularnej na Uniwersytecie w Heidelbergu. I, łagodnie mówiąc, profesor  Beyreuther nie wypadł w niej najlepiej.

Stolze przypomina, że pod koniec lat 80. ubiegłego wieku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) uznała „chorobę Alzheimera” za „jeden z największych problemów medycznych współczesnego świata”, media rozpisywały się o „epidemii, która rozszerza się niepowstrzymanie w zachodnich krajach przemysłowych”. Wspomniany wyżej prof. Konrad Beyreuther ostrzegał, że „Alzheimer” zostanie „top-killerem” w świecie zachodnim. Niczym czwarty jeździec Apokalipsy „Morbus Alzheimer” wyłonił się z ciemności, zamierzając – w istnym  tour de force – prześcignąć  starych towarzyszy: raka, zawał, arteriosklerozę. Temat stał się wszechobecny w mediach, zagościł w powieściach, filmach, serialach, w gazetach straszono globalną epidemią, która przyczyni się do zbiednienia całych społeczeństw i sparaliżuje systemy opieki zdrowotnej (zapewne ukryta sugestia, że „ministerstwa chorób”, aby tego paraliżu uniknąć, powinny wydać więcej pieniędzy na refundowane leki). Pisano o tykającej bombie zegarowej podłożonej pod starzejące się społeczeństwa zachodnie, w których, co oczywiste rośnie liczba przypadków demencji. Ten demograficzny trend stanowi społeczny kontekst  kampanii alzheimerowskiej, trafiającej w czuły nerw społeczeństw, w których  ludzie starzy są z jednej strony przedmiotem opieki ze strony rządów i innych instytucji publicznych, a z drugiej istotnym składnikiem elektoratów wszystkich partii (mają dużo czasu  na chodzenie na wybory).

„Alzheimer” stał się dźwiękiem budzącym przerażenie, skoncentrowały się w nim jak w – nomen omen – pigułce wszystkie lęki wiążące się ze starzeniem: lęk przed słabością i bezsilnością, przed utratą kontroli nad swoim umysłem, ciałem i życiem,  przed samotnością, izolacją,  przed utratą miłości oraz  tego, co nam zostaje przy końcu życia – własnego „ja” i poczucia wewnętrznej godności. Te lęki nasilają się pod wpływem paniki, jaką sieją wielkie organizacje typu Alzheimers’s Disease International, czyli, zdaniem Cornelii Stolze, najzwyczajniejsi w świecie  lobbyści przemysłu farmaceutycznego, krzyczące ile sił w płucach,  że liczba chorych na demencję (w potocznym i medialnym przekazie utożsamianej z „chorobą Alzheimera”) z 36 milionów ludzi wzrośnie w 2050 do 115 milionów.

Dlatego wielu starych ludzi z wdzięcznością przyjmie książkę Cornelii Stolze, której zasadnicza teza  brzmi: coś takiego jak „choroba Alzheimera” czyli „nieodwracalny proces neurozwyrodnieniowy, u podłoża którego leżą zanik neuronów oraz odkładanie się w mózgu patologicznych złogów białkowych” powodujące jak się dziś uważa większość przypadków otępienia (demencji) – według niektórych szacunków nawet 50%, a u chorych powyżej 70 roku życia ok. 70% – w ogóle nie istnieje. Do dziś nikt nie dostarczył prawdziwego diagnostycznego dowodu na istnienie „choroby Alzheimera”. Nie można rozpoznać „Alzheimera” po objawach klinicznych. Nikt nie wie, czym jest choroba Alzheimera. Po dziesięcioleciach intensywnych badań nie można tej rzekomej choroby jednoznacznie zdiagnozować. Na temat cech i przyczyn choroby krążą najróżniejsze teorie. Nie tylko różne szkoły mają odmienne zdanie, ale zdarza się, że badacze sami sobie, w swoich publikacjach, wywiadach i innych publicznych wystąpieniach, zaprzeczają. Najczęściej wskazuje się na obecność płytek proteinowych beta-amyloidowych w mózgu, które ponad 100 lat temu Alois Alzheimer odkrył u swojej pacjentki  Auguste Deter,  ale nie jest to kliniczna diagnoza choroby, lecz proces, który  „prowadzi do choroby Alzheimera”. Nie ma na to jednak żadnego naukowego dowodu, przeciwnie, od dawna wiadomo, że u około jednej trzeciej normalnie starzejących się ludzi, którzy do śmierci zachowali w pełni jasną głowę, obdukcja wykazała, że mieli w mózgu tyle płytek proteinowych beta-amyloidowych, że powinni chorować „na Alzheimera”. I odwrotnie, wielu ludzi w późnym wieku chorujących na demencję,  nie ma tych płytek. Inni badacze  przyczynę widzą w tzw. białkach tau, a inni,  jak to zwykle bywa, kiedy nauki medyczne nie potrafią czegoś wyjaśnić,  chwytają się  jak brzytwy wszechwyjaśniających genów.

Autorka przekonuje, że cała koncepcja wczesnego wykrywania, diagnozy i terapii „Alzheimera” stoi na glinianych nogach. Przyznał to pośrednio podczas dyskusji zorganizowanej przez „Wirtschaftswoche”, zapędzony przez nią w kozi róg,   prof. Konrad Beyreuther.  Oświadczył  co prawda, że  wciąż  wierzy w istnienie „choroby Alzheimera”, ale przyznał, że testy mające wcześnie wykrywać chorobę są niewiarygodne, że szczepionki „na Alzheimera” nie było i nie będzie, zaś dostępne na rynku leki przeciwko „Alzheimerowi”  nie działają, tzn.  nie powstrzymują biegu choroby. Jeszcze 10 lat temu prof. Beyreuther mówił coś dokładnie przeciwnego,  twierdził mianowicie, że testy dają prawie 100 procentową pewność i obiecywał, że przy pomocy lekarstw nadejście choroby da się  oddalić w czasie!  Dzisiaj już tego nie mówi.  Jest to poniekąd przyznanie się do porażki, na co prof. Beyreuther może sobie teraz, kiedy jest już na emeryturze, pozwolić.  Chyba  nawet przestraszył się własnej odwagi, bo szybko uzupełnił swoje wywody zachętą do kupowania leków przeciwko „Alzheimerowi”, które wprawdzie są nieskuteczne, ale za to poprawiają pacjentom nastrój i samopoczucie, ułatwiają bliskim i personelowi pielęgniarskiemu  obcowanie z pacjentami i obniżają koszty opieki nad chorymi.

Pochopne diagnozy

Jeśli  nie nieodwracalne degeneracyjne  zmiany w mózgu, to co jest przyczyną otępienia starczego (demencji)? Tych przyczyn jest bardzo wiele,  niektóre choć znane od dawna, są coraz bardziej ignorowane,  tak aby „Alzheimer” mógł zagarnąć dla siebie całą „pulę”, i jako monokausalne wyjaśnienie zdominować badania nad demencją i jej terapię. Stolze zwraca uwagę najpierw na oczywisty fakt, że nasz mózg starzeje się,  a wraz z jego starzeniem się  słabną  funkcje i siły naszego umysłu;  u większości ludzi wydajność mózgu maleje z wiekiem. U jednych ludzi proces ten zaczyna się wcześniej u innych później, ma też inny przebieg, ale fakt że nasz umysł w wieku lat 80 nie funkcjonuje tak sprawnie jak w wieku lat 30., nie oznacza jeszcze,  że jesteśmy chorzy na demencję,  zmarszczek na twarzy czy siwizny też nie uznaje się (na razie?) za choroby. Gdybyśmy wszyscy żyli 120 lat,  nasze mózgi zestarzałyby się tak bardzo, że każdemu można by postawić diagnozę: demencja (czyt.”Alzheimer”).

Trzeba też mieć na uwadze to, że demencja nie jest de facto pojedynczą jednostką chorobową, ale zespołem symptomów takich jak utrata intelektualnych umiejętności,  zapominanie, osłabienie funkcji poznawczych,  zaburzenia koncentracji i uwagi, problemy z mową,  zmęczenie,  objawy depresyjne,  uczucie zagubienia, dezorientacji i lęku,  niepokój,  a czasem nawet agresywność,  chwiejność nastroju i nadmierna drażliwość aż po otępienie umysłowe i  urojenia prześladowcze. Stolze, powołując się na badania przeprowadzone w różnych krajach, twierdzi, że być może nawet do 3/4 wszystkich diagnoz postawionych przez lekarzy domowych i brzmiących „demencja” – spowodowana przez „Alzheimera” – jest  fałszywe, tzn. lekarze pośpiesznie i pochopnie stawiają taką diagnozę.  Jeśli nie znajdują niczego (a często nawet nie szukają), co w ich  oczach wyjaśniałoby,  dlaczego pacjent jest w tym stanie, to musi to być demencja („Alzheimer”). Stolze wysuwa dość radykalną tezę, że ta masowo dziś diagnozowana choroba jest w dużej mierze po prostu medycznym błędem. Ponieważ demencja lub demencjopodobne symptomy mogą być wywoływane przez najróżniejsze choroby lub toksyczne uszkodzenia mózgu, to  tutaj należy w pierwszej kolejności  poszukiwać przyczyn obniżenia umysłowej sprawności. Okaże się wówczas, że zjawiska zebrane pod nazwą „demencja” (wywołana przez „Alzheimera”) w wielu przypadkach  mogą być – o ile jej prawdziwe przyczyny zostaną rozpoznane  – odwracalne.

Zaletą książki Stolze są jej obserwacje dotyczące działania całego systemu medycyny i służby zdrowia wobec starych ludzi. Diagnozuje się u nich jako demencję („Alzheimera”)  pewne życiowe zachowania i sytuacje, w efekcie  diagnoza jeszcze pogarsza stan starego człowieka.  Dobrym przykładem jest sytuacja, kiedy u takiego człowieka wystąpi poczucie zagubienia i kłopoty pamięcią.  Lekarz diagnozuje u niego „demencję” i wysyła  do szpitala, a ponieważ  taka  nagła zmiana miejsca, przeniesienie  na nieznany teren, w obcą przestrzeń jest  dla ludzi starszych i chorych  dużym obciążeniem psychologicznym, to dezorientacja, zakłócenia świadomości pogłębią się, co będzie dowodem na to, że diagnoza była słuszna. Z tą diagnozą pacjent powraca  do domu i ciągnie się ona za nim do końca życia, kolejni lekarze jej nie weryfikują, lecz po prostu akceptują  jako daną.

To co mogło być przejściowym zachwianiem funkcji poznawczych staje się chorobą, którą trzeba leczyć podając pacjentowi leki „na demencję”.  Prawdopodobieństwo diagnozy „demencja” („Alzheimer”) wzrasta, jeśli starsze osoby żyją samotnie,
nie dosłyszą, nie rozumieją dobrze lekarza, mają niższe wykształcenie etc. Często zdarza się,  że jako „demencję” diagnozuje się – nierzadkie u starszych ludzi – depresje, które charakteryzuje słabość koncentracji, zwolnione myślenie, luki w pamięci. Dezorientacja, nadmierne podniecenie lub apatia klasyfikuje się  jako „Alzheimera”, podczas gdy może to być skutek odwodnienia organizmu i za małej ilości elektrolitów. Inne przyczyny demencji to przeoczone mikroudary, nadużywanie alkoholu i narkotyków, niedożywienie, złe i słabe odżywianie, fizyczne i duchowe odrętwienie, samotność, brak kontaktu z ludźmi.

Mówiąc o złym odżywianiu, należałoby chyba dodać, że  tłuszcz i cholesterol mają zasadnicze znaczenie dla zdrowia ludzkiego mózgu. Chociaż mózg stanowi 2 % masy ludzkiego ciała, zawiera ok. 25% cholesterolu zgromadzonego w całym organizmie człowieka. Nasuwa się przypuszczenie, że dążenie do obniżenia poziomu cholesterolu  (wspomniany wyżej prof. Beyreuther przez lata bardzo aktywnie promował zażywanie statyny jako leku przeciw „Alzheimerowi”) – także może negatywnie wpływać na sprawność umysłu, co potem zdiagnozowane jest  jako „Alzheimer”.

Istnieje wiele innych chorób i schorzeń, które wywołują takie pozornie klasyczne symptomy „Alzheimera”. Na przykład  podwyższone ciśnienie śródczaszkowe ma z reguły trzy typowe symptomy – zakłócenia w myśleniu i pamiętaniu, niepewny chód, nietrzymanie moczu, co lekarz może potraktować jako symptomy „Alzheimera”, tymczasem kiedy odciągnie się płyn mózgowy, spadnie ciśnienie i znikną objawy. Spośród innych chorób dających symptomy „Alzheimera” wymienić można schorzenia wątroby i nerek, niedoczynność tarczycy, obniżony poziom cukru przy cukrzycy, hipernatremia, hiponatremia, hiperkalcemia, niedoczynność przysadki, choroba Parkinsona, alkoholizm, syndrom Korsakowa, enecefalopatia Wernickego, zapalenie opon mózgowych, zapalenie mózgu, neurosyfilis, ropień mózgu, krwiak podtwardówkowy, zator mózgu, wstrząs mózgu, zapalenie tętnic, układowe zapalenie naczyń itd. Dlatego  lekarze powinni bardzo uważać, aby nie diagnozować pochopnie demencji („Alzheimera”) w sytuacji, gdy wchodzi w grę inna choroba.

Codzienna lekomania

Bardzo istotnym kontekstem dla wzrostu przypadków demencji, która wszak dotyczy funkcjonowania ludzkiego umysłu, jest  gwałtowny wzrost spożycia w populacjach Europy i Ameryki Północnej najrozmaitszych leków i preparatów, z których wiele wpływa negatywnie na funkcjonowanie umysłu.  W Niemczech 1,4  do  1,5 miliona ludzi jest uzależnionych od tabletek, według niektórych 1.9 miliona. Nastąpiła ogromna medykalizacja życia, liczba lekarstw ordynowanych w USA od 1998 roku wzrosła o połowę. Antybiotyki, leki przeciw alergiom, osteoporozie i inkontynencji, preparaty na serce, przeciwko astmie mogą wywoływać symptomy demencjopodobne;  niektóre leki m.in. preparaty kortyzonowe oddziałują dokładnie na te obszary mózgu, (hipokamp, kora przedczołowa), które  według powszechnej opinii naukowej, dotyka „choroba Alzheimera”.

Ze środków „psychoaktywnych” wymienić można, wprowadzone do obiegu już w latach 50. XX wieku, tzw. trójcykliczne antydepresanty, powodujące  umysłowe zaburzenia. Antydeprsanty mogą wywoływać symptomy demencji i typowe zjawiska jej towarzyszące jak agresywność, myśli samobójcze etc. Przepisywanie, zażywanie i sprzedaż  środków psychofarmakologicznych, antydepresantów,  środków uspokajających i przeciwbólowych,  bezustannie rośnie, co nie pozostaje bez wpływu na  funkcjonowanie umysłów. Obecnie  w Niemczech zapisuje się rocznie prawie miliard dziennych dawek antydepresantów, co daje dwukrotny wzrost w ciągu 10 lat.

Stolze podaje, że istnieje ponad 130 lekarstw  mogących wywoływać demencję lub ostry stan dezorientacji, zamęt umysłowy, halucynacje i inne zmiany  świadomości, co prowadzić może do błędnych diagnoz. Szczególnie problematyczne są środki uspokajające, bardzo często aplikowane pensjonariuszom domów starców i domów opieki. Dawno już bowiem zauważono, że niektóre leki wywołują skutki dokładnie odwrotne od zamierzonych – środki uspokajające zamiast uspokajać mogą wywoływać stany dezorientacji, niepokoju, napadów lęku, depresji, środki nasenne – brak snu i podniecenie.

Ludzie starzy stanowią specyficzną grupę pacjentów (i klientów): częściej chorują, i to na kilka chronicznych chorób, stąd rośnie liczb lekarstw regularnie przez nich przyjmowanych;  zdarza się, że przepisywane są przez różnych lekarzy. Do tego dochodzą leki kupowane bez recepty. W rezultacie powstają kombinacje leków, mixy różnych środków, o których często nie wiadomo jak wzajemnie na siebie oddziałują. U ludzi powyżej 65 roku życia mniejsze dawki leków działają tak samo jak dawki przeznaczone dla ludzi młodszych, stąd przy nie zawsze ścisłym przestrzeganiu dawkowania, wzrasta ryzyko wystąpienia skutków ubocznych.

Skutki uboczne jako choroby

Masa najrozmaitszych leków trafia do ludzi starszych poprzez system  domów starców i domów opieki,  od 60 do 70 procent ich mieszkańców zażywa środki psychofarmakologiczne, najczęściej  neuroleptyki.  40% pacjentów z domów starców przyjmuje  leki,  uznawane za potencjalnie niebezpieczne. Niepokój, koszmary, nadmierna ruchliwość, lęki, apatia, drażliwość, nadmierne podniecenie, stany niepokoju, zakłócenia rytmu snu mogą być interpretowane jako postępująca demencja, podczas gdy w rzeczywistości wywołane zostały przez leki. Leki z grupy benzodiazepinów zapisywane jako środki uspokajające i nasenne mogą skutkować pogorszeniem pamięci krótkotrwałej, zaburzeniami funkcji kognitywnych (poznawczych), dezorientacją, przytłumieniem świadomości, nieskoordynowanymi ruchami, trudnościami z wymową czyli objawami… demencji. Innymi słowy środki, które masowo  zapisuje się nawet przeciwko łagodnym formom nieprawidłowego funkcjonowania umysłu, mogą powodować demencję.

Skutki uboczne jednego leku traktuje się jako objawy choroby, dlatego zamiast odstawić lek pierwotny, wprowadza się nowy mający zwalczać ten objaw, będący w rzeczywistości  skutkiem ubocznym; w ten sposób tworzą się receptowe kaskady (kto wie, czy w przyszłości nazwa zdiagnozowanej choroby nie będzie brzmieć „skutek uboczny”). To samo odnosi się do specyficznych leków „na Alzheimera”, aplikowanych ludziom, u których tę „chorobę” zdiagnozowano. Miliony starszych ludzi przyjmuje leki typu memantyna  i inhibitory  cholinesterazy, wywołujące,  jako skutki uboczne, dokładnie te symptomy, które uważa się za charakterystyczne cechy „choroby Alzheimera”. Może być więc tak, że komuś błędnie zdiagnozuje się demencję, zapisze mu leki i po zażywaniu leków wystąpią dokładnie te symptomy, które (rzekomo) należą do obrazu choroby! Jedyny realny skutek przyjmowania leku to „skutki uboczne” czyli „Alzheimer”! Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że starzy ludzie nie zawsze potrafią podać ile i jakie lekarstwa biorą, większość nie mówi lekarzom o skutkach ubocznych, nie wie kiedy dokładnie te skutki wystąpiły. Skąd lekarz ma wiedzieć, czy to choroba czy skutki zażywania, jeśli pacjent nie jest w stanie opisać dolegliwości, nie mówiąc już o dokładnym określeniu, kiedy się pojawiły.

Im bardziej się starzejemy, ostrzega Cornelia Stolze, tym łatwiej wpadamy w diabelski krąg współczesnej medycyny. Następstwem błędnej diagnozy są błędne terapie ze skutkami ubocznymi, które z kolei pociągają za sobą łańcuch  fałszywych diagnoz i dalszych leków. Kto ma pecha,  a nie ma obok siebie kochającej rodziny, bliskich, przyjaciół  lub czujnego lekarza, nie wyjdzie z tego do końca życia.

Przypadek Waltera Jensa

Znany w Niemczech pisarz, filolog, krytyk literacki, przez kilka dziesięcioleci ważna postać niemieckiego życia publicznego prof. Walter Jens (ur. 1923) w wieku 81 lat zapadł na poważną demencję. Jego syn Tilman opisał historię choroby, w książce Demencja. Pożegnanie z moim ojcem. Ponieważ Jens znany był szerokiej publiczności ze swoich wystąpień w mediach i udziału w różnych akcjach społecznych i politycznych,   uczyniono go  prominentnym przykładem „choroby Alzheimera”. Jednak historia jego życia powinna kierować naszą uwagę w zupełnie innym kierunku; Jens od dzieciństwa cierpiał na astmę leczoną coraz większymi dawkami kortyzonu. Jako dorosły miewał często depresje, przechodził kryzysy psychiczne, cierpiał na chorobliwe lęki. Aby te stany przezwyciężyć, zażywał  rozmaite antydepresanty, tabletki uspokajające itp. W wieku 63 lat uzależnił się od leków, przez kilkanaście brał  coraz to nowe środki psychofarmakologiczne, eksperymentował z różnymi preparatami, zażywał bez konsultacji z lekarzem, robił koktajle z leków, wyłudzanych bez recepty od aptekarzy w Tybindze, którzy ufali „panu profesorowi”;  w całym domu miał schowki na tabletki, chował je w szufladach, pomiędzy książkami, w kieszeniach ubrań.

W 2003 okazało się, że Jens, po wojnie postępowy wzorowy antyfaszysta i moralista skłonny do surowego oceniania ludzi za ich polityczne grzechy z przeszłości, był w młodości członkiem Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec kierowanej przez Adolfa Hitlera. Ten epizod ze swojej biografii Jens, pełniący rolę moralnego autorytetu, przemilczał i najprawdopodobniej wyparł z pamięci, jego ujawnienie stało się to dlań traumatycznym przeżyciem i – jak się podejrzewa – spowodowało zwiększenie dawek zażywanych leków. Coraz bardziej tracił orientację, aż w końcu był tak otępiały,  że nie można z nim było nawiązać kontaktu, w końcu trafił go szpitala. Dziś robi się z Jensa celebrytę „choroby Alzheimera”, zamiast szukać przyczyn „zaćmienia umysłu” w wieloletnim zatruwaniu mózgu coraz większymi dawkami najrozmaitszych środków psychofarmakologicznych.

Wielki strach

Panika na tle stałego wzrostu  liczby chorych na demencję (w potocznym i medialnym przekazie utożsamianą z „chorobą Alzheimera”) nie tylko  zaburza racjonalne myślenie u lekarzy, którzy  nie szukają  innych przyczyn demencji, z miejsca diagnozując u starszych ludzi „Alzheimera”, ale  każdemu starzejącemu się człowiekowi każe myśleć, że na pewno stanie się jedną z ofiar „epidemii”. Rozpowszechnia się lęk przed przyszłą diagnozą   i lęk spowodowany szokiem diagnozy. W przerażenie wprawiają ludzi testy wczesnego wykrywania – jak wiemy zupełnie niewiarygodne i co najwyżej błędnie wykrywające „Alzheimera”. Zaczynają swoją odyseję  przez szpitale i praktyki ze strachu przed chorobą, której  tak naprawdę nikt nie potrafi zdiagnozować. Stają się ofiarami przed-sądów, błędnych diagnoz i błędnych terapii.

Strach jest wielkim czynnikiem ryzyka przy sprawności mózgu. Lęk przed diagnozą lub fałszywa diagnoza mogą więc w pewnej mierze wywoływać symptomy „Alzheimera”, Ludzie popadają w depresje,  dręczą ich samobójcze myśli, ba, znane są przypadki samobójstw ludzi, u których zdiagnozowano „Alzheimera”, albo sami ją sobie postawili. Nie  chcieli dłużej żyć wyobrażając sobie, że już niedługo utracą  pamięć, że ogarnie ich duchowa ciemność  i stracą kontrolę nad własnym życiem.

Tworzenie choroby

W wywiadach dziennikarze pytają często Cornelię Stolze, czy nie jest rzeczą obojętną jak nazywa się problem, „Alzheimer”, demencja czy jeszcze inaczej. Stolze odpowiada nieodmiennie, że absolutnie nie, albowiem poprzez zafiksowanie na „Alzheimerze” lekarze nie rozpoznają prawdziwych przyczyn skarg pacjentów; wszystkie symptomy i przyczyny wrzuca się do jednego worka i nakleja nalepkę „Alzheimer”. I to jest kluczowa sprawa  – stworzenie „jednego worka” z nalepką „Alzheimer”, potrzebna jest  „Big Label”, “Big Idea”, gdyż tylko wówczas można się nią posłużyć na masową skalę, tylko wówczas dopasowana jest do wielkich systemów zinstytucjonalizowanej medycyny i nauki, do aparatów politycznych i medialnych, zaspokajając interesy sprzymierzonych z nimi wielkich firm farmaceutycznych; poprzez wykreowanie wielkiej “Sprawy”, wielkiej choroby o jednym źródle, jednej przyczynie uruchamiamy dynamikę polityczną i finansowa, w wyniku  której wokół tej “Sprawy” tworzą się coraz to większe grupy interesów, coraz więcej ludzi, grup, instytucji, ośrodków politycznych, medialnych i finansowych żyje z tej „Sprawy”. Kiedy wielki worek z napisem „Alzheimer” rozwiążemy, wszystkie zjawiska, symptomy, diagnozy, przyczyny, syndromy, etc. rozlecą się na wszystkie strony, wielka „Sprawa” rozpadnie się na setki małych spraw, nie przynoszących wielkich zysków – ani finansowych, ani politycznych, ani prestiżowych.

Nie zapominajmy o pieniądzach!

Skoro „Alzheimer” nie istnieje jako choroba, którą  można zdefiniować i zidentyfikować tak jak definiuje się i identyfikuje  gruźlicę lub raka, to czym  jest?  Jest, według Stolze, wykreowanym konstruktem, służącym do podsycania lęku, zdobywania środków na badania, przyspieszania naukowych karier, uznawania zdrowych za chorych i stworzenia wielkich rynków dla procedur diagnostycznych i leków.

Cornelia Stolze tłumaczy w swojej książce dlaczego do tej pory – choć stale ogłasza się „przełomy w badaniach nad „Alzheimerem”, reklamuje „nowe strategie terapeutyczne” i „rewelacyjne leki” – nikt nie potrafił postawić precyzyjnej diagnozy, dlaczego  testy są niewiarygodne a  terapie nieskuteczne, i dowodzi, że  naukowcy, lekarze, chorzy i ich krewni, politycy, administratorzy chorób  i działacze organizacji typu Alzheimers’s Disease International (ADI)  gonią za fantomem, którego  nigdy, rzecz prosta, dogonić nie zdołają. Jednak owa pogoń za fantomem przynosi całkiem nie fantomatyczne, ale raczej fantastyczne korzyści. Tygodnik „Wirtschaftswoche” podaje za różnymi źródłami, że  lekarstwa „na Alzheimera” sprzedano na świecie w 2000 roku za 0,7, miliarda dolarów, w  2010 już za 8,3 miliarda; prognozuje się, że  w 2015  będzie to ponad 19 miliardów dolarów. Oczywiście spotkamy tu samych starych znajomych jak  Pfizer, Merz, Novartis, Eli Lilly, Eisai,  które mają to co najbardziej lubią –  wielką chorobę z jedną wielką przyczyną, którą zwalczyć można bijąc w nią salwami z leków – magicznymi substancjami o  tajemniczo brzmiących nazwach aricept, axura,  memantyna,  namenda,  ebixa, donepezil, galantamina, riwastygmina itp..

Warto tu zwrócić uwagę na to, że  ludzie starzy, są z wielu względów idealną i coraz liczniejszą grupą klientów; coraz liczniejszą także z tego powodu, że mają coraz wcześniej, wręcz prewencyjnie,  zacząć zażywać leki „na Alzheimera”, twierdzi się bowiem, że im wcześniej zacznie się je brać (kupować), tym lepiej  (także dla  producentów).  Idzie więc o to, aby u jak największej liczby  ludzi  maksymalnie  wydłużyć okres przyjmowania leków. Najlepiej byłoby, gdyby zaczęli mając ok. 50 lat i  zażywali je aż do śmierci. Dysponują swoimi zasobami wydawanymi na leki, są na utrzymaniu rodzin, które kupują dla nich leki, a ponadto wielka ich rzesza włączona jest w system domów starców i ośrodków opieki społecznej itd., wchłaniający  ogromne ilości leków. Wszystko to widzieć należy oczywiście w szerszym kontekście funkcjonowania systemu zinstytucjonalizowanej medycyny, państwowej służby zdrowia, kas chorych, komisji lekarskich, systemu refundacji leków, czyli funkcjonowania wszystkich kanałów pozarynkowego rozprowadzania leków produkowanych przez prywatne firmy. Ludzi starsi są idealnymi klientami, ponieważ są bardziej zależni od innych, bardziej  bezbronni wobec świata, wobec nacisków, perswazji, reklamy.

Z książki Cornelii Stolze wynika, że największe pieniądze zarabia się na wykreowanej chorobie, której rozwoju nie powstrzymuje się, ponieważ albo ma ona inne przyczyny, albo wiąże się z nieodwracalnymi procesami zachodzącymi w ludzkim organizmie. Wówczas nikt nie jest w stanie udowodnić, czy terapia jest skuteczna, czy też nie. A skoro nie można to  – jak stwierdziło pewne grono niemieckich ekspertów cytowane przez autorkę  –  nie można również podjąć uzasadnionej decyzji o odstawieniu leku na podstawie  jego nieskuteczności. W związku z tym zalecenie ekspertów brzmi, aby stale, nieprzerwanie podawać lek, którego nieskuteczności nie da się w 100% udowodnić. Genialnie proste!

Cornelia Stolze  szczegółowo omawia typy leków i ich producentów, instytucje nadzoru które je dopuszczają,  bez owijania w bawełnę, po nazwisku, pokazuje jak ścisłe są w Niemczech związki różnych ekspertów,  naukowców  i lekarzy  biorących  udział w wypracowywaniu medycznych standardów i zaleceń rozpoznawania i leczenia chorób,  z firmami farmaceutycznymi.  Są oni udziałowcami boomu na leki przeciwko „Alzheimerowi”.

W Niemczech w 2000 roku liczba przepisanych dawek dziennych inhibitorów cholinesteraz wyniosła 6 milionów, dziewięć lat później 47 milionów, czyli nastąpił wzrost o ponad 780 procent w ciągu mniej niż dziesięciu lat. Wspomniany wyżej koryfeusz badań nad „Alzheimerem” prof. Konrad Beyreuther brał pieniądze na badania i honoraria za doradztwo od producentów leków, opracował testy rozprowadzane za pośrednictwem firmy Abeta, w której miał udziały (dzisiaj należy do Mercka). Od wielu lat na swoich kongresach badacze rozpowszechniają slogany reklamowe koncernów farmaceutycznych.  Stolze pisze, że wielu ludzi żyje z wrzawy robionej wokół „Alzheimera”. Wszystko to w dużej mierze inscenizowany spektakl, którego reżyserzy, scenarzyści i aktorzy nie poświęcają specjalnej uwagi prawdziwym przyczynom starczej demencji.

Ponieważ brak kryteriów pozwalających stwierdzić, czy terapia się powiodła, czy nie, pacjenci otrzymują drogie i bezużyteczne lekarstwa, które nie pomagają im, ale ich producentom, leki, których skuteczności nie można nijak zmierzyć. Stolze cytuje wypowiedź Petera Sawickiego przewodniczącego kolońskiego Instytutu na rzecz Jakości i Racjonalnego Gospodarowania w Opiece Zdrowotnej (Institut für Qualität und Wirtschaftlichkeit im Gesundheitswesen)  z 2006 roku temat inhibitorów:  „To niedorzeczność, od dziesięciu lat leczymy pacjentów lekami, które mają poważne skutki uboczne, nie wiedząc naprawdę, czy się do czegoś nadają.” Taki jest ostateczny wniosek, jaki możemy wyciągnąć po lekturze książki Cornelii Stolze:  fałszywa teoria rodzi fałszywą diagnozę, fałszywa diagnoza rodzi fałszywą  terapię, fałszywa terapia nie pomaga, lecz szkodzi. Fałszywa teoria nigdy nie jest niewinna, zawsze przynosi niepotrzebne cierpienia wielu, wielu ludziom.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułO lekach, które mogły być gorsze od choroby
Następny artykułWażne książki o zdrowiu i odżywianiu
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

31 KOMENTARZE

  1. Gdzieś czytałem że symptomy demencji jakie przypisuje się Alzheimerowi to efekt niedotleniania mózgu.
    Polega to na tym że zwęża się tętnica/czy jakaś ich grupa, która dla danego obszaru mózgu doprowadza krew. Wskutek tego mamy określone objawy niesprawności działania mózgu.

    Ponoć byłby/są wstawiane stenty po uprzedniej tomografii mózgu.
    Oczywiście z racji bytu wielkiego biznesu farmaceutycznego jest to gdzieś tam pod dywan zamieciono tj. takie zabiegi tylko na życzenie, przez stosunków małą liczbę specjalistów.
    Może warto to jeszcze zweryfikować i uzupełnić ew. artykuł.

    • Tu możesz trochę o tym poczytać.

      http://www.coconutketones.com

      Olej kokosowy bardzo wspomaga wytwarzanie ketonów, podaję go mojemu synowi ponieważ jest chory na epilepsję lekkoodporną.
      Od trzech miesięcy nie ma ataków tzn od momentu wprowadzenia diety bezglutenowej następnie wysoko-tłuszczowej a obecnie ketegennej pod nadzorem lekarza . W niedługim czasie będziemy zmniejszać ilość lekarstw i jeśli się uda będzie na samej diecie.

      Jest kilka diet stosowany obecnie w leczeniu epilepsji, choć klasyczna ketogenna jest najlepiej przebadana klinicznie i najszerzej stosowana.

      Inne diety to
      MAD modyfikowana dieta Atkinsa
      MCT Keto Diet (opiera się na suplementacji średnio łańcuchowymi kwasami tłuszczowymi w tej diecie stosuje się oleje MTC a te często wytwarza się właśnie z oleju kokosowego lub palmowego)
      Niski indeks glikemiczny,

      Tu można znaleźć porównanie diet

      http://site.matthewsfriends.org/uploads/pdf/ComparisonTreatments.pdf

      Kupiłem urządzenie do badania ilości ketonów w krwi aby kontrolować ketozę. Przy suplementacji olejem kokosowym (bio nie rafinowany), ilość ketonów wzrasta.
      Co pozwala obniżyć stosunek B i W do T w diecie, co czynią ją bardziej znośną.

      Napisałem trochę nie na temat ale coś jest w tłuszczu co działa na ludzki mózg tak, że dieta ketogenna jest nazywana, tłustym cudem.

      http://www.coconutketones.com to nie jedyny przypadek poprawy przy Alzheimerze.

      Ketony działają, nikt nie wie dokładnie jak, ale działają. Przy pewnym mierzalnym poziomie ketozy, który może zabezpieczać przed atakami, lekarz podejmuje decyzję o odstawieniu leków.

      Ketoza to ciekawy stan umysłu, wiem bo zanim zacząłem tak żywić syna to sobie zafundowałem, zaczyna się lekką euforią, ogólnie byłem jakoś spokojniejszy mimo bardzo stresującej sytuacji.

      PS
      Nie chce mi się opisywać patologi polskich szpitali, ale jeśli tak leczą Alzheimera jak padaczkę to ta Pani ma masę racji w tym co napisała.
      Nie zaproponowano mi diety ketogennej jako najlepszej alternatywy dla farmakologi, choć w Polsce są już szpitale ją stosujące. Zwłaszcza, że epilepsja którą ma moje dziecko kwalifikuje się świetnie do diety, w USA twierdzą że to najlepsze lekarstwo.
      Zamiast tego 5 latek dostaje 3 mocne lekki, powodujące spore skutki uboczne.
      Ok, leki zatrzymały napady ale nie powinny być stosowane długotrwale zwłaszcza jeden z nich wpływający na funkcje poznawcze i uzależniający.
      Jest sukces nie ważne jakim kosztem, takim że moje dziecko nie rozwija się jak powinno, ok rozumiem gdyby nie było wyjścia ale jest i to jedne z najlepszych w tej chorobie.
      Ale takie na jakim prawie oprócz pacjenta nie zyskuje nikt, ewentualnie producenci tłuszczy i śmietany 30%.
      Taki pacjent jak mój syn to idealna maszynka do trzepania kasy, państwo dopłaca do leków przez wiele lat, być może przez całe życie.
      Więc to, że lekarze przepisują lekki a nie leczą to już wiem na własnej skórze.

      Oczywiści nie każdy chory na epilepsje kwalifikuje się do diety ketogennej. Ale potężna grupa ludzi mogła by się leczyć bez skutków ubocznych a tak faszerują się lekami o nieciekawych skutkach ubocznych. Jednak nikt ich o tej alternatywie nie informuje rzetelnie i jak się sam nie dowiesz, to nie będziesz wiedział. Przykre i smutne jest to. że kasa do tego stopnia opanowała naszą rzeczywistość i tak mocno wdarła się nawet w takie dzieciny naszego życia jak zdrowie.

      W USA i wielu krajach obecnie diety wysoko tłuszczowe są szeroko stosowana w przypadku epilepsji, ponieważ wykazują się niezwykłą skutecznością i oferują dużo niższe skutki uboczne niż leki nawet tych nowych generacji (zresztą bardzo drogie). Coraz częściej z powodzeniem stosuje się dietę także w przypadku innych chorób właśnie Alzheimera, raka.

      Ludzkie ciało jest bardzo skomplikowane, te urządzenia które kupiłem dla dziecka mierzy także cały profil lipidowy jedno ukłucie i 5 parametrów. Więc „pobadałem” sobie cholesterol przez kilka dni miałem od 280 do 200 (HDL zawsze wysoko) i teraz w zależności z którym wynikiem poszedłbym do lekarza ten zacząłby mnie leczyć lub zalecił ostrożność w diecie :).
      A ja te 200 miałem jak tłuszcz jadłem kilogramami:) i tak by mi nie uwierzył.

        • Witam!
          Nie wiem co oznacza Twoja uwaga? „Stąd jest istotne żeby T w menu nie było za mało.”
          Dieta Kwaśniewskiego nie jest dieta stricte ketogenną, przy tym poziomie tłuszczu ilość ketonów na moll nie jest jeszcze wystarczająca duża aby działać przeciwdrgawkowo. Dieta ketogenna rozumiana przez większość ludzi to inny kaliber jak dieta ketogenna stosowana przy leczeniu epilepsji. W pierwszym wypadku mam do czynienia z dieta niskowęglowodanową a w drugim w precyzyjnie dozowanym lekarstwie.
          W programie do kreowania menu w diecie ketogennej inaczej oblicza się proporcję białek i węglowodanów do tłuszczy.
          Dieta Kwaś przyjmuje B 1 T 3 W 0,7 gdyby przeliczyć to na dietę ketogeniczną to nawet nie wyskoczy podstawowy stosunek czyli 2 do 1, wyjdzie 1,76.
          Dieta ketogena zaczyna się B 1 T 6 W 1,6 i to jest najniższy stosunek B i W do T.
          Może być 4 do 1 tzn B 1 T 6 W 0,5 bardziej po ludzku śniadanie dla dziecka ser mascarpone 65 gr i 8 gr banana.
          Przy diecie ketogennej kontroluje się wiele parametrów organizmu, bo stwarza ona wiele zagrożeń. Np brak wzrostu, kruchość kości, zakwaszenie.
          Więc dieta ketogenna ma 6 do 1 a nie 3 do 1 jeśli chodzi o tłuszcze do białek. Mój syn ma obecnie stosunek 2 do 1 i już jest ciężko a co dopiero 3 do 1 lub 4 (to praktycznie prawie samo masło)
          Organizm podany takiej diecie zachowuje się całkiem inaczej, jest w stanie permanentnej ketozy i nie może być z niej wybity. Jeden mały cukierek może doprowadzić do potężnego ataku. Dieta ta ma jeden cel przestawić mózg na odżywianie ciałami ketonowymi, bo te lub coś innego powoduje wyciszenie ataków nawet w bardzo ciężkich epilepsjach. Ale nie ma nic w spólnego z zdrowym odżywianiem.
          Taka dieta to ciężka sprawa dla organizmu od strony fizycznej jak i psychicznej, zwłaszcza dla dziecka. Ciężko tak skomponować posiłki, aby zawierały odpowiedni stosunek więc na ogół dziecko musi pić olej lub oliwę.
          Kwestia odżywiania wysoko-tłuszczowego nie jest taka prosta, wielu badaczy twierdzi, że od tłuszczu nie można przytyć. Można, można sam jestem przykładem , zbyt dużo tłuszczu nawet z niską podażą węglowodanów też podnosi wagę. Na diecie ketogennej dzieci też tyją więc trzeba im obcinać ilość kalorie. To są fakty i przeczą idei, że tylko węglowodany tuczą.
          Dieta Kwaśniewskiego nie jest wcale optymalna z punktu widzenia odżywiania człowieka, tak naprawdę nigdy nie udowodniono jej skuteczności. Działa trochę na jak mit wśród jej zwolenników a tak naprawdę nie wiadomo jakie niesie długofalowe konsekwencje. Nie udowodniono także nigdy ,że mieszanie paliw tak zabranianie przez Kwaśniewskiego ma jakieś negatywne konsekwencje. Pewne jej zdrowotne właściwości, które ludzie odczuwają nie koniecznie muszą być związane z tłuszcze ale z wyeliminowaniem śmieci z jedzenia pszenicy, wysoko-przetworzonych węglowodanów. Tak naprawdę ta dieta jest słabo poznana i traktowanie jej jako panaceum na wszystkie dolegliwości jest przesadą.

          Wiele osób może jeść węglowodany i żyje w dobrym zdrowiu, oczywiście nie cukier ale ziemniak i inne bulwy a nawet część zbóż. Ludzie wbrew pozorom mają dobrą tolerancję dla skrobi (trochę się to kłóci z paleo ale cóż:)), jest dla nas wartościowym źródłem kalorii. W Afryce pierwsi Homo Sapiens wbrew pozorom żywili się w sporej części roślinami bulwiastymi , które piekli już nawet wcześniejsi nasi protoplaści. Ziemniaki mają wysoką zawartości skrobi, mają mało substancji antyżywieniowych, są sycące. Nie są tuczące, zainteresowanych odsyłam do http://20potatoesaday.com ciekawy eksperyment udowadniający, że żywiąc się samami ziemiankami można sporo schudnąć.

          Nie jestem przeciwnikiem tłuszczy, jestem zadeklarowany mięsożercą i lubię tłuszcze nasycone stanowią w mojej diecie jakieś 50 % kalorii, ale nie unikam węglowodanów, typu ziemniaki, kalarepa, czasami kasza gryczana, trochę owoców w sumie taka dieta mi najbardziej opowiada. Myślę że człowiek żywiąc się sposób rozsądny tzn nie przejadający się, nie jedzący śmieci i przetworzonej żywności, omijający z daleka węglowodany rafinowane, będzie żył w zdrowiu lub nie bo to różnie bywa.
          Ile będzie w diecie węglowodanów, tłuszczy lub białka nie ma do końca znaczenia. Gdyby to były jakieś fundamentalne zasady ludzkiego odżywiania dawno temu zniknęlibyśmy z tej planety. Organizm potrafi się dostosować.
          Naszym atutem jest właśnie potężna możliwości adaptacji do różnego rodzaju żywności, możemy być 100 % mięsożercami lub 100% roślinożercami (choć to nie moja bajka). W zdecydowanej większości odżywiamy się w sposób mieszany i zróżnicowanym poziomie tłuszczy, węglowodanów i białek. Różne środowiska różny typ jedzenia.
          Tak naprawdę ludzie żyjący najdłużej wcale nie odżywiają się jakoś bardzo wysoktłuszczowo, ale od tłuszczy także nie stronią, przykładem są mieszkańcy Okinawy, którzy w diecie mają sporo wieprzowiny i batatów. Innym przykładem są mieszkańcy Sardynii jedząc inaczej niż Okinawczycy a żyją najdłużej w Europie. Nie koniecznie same odżywianie jest kluczem do zdrowia, pewnie środowisko, brak stresu, spokojne życie to także kluczowe elementy.

          Ale to temat na inny wątek, bo temat jest szeroki, ciekawy, wcale nie prosty i oczywisty ale dość zagmatwany a co książka to autor próbuje stworzyć monopol na wiedzę.

  2. ” zmarszczek na twarzy czy siwizny też nie uznaje się (na razie?) za choroby”
    No jak to nie? A chirurgia plastyczna czy medycyna estetyczna?
    Jeden lekarz ratuje życie przeszczepiając np. serce, inny zaś tnie by włożyć silikony. I to lekarz, i to lekarz.

  3. Witajcie Mateuszu/Tomaszu/redakcjo ND – ja z takim pytaniem – vczy ksiazki, ktore tutaj przytaczasz sa/beda/byly publikowane/wydawane w Polsce? Czy masz moze jakies wiadomosci na ten temat? Z tego co sie orientuje, to Taubes mial wyjsc?

    • Jak dotąd to z polskimi wydaniami słabo .Nowy Taubes miał wyjść i chyba dalej ma się ukazać, ale nie mam informacji, kiedy dokładnie to się stanie. Póki co, sprowadzamy, czytamy i omawiamy oryginały. Pozdrowienia!

  4. Czytałem kiedyś, że jednym z objawów „Alzheimera” jest brak umiejętności narysowania tarczy zegara. Wiesz coś może o tym? Czy może to po prostu objaw jakichś innych zaburzeń? Tak by zresztą wynikało z całości artykułu.
    Pozdrawiam

      • Dla orientacyjnej głębokości zaburzeń chorego w obszarach;ORIENTACJA W CZASIE I MIEJSCU, ZAPAMIĘTYWANIE, UWAGA, LICZENIE,PRZYPOMINANIE, FUNKCJE JĘZYKOWE, WYKONYWANIE POLECEŃ, PISANIE, PRAKSJA (zdolność wykonywanie ruchów) poddaję się chorego testom, rysowanie zegara jest jednym z zadań testowych.

  5. Czytałem ostatnio książkę, w której J. Vetulani zachwycał się sprawnością umysłową pewnego wiekowego profesora. Rozmowa z nim toczyła się na najwyższym poziomie ale w pewnym momencie podczas niej okazało się, że ów profesor nie umie tej tarczy narysować, co zdaniem rozmówcy i Vetulaniego było oznaką choroby Alzheimera.
    Na pewno więc jest to oznaka jakichś zaburzeń psychicznych. Dotąd myślałem, że Alzheimera. Ale po lekturze Twojego artykułu rozumiem, że „Alzheimer” to tak naprawdę wiele różnych chorób wsypywanych do jednego worka. Stąd moje pytanie, o czym może świadczyć cała ta tarcza zegara.
    Pozdrawiam

  6. Test zegara z grubsza sprawdza takie funkcje poznawcze jak uwaga, planowanie wzrokowo-przestrzenne i myślenie abstrakcyjne. Nie jest to test do diagnozy ch. Alzheimera a jeden z testów przesiewowych do badania otępienia w ogóle. Samą diagnozę Alzheimera stawia się na podstawie wywiadu dotyczącego historii choroby i objawów ( choć 100% pewności daje tylko badanie histopatologiczne).
    A co do wywiadu i dwóch profesorów to był to być może jakiś skrót myślowy, bo nie diagnoza.

    • Z tym że jak pokazuje Stolze, stuprocentowej diagnozy w wypadku Azlheimera nie da się postawić, bo to hybryda, sztuczny konstrukt, „worek objawów” (często wywołanych lekami), a nie jakaś obiektywna choroba. Inaczej mówiąc, można ją dzięki temu dowolnie diagnozować i potem „leczyć i leczyć, i leczyć… „

      • Jedyna 100% diagnoza choroby Alzheimera to badanie mózgu po śmierci. O ile można się zgodzić, że to hybryda to na pewno nie sztuczna. Objawy u chorych na różnych etapach pokrywają się w około 90 %. Nie ma najmniejszych podstaw naukowych aby stwierdzić, że choroba Alzheimera wywoływana jest lekami. I na koniec najważniejsze choroby Alzheimera w chwili obecnej się nie leczy bo nie wynaleziono dotychczas leków. Stosowane obecnie leki podawane chorym mają zadanie „usprawnić” funkcjonowanie chorego i tylko spowolnić rozwój choroby. Dotychczas nie zdołano powstrzymać rozwoju choroby, choć dzięki lekom rozwija się ona w różnym czasie u poszczególnych chorych. Drogi Mateuszu i Gosiu c h o r o b a A l z h e i m e r a n i e j e s t c h o r o b ą p s y c h i c z n ą !!! choć pośród objawów występują zaburzenia psychiczne.
        Zadziwia mnie ten pseudo-naukowy bełkot. Choroba alzheimera to w bardzo dużym skrócie obumieranie mózgu i w rezultacie tego konsekwencje. Jestem opiekunem chorego, spotykam się z innymi opiekunami i chorymi. Biorę udział w spotkaniach z lekarzami, terapeutami oraz dużo czytam na ten temat. Niestety wasza dyskusja mnie powala na kolana. Aby o czymś debatować trzeba się na tym znać – no chyba że to nie debata ale zwykły magiel.

    • Test (ang. Clock Drawing Test, CDT) nie sprawdza funkcji poznawczch ani myślenia abstrakcyjnego tylko służy do oceny funkcji wzrokowo-przestrzennych zależnych od płata czołowego i kory skroniowo-ciemieniowe. Oceniany jest w V poziomowej skali

  7. Moje zdanie jest takie że ” workiem objawów” można nazwać większość, jeśli nie wszystkie choroby w których obrazie klinicznym dominują zaburzenia z tzw. „sfery mentalnej”. Idąc dalej- to co nazywamy chorobą ( tą i wiele innych) nie jest niczym innym jak konceptualizacją jakiejś grupy obserwowalnych zjawisk. Coś takiego jak Alzheimer, schizofrenia i depresja nie istnieje obiektywnie, a jest wypracowanym kulturowo konstruktem. Stąd tyle pomyłek w diagnozie i nadziei na znalezienie mocnych biologicznych substratów wszelakich chorób.
    Więc- odpowiadając na komentarz, nie ma 100-procentowych diagnoz w obszarze chorób gdzie z grubsza „diagnozujemy psychikę”, a to że niestety lekarze często o tym zapominają to inna historia.

    • Niestety tam, gdzie „z grubsza diagnozujemy psychikę”, dochodzi do największych nadużyć i choroby są najczęściej kreowane tylko po to, żeby móc je leczyć farmakologicznie, co zauważa coraz więcej badaczy i obserwatorów. Na przykład najwięcej nadużyć jest w biopsychiatrii i tam właśnie najbardziej postępuję medykalizacja naturalnych stanów emocjonalnych (smutek, wrażliwość,ruchliwość np. u dzieci). A jest to możliwe tylko dlatego, że nie ma obiektywnych kryteriów dotyczących tzw. chorób opsychicznych, nie ma obiektywnych badań i parametrów (np biologicznych) które można wykryć (inaczej niż w innych dziedzinach medycyny). Tam gdzie zajmujemy się stanem psychicznym skład tego „worka objawów” jest najbardziej umowny. I nie mam pewności że tworzenie sztucznych chorób to normalna i dobra sytuacja.

  8. Badań na temat biologicznych korelatów różnych chorób psychicznych są niezliczone ilości ( wystarczy zajrzeć do odpowiednich baz ) .
    Fakt że pojęcia z zakresu chorób psychicznych ( i nie tylko) są tworzone w szeroko pojętym procesie kulturowym nie jest absolutnie niczym sztucznym ( tak rozwija się medycyna, psychiatria i każda inna nauka ! ). Z faktu że taka choroba to zespół objawów które często nakładają się na siebie wynika to, że w praktyce klinicznej często trudno stwierdzić gdzie kończy się np. depresja z epizodem psychotycznym a zaczyna schizofrenia. I niestety jest to związane z tym że nie ma ekspresowo działających markerów biologicznych na każdą chorobę psychiczną. Niemniej jednak cierpienie człowieka jest jak najbardziej autentyczne.
    Zjawisko o którym piszesz to zupełnie inna sprawa, i faktycznie wydaje się że zatacza coraz szersze kręgi, zwłaszcza w grupie osób które nie potrafią się skutecznie bronić czyli właśnie dzieci czy starszych osób. Ale trudno tu mówić tylko o winie lekarzy.

    • Nie rozumiemy się. Problem nie w tym, gdzie zaczynają się a gdzie kończą poszczególne schorzenia, czy inaczej, jak je od siebie odróżnić, ale czy one w rzeczywistości istnieją. To jest fundamentalne pytanie.

      A to że „badań na temat biologicznych korelatów różnych chorób psychicznych są niezliczone ilości” to jasne. Sporo tego naprodukowano i cały czas się produkuje. Pytanie dotyczy tego, na ile badania spełniają kryteria metody naukowej, a na ile to zwykła pseudonauka dostarczająca uzasadnienia dla medykalizacji kolejnych sfer ludzkiego życia.

      Cierpienie ludzkie to niezaprzeczalny fakt. Ale jeśli chodzi o psychiatrię, to jest coraz więcej danych pokazujących, że jeszcze większe cierpienie zaczyna się w chwili postawienia tzw. diagnozy lekarskiej i nasila się wraz z leczeniem farmakologicznym, które nie tylko pogarsza stan pacjenta, ale również uzależnia go od różnych terapii na całe życie. Nie każde cierpienie jest chorobą, a już na pewno nie wymagającą farmaceutyków. Choć tego właśnie chce kartel psychofarmakologiczny.

  9. Problem o którym mówisz rzeczywiście istnieje, i pod tym względem całkowicie się zgadzam.To oczywiste że koncernom zależy na tym ab sprzedawać jak najwięcej. Czasem oczywiście leki są niezbędne żeby móc prowadzić psychoterapię często jednak farmakoterapia to droga na skróty ( usuwa się objawy ale nie dotyka się przyczyn problemu) bo problemy leżą w środowisku i nierozwiązanych kryzysach pacjenta. Umiejętne prowadzenie terapii ( bez szkody dla osoby i bez zbędnego przedłużenia) wymaga naprawdę dużej wrażliwości lekarza i wysiłku klienta- no a tego często brakuje. Diagnoza oczywiście powoduje stygmatyzację i inne społeczne konsekwencje ale jest niezbędna do usankcjonowania prawnego sytuacji chorego ( w sytuacjach orzecznictwa itp.). Sposób jej podania znowu leży w kwestii lekarza i to od niego zależy czy skupi się na jednostce chorobowej czy na osobie z którą ma do czynienia.

    • Pełna zgoda. Diagnozy, normy, procedury są potrzebne głównie dla celów biurokratycznych. Ułatwiają, a nawet są warunkiem niezbędnym dla działania biurokracji medyczno-państwowej która musi mieć określone kryteria jako podstawę do planowania i realizowania budżetu, do sporządzania statystyk, do rozwiązywania kwestii prawnych itp. To zrozumiałe, tylko to nie ma żadnego związku z chorym i jego dobrem. I to też trzeba sobie powiedzieć.

  10. Polecam – http://dr-kwasniewski.pl/?id=2&news=715 :

    „ENERGIA dla mózgu i serca.

    Dietę Optymalną stosuję 6 miesięcy. Proszę mi wytłumaczyć czy stosując tę dietę mogę liczyć na to, że serce będzie zdrowe. Przecież spożywając tłuszcze nasycone o długich łańcuchach, które są pana zdaniem najlepszym „paliwem” dla serca, mogę jednocześnie, według innych lekarzy, zaszkodzić mojemu sercu. Jakimi prądami można leczyć arytmię serca i palpitacje? Jak postępować przy zaparciach?
    R.N.

    Odpowiedź:
    Niestety, niedokładnie czytał pan to co napisałem. Otóż tłuszcze, a ściślej wolne kwasy tłuszczowe o najdłuższych łańcuchach, maksymalnie uwodornione, są najlepszym „paliwem” dla serca, dostarczanym w istotnych ilościach w pożywieniu, ale nie są najlepszym źródłem energii. Gdy serce otrzymuje od organizmu lepsze źródła energii, wytwarzane głównie przez wątrobę, również dostarczane w pokarmie, czy nawet w zastrzykach, to znacznie ogranicza ono spalanie wolnych kwasów tłuszczowych.

    Kierowca samochodu z napędem elektrycznym i spalinowym, stara się, aby silnik jego samochodu był poruszany tylko przez energię elektryczną, wytwarzaną np. ze słońca przez ogniwa fotoelektryczne. Gdy nie może jechać na tym silniku, bo zapas energii elektrycznej zmagazynowany w akumulatorach się wyczerpał, musi, powtarzam MUSI, włączyć silnik zasilany przez węglowodory (benzyna, ropa, gaz, olej rzepakowy) lub węgiel (węgiel kamienny, drewno). Im bardziej kaloryczne będzie stosował paliwo, tym mniej będzie go zużywał, silnik będzie sprawniejszy, więcej paliwa zamieni na energię, a mniej na ciepło. Z węglowodorów najwięcej kalorii zawiera metan. Jego wzór chemiczny to CH4. Czyli w metanie na 1 atom węgla przypadają aż 4 atomy wodoru. W kwasach tłuszczowych nasyconych o najdłuższych łańcuchach na 1 atom węgla przypadają 2 atomy wodoru. W nienasyconych wodoru jest tym mniej im są one bardziej nienasycone. W aminokwasie – cholinie, jak również w ciałach ketonowych przypada więcej wodoru na 1 atom węgla, niż w kwasach tłuszczowych.

    1 gramoatom węgla waży 12 g. 1 gramoatom wodoru waży nieco ponad 1 g. Gramocząsteczka metanu waży zatem 16 gram.
    1 g węgla, po spaleniu z 2,7 tlenu daje 7,87 kcal.
    1 g wodoru spalony z 8 g tlenu daje 34,3 kcal.
    Zatem 12 g węgla spalone z 32,4 g tlenu daje 94 kcal, głównie ciepła.

    A 4 gramy wodoru spalone z 32 g tlenu daje 137 kcal, głównie energii „elektrycznej”.

    Łącznie jedna gramocząsteczka metanu waży 16 g i po spaleniu daje 231 kcal.

    A 1 g metanu daje po spaleniu 14,44 kcal.

    1 g benzyny i 1 g kwasu tłuszczowego o najdłuższym łańcuchu, maksymalnie uwodornionego, zawiera ok. 11 kcal. Glukoza – 3,73 kcal.

    Wodór spala się na wodę destylowaną, która w przyrodzie nie daje przecież żadnych odpadów, czy zanieczyszczeń, w organizmie ludzkim również nie daje „śmieci”. Trzeba starać się tak odżywiać, aby możliwie dużo energii uzyskiwać z wodoru, a możliwie mało z węgla.

    Węgiel i w technice i w organizmach spala się na dwutlenek węgla (lub trujący silnie tlenek węgla – w technice), a ten jest zanieczyszczeniem w środowisku i w organizmie.

    Gdy serce dostaje za mało energii „elektrycznej” (związki fosforowe – głównie ATP przenoszone z wątroby przez krwinki czerwone), to musi spalać więcej kwasów tłuszczowych.

    Serce otrzymuje tyle energii elektrycznej, ile organizm może jej wytworzyć i ile może dla serca przeznaczyć.

    Może jej wytworzyć tym więcej, im więcej energii uzyska ze spalania wodoru, a mniej ze spalania węgla.

    Gdy organizm nie może dostarczyć tyle energii elektrycznej dla serca, aby jej wystarczyło, wytwarza „paliwo zastępcze”, którym są ciała ketonowe, spalane tylko przez serce i mózg. Tak bywa w głodówce, cukrzycy, na diecie bogatotłuszczowej, gdy ilość spożywanych węglowodanów jest zbyt mała.

    Serce i mózg starają się tych ciał ketonowych spalać możliwie mało, wątroba, nie mogąc dostarczyć dla mózgu i serca tyle energii „elektrycznej” ile te narządy potrzebują, zwiększa wytwarzanie ciał ketonowych starając się zmusić serce i mózg do szerszego ich spalania.

    Wątroba dużo łatwiej może wytwarzać ciała ketonowe, niż energię elektryczną. Zatem przez nierozważne odżywianie, używki, leki, inne czynniki obciążające wątrobę nadmierną pracą (z których głównym jest zbyt duża zawartość białka w diecie, szczególnie wtedy, gdy wartość biologiczna białka jest niska) wątroba proporcjonalnie mniej wytwarza energii elektrycznej, a więcej ciał ketonowych.

    Głównym źródłem energii dla mózgu i serca muszą być związki wysoko energetyczne (fosforowe) jeśli chcemy, aby serce było maksymalnie sprawne i zdrowe, a mózg działał prawidłowo i tak jest rzeczywiście przy prawidłowo stosowanym Żywieniu Optymalnym.
    Gdy w wyniku niewłaściwego odżywiania (szczególnie dieta jarska) brakuje związków fosforowych dla mózgu, człowiek jest durniem, niezależnie od wykształcenia i stanowiska.

    W badaniach na zwierzętach wykonanych po kierunkiem prof. Stanisława Bergera już w 1975 roku stwierdzono, że najkorzystniejszy rozwój zwierząt, najwyższy ciężar mózgu, najwyższy poziom związków fosforowych aktywnych, największą sprawność mózgów (zdolność uczenia) występowały u zwierząt żywionych dietą optymalną. Już te badania wykazały, że przez odżywianie można uzyskać najkorzystniejszy rozwój zwierząt, największy ciężar mózgów, największy poziom związków fosforowych aktywnych, zdolność uczenia lepszą o 40%.

    Po zapoznaniu się z raportem o przeprowadzonych badaniach, mój wówczas 15-letni syn, żywiony optymalnie od 8 lat, zapytał: „Tatko, czy oni za tym dalej nie poszli?”

    Odpowiedziałem, że nie poszli, bo pójść nie mogli, bo ich mózgi były zasilane przez „glukozę” jak wówczas nauka twierdziła i jak nadal twierdzić musi.

    Związki fosforowe aktywne, których jest kilkanaście i z których najważniejszym jest ATP, mogą ( i powinny) być dostarczane także w pokarmie. Występują one w szpiku, mózgu, wątrobie, nerkach, krwinkach czerwonych, sercach, mięsie i żółtkach! ATP było stosowane w lecznictwie w postaci zastrzyków i w wielu chorobach uzyskiwano poprawę po ich stosowaniu, także w pediatrii.

    Aminokwas cholina, zawierający 3 grupy CH3, zwany dawniej czynnikiem przeciw stłuszczeniu wątroby też jest doskonałym paliwem, lepszym od wolnych kwasów tłuszczowych i występuje w najwyższym stężeniu dokładnie w tych produktach, w których jest najwięcej ATP i innych związków fosforowych aktywnych.

    Gdy człowiek żywi się tak źle, że jego serce musi spalać zbyt dużo wolnych kwasów tłuszczowych, to takie serce jest chore na chorobę wieńcową.

    Gdy serce musi uzyskiwać energię ze zmiany kwasu pirogronowego na kwas mlekowy, to też jest przyczyną choroby wieńcowej. I jej objawem.

    Gdy serce musi przetwarzać glukozę dla pozyskania tlenu, to jest wówczas niewydolność krążenia.

    Gdy serce musi spalać glukozę, to jest chore na miokardiopatię przerostową, dzięki czemu jest praca dla rzemieślników dokonujących przeszczepów serca. Praca ogromnie kosztowna i przeważnie zbędna.

    Dlatego najgłośniej krzyczą, przeciwko Żywieniu Optymalnemu ci rzemieślnicy, którzy wykonują przeszczepy serca, operacje by-passów w sercu, tętnicach szyjnych, czy tętnicach kończyn, którzy żyją z tych operacji i z obcinania nóg czy rąk.

    Nie jest sukcesem przeszczep serca, by-passy, czy przeszczep nerki, wątroby czy płuc. Sukces jest wówczas, gdy takie operacje nie są potrzebne.

    Zaparcia po przejściu na Żywienie Optymalne, jeśli występują, przeważnie szybko ustępują, ale bywa czasem, że się nasilają. Zwykle po 3 miesiącach żywienia i te kłopoty u pozostałych ustępują. Ale bywają wyjątki spowodowane czynnikami, których Dieta Optymalna usunąć nie może. W tych przypadkach należy pomagać sobie lekami, lewatywami, korzystnie działa płukanie jelit.

    Przy zaparciach spastycznych, towarzyszących przewadze układu parasympatycznego w układzie pokarmowym, korzystnie działają prądy S – pobudzające układ sympatyczny.

    Przy zaparciach atonicznych korzystnie działają prądy PS.
    Prądy O przynoszą poprawę wówczas, gdy mięśniówka jelit jest słaba. Działają one bezpośrednio na mięśnie gładkie jelit, ćwicząc je i wzmacniając.

    Jan Kwaśniewski.”

    —————
    Ja z dusznicy bolesnej wyleczyłam się korzystając ze wzoru – http://www.stachurska.eu/?p=1970 . Przy okazji znikło mi kilka innych problemów zdrowotnych, leczonych przez lata nieskutecznie przez mainstreamową medycynę. Więc jak na wstępie – polecam 🙂

  11. Autorka książki w dużej mierze ma rację jeśli chodzi o podejście lekarzy do diagnozowania demencji i biznes farmaceutyczny. Pod tym względem jest to na pewno ciekawa książka. Jednak wnioskuję na postawie powyższego artykułu, że niektóre rzeczy naciąga i nie dopowiada. Promuje swój pogląd pomijając niektóre fakty. Prawdę pisze, że nie ma odpowiedniego testu, który by łatwo i odpowiednio wcześnie pozwolił zdiagnozować chorobę Azlheimera. Aktualnie przyjmuje się, że choroba występuje wtedy gdy w mózgu dochodzi do akumulacji amyloidu beta i białka tau. Potwierdzić to można tylko za pomocą biopsji lub autopsji. Innymi głównymi cechami choroby Alzheimera jest neurodegeneracja rozpoczynająca się od okolic hipokampu i spadek poziomu acetylocholiny. O tym już autorka nie wspomniała. Ubytki w tym specyficznym obszarze mózgu są potwierdzane rezonansem magnetycznym lub tomografią komputerową. Druga sprawa to amyloid, o którym można powyżej przeczytać. Nie należy tego rozpatrywać jako jeden związek. Spójrzmy na (ang.) „pyroglutamylated” i powiązanie amyloidu z tau a nie mówmy tylko, że niektóre starsze osoby mają amyloid i nic im nie jest: http://www.virginia.edu/uvatoday/newsRelease.php?id=18281 Można się kłócić o przyczynę choroby Alzheimera ale nie można zaprzeczyć istnieniu tej choroby. Nie można powiedzieć, że demencja z neurodegeneracją hipokampu i niedoborem Acetylocholiny jest fikcją, która nie istnieje. Może być więcej przyczyn lub przyczyna może być złożona ale istnienie takich problemów zdrowotnych jest faktem.

  12. Mam podejrzenie graniczące z pewnością że autor artykułu nigdy nie przeczytał żadnej książki o alzheimerze oprócz prezentowanej ani też nigdy nie widział osoby chorej. Demencja starcza i alzheimer to dwie różne kwestie. Proszę pójść do pierwszego z brzegu DPS-u, pielęgniarki doskonale potrafią rozróżnić te dwie przypadłości. Przy alzheimerze występuje nadpobudliwosc psychoruchowa, choroba postępuje szybko i w ściśle określony sposób. zaczyna sie od zapominania nazw przedmiotow, potem rozpoznawania osob, brak orientacji w terenie, nawet we wlasnym mieszkaniu, chory nie potrafi poslugiwac sie przedmiotami codziennego uzytku, nie wie do czego sluzy lyzka, sedes, kran… Charakterystyczne jest wzmozone napiecie miesniowe, chorzy są „nie do zdarcia”, przy tym bardzo silni. Demencja postępuje powoli a jej przyczyną są zazwyczaj zmiany miazdzycowe. Aby być obiektywnym warto zapoznać się z różnymi publikacjami.

  13. Powtarzam za stroną PMM:
    1. Autorka tekstu Cornelia Stolze w świecie nauki jest jak Pan(i) Biedroń w polityce. Nihil. Proszę spojrzeć na jej życiorys: http://www.corneliastolze.de/vita/. 2. W największej bazie medycznej opublikowała 2 marniteńkie i nie na temat pracki – http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/?term=Stolze+C.
    3. W tejże bazie hasło „alzheimer’s disease” generuje 90 tys prac naukowych.
    4. I o czym tu dyskutować.
    5. Wstyd, że Pan Gabiś powiela takie bzdury. Wstyd.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ