„Współczesne nauki o żywieniu nie mają wiele wspólnego z nauką”. Wywiad z Gary Taubesem. (część 1)

12

Z radością prezentujemy naszym czytelnikom pierwszą części wywiadu, jakiego specjalnie Nowej Debacie udzielił Gary Taubes, amerykański dziennikarz, historyk nauki, autor książek poświęconych tej problematyce.

Początkowo Taubes (ur. 1956) zajmował się zagadnieniami fizyki i napisał dwie książki na ten temat: Nobel Dreams (1987), Bad Science: The Short Life and Weird Times of Cold Fusion (1993). Od lat 90-tych autor koncentruje się na problematyce związanej z dietetyką i zdrowiem publicznym, wykazując, że upowszechnione zalecenia żywieniowe nie mają uzasadnienia w dowodach naukowych. W 2002 roku opublikował w „New York Times” artykuł pt. “What if it’s all been a big fat lie?” („A co, jeśli to wszystko było jednym tłustym kłamstwem”), który odbił się szerokim echem w głównych amerykańskich mediach i środowisku naukowo-medycznym, na nowo ożywiając debatę na temat zasadności oficjalnych zaleceń dietetycznych w Ameryce.

W 2007 roku ukazała się najbardziej znana książka Taubesa pt. Good Calories, Bad Calories, która szybko stała się punktem odniesienia oraz inspiracją dla wielu środowisk naukowych, lekarskich i niezależnych badaczy. Ma ona fundamentalne znaczenie dla każdego, kto chce zrozumieć, dlaczego obowiązująca od ponad 30 lat teoria o szkodliwości tłuszczów i cholesterolu w diecie (tzw. hipoteza tłuszczowo-cholesterolowa) jest błędna i przyczyniła się de facto do wybuchu epidemii otyłości oraz tzw. chorób cywilizacyjnych. Oprócz analizy badań naukowych, książka Good Calories, Bad Calories dostarcza informacji o genezie obowiązującego paradygmatu, jego historii i skali jego porażki . Taubes opisuje  również mechanizmy polityczne, gospodarcze i korporacyjne, które coraz mocniej wpływają na kierunek badań naukowych i często decydują o upowszechnieniu się jednej hipotezy kosztem drugiej.Specjalnie dla naszych czytelników opracowaliśmy poszerzone omówienie książki Good Calories, Bad Calories, zatytułowane „Dlaczego apetyt rośnie w miarę jedzenia”.

W grudniu 2010 roku ukazała się kolejna książka Taubesa pod tytułem Why We Get Fat, (Daczego Tyjemy) koncentrująca się głównie na przyczynach powstawania otyłości oraz na krytyce obowiązujących w establishmencie medyczno-żywieniowym poglądów w tym zakresie. Polska edycja Dlaczego tyjemy ma się niedługo ukazać w naszym kraju nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Gary Taubes to postać o ugruntowanej pozycji w amerykańskim środowisku dziennikarskim i naukowym. Dlatego pojawia się często w mediach głównego nurtu oraz zapraszany jest jako wykładowca przez czołowe amerykańskie instytuty badawcze i uczelnie. Ukończył fizykę stosowaną na Uniwersytecie Harvarda, inżynierię lotniczą na Uniwersytecie Stanford oraz dziennikarstwo na Uniwersytecie Columbia.  Pisał dla takich czasopism jak „Dicover”, „Science”, „New York Times”, „Atlantic Monthly”, „Esquire”. Za swoją twórczość został trzykrotnie uhonorowany nagrodą pn. Science in Society Award of the National Association of Science Writers oraz zdobył sypendium MIT Knight Science Journalism Fellowship na lata 1996-97. Zainteresowanych dorobkiem Taubesa odsyłamy do jego internetowej strony autorskiej, na której prowadzi swojego bloga.

W tej części naszego wywiadu rozmawiamy z Taubesem o historii, o politycznych i naukowych aspektach współczesnej dietetyki, o różnicach między europejską i amerykańską tradycją badań naukowych i o tym, dlaczego Atlantyk okazał się po drugiej wojnie światowej barierą nie do pokonania, jeśli chodzi o rozwój medycyny i dietetyki. Zapraszamy do lektury.

Zaczynał Pan swoją karierę jako dziennikarz i autor książek o nauce koncentrujących się głównie na sprawach związanych z fizyką. Co sprawiło, że zainteresował się Pan tematyką odżywiania i zdrowia publicznego?

Na pewnym etapie mojej kariery owładnęła mną myśl, jak trudno jest uprawiać naukę poprawnie i jak łatwo dochodzi się w badaniach do złych odpowiedzi. To poczucie narodziło się, kiedy pisałem swoją pierwszą książkę opisującą błędy grupy fizyków w ośrodku CERN, którzy odkrywali nieistniejące cząstki elementarne. Następnie zajmowałem się znaną teorią z lat 80., zimną  fuzją, która okazała się naukowym niewypałem. Po tym epizodzie moi znajomi w środowisku naukowym zasugerowali, że jeśli naprawdę interesuje mnie zjawisko „zepsutej nauki” (ang. „bad science”), czyli coś, co oni nazywali „patologiczną nauką”, tj.  nauką o czymś, co nie istnieje, to powinienem skupić się na problematyce związanej ze zdrowiem publicznym.

W owym czasie krążyła wśród badaczy taka opinia, że pole elektromagnetyczne wytwarzane przez sieci przesyłowe energii elektrycznej może wywoływać nowotwory i pogląd ten był oparty na obserwacjach epidemiologicznych. Zauważyłem wtedy, że wszystko, o czym wiedziałem, że jest konieczne, aby uprawiać naukę bez błędów – tj. skrupulatne analizowanie szczegółów, przywiązywanie wagi do wyników negatywnych oraz poleganie na dobrze  kontrolowanych eksperymentach naukowych – to wszystko dla funkcjonowania obserwacyjnej epidemiologii nie miało żadnego znaczenia. Napisałem więc artykuł o kontrowersjach wokół wpływu pól elektromagnetycznych na zdrowie. Co ciekawe, kontrowersji tych nigdy nie rozstrzygnięto i są żywe do dziś w formie opinii, że korzystanie z telefonów komórkowych sprzyja powstawaniu nowotworów mózgu. Fascynowało mnie, jak działa epidemiologia obserwacyjna, więc napisałem na ten temat artykuł do magazynu „Science”. A biorąc pod uwagę, że epidemiologia obserwacyjna jest fundamentalnym narzędziem badawczym, jeśli chodzi o odżywianie i zdrowie publiczne, było dla mnie tylko kwestią czasu, aż zainteresowałem się dietetyką i owocami tej patologicznej nauki.

W książce Good Calories Bad Calories pokazał Pan, że do wczesnych lat 40. XX w. , dzięki badaniom prowadzonym głównie przez niemieckich i austriackich uczonych, prawie wszystkie europejskie środowiska naukowe przyjęły pogląd, że otyłość jest dolegliwością o podłożu metabolicznym, wywołaną czynnikami biologicznymi (enzymami, hormonami itp.), a nie zaburzeniem natury energetycznej, jak się to przyjmuje obecnie. Z jakiego powodu cały przedwojenny dorobek naukowo-badawczy na ten temat został po wojnie odrzucony i zapomniany?

Wielkie wrażenie zrobiło na mnie, kiedy, zgłębiając tę problematykę, zrozumiałem, jak duży wpływ na losy nauk medycznych wywarła druga wojna światowa. Mało kto dziś pamięta, ale przed jej wybuchem najlepsze, najbardziej znaczące badania na świecie prowadzono właśnie w Europie.

W formie dygresji dodam, że kiedy zajmowałem się jeszcze fizyką wysokich energii i mieszkałem w CERN nieopodal Genewy, fizycy zwykli powtarzać między sobą, że najlepszym, co przytrafiło się amerykańskiej nauce, był Hitler, ponieważ to za jego rządów tak wielu znakomitych naukowców wyjechało z Europy do USA. I my ich tu przyjęliśmy z otwartymi ramionami. Mieliśmy przecież Zimną Wojnę do wygrania i musieliśmy zbudować te wszystkie bomby wodorowe, rakiety itp. Efekt był taki, że do połowy XX w. niemal wszyscy czołowi fizycy w USA byli albo Europejczykami, albo ich uczniami.

Jednak jeśli chodziło o medycynę i zdrowie publiczne, Amerykanie nie byli już tacy gotowi, by przyjąć europejskich naukowców. Wielu młodych amerykańskich lekarzy i badaczy walczyło przeciw Trzeciej Rzeszy na froncie, i nie widzieli oni potrzeby korzystania z dorobku niemieckich oraz austriackich uczonych. Nie dostrzegali też konieczności czytania niemieckojęzycznej literatury medycznej mimo , że najbardziej znaczące badania publikowano po niemiecku. Ów antyniemiecki resentyment, który zresztą można zrozumieć, wszechobecny w amerykańskiej medycynie i badaniach nad zdrowiem publicznym pozostał żywy jeszcze długo po wojnie. Jednym z efektów takiej sytuacji było to, że cała koncepcja, której pionierami byli europejscy uczeni, na temat tego, jak prawidłowo prowadzić badania naukowe w medycynie, zaginęła. W przeciwieństwie do fizyki, wiedza ta nigdy nie przekroczyła Atlantyku.

Niechęć do przedwojennego dorobku europejskich naukowców, publikowanego głównie po niemiecku, dotyczyła również badań nad otyłością. W rezultacie, po wojnie całkowicie zignorowano europejską koncepcję, zgodnie z którą otyłość to zaburzenie metaboliczne, hormonalne, enzymatyczne itp. Wielu amerykańskich badaczy –  młodych, szczupłych lekarzy i dietetyków – wyznawało ten sam przesąd, że ludzie otyli to obżartuchy oraz lenie i że to ich zachowanie powoduje chorobę, a nie choroba ich zachowanie.

Dlaczego, Pana zdaniem, odeszliśmy od poglądów, podzielanych przez lekarzy do lat 60. XX w., że węglowodany, zwłaszcza wysokoprzetworzone, tuczą i przy dużym spożyciu mogą wywoływać różne schorzenia, w tym choroby serca. Co było kluczową przyczyną, dla której środowisko medyczne przyjęło inny pogląd – że za choroby serca, otyłość i inne schorzenia przewlekłe odpowiadają nie cukry, ale tłuszcze nasycone? Czy za tą fundamentalną zmianą, jaka zaszła między późnymi latami 60. a wczesnymi 80., stały przede wszystkim odkrycia naukowe, czy może rolę odegrały tu inne względy, okoliczności i aktorzy?

W latach 50. amerykański żywieniowiec, Ancel Keys, wyraził pogląd, że choroby serca były skutkiem wysokiego stężenia cholesterolu we krwi, oraz że poziom cholesterolu rośnie, kiedy spożywamy tłuszcze. Trzeba dodać, że Keys był bardzo wpływową postacią i miał bardzo silną osobowość. Kiedy uznał, że ma rację, wszystkie opinie przeciwne uważał za błędne a wszystkich, którzy się z nim nie zgadzali – za idiotów .

Kiedy Keys zaczynął popularyzować swoją koncepcję, Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne (AHA) i całe środowisko kardiologów w USA nie akceptowało jego poglądów. Jednak Keys, wraz ze swoim współpracownikiem Jeremiahem Stamlerem, skutecznie nakłonili AHA do zmiany stanowiska. Udało im się to osiągnąć dzięki temu, że zorganizowali w ramach AHA komisję , której zostali członkami  – mimo, że Keys nawet nie był kardiologiem, tylko dietetykiem. Komisja ta przedstawiła czterostronicowy raport mówiący, że istnieją wystarczające dowody, aby uznać zasadność teorii Keysa i na jej podstawie nakłaniać Amerykanów do przejścia na niskotłuszczowy model odżywiania. Bardzo szybko poglądy Keysa zaczęły rozprzestrzeniać się za pośrednictwem prasy i bez znaczenia był fakt, że  w eksperymentach naukowych nie udawało się ich  potwierdzić. Pomimo to sama teoria stała się przedmiotem codziennych rozmów i wielu ludzi w nią uwierzyło. Z czasem ta teoria stała się wiedzą potoczną, mimo że brakowało na jej poparcie dowodów naukowych.

Kiedy koncepcję Keysa wsparło AHA, jego poglądy zaczęła rozpowszechniać nie tylko prasa, ale również  pisma medyczne. Postrzegały one AHA jako uczciwe źródło wiedzy i koncepcji medycznych. I tak też było, z tym że członkowie AHA nie byli naukowcami, lecz lekarzami od chorób serca i nie wiedzieli, jak powinno się uprawiać naukę. Jeśli zaś chodzi o dziennikarzy, można powiedzieć, że tych zajmujących się problematyką zdrowia trudno było zaliczyć do najbardziej tęgich umysłów dziennikarskich  w USA.

Jednak w owym czasie wciąż istniała hipoteza alternatywna, popularna wśród lekarzy i zwykłych ludzi, zgodnie z którą węglowodany są tuczące. Tak więc jeśli węglowodany są tuczące, a ludzie otyli częściej chorują na serce, to mamy problem. Z jednej strony mówiono ludziom, że za choroby serca odpowiadają tłuszcze w diecie, więc skuteczna walka z chorobami serca musi polegać na spożywaniu mniejszych ilości tłuszczów i zastąpieniu ich pokarmami bogatymi w węglowodany. Ale z drugiej strony, wciąż żywa była ta ponad 150-letnia koncepcja, w myśl której spożywanie węglowodanów prowadzi do otyłości, co sugerowało, że należałoby raczej spożywać mniej węglowodanów, a więcej tłuszczów. Do tego dochodził jeszcze fakt, że otyłość zwiększa ryzyko zachorowania na serce. Cokolwiek sprawia że tyjemy, podnosi nasze ryzyko zachorowania na serce. Obie hipotezy nie mogły być jednocześnie prawdziwe. Mieliśmy zatem sytuację, w której oba paradygmaty bezpośrednio konkurowały ze sobą, bo się wykluczały.  I z uwagi na to, że za hipotezą mówiącą, że węglowodany tuczą, stali głównie lekarze stosujący leczenie dietą i dietetycy, a tylko niewielka grupa badaczy, łatwo było teorię tę zdyskredytować jako niedorzeczną, co też się stało.

Kluczowe znaczenie w tym wszystkim ma to, że skoro  uznano, iż tłuszcz w diecie naprawdę wywołuje choroby serca, to żywieniowym sposobem na zapobieganie im musiała stać się  dieta uboga w tłuszcze a bogata w węglowodany. Co więcej, taka dieta automatycznie musiała też stać się lekarstwem na otyłość, ponieważ otyłość i choroby serca są ze sobą bardzo blisko związane. I taka właśnie logika ukształtowała rekomendacje żywieniowe, które otrzymujemy od ponad 30 lat.

W książce Good Calories Bad Calories pisał Pan, że w Europie środowiska naukowe były bardziej krytyczne wobec propagowanej przez Ancela Keysa hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej niż ich amerykańscy koledzy. Z czego, Pana zdaniem, wynikał większy sceptycyzm naukowców europejskich wobec hipotezy obwiniającej tłuszcze za otyłość i choroby serca?

Myślę, że po części powód był taki, że europejscy badacze byli po prostu lepszymi naukowcami. Mieli kulturę i tradycję nauki sięgającą głębiej w XX wiek. Ta tradycja nigdy tak naprawdę nie zdążyła się na dobre upowszechnić w USA, a potem już całkowicie zanikła wraz z wybuchem drugiej wojny światowej i odejściem całego pokolenia badaczy, którzy kształcili się w Europie pod okiem Niemców i Austriaków. I to jest jeden aspekt sprawy. Inny dotyczy tego, że po wojnie w Europie wciąż istniała alternatywna hipoteza, którą promowali badacze brytyjscy, najbardziej znani to Peter Cleave i John Yudkin. Uważali oni, że jeśli chodzi o choroby serca, cukrzycę i otyłość, problemem jest cukier i przetworzone węglowodany, a nie tłuszcze. I europejskie środowiska naukowe były bardziej skłonne uwzględnić poglądy Brytyjczyków niż Amerykanie. Można powiedzieć, że Atlantyk okazał się w tym wypadku główną przeszkodą na drodze wymiany poglądów.

Koniec końców, europejskie środowiska naukowe przyłączyły się do niskotłuszczowej fali w dietetyce i odrzuciły dorobek Johna Yudkina, którego „hipoteza węglowodanowa” okazała nie do pogodzenia z coraz silniejszą tendencją do tego, aby demonizować tłuszcze w diecie. Jaką rolę w przeforsowaniu hipotezy tłuszczowo-cholesterolowej w Europie odegrały amerykańskie ośrodki badawcze i polityczne. Jakie znaczenie miał fakt, że USA stało się po drugiej wojnie światowej politycznym, gospodarczym i ideologicznym supermocarstwem?

W rzeczy samej USA uzyskały po drugiej wojnie światowej status politycznego, gospodarczego i ideologicznego supermocarstwa i dotyczyło to także pozycji Ameryki w zakresie badań medycznych. Kiedy Amerykanie zajmowali się badaniami, Europa musiała odbudowywać się po wojnie. Amerykański Narodowy Instytut Zdrowia (NIH) szybko stał się najbardziej znaczącym sponsorem badań naukowych na świecie. Przed wojną każdy, kto chciał uprawiać naukę na poważnie, musiał znać niemiecki na tyle, żeby chociaż umieć czytać niemiecką literaturę medyczną. Po wojnie miejsce lingua franca w nauce zajął język angielski i większość badaczy przerzuciła się na ten język. Wtedy najważniejszymi dostarczycielami koncepcji medycznych stały się przede wszystkim “New England Journal of Medicine” (NEJM) i “Journal of the American Medical Association” (JAMA), a także, w nieco mniejszym zakresie, “British Medical Journal” (BMJ) i “Lancet”. Natomiast całą niemiecką literaturę medyczną zbagatelizowano jako nieistotną.

Na przykład, jeszcze w latach 70. badacze w Niemczech zajmowali się dietami niskowęglowodanowymi i raz po raz wykazywali, że są one dużo lepsze niż diety niskokaloryczne, jeśli chodzi wpływ na zdrowie człowieka. Kiedy z niektórymi z nich rozmawiałem, powiedzieli mi, że po prostu porzucili swoje badania w późnych latach 80. , ponieważ Dean Ornish, amerykański lekarz stosujący leczenie dietą, opublikował w JAMA swoje badania wykazujące rzekome korzyści zdrowotne diety bardzo ubogiej w tłuszcze. Ci niemieccy badacze uznali wtedy, że są w błędzie, że Amerykanie muszą mieć rację, tylko dlatego że przeczytali to w JAMA.

Można powiedzieć, że jeszcze w latach 70. trwała debata między obozem zwolenników hipotezy o szkodliwości tłuszczów (diet-heart hypothesis) oraz zwolenników hipotezy o szkodliwości węglowodanów (carbohydtrate hypothesis). W efekcie ci drudzy zwyciężyli,  debatę, przynajmniej w mediach głównego nurtu, wyciszono, a przeciwników nowej niskotłuszczowej doktryny publicznie ośmieszono jako „szarlatanów”. Czy takie bezprecedensowe rozstrzygnięcie byłoby w ogóle możliwe bez politycznego, finansowego i instytucjonalnego zaangażowania rządu USA po stronie Keysa i jego zwolenników.

Moim zdaniem bez wsparcia rządu nie byłoby to możliwe. Zadziałało tu kilka czynników. Jeden z nich polegał na tym, że dietetycy i badacze zajmujący się medycyną oraz zdrowiem publicznym nie mieli prawdziwego pojęcia, na czym polega nauka i jak ją właściwie praktykować. Zatem kiedy na początku lat 70. zaczęto przeprowadzać szeroko zakrojone eksperymenty  – wspomnijmy tu dwa największe tj. Lipid Research Clinics Coronary Primary Prevention Trial (LRC-CPPT) oraz Multiple Risk Factor Intervention Trial (MRFIT)  – testowano wyłącznie jedną zamiast kilku hipotez. Tylko w te dwa wspomniane wyżej badania zainwestowano ok. 256 milionów dolarów, co było olbrzymią kwotą w tamtym czasie, i w związku z tym badacze stanęli przed dylematem: albo ich hipotezy okazałyby się błędne i wtedy Kongres, który sfinansował te eksperymenty, uznałby je za stratę pieniędzy; albo hipotezy okazałyby się prawdziwe i to byłoby zwycięstwem dla wszystkich. Kiedy badania zakończono, okazało się, że stawiane hipotezy były błędne, ale pokusa,  aby uzyskane dane zinterpretować na korzyść tych teorii okazała się zbyt silna i tak właśnie uczyniono.

Inny czynnik był taki, że nową teorię bardzo szybko podchwyciła prasa. Niestety, dziennikarze zajmujący się problematyką zdrowia nie byli najlepiej zorientowani w sprawach nauki. W swoich artykułach przedstawiali nową teorię wyłącznie w korzystnym świetle. Prym wiódł w tym zakresie „New York Times”, którego czytali kongresmeni oraz, co ważniejsze, ich młodzi asystenci i asystentki, wierzący święcie, że to, co pisze „New York Times”, musi być prawdą. Tym samym całe to środowisko zaczęło działać na rzecz nowej hipotezy. Wreszcie w 1977 roku sprawę zdrowej diety rozstrzygnęła na korzyść niskotłuszczowej doktryny podkomisja Senatu USA kierowana przez senatora George’a McGoverna. Mieliśmy zatem do czynienia z całą grupą środowisk dziennikarskich i politycznych, a następnie rozmaitych organizacji prozdrowotnych, które jedna po drugiej przyłączały się do antytłuszczowej kampanii aż do momentu, kiedy już nie było od tego odwrotu.

W swojej książce Good Calories Bad Calories  nie używa Pan ani razu słowa naukowcy w odniesieniu do badaczy zajmujących się naukami o żywieniu, będących zwolennikami hipotezy o szkodliwości tłuszczów. Dlaczego? W jakim stopniu niskotłuszczowy paradygmat żywieniowy oparty jest na „zepsutej nauce” (ang. „bad science”)?

Moja książka pokazuje, że dominująca teoria jest w całości owocem „zepsutej nauki” , opiera się na wyselekcjonowanych danych, na niezrozumieniu, że eksperymenty są ważniejsze od obserwacji. W mojej opinii cała kultura i filozofia nauki, wiedza o tym, jak należy ją właściwie uprawiać, nigdy nie przekroczyły Atlantyku i w medycynie, dietetyce i problematyce zdrowia publicznego nie przetrwały drugiej wojny światowej. Ludzi, którzy się dziś tym zajmują, nie obchodzą zasady prawdziwej nauki, i dlatego wciąż musimy zabiegać, aby jakieś badania wykonano poprawnie. Próbuję obecnie zgromadzić środki na sfinansowanie właściwie wykonanych eksperymentów, w których będzie można ustalić bezpośrednie przyczyny otyłości. Czy rzeczywiście chodzi o dodatni bilans kaloryczny, czy raczej o zawartość poszczególnych makroskładników w diecie, które wpływają na hormonalną i metaboliczną regulację tkanki tłuszczowej.

W swoich książkach stawiam tezę, że całe współczesne środowisko naukowe, przynajmniej jeśli chodzi o dietetykę i zdrowie publiczne, nigdy nie nauczyło się myśleć sposób naukowy. Nigdy nie zaakceptowało zasady, zgodnie z którą aby osiągać postęp w badaniach, należy rygorystycznie kontrolować zmienne w eksperymentach. W miarę możliwości należy zadbać o takie warunki, w których można kontrolować tylko jedną zmienną, ponieważ jedynie wówczas można ustalić, co jest skutkiem, a co przyczyną. Takich rzeczy uczy się nawet 13-, 14-letnich gimnazjalistów, a mimo to badacze zajmujący się wpływem odżywiania na zdrowie do tych zasad się nie stosują. Ich rekomendacje zdrowotne nie bazują na eksperymentach opracowanych tak że jeśli zmienimy element A, to będziemy mogli wykazać wpływ tej zmiany na element B, natomiast jeśli zmienimy C, otrzymamy rezultat D. O dziwo tego typu eksperymentów nie przeprowadza się w dzisiejszych naukach o żywieniu.

Jakie są Pana zdaniem największe słabości i wady współczesnych nauk o żywieniu?

Uważam, że w ogóle nie możemy mówić o czymś takim jak współczesne nauki o żywieniu. Mamy dziś do czynienia z mnóstwem badań żywieniowych,  których celem jest potwierdzanie wcześniej przyjętych twierdzeń i opinii. Tak naprawdę, gdyby ktoś zgłosił się do Narodowego Instytutu Zdrowia (NIH) z nowym pomysłem na eksperyment testujący coś, co uważa się za dowiedzione (np. wpływ tłuszczów w diecie na choroby serca lub wpływ bilansu energetycznego na wagę ciała), i poprosił o jego sfinansowanie, założę się, że NIH nie wyłożyłby na to nawet złamanego grosza. W ich mniemaniu tego typu badania, weryfikujące zaakceptowane już poglądy, nie mogą przynieść żadnych korzyści.

W swojej twórczości obala Pan wiele mitów żywieniowych, które przedstawia się opinii publicznej jako naukowo udowodnione fakty. Które założenia współczesnej dietetyki uważa Pan za najbardziej absurdalne w świetle dostępnych badań naukowych?

Na pierwszym miejscu wymieniłbym opinię, popularną wśród ekspertów i zwykłych ludzi, że ilość tkanki tłuszczowej na naszym ciele zależy od różnicy między liczbą kalorii, które spożywamy, a liczbą kalorii, które spalamy. Inny przykład to koncepcja, że prawa termodynamiki wyjaśniają nam, dlaczego tyjemy.

Niedawno otrzymałem email od pewnego doktora biochemii, który w ostrych słowach zganił mnie za pisanie, jego zdaniem, bzdur na temat zasad termodynamiki w kontekście otyłości. W swojej odpowiedzi zapytałem go, czy kiedy rozważamy jakiekolwiek inne zaburzenie związane z wzrostem czegoś, lub po prostu analizujemy samo zjawisko wzrostu – na przykład, kiedy mówimy o ludziach, którzy wydzielają zbyt mało hormonu wzrostu lub mają defekt receptorów tego hormonu i wskutek tego nie rosną wyżej niż na 1,4 m; albo kiedy mówimy o ludziach cierpiących na gigantyzm, którzy osiągają nawet 2,4 m wzrostu; albo kiedy mówimy o tym, jak rośnie złośliwy guz bądź cysta; lub nawet kiedy mówimy o zjawisku nadmiernej retencji wody u ludzi – to czy przyjdzie nam do głowy, że prawa termodynamiki mają jakikolwiek związek z tymi zjawiskami? Co wspólnego mają zasady termodynamiki z rozwojem guza złośliwego? Co wspólnego mają prawa fizyki z płodem rosnącym i rozwijającym się w łonie matki?

We wszystkich powyższych przypadkach ludzie lub rzeczy stają się coraz cięższe, nabierają masy, ale mimo to nikt nie wyjaśnia przyczyn tych zjawisk odwołując się do zasad termodynamiki. Jedynie wówczas kiedy mówimy o otyłości, z jakiegoś niewiadomego powodu uznajemy, że prawa fizyki mają tu zastosowanie i wyjaśniają nam, dlaczego ludzki organizm lub jakaś jego część rozrasta się. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, łatwo dostrzec, że to niedorzeczność, a jednak pogląd ten został powszechnie zaakceptowany jako fakt.

W swoich książkach uwzględnił Pan ogromną ilość literatury naukowej poświęconej otyłości, zarówno tej dawnej, jak i najnowszej. Od późnych lat 70. XX w. badacze uważają, że ludzie tyją ponieważ spożywają więcej kalorii, niż spalają, tworząc tym samym dodatni bilans energetyczny powodujący przyrost wagi ciała. Innymi słowy, ludzie stają się otyli ponieważ za dużo jedzą i za mało ćwiczą. Ten pogląd, jak zauważył Pan wyżej, wywiedziono z pierwszej zasady termodynamiki. Na czym polega zasadniczy błąd tej hipotezy?

Trzeba zrozumieć, iż zasady termodynamiki mówią nam jedynie tyle, że jeśli coś nabiera masy, musi gromadzić, zatrzymywać więcej energii niż wydatkuje. Jednak w tej obserwacji nie ma ani śladu kierunku przyczynowo-skutkowego, prawa termodynamiki nie mówią nam ani słowa na temat tego, co jest przyczyną, a co jest skutkiem w tym procesie. Wszystko, co na ich podstawie wiemy, dotyczy tego, że jeśli coś rośnie (w tym wypadku staje się cięższe), jednocześnie musi zatrzymywać więcej energii, niż jej pożytkować, ponieważ energia nie bierze się znikąd i nie może zniknąć. Dlatego też pierwszą zasadę termodynamiki nazywamy prawem zachowania energii. Energii nie można ani stworzyć, ani zniszczyć. Zatem kiedy tyjemy (stajemy się ciężsi), z definicji magazynujemy więcej energii, niż wydatkujemy, kiedy zaś chudniemy (stajemy się lżejsi), oznacza to, że wydatkujemy więcej energii niż magazynujemy. I to jest oczywiste. Jednak ta wiedza niczego nie wyjaśnia, jeśli chodzi o przyczyny tycia, nic nam nie mówi na temat tego, dlaczego magazynujemy więcej kalorii, niż wydatkujemy.

Prawa termodynamiki są zawsze prawdziwe, tak dla ludzi, jak dla Marsjan, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że one nam nie tłumaczą, dlaczego jakiś system nabiera masy lub ją traci. Mówią nam jedynie, że jeśli zachodzi proces A, to jednocześnie zachodzi proces B. Tymczasem w przypadku otyłości, interesuje nas odpowiedź na pytanie: „dlaczego”? Znając prawa termodynamiki wiemy tylko tyle, że osoby, które tyją, magazynują więcej energii, niż zużywają, a teraz musimy się dowiedzieć, dlaczego tak się dzieje.

Aby lepiej naświetlić ten problem, w mojej książce Why We Get Fat (Dlaczego tyjemy) przytaczam przykład restauracji. Powiedzmy, że chcemy się dowiedzieć, dlaczego w jakiejś restauracji jest tłoczno. Analogia polega na tym, że gdy chcemy dowiedzieć się, dlaczego ktoś jest otyły, chcemy wiedzieć, dlaczego w jego tkance tłuszczowej znajduje się tak dużo energii. Natomiast gdy chcemy się dowiedzieć, dlaczego w jakiejś restauracji jest tłoczno, chcemy wiedzieć dlaczego jest w niej tak dużo energii w postaci zgromadzonych w niej ludzi.

Wyobraźmy sobie, że spacerujemy razem ulicami Nowego Jorku i widzimy zatłoczoną restaurację tuż obok pustej. Pytasz mnie, dlaczego w tej restauracji jest tak dużo ludzi, a ja Ci odpowiadam: „Ten lokal jest zatłoczony, ponieważ więcej ludzi w nim zostało, niż go opuściło.” Taka odpowiedź jest równoznaczna pod względem logicznym z twierdzeniem, że ktoś utył, ponieważ zmagazynował więcej kalorii niż zużył („więcej kalorii w nim zostało, niż go opuściło”). Na pewno po usłyszeniu takiej odpowiedzi pytałbyś dalej: „To oczywiste, że zostało w nim więcej ludzi niż, go opuściło, ale dlaczego?” I w odpowiedzi na to ja bym odwrócił logikę i odparł „Słuchaj, jeśli więcej ludzi wejdzie do tej restauracji, niż z niej wyjdzie, to w lokalu musi zrobić się tłoczno, prawda?” Taka odpowiedź jest równoznaczna z twierdzeniem, że jeśli więcej energii dostanie się do Twojego organizmu, niż się z niego wydostanie, to znaczy, że utyjesz. Jednak mówiąc to, wciąż niewiele Ci wyjaśniłem. Prawa termodynamiki nie dostarczają nam informacji na temat przyczyn otyłości. Mówią nam jedynie, jak funkcjonuje wszechświat. Absolutnie nie wyjaśniają nam, dlaczego ktoś tyje, bądź chudnie.

(…)

Koniec części pierwszej. Przeczytaj część 2.

(Read the original version in English)

Rozmawiali Mateusz Rolik i Tomasz Gabiś,  grudzień,2011. Przełożył Mateusz Rolik. Współpraca: Dominik Rozwadowski

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na FacebookuTwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

12 KOMENTARZE

  1. padło w końcu na „zepsuta nauka”, muszę w końcu przeczytać Good Calories… już mi trochę zalega na dysku… 😉

  2. Czy oprocz tej ksiazki (Why We Get Fat) zostane tez wydana w PL „Good Calories, Bad Calories”? troche dziwne, ze wydaje sie druga ksiazke a pierwszej nie.

  3. Tradycyjnie polski tytul ksiazki bedzie jak zwykle idiotyczny. Dlaczego u nas ciagle jest ten nachalny marketing rownajacy ciekawe ksiazki z tematyka ksiazek dla typowych gospodyn?? Dlaczego „PH Wonder” u nas ma kretynski tytul „Probowalam juz tylu diet…..” , Paleo Solution to PaleoDieta a ta ksiazka bedzie miala tytul nadajacy sie na wkladke do pani Domu „Rewolucja w odchudzaniu. Jak schudnąć bez efektu jo-jo?” Rece opadaja.

    • „Why we get fat” miala miec tytul „dlaczego tyjemy”. W porownaniu do tego co zobaczylem przed chwila: „Gary Taubes Rewolucja w odchudzaniu. Jak schudnąć bez efektu jo-jo?” zatesknilem za poprzednim. Ksiazka niczym sie nie wyroznia jesli patrzec na tytul, a jest przeciez inna niz to co zazwyczaj kryje sie pod slowami, ktorymi opisuje ja polski wydawca.

      • Ale przecież „Rewolucja w odchudzaniu. Jak schudnąć bez efektu jo-jo?” to idiotyczny tytuł. Zupełnie nieadekwatny do treści książki, która przecież nie jest podręcznikiem do odchudzania. Sporo osób się rozczaruje. Co więcej, to żadna rewolucja tylko powrót do starych, dobrze znanych teorii o tuczących węglowodanach. W Polsce od wielu lat pisze o tym dr Kwaśniewski, choć może nie podpiera tego najlepiej literaturą medyczną, zwłaszcza światową.

        Może warto by zasypać wydawcę emailami, żeby takim głupkowatym tytułem nie mordował poważnej książki już na starcie?

  4. A jest jakiś sposób, żeby potwierdzić ten tytuł? Bo rzeczywiście – jeśli zostanie „Rewolucja w odchudzaniu. Jak schudnąć bez efektu jo-jo?”, to wydawca takim tytułem ośmieszy całą ideę tej książki na samym początku.

  5. Może redaktorzy ND przekażą (wyjaśnią) autorowi istotę tłumaczenia tytułu jego książki na polski… Pewnie miałby największą siłę przebicia u wydawcy.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ