Żywieniowy stan wyjątkowy

29

„Jedz jedzenie. Nie za dużo. Głównie rośliny”, zaleca autor głośnej i ważnej książki W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców  – Michael Pollan. Chociaż Pollan uchodzi za zwolennika „zdrowego rozsądku i tradycji” („jedzmy tak, jak jadły nasze babcie”), odrzucającego współczesne „opętanie naukami o żywieniu”, jego poglądy są w dużej mierze – choć nie całkiem – zgodne z tym, co owe nauki głoszą.  Od niemal 40 lat urzędowa dietetyka promuje jako „korzystną dla zdrowia” dietę bogatą w węglowodany i ubogą w cholesterol oraz tłuszcze zwierzęce, obrazkowo wyrażoną w formie piramidy zdrowego odżywiania, a umiar w spożywaniu kalorii przedstawia jako warunek zachowania dobrego zdrowia i szczupłej sylwetki. Tym samym, dzięki Pollanowi „autorytet naukowy” spotkał się z „autorytetem tradycji i zdrowego rozsądku” i teraz oba autorytety przemawiają do nas jednym głosem promując niskokaloryczną i quasi wegetariańską tradycję „zdrowego odżywiania”. Warto więc zapytać, co to za tradycja i jak się narodziła, przynajmniej w Europie?

Pewne światło rzuca na tę problematykę artykuł Bartosza T. Wielińskiego pt. „Oblężeni Niemcy jedzą erzac”, opublikowany w dodatku do „Gazety Wyborczej” zatytułowanym „Ale Historia” (13 lutego, 2012 r.). Autor opisuje w nim wpływ, jaki na politykę żywieniową mocarstw europejskich, zwłaszcza Niemiec, wywarła przedłużająca się i wyczerpująca europejskie narody pierwsza wojna światowa. U Wielińskiego czytamy m.in:

… im bardziej kajzerowska armia grzęzła w północno-zachodniej Francji, tym bardziej w Rzeszy wydłużały się kolejki przed sklepami, a półki pustoszały. Już w listopadzie 1914 r. zaczęło brakować chleba, a w kraju pojawiły się pierwsze ulotki wzywające Niemców do oszczędności i niemarnowania jedzenia. Władze apelowały też, by Niemcy jedli mniej mięsa, a więcej warzyw. Ulotki uzasadniały to troską o zdrowie obywateli. Prawda była jednak taka, że władze promowały wegetarianizm, bo mięso przeznaczano głównie dla żołnierzy. A uprawa warzyw i owoców była tańsza i prostsza niż hodowla bydła i trzody. Organizacje kobiece zaczęły więc szkolić niemieckie gospodynie domowe, jak przygotowywać posiłki z warzyw.

W 1915 r. Berlin wprowadził reglamentację chleba i innych produktów. Całą produkcję rolną i handel poddano państwowej kontroli. W 1917 r. w całych Niemczech kryzys żywnościowy próbowało opanować 125 instytucji i urzędów. Samą kwestią zboża zajmowało się 450 osób. Ale rozrost biurokracji w walce z głodem nie pomagał. Niemiecka recepta na brak żywności to wprowadzenie na rynek zamienników, czyli erzacu. Gdy zaczęło brakować mięsa – próbowano kompensować to dorszem.

Symbolem zamienników stała się margaryna. Wynaleziono ją w XIX w., gdy francuski cesarz Napoleon ogłosił konkurs na zamiennik masła, którym można by żywić wojsko i biedotę … Ale Francuzi, a potem i Niemcy, nie podzielali zachwytu nad nową substancją. Woleli tradycyjne masło. Jednak podczas I wojny margaryna stała się w Rzeszy rarytasem, choć jej jakość była coraz gorsza… Popularność zdobywała też w innych krajach. W Wielkiej Brytanii uważano, że zastąpienie margaryną masła dowodzi patriotyzmu… Za to w głodujących Niemczech, by uzyskać tłuszcze, sięgano po rozmaite sposoby. W miastach z miernym skutkiem ludzie próbowali sadzić na placach i nasypach kolejowych słoneczniki, z których ziaren można wycisnąć olej.

Innym słynnym przedwojennym zamiennikiem był cukier wytwarzany z buraków cukrowych. Bo wówczas „prawdziwy” cukier był przecież z trzciny cukrowej.

Zanim Niemcy zostali zmuszeni do jedzenia brukwi …, na stołach pojawiły się ziemniaki. Patrzono na nie niechętnie – bulwy w czasach dostatku traktowano jako pokarm plebsu … Szacuje się, że w 1916 r. statystyczny Niemiec spożywał 1300 kalorii (dzienna norma to 3,3 tys.). Pod koniec roku ta wartość spadła do 1000  kalorii. Słowo „brukiew” do dziś kojarzy się z głodem i nędzą. Przy domach wyrastały ogródki warzywne (w miastach nie było wolnej przestrzeni, której nie porastałyby uprawy) …

Okazuje się zatem, że to, co władze wprowadziły jako zamienniki prawdziwej żywności w obliczu wywołanego wojną głodu oraz nędzy, dzięki naukom o żywieniu przekuto następnie w składniki „zdrowej diety” i fundament „tradycyjnego modelu odżywiania.” („Jedz głownie rośliny, nie za dużo”). Dlaczego tak się stało? Między innymi, dlatego, że – jak pisze Wieliński – „w 1918 roku było już na rynku aż 11 tys. produktów zastępczych” rozmaitego rodzaju. Ich wycofanie z rynku przyniosłoby zatem producentom duże straty finansowe. Było nieopłacalne i tym samym stało się niemożliwe. Cały ten erzac musiał jakoś na rynku pozostać i dzięki dietetykom zamienniki żywnościowe nie tylko zostały z nami do dziś, ale wręcz zyskały status „zdrowej żywności”. Przypomnijmy, że jeszcze do lat 90. XX w. cukier uchodził za zdrowy tylko dlatego, że nie zawierał ani tłuszczu (jest mniej kaloryczny) ani cholesterolu.

Powyższy opis wojennej rzeczywistości i jej wpływ na rekomendacje dietetyczne kierowane do zwykłych ludzi potwierdza to, co często podkreśla w swojej pracy Gary Taubes analizując funkcjonowanie współczesnych nauk o żywieniu. Pokazuje on, że „prawda naukowa” ma w dietetyce drugorzędne znaczenie („badania najczęściej wykonuje się w taki sposób, aby potwierdzić wcześniej przyjętą tezę”) i zawsze przegrywa w zderzeniu z dużo ważniejszymi interesami politycznymi i gospodarczymi państwa oraz jego elit. Geneza „teorii tłuszczowo-cholesterolowej” jest tego klasycznym przykładem.  Co więcej, zarówno w przypadku tej hipotezy, jak i w przypadku wojennych zamienników dietetyka musiała „gonić za polityką” tj. dostarczyć uzasadnienia dla decyzji podjętych uprzednio przez władzę i zaprzyjaźnione z nią środowiska.

Zwróćmy uwagę, że tam, gdzie państwo potrzebuje zdrowia, sprawności oraz wydajności człowieka, tam prawidła stanu wyjątkowego w odżywianiu nie obowiązują. Przypomnijmy, że wegetarianizm pod pretekstem „zdrowotnym” promowano wśród mas tylko po to, aby móc żołnierzy karmić pełnowartościowym pożywieniem, jakim jest mięso.

Jako ciekawostkę przytoczymy w tym miejscu inną relację dotyczącą sposobu odżywiania żołnierzy realizujących ważne i wyczerpujące zadania. Jak podaje w swojej książce pt. Wschód Czerwonego Księżyca (Wydawnictwo Znak, Kraków, 2009) Matthew Brzeziński, kiedy pod koniec lat 50. XX w. Amerykanie rozpoczynali misje szpiegowskie nad ZSSR z wykorzystaniem samolotów U-2, dobierano do tych zadań najbardziej sprawnych i zdrowych pilotów ze względu na niezwykle wymagającą konstrukcję samolotu, którego pilotowanie wymagało od nich wielogodzinnego skupienia oraz najwyższej sprawności umysłowej i fizycznej. Nawet niewielki błąd niechybnie kończył się bowiem dla pilota śmiercią. Oto, co czytamy w przywołanej książce na temat procedury przygotowującej pilotów do startu:

O godzinie czwartej rano lekarz zmierzył Jonesowi temperaturę, tętno i ciśnienie krwi, a następnie zbadał uszy, nos i gardło pod kątem możliwych oznak infekcji. Badanie lekarskie było czystą formalnością; jak każdy z dwudziestu kilku pilotów U-2 zatrudnionych przez CIA, Jones cieszył się znakomitym zdrowiem… Po pomyślnym przejściu badania Jones skierował się do niewielkiej stołówki, gdzie kucharze przygotowali dla niego wysokoproteinowy posiłek złożony ze steku i jajek, który miał wzmocnić jego organizm przed czekającą go dziewięciogodzinną misją.

Jones wykonał swoją misję z sukcesem. Ciekawe jakby sobie poradził, gdyby przed lotem zjadł, dajmy na to, sałatkę owocowo-warzywną?

Co ciekawe, o ile podczas I wojny światowej niemieckie władze mięso przeznaczały dla żołnierzy, masy karmiąc roślinami, o tyle nawet i one, kiedy tylko mogły, próbowały za wszelką cenę uzupełnić niedobory mięsa w swojej diecie. Jak podaje Wieliński, przybierało to czasem drastyczną formę:

W Marburgu w zachodnich Niemczech tłum kobiet rzucił się z nożami na chudego konia, który właśnie padł na ulicy. Zwierzę zostało rozszarpane.

Kiedy zatem Pollan zaleca, abyśmy jedli „nie za dużo, głównie rośliny”, powołując się przy tym na „autorytet tradycji”, warto pamiętać, że jest to tradycja wojny, biedy i głodu. Innymi słowy jest to tradycja „żywieniowego stanu wyjątkowego”, który – jak widać – w dietetyce trwa nieprzerwanie od czasów I wojny światowej.

Mateusz Rolik

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułWładysław Studnicki – myśliciel niepokorny
Następny artykułDo wyboru, do koloru … paradygmatów
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

29 KOMENTARZE

  1. Jestem pod wrażeniem.
    W książce Brzezinskiego znaleźć stek i jajko. 😉
    Dziękuje za ten artykuł i czekam na więcej.

    Mała uwaga: Justujcie tekst – tak powinno być schludniej.
    Pozdrawiam

  2. Również dzięki za tekst ,wspierający wiedzę dra J. Kwaśniewskiego . Pomijając to ,że wszelkie perturbacje miedzyludzkie wynikają z nieprawidlowego odżywiania organizów ( co jest pewnym novum dla współczesnych) to dobra lekcja z historii usianej tragediami ludzkimi spowodowanymi obłędem rządzących, ówczesnych elit władzy ,polityki i ekonomii. I tak jest do dzisiaj . Wojny spowodowane są zawsze tym ,że wywołują je ludzie o patologicznej strukturze i zasilaniu swoich mózgów. Mądrzy ludzie dogadali by się głupi wszczynają wojny.

  3. „Innymi słowy jest to tradycja „żywieniowego stanu wyjątkowego”, który – jak widać – w dietetyce trwa nieprzerwanie od czasów I wojny światowej.”

    Czy to tylko tradycja, czy też tak powstają paradygmaty? Potrzeba zaciśnięcia pasa wytworzyła gałęzie zastępczej żywności i do tej rzeczywistości dorabia się naukowe teorie by uzasadnić istnienie tego interesu, bez względu na koszty ludzkiego zdrowia? Nawiązując do refleksji o paradygmatach, śmiało można wysnuć wniosek że nauka dietetyki, medycyny, nie szuka już faktów, dowodów. Umacnia jedynie te które jej odpowiadają. Chyba priorytetem są finanse. Prosperuje to co się reklamuje że jest zdrowe i tak bum na oleje trwa i genetyczną pszenice. Rozwija się przy okazji potężna farmacja. To już nie są paradygmaty ani tradycja, to jest chyba oszustwo o podłożu finansowym ? A gdzie jest NAUKA?

  4. Uwielbiam tę stronkę,kawał dobrej roboty.Cieszę się że,istnieją jeszcze ludzie potrafiący samodzielnie myśleć.Niewątpliwie pomysłodawca tej strony do nich należy.Pozdrawiam

  5. ” A gdzie jest NAUKA? ” – Zofia
    ——————————————————
    Założono jej finansowy knebel na usta. Wszystko co nie generuje pieniędzy jest nie warte zachodu i odrzuca się to. Zdrowie ludzi nie jest ważne ,ważne żeby za nie płacili wiecznie chorując i lecząc bezskutecznie. Na straży tego stoją ogromne ponadnarodowe kartele, korporacje medyczne ,farmaceutyczne i producenci zchemizowanej i modyfikowanej żywności – trucizny.
    Nauka ” schodzi na psy ” ,które niczemu nie są winne ale tak się mówi. Spieniężone sumienia psudonaukowców obracają się wokól zasobnych w środki finansowe sponsorów . I tak ręka rękę myje .

  6. Proszę nie podpinać sytuacji wojny do dzisiejszej. Nie ma w tym artykule żadnego naukowego uzasadnienia,a jedynie własne wywody wyciągnięte z opisu czasu wojny. Pisanie ,iż spożywanie warzyw jest wymysłem tamtych czasów w kontekście zdrowia nie ma żadnego uzasadnienia naukowego. Produkty pochodzenia zwierzęcego, niestety na obecną chwilę w Polsce, dosalane są solą wypadową. Po ostatniej wpadce sól ową wycofano jedynie z produktów pochodzenia roślinnego. Więc dalej produkty odzwierzęce dalej mogą zalegać na półkach. Co do dużej ilości węglowodanów, zgadzam się, iż nie należy z nimi przesadzać. W szczególności w produktach przetworzonych oraz mało obfitych z składniki mineralno witaminowe. Autor z wykształcenia nie jest dietetykiem?
    Pozdrawiam.

    • To że autor nie jest dietetykiem nie stanowi argumentu. Autor udowodnił w wielu wcześniejszych artykułach, że posiada dużą wiedzę i korzysta z rzetelnych źródeł tej wiedzy. Aktualnie kształcę się w tej dziedzinie i widzę, że nawet wykładowcom brakuje momentami wiedzy elementarnej, potrzebnej do zrozumienia ludzkiej fizjologii. Najbardziej jednak brakuje im zdrowego sceptycyzmu.
      Co do soli – wniosek z tego tylko taki, że powinno sie ograniczyć przetwory mięsne i kupować tylko mięso bez dodatków.

  7. Książka „W obronie jedzenia” jest ciekawą pozycją i uważam, że warto ją przeczytać choćby po to aby umocnić się w przekonaniu, że główna teza książki „Jedz jedzenie. Nie za dużo. Głównie rośliny”, szczególnie jej trzecia część jest błędna . Tak naprawdę to z treści zawartej w pozycji można wysnuć wniosek „Jedz jedzenie. W ilości odpowiadającej twoim zapotrzebowaniom. Głównie pokarmy zwierzęce”. Autor sugeruje (słusznie), że powinniśmy jeść to co nasi przodkowie (nasze babki?), podając przykłady opisów jak odżywiają (odżywiały) się izolowane populacje. I jakie wnioski wyciąga? Błędne! Odnosi się wrażenie, że przeczy sam sobie w imię poprawności politycznej, przemycając bardzo wątpliwe tezy np. o szkodliwości białka zwierzęcego, czy że glukoza stanowi główne paliwo dla organizmu!? Jednocześnie z lektury można bez problemu wysnuć wnioski, że większość kalorii pochłanianych przez naszych przodków pochodzi, głównie z produktów zwierzęcych ( mięso, jaja, ryby, mleko i jego przetwory).
    A więc o co chodzi? Myślę, że książka jest jedną z prób utrwalenia obecnego stanu rzeczy. Oczywiście zalecenie jadania naturalnych pokarmów samo w sobie jest czymś dobrym, ale cała pozycja wprowadza jedynie zamęt i jest kolejnym dziełem robiącym nieobeznanym w temacie czytelnikom papkę z mózgu.

  8. Jak niemal każdy artykuł w dziale dieta i żywienie, dobór literatury, badań naukowych jest przeprowadzany czysto subiektywny sposób i służy przedstawieniu produktów odzwierzęcych jako jedynego naturalnego pokarmu człowieka i panaceum na wszelkie zło. „Nowa Debata” to miejsce debatowania czy mięso i tłuszcz są wspaniałe czy jeszcze lepsze. Nawet wycinek historii, kiedy ludzie po prostu postępowali zgodnie z wiedzą jaką wówczas posiadali, ma posłużyć jako potwierdzenie białkowo-tłuszczowego modelu odżywiania. Bo okazuje się że przedwojenni Niemcy są zbadanym przykładem zdrowych, naturalnie żywionych ludzi (aż by się chciało powiedzieć germańskich nadludzi), natomiast powojenni Niemcy to już skarlałe, żywione warzywami i ziemniakami, dręczone chorobami pokraki. I w dodatku w wyniku spisku ten zdegenerowany sposób żywienia jest promowany jako zdrowy…

  9. Dodam, że doceniam mądrość tradycji a nawet wkład dietetyki „mięsnej” (albo modnej ostatnio paleo) w naukę o żywieniu, słuszna i „orzeźwiająca” stare dogmaty jest krytyka nadmiaru tłuszczów roślinnych, cukrów, zbóż (zwłaszcza oczyszczonych), które są nowymi, wręcz obcymi produktami w diecie człowieka. Ta słuszna skądinąd krytyka nie dowodzi w żaden sposób, że we współczesnych warunkach diety low carb są bezpieczną i zdrową opcją. Zarówno pierwotne plemiona jak i późniejsze tradycyjnie społeczności, nawet gdy żywiły się głównie mięsem, to było ono świeże i innej jakości… Choć to chyba mało powiedziane! Ciężko porównać zwierzę upolowane w jego naturalnym środowisku lub hodowane na niezanieczyszczonym pastwisku ze współczesnym „tucznikiem” żyjącym bez dostępu do światła, okaleczanym, szprycowanym hormonami i antybiotykami, karmionym zbożami, soją GMO i mączkami kostnymi (!)… a to tylko początek, bo jaka chemia ma w tym wszystkim udział zanim ta umęczona karykatura zwierzęcia trafi do marketu jako schab lub o zgrozo wędlina. Wszytko to robione jest po to, żeby zapewnić każdemu człowiekowi jego ulubiony „naturalny” pokarm -często, dużo i tanio. Tak, w warzywach i zbożach też jest chemia, ale nie skumulowana (przez jedno z ogniw łańcucha pokarmowego), nie podwojona – podawana i zwierzęciu i dodawana do gotowych produktów, nie ma też hormonów ani antybiotyków (niewielkie ilości fitohormonów to żaden argument przy ilościach hormonów zwierzęcych). Nigdy nie dojdziemy czy diety „wege” czy „paleo” są zdrowsze, ironiczne jest wręcz to, że mają bardzo podobne sukcesy w zwalczaniu chorób cywilizacyjnych. Możliwe jest to tylko dzięki temu, że człowiek jest tak omnipotencjalny, że może z sukcesem żywić się prawie wszystkim. Tym co szkodzi nie są ani białka ani węglowodany ani tłuszcze ani nawet cukry! tylko wynaturzona, fabryczna forma w jakiej mamy to podane i ot cały sekret chorób cywilizacyjnych, bez spisków „cholesterolowych” i „zbożowych”. Niezależnie od tego jaką dietę się wybierze, nie można popełnić błędu póki jest ona oparta na świeżych, całych, nieprzetworzonych produktach. Współcześnie łatwiej (i taniej) o takie produkty roślinne. I absolutnie nie mam na myśli przemysłowych mutantów typu: oleje, margaryny, pieczywa bez zakwasu (i ogólnie nowoczesne formy obróbki zboża) mleka sojowe, substytuty mięsa i serów, otręby, ekstrudowane, słodzone płatki śniadaniowe, produkty „odtłuszczone”itd. które tylko laikom kojarzą się ze zdrową, roślinną żywnością. Niewątpliwym plusem diety roślinnej jest też spokój ducha, można udawać że nie obchodzi kogoś co się dzieje podczas chowu przemysłowego ale jak się to zobaczy, doświadczy, to każdego zdrowego psychicznie człowieka to dotknie i obejdzie, wtedy zostaje wybór, albo coś z tym robię albo wyrzucam to z głowy, usprawiedliwiam się i żyję dalej. Ja wolałam coś z tym zrobić i z tego akurat jestem dumna.

    • Oj, a ja chciałabym, żeby wszyscy piewcy roślinożerność przyjrzeli się metodą uprawy roślin, warunkom przechowywania, konserwacji itp. itd. metody w niczym nie odbiegają od tych stosowanych do hodowli. Żaden z rolników, który prowadzi uprawę na skalę masową nie zjada swoich produktów…

    • Twoja opinia też nie jest obiektywna, ponieważ ma podłoże ideologoczne – krzywda zwierząt. Nawet Twój post tak naprawdę stanowi poparcie dla paleo, ponieważ przyznajesz w nim (zresztą słusznie), że największym winowajcą jest technologia przetwórstwa żywności. Nie sądzę, żeby łatwiej było o natualne produkty roślinne niż zwierzęce. Karmienie trzody syfiastą paszą można porównać do nawożenia upraw sztucznymi nawozami.

    • janek, ja tu nie widzę rzeszy osób, które opowiadałyby się za paleo. Większość zgadza się tylko z tym, że produkty pochodzenia zwierzęcego stanowią bardziej pożywny posiłek, niż rośliny, a także z tym, że żywność przetworzona przemysłowo jest gorszej jakości.

  10. Potwierdzam.Mięso dzisiaj już nie jest takie same,można zaopatrywać się jeszcze u rolnika ale jaka mamy pewność ,że nie karmi swoich zwierzat paszami z dodatkiem soi i kukurydzy GMO,dotyczy to również jajek.Warzywa niestety też najczęściej tak są nafaszerowane chemią ,że do natury im daleko ale przynajmniej nie zalegaja w jelitach tak długo jak mięso i nie ma ponownego wchłaniania toksyn w jelitach.Ale reasumując najważniejsza jest dieta zrównowazona,nie popadajac w przesadę w żadną stronę -najbliższa temu jest kuchnia i medycyna chińska.Pozdrawiam

  11. Co mam powiedzieć. Szukam odpowiedzi obserwując swój organizm, siebie samego oraz patrząc na ludzi mi bliskich – rodzinę. Jestem szczupły, (aż za bardzo) swoją dietę opieram na mięsie, tłuszczach w większości ale i chlebie w ilościach pewnie niezalecanych przez wielu. Nie przepadam za ciastkami, słodyczami i nie jest to (tak mi się wydaje) sposób odżywiania wpojony czy ukształtowany przez tego typu publikacje, ale dla mnie naturalny, zgodny z moimi potrzebami. Czy jest to zdrowe? (…) Tego nie wiem ale dobrze się tak czuję! Pewnie wielu z Was chciało by poznać jednoznaczną odpowiedź, receptę zdrowego trybu życia, zdrowego odżywiania – ja też! Bombardowany ze wszystkich stron tezami ba nawet pewnikami, że tłuszcz jest zabójczy szukam potwierdzenia, iż to co jem mnie nie zabija skoro czuję się dobrze a odżywiam się „źle”. W dzisiejszych czasach dostęp do informacji prawie na każdy temat jest banalnie prosty – niestety te informacje często wzajemnie się wykluczają! Ilu ludzi tyle subiektywnych poglądów, prawd, opinii a wszystkie je zweryfikuję życie a właściwie śmierć. Podobno każdy powinien wypracować własny pogląd na dane zagadnienie ale w oparciu o co? O opinie i doświadczenia innych ludzi, którzy tak jak ja mogą się mylić? Sytuacja bez wyjścia. Szukając autorytetów, nie wiemy czy poglądy przez nich głoszone są wolne od lobbingu, rzetelne, sprawdzone i co najważniejsze prawdziwe. Ale jeśli szukasz odpowiedzi to na coś prędzej czy później musisz się zdecydować! Chciałbym poznać jednoznaczną odpowiedź, receptę której nikt nie zakwestionuje. Ja szukam odpowiedzi i nie chciałbym popełnić błędu na wagę zdrowia… i życia – swojego i tych, za których odpowiadam. Czy lepiej być spokojnym nieświadomym czy niespokojnym poszukiwaczem. Idealnie byłoby znaleźć to czego się szuka. Czym dalej w las tym ciemniej… Pozdrawiam!

  12. Ależ nasi przodkowie byli prawie wegetarianami :) Nie dlatego, że gardzili mięsem (nie gardzili żadnym jedzeniem – historia ludzkości to historia głodu), ale dlatego, że mięsa po prostu nie było. Bądźmy szczerzy – wszyscy pochodzimy od chłopów. A ci jedli tylko to co mogli sami wyhodować. Chłopom nie wolno było polować na duże zwierze w lasach – to był przywilej arystokracji. Hodowla drobiu i innych małych zwierząt trochę trwa – taka kura musi urosnąć, wyprodukować następną kurę i dopiero wtedy można ją zjeść. W dodatku jest kosztowna – trzeba było zgromadzić dodatkowe zapasy, żeby zwierzęta przetrwały zime. Duże zwierzęta, np. świnie rosną odpowiednio dłużej i są odpoweidnie droższe w hodowli. Ich mięso jadano tylko z okazji specjalnych okazji jak ślub czy chrzciny. W prehistorii było jeszcze gorzej – takiego zwierzeka trzeba było wytropić i zabić – i to z użyciem bardzo niedoskonałych narzędzi. Większość porzywienia dostarczali zbierzacze a nie myśliwi – aczkolwiek to co przynieśli myśliwi było smaczniejsze i o wiele bardziej wartościowe. Przy okazji – zborza przez większość naszej historii mielono ręcznie – zmielenie ziaren na jeden chleb trwało cały dzień. Jedliśmy głownie to co rosło samo, czyli owoce i warzywa. Mięso to był żadki i poszukiwany, niezwykle wartościowy smakołyk, na codzień dostępny tylko wybranym.(Ziemniaków nie jedliśmy – nie rosły w Europie). Więc żeby nasza dieta odpowiadała diecie naszych przodków powinniśmy jeść mięso stosunkowo żadko – np. 1-2 x w tygodniu, a nie 3 razy dziennie.

  13. asmo
    bzdury z tymi owocami mówisz. Owoce to mogli jeść przez 2-3 miesiące w roku w czasie sezonu. Warzywa podobnie. Zboża są stosunkowo od niedawno, czyli przed wiekami ludzie musieli jeść głównie mięso i tłuszcze.

  14. Drodzy czytelnicy

    Odnośnie co jedli nasi przodkowie odpowiedź wydaje mi się prosta = wszystko (jesteśmy gatunkiem wszystkożernym), pozostaje tylko kwestia co głównie (bulwy, orzechy, warzywa, owoce i inne jadalne części roślin np. młode liście paproci palm itd.) i w jakich porach roku. Ale nie o tym chciałem pisać. Jest sporo literatury co jedli nasi przodkowie (wykopaliska).

    Fakt jest taki że ludzie jeszcze nigdy w historii nie jedli tak przetworzonej żywności i w takich ilościach!!!
    Dezorientacja, brak edukacji, informacji, dokładnych badań oraz przede wszystkim duży biznes sprawia że pogubiliśmy się.
    Jednak powstało kilka ciekawych filmów które serdecznie polecam:
    http://topdocumentaryfilms.com/beautiful-truth/

    http://topdocumentaryfilms.com/food-inc/

    Życzę miłego oglądania

  15. Tak przypadkiem czy specjalnie zapomniałeś dopisać MIĘSO I TŁUSZCZ?

    Wymieniłeś dodatki a zapomniałeś o obiedzie, stanowiło one 70 % diety łowców zbieraczy.

    Zadam te pytanie ponownie na tym forum.

    Co jedli ludzie paleolitu 5 tys lat temu w styczniu koło Wrocławia?

    Dlaczego nie kupisz sobie książki o ewolucji homo sapiens, takiej opisującej jak było?
    Dowiesz się z niej lub nich wielu ciekawych rzeczy.
    Dowiesz się że wszystkie plemiona łowców zbieraczy nie zbieraczy łowców trudniły się głownie polowaniem. A na korzonki się nie poluje.

    Naprawdę polecam szerszą i prawdziwą edukację w tym zakresie. Dowiesz się, że ukształtowała nas afrykańska sawanna, a nawet więcej są w nas echa pierwszych kręgowców z kambru to 530 mln lat ewolucji.
    Jesteśmy emocjonalnie, metaboliczni, nawet kulturowo i społecznie ludźmi lasu. Nasze zachowania społeczne, religię, przesądy, stosunki damsko – męskie, nie wykształciły się teraz, to zaczęło się 2 mln lat temu, jedynie pewne zachowania adaptowały się do obecnej rzeczywistości.

    Jak już sobie poczytasz będziesz wiedział, że tłuszcz i mięso powinieneś wymienić na pierwszym miejscu, bulwy skrobiowe na drugim a całą resztę potraktować jako skromny dodatek, takie suplementy naszych czasów.

    FOOD INC fajny film ,ale nie jest to historia naszego odżywiania, ukazuje tylko patologię obecnego, wielkoprzemysłowych hodowli, patologicznej diecie, nadmiaru żywności, jego złego profilu, itd.

  16. Ot – Leon ujął to wszystko wyjątkowo trafnie.
    Dodam jeszcze od siebie:
    Eskimosi przez całe życie jadali prawie wyłącznie mięso – fok, niedźwiedzi, ryby itp. I żyli ZDROWO, dopóki nie pojawili się biali…
    Baran ma jelita długości ok. 40m i dlatego jest roślinożercą. Człowiek ma już tylko ok. 8 metrów…
    Wegetarianie i weganie MUSZĄ suplementować swoją dietę, bo w produktach roślinnych nie ma pewnych niezbędnych dla ludzkiego organizmu składników, a w mięsie są. To są fakty. Ja nie walczę z faktami, dlatego jestem „bezdusznym” mięsożercą. Więc nie będę „chronił” zwierząt kosztem własnego zdrowia.

    Argument wegetarian, że mięso jest skażone hormonami, adreneliną itp. jest argumentem NIE NA TEMAT. Przecież zastanawiamy się nad przyjęciem właściwego modelu odżywiania, a chemia, toksyny i inne dodatki do żywności to zupełnie inny temat i pytanie jak ich unikać? Właśnie – jak?

  17. A ja tylko przypomnę, że dawne łowiectwo i zbieractwo było związane z sezonowością czyli np. na terenie obecnej Polski istniała sezonowość jedzenia owoców kiedy były dostępne a w czasie zimy było to co można było upolować. Z tego powodu człowiek może jeść wszystko co nie powinno się przekładać się na dzisiejsze dietetyczne zalecenie większości dietetyków jedz wszystko co w piramidzie żywieniowej zostało umieszczone. Owoce i warzywa inaczej się trawią latem gdy jest ciepło i nasz organizm ma inny metabolizm niż zimą. A przyrównując to do paleodiety, która współcześnie została wskrzeszona opowiem z własnego doświadczenia o wegetarianizmie: prawie rok nie jadłam mięsa i innych produktów białka zwierzęcego ale nie jadłam wtedy też zbóż ani glutenowych ani bezglutenowych jednak nie suplementowałam się również witaminami z grupy B. Niedobory odczułam dopiero po około 12 miesiącach. Podsumowanie: będąc kiedyś myśliwymi i zbieraczami ewolucyjnie przystosowaliśmy się do długiego po nawet kilkumiesięcznego niejedzenia ze względu na niedostępność w naturze całych grup produktów. Mogliśmy więc jeść bezkarnie kilka mięsięcy więcej białka mając nadmiary w pojęciu współczesnym a potem latem rekompensowaliśmy to sobie dodatkiem owoców czy znanych wtedy warzyw i bardziej dla niektórych dostępnych ryb. Pomyślmy zwierzyna latem nie była tak łatwo dostępna dostępna jak myślimy, zimą zwierzęta ze względu na aurę były trudniejsze do zabicia a latem też miały swoje ograniczenia np. okres rozrodu. Człowiek więc musiał więc przez tysiące lat zmieniać swój organizm i przystosować się do wszystkiego co mu oferowała przyroda. Dlatego współcześnie pomimo całej gamy barwników, konserwantów i dodatków jeszcze żyjemy pomimo, że po naszej śmierci nawet z kilogram lub więcej z naszego ciała nie rozkłada się bo pomiędzy naszymi komórkami pozostają śmieci, które podobno nam nie szkodzą. Polecam książkę: Mordercza gumowa kaczka. :) Pozdrowienia.

  18. Człowiek nie ewoluował przez tysiące lat. Człowiek powstał ok. 40 tysięcy lat temu jako tzw. człowiek z Cro-Magnon i w nie zmienionej postaci istnieje do dzisiaj. Ze swoimi jelitami, żołądkiem i metabolizmem. Ktoś, kto to wymyślił dał mu np. wątrobę, po to, by neutralizowała lub usuwała mu toksyny. Ten ktoś sprawił, że jeśli człowiekowi brakuje jakichś cennych substancji to pobiera je z różnych organów, by w pierwszej kolejności zasilać mózg i serce.
    Mój znajomy, który ma 39 lat, ma niedziałające nerki, ale działa mu mózg i serce. Dlatego jeszcze żyje. Dzięki dializom może żyć jeszcze wiele lat. Np. 30, może 50, to kwestia tylko pieniędzy i szczęścia, że wcześniej jakiś motocyklista wyrżnie w drzewo. Co jadał – nie powiem – dramat.
    Jakieś 10 tysięcy lat temu powstały zboża, czyli (zaokrąglając), węglowodany. Nikt nie wie na jakiej zasadzie, bo nie było wtedy Monsanto. Wątroba zamienia je w glukozę, czyli cukier, a w przypadku nadmiaru – w tkankę tłuszczową. Dlatego Amerykanie wyglądają jakby ktoś ich napompował pompką od roweru. Stało się tak dlatego, że reklamy telewizyjne traktują całkiem serio. A to z kolei się stało dlatego, że już nie rozumieją pisma obrazkowego, więc skupiają się wyłącznie na telewizji.
    Dowód? Zobacz Sylwio zdjęcia w tym artykule: http://www.altermedium.pl/home/mcdonald-nawoluje-niejedzenia-wlasnego-jedzenia/. Przecież to „dorośli” przyprowadzili tam te dzieci.
    Podsumowując: ktoś, kto stworzył człowieka z Cro-Magnon, czyli nas, przewidział, że niektórzy z nas przez cały rok będą jedli wyłącznie np. nać z pietruszki. I wtedy nie będą mieli erekcji, co oznacza, że problem rozwiąże się sam, niezależnie od pory roku. Prawda, że genialne?

  19. „Przypomnijmy, że jeszcze do lat 90. XX w. cukier uchodził za zdrowy tylko dlatego, że nie zawierał ani tłuszczu (jest mniej kaloryczny) ani cholesterolu.”- kompletna bzdura, a raczej nieprawda. Urodziłam się w 1968 roku, więc lata 90 to moja młodość- od dziecka słyszałam, że cukier szkodzi, żeby go nie naduzywać, słodycze jadło się raz w miesiącu w moim domu i na Boże Narodzenie. Poza tym piło sie mleko (dziś go nie piję), mięso 2 razy w tygodniu i 2 razy obowiązkowo-ryby- do tego duzo kiszonek domowych i warzywa z przydomowego ogródka. Dzisiaj mięso jest „chore” już w chlewiku, dlatego w ogóle nie ma co porównywać tamtych czasów do dzisiejszych…mam na myśli lata 70-te, gdzie świniaka kupowało się u rolnika i trzymało w wielkiej zamrażarce…

  20. W sluchajcie sie na google w Jerzy Ziemba naturipatic doctor same super uwagi I na tematy odzywiania I nie tylko Porusza duzo tematow na Vitaminy I Microelementy itd

ZOSTAW ODPOWIEDŹ