Odporność zbiorowiskowa cz. I – Iluzja poparcia społecznego

10

W poprzednim tekście pt Debata o szczepieniach – błędne łączenie epidemiologii i matematyki pisałam, że oprócz indywidualnego bilansu korzyści i ryzyka (z założeniem wystąpienia infekcji zaliczanej do niedawna do “chorób wieku dziecięcego”) dodatkowym elementem decyzji o szczepieniu lub nieszczepieniu  może być udział w tworzeniu tzw. odporności zbiorowiskowej. Konieczność jej wytworzenia lub podtrzymania jest argumentem za koniecznością stosowania przymusu i represji, którym posługują się środowiska środowiska sanitarno-epidemiologiczne, wakcynologiczne jak i wielu fanatycznych zwolenników przymusu szczepień nie swoich dzieci. Środowiska te powołują się nawet na art. 31 ust. 3 Konstytucji mówiący o możliwych ograniczeniach w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw.

Z moich obserwacji wynika, że argument ten używany jest bezpodstawnie w odniesieniu do wszystkich możliwych szczepień. Nigdy nie jest też poparty precyzyjnymi danymi dotyczącym rzekomo największych beneficjentów tego zjawiska, czyli osób zwolnionych ze szczepień ze względu na medyczne przeciwwskazania do szczepienia. Stawiam zatem tezę, że koncepcja „solidarność” z tymi osobami to idea sztuczna, stworzona wyłącznie na potrzeby promocji i przymusu szczepień. Poniżej przedstawię argumenty pokazujące, że „odporność zbiorowiskowa” i „ochrona osób nieszczepionych” nie jest i nigdy nie była rzeczywistą motywacją do szczepienia dzieci i dorosłych, co można wyraźnie zaobserwować u wielu nieszczepiących lub szczepiących wybiórczo rodziców (fałszywie etykietowanych jako “ruch antyszczepionkowy”).

Krótkie wprowadzenie do odporności zbiorowiskowej

Dla niewtajemniczonych podaję opis odporności zbiorowiskowej (inaczej gromadnej, zbiorowej, stadnej) wg lek. Izabeli Taczoń przedstawiony na portalu internetowym „Medycyny Praktycznej”:

Szczepienia chronią indywidualne osoby przed zachorowaniem. Stosowane masowo w określonej populacji zapobiegają rozprzestrzenianiu się choroby zakaźnej, chroniąc również osoby nieszczepione, a poprzez to zmniejszają liczbę zachorowań w całej grupie. Takie zjawisko zostało opisane w odniesieniu do wielu różnych chorób zakaźnych i jest znane jako odporność gromadna (herd immunity).… Masowe szczepienia stały się podstawą eradykacji poliomyelitis, eliminacji odry, a także do zapobiegania występowania np. zespołu różyczki wrodzonej. [podkreślenie aut.]

Poniżej przyjrzymy się właśnie kwestii ochrony osób nieszczepionych. Przy czym skoncentrujemy się wyłącznie na jednej podgrupie nieszczepionych, czyli zwolnionych ze szczepień ze względu na medyczne przeciwwskazania do szczepienia.

 Kluczowe pytania dotyczące zwolnionych ze szczepień
  • Ile jest w kraju osób zwolnionych ze szczepień ze względu na przeciwwskazania i potrzebujących „odporności zbiorowiskowej”? W prasie znajdziemy wiele doniesień, że obecne szczepionki są na tyle bezpieczne, że “… żadna choroba nie jest przeciwwskazaniem do szczepienia” i dlatego szczepi się dzieci z chronicznymi chorobami, z nowotworami, a także wcześniaki, dzieci z zaburzeniami neurologicznymi, a zaburzenia będące przeciwwskazaniem do standardowego kalendarza szczepień są nierozpoznawane, np. w Polsce nie rozpoznaje się 70-90% pierwotnych zaburzeń odporności u dzieci.
  • Ile nieszczepionych osób/rodziców nieszczepionych dzieci domaga się faktycznie przymusowego szczepienia innych osób (zwłaszcza, że zwolnienia ze szczepień przyznawane są też na skutek wystąpienia powikłań poszczepiennych)?
  • W jakim stopniu rodzice takich osób, najbliższa rodzina, czy inne osoby z bliskiego kontaktu poddają się wszystkim możliwym szczepieniom dla dobra danej osoby?

Czy ktoś zna odpowiedzi na te pytania?

Co ciekawe, ogólnodostępne źródła pokazują, że dobrowolne szczepienie dzieci i dorosłych w celu zapewnienia ochrony osobom nieszczepionym nie jest i nie było praktykowane w naszym kraju.

Iluzja poparcia społecznego dla walki z zarazkami poprzez szczepienia

1) Pracownicy służby zdrowia nie praktykują walki z zarazkami poprzez własne szczepienia mimo częstego i bliskiego kontaktu z wieloma dziećmi zwolnionymi ze szczepień. Przykłady:

2) Z historii szczepień i danych o wyszczepialności w 2010 roku wynika jednoznacznie, że w Polsce nie praktykowano i nadal nie praktykuje się szczepień własnych dzieci dla ochrony nieszczepionych, jeśli rodzice uznają dane szczepienia za niepotrzebne dla własnego dziecka. Przykłady:

  • Wprowadzone szczepienie przeciwko odrze w 1972 roku nie spotkało się z akceptacją większości rodziców i wielu lekarzy (jedynie 20% rodziców dzieci w wieku 1-4 lata skorzystało z tej oferty w latach 1972-1974). Dopiero wprowadzenie tego szczepienia do obowiązkowego programu szczepień w 1975 roku pomogło uzyskać wysoką wyszczepialność w następnych latach.
  • W 1995 roku udostępniono (bez refundacji) polskim rodzicom szczepionkę odra, świnka, różyczka (MMR) dla dzieci w drugim roku życia, aby uzyskać wysoką wyszczepialność przeciwko śwince i różyczce. Do 2004 roku ok. 20% rodziców (średnia z lat 1995-2003) wykupiło preparat MMR. Rozpowszechnienie akceptacji szczepień przeciwko różyczce i śwince u dzieci w 2 roku życia uzyskano poprzez wprowadzenie MMR w 2004 roku na listę szczepień obowiązkowych (i przez to refundowanych). Do 2004 roku stosowano w Polsce skuteczny program zapobiegania zespołowi różyczki wrodzonej przez szczepienia 13-letnich dziewcząt, a szczepienia przeciwko wirusowi świnki były jedynie zalecane.
  • Popularność szczepień dzieci preparatami nierefundowanymi jest w Polsce znikoma (np. szczepienia przeciwko pneumokokom, ospie wietrznej, rotawirusom, grypie, meningokokom), mimo że nie brak jest obecnie kampanii informacyjnych pod hasłami podkreślającymi zapobieganie rozprzestrzeniania się chorób zakaźnych na inne osoby np. “Szczepiąc siebie – chronisz bliskich” – hasło V Europejskiego Tygodnia Szczepień z 2010 roku.
Pora na wnioski

W naszym społeczeństwie nie było i nie ma praktyki narażania własnego zdrowia na możliwe powikłania poszczepienne dla dobra dzieci czy osób zwolnionych ze szczepień. Nie praktykują tego pracownicy służby zdrowia; nie praktykują tego dorośli na sobie ani na swoich dzieciach, dopóki szczepienie nie stanie się obowiązkowe i refundowane; nie praktykują tego najprawdopodobniej osoby z najbliższego kontaktu dzieci nieszczepionych. 

Wiedzą o tym wakcynolodzy i urzędnicy służb sanitarno-epidmiologicznych, co jest powodem jedynie zalecania wszystkich nowych szczepień dla dorosłych bez kampanii na rzecz obowiązku lub przymusu szczepień w tej grupie wiekowej. Dlatego jedynym celem dotychczasowych działań propagandowych szczepionkowego establiszmentu jest wzburzenie społecznej agresji skierowanej na nieszczepione dzieci i ich rodziców. Stosowanie dyskryminacji, represji czy przymusu szczepień u dzieci jest wynikiem m.in. braku zrozumienia rodziców, którzy na pierwszym miejscu stawiają indywidualny bilans korzyści i ryzyka danego szczepienia dla własnego dziecka. Istniejąca odporność zbiorowiskowa (np. przeciwko wirusowi polio – do tych szczepień nie trzeba było przymuszać polskich rodziców) jest produktem ubocznym indywidualnych decyzji o ochronie własnych dzieci przed chorobą lub powikłaniami.

Co więcej, można założyć, że większość rodziców dzieci zwolnionych ze szczepień nie oczekuje takiego poświęcenia ze strony innych rodziców.  Solidarność z nieszczepionymi to sztuczna idea stworzona na potrzeby promocji i przymusu szczepień. Zauważmy też, że w praktyce ta sztucznie stworzona i niepraktykowana w naszym kraju „solidarność” kończy się w momencie wystąpienia powikłania poszczepiennego u szczepionego danego dziecka. W Polsce brak jest programu kompensującego wystąpienie powikłań poszczepiennych (zwłaszcza jeśli rodzice  lub opiekunowie zostali przymuszeni do szczepienia przez groźbę kary finansowej lub inne środki przymusu np.straszenie odebraniem praw rodzicielskich). Nie widać też, aby rodzice nieszczepionych dzieci czy też często spotykani w Internecie  zwolennicy przymusu szczepienia cudzych dzieci organizowali inicjatywy pomocy osobom poszkodowanym przez szczepienia.

Ceną masowych szczepień są nie tylko uznane i nieuznane naukowo powikłania poszczepienne, czy też utrwalenie odpowiedzialnych za większość powikłań pochorobowych zaniedbań systemowych, medycznych czy rodzicielskich (o tym innym razem). Ceną masowych szczepień wszystkich dzieci jest też uzależnienie wielu szczepionych osób i wielu niemowląt pozbawionych biernego uodpornienia (przeciwciał matki) od wyszczepialności następnych pokoleń – o tym w części drugiej (wkrótce). Najwyższą cenę przyjdzie jednak zapłacić wszystkim, gdy przymus do szczepień stanie się powszechną praktyką, która zacementuje wypaczoną definicję człowieka jako “rezerwuaru zarazków” i będzie wstępem do farmakologicznego gwałcenia wolności człowieka w imię pseudoprofilaktyki zdrowia publicznego.

Justyna Socha

O autorce:

Doświadczyłam jak działa w Polsce system przymusu szczepień, wygrałam w sądzie z sanepidem, a obecnie działam na rzecz wolności wyboru zabiegów medycznych jakimi są szczepienia i pełnej informacji, zarówno o korzyściach, jak i ryzyku z nimi związanym.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Na ten temat przeczytaj również:

Komentarze

Komentarze

10 KOMENTARZE

  1. Ładne zakończenie 🙂

    Ja chciałbym zwrócić uwagę na coś, co uświadomiłem sobie dopiero podczas lektury tego tekstu. Wydaje mi się, że tzw. „odporność zbiorowiskowa” nie ma nic wspólnego z odpornością. Ten zwrot bardzo wprowadza w błąd.

    „zapobiegają rozprzestrzenianiu się choroby zakaźnej, chroniąc również osoby nieszczepione” – Chroniąc – nie uodparniając. To tak, jakbym malutkie dziecko ciągle prowadził za rękę, aby nie upadło (bo taki upadek jest bardzo ryzykowny, rozumiecie, naraża na powikłania, nie tylko tę jednostkę, wręcz całą populację; przecież inni rodzice mogą wziąć przykład i również pozwalać swoim dzieciom raczkować, uczyć się chodzić, upadać – im więcej takich upadków, tym większe ryzyko dla społeczeństwa).

    To nie jest ochrona, lecz uzależnianie.

    Sterylizacja świata, antybiotyczny świat, życie w paranoicznym lęku przed demonem, diabłem, wirusem, bakterią – to nie jest dobry kierunek.

  2. Wyleczyłam się z kilku przypadłości przewlekłych i uciążliwych z którymi nauczyłam się jakoś żyć dopiero wówczas gdy zdałam się – że tak powiem – na bio-, rezygnując ze wszelkich anty-bio-, także szczepionek, których i w dorosłości dostałam mnóstwo, a które również nie pomogły. Zastosowałam – http://www.stachurska.eu/?p=1970 , w czym zawiera się i problem odporności na infekcje – http://www.stachurska.eu/?p=2073 .

    Od siedmiu lat korzystam z ww metody i układ odpornościowy sam się pozbył gnębiących mnie schorzeń. Najbardziej spektakularna jest zmiana reakcji na przeziębienia. Kiedyś co takiego doświadczyłam to długo nie byłam w stanie z niego wyjść. Zdarzyło się też kilkakrotnie że przechodziło w zapalenie oskrzeli lub zapalenie płuc. W ostatnie 5 lat przeziębiłam się dwa razy i za każdym razem chorowałam tylko jeden dzień. Za pierwszym razem rano nie smakowała mi kawa, funkcjonowałam znośnie choć czułam się jakoś niewyraźnie i w końcu koło południa zmierzyłam sobie temperaturę. 39 z kreskami na termometrze odebrałam jako niewiarygodne więc poszłam po drugi termometr. Powierdzone pozwoliło uznać że mogę uwzględniając samopoczucie poczekać z interwencją. Spokojnie dotrwałam do wieczora (póżnego), normalnie spałam i następnego dnia rano – proszę wyobrazić sobie moje zdumienie – miałam 37 i parę kresek, co uznałam za koniec choroby. I tak było, bo w południe temperatura była już całkiem normalna. Żadnych leków nie brałam wyłącznie dlatego, że nie czułam się na tyle źle aby uważać je za konieczne.

    Następnym razem, jakieś dwa lata póżniej, sytuacja się powtórzyła. Koło południa wiedziałam że jest ponad 39 stopni i będąc ciekawa czy poprzednie doświadczenie się powtórzy spokojnie czekałam jutra. Kawa znowu nie nadawała się do picia, ale – bezmyślnie – pojechałam z przyjaciółmi na obiad (te trochę świeżego powietrza żeby wsiąść i wysiąść z ogrzewanego (zima!) samochodu – uznałam – zaszkodzić nie może. I szok, bo w restauracji nie dałam rady przełknąć niczego, bo każde danie było tak gorzkie jak tylko być mogło. Nie chciałam opowiadać „o termometrach”, więc bylam w kłopocie. Ale do domu wróciłam normalnie i następnego dnia znowu jak poprzednio miałam 37 stopni i dwie, czy cztery kreski. Wniosek: nie wiedziałam jak smakuje przy wysokiej temperaturze jedzenie, bo poprzednim razem nie miałam apetytu i po prostu niczego nie jadłam.

    Jestem pewna, że odporność organizmu – jeśli jej nie będzie na talerzu – to jest nie do znalezienia.

    W kwestii szczepień opowiadam się za – co najmniej – ostrożnością – http://www.stachurska.eu/?p=7939 , uznając że mogą być bałamutne gdy to Zysk rządzi rozumami decydentów i ich przemysłu reklamowego.

  3. Z tym całym herd immunity to jest w ogóle jazda taka, że wmawiają nam, że wysoki poziom wyszczepialności jest niezbędny do tego, by wystąpiło owo zjawisko (rzędu 95%). Ale, kiedy wczytać się w definicję dokładniej, to zjawisko odporności grupowej może wystąpić jedynie wówczas, kiedy, zależnie od choroby, w danej społeczności istnieje określona ilość ludzi posiadających odpowiedni poziom ODPORNOŚCI, a nie zaszczepionych (dla każdej choroby ten poziom jest różny i wynosić może w jednej chorobie czterdziestu kilku procent do np. 95% w innej).
    Weźmy pod lupę np krztusiec. Jeśli rozpatrywać ostatnie badania dotyczące owej choroby, to wiemy już, że szczepienie w najlepszym wypadku daje (jeśli w ogóle) ochronę na 2-5 lat, a jego skuteczność jest różna, zależnie od rodzaju szczepienia i wynosi od trzydziestu kilku do osiemdziesięciu procent. Ostatnie szczepienie jest obecnie podawane w Polsce w wieku 6 lat. A zatem 11-12latkowie już mają na tyle niski poziom przeciwciał, że raczej ich już raczej brać pod uwagę nie można jako grupę uodpornioną. A zatem cała grupa >11-12letnich osób zwyczajnie może być nieodporna i istnieje ryzyko (a nawet tak jest), że ludzie Ci będą chorować. W przypadku krztuśca, aby mówić o odporności grupowej, musiałoby istnieć aż.. 92-94% ludzi uodpornionych (w grupie tej są oczywiście ludzie posiadający naturalną odporność, jak i tę nabytą w wyniku przechorowania, bądź teoretycznie szczepienia). Jest to jednak zwyczajnie niemożliwe do osiągnięcia, bo gdyby taki procent ludzi byłby odporny na chorobę – to zwyczajnie ludzie by nie chorowali. Bo niby skąd? A jednak – na krztusiec chorują i dzieci nieszczepione i szczepione, oraz dorośli, szczepieni, bądź nie. Więc choćbyśmy się szczepili seryjnie – to prawdopodobieństwo, że uzyskamy poziom choćby 92% uodpornienia ludności jest.. niemożliwe, by ochraniać ludzi nieodpornych. Więc jeśli szczepić, to na pewno nie dlatego, żeby chronić innych. Pomijam już fakt, że osoba odporna wbrew pozorom może zarażać osoby nieodporne, tylko że ona się nie rozchoruje, bo organizm sobie z chorobą zwyczajnie poradzi.
    Oczywiście temat odporności grupowej nie dotyczy chorób typu tężec (gdzie choroba nie rozprzestrzenia się na osobę mającą kontakt z chorym).

    A teraz jak wyglądają procentowo minimalne ilości ludzi, jacy muszą posiadać odpowiedni poziom uodpornienia? Informację można znaleźć tutaj:
    http://en.wikipedia.org/wiki/Herd_immunity
    Nie dziwi zatem brak możliwości eradykacji chorób typu świnka, skoro do tego potrzebny jest bardzo duży odsetek ludzi odpornych, a z tym jest coraz gorzej, bo jak się okazuje (a co prezentowały badania), brak kontaktu z zarazkiem po przejściu choroby (i zakładam również po szczepieniu) zwyczajnie nie pobudza układu odpornościowego do dalszej produkcji przeciwciał i te zanikają z czasem. Tak samo jak obecnie nie jesteśmy w ogóle odporni na wirusa ospy prawdziwej – i wystarczy że zarazi się jedna osoba, a może to skutecznie wytępić całą populację, bądź ją okaleczyć. To taki efekt uboczny masowych szczepień. Miało być dobrze, a .. wyszło jak zwykle.

  4. Mnie intryguje, zasadnicze pytanie. Czy wirusy istnieją? Czy istnieją niezaprzeczalne dowody na istnienie wirusów, czy to tylko przyjęty dogmat, poszlaka, założenie ?

  5. Tak, rzeczywiście autorka wspomina o wielu ciekawych aspektach, jednak robi to w dość roszczeniowy sposób. Nie jestem pewien, czy taka forma dialogu nie odstręcza dużego odsetka osób. Zapraszam na swoją stronę internetową, do przeczytania o wynikach symulacji przebiegu epidemii w zależności od odsetka osób szczepionych.

  6. Tak zwana „odporność zbiorowiskowa” jest pojęciem czysto statystycznym. To pojęcie bliższe bogactwu narodowemu niż osobistemu. Dlatego wyciąganie na jego podstawie wniosków osobniczych jest tak samo chybione jak twierdzenie, że im więcej mam ja tym bardziej bogaty jest mój sąsiad.
    Wyznawcy religii wakcyno-logicznej imają się rozlicznych sposobów aby przekonać społeczność w której żyją, że są tej społeczności niezmiernie potrzebni a bez nich cała nasza cywilizacja zapadnie się niczym Atlantyda. Twierdzą, że załamanie „wyszczepialności” sprowadzi na nas choroby a zapominają o przyczynach tych chorób. Niezaszczepienie nie jest bowiem przyczyną choroby. Jest nią podatność organizmu a ta może mieć różnorakie powody. Najbardziej znaczącymi z nich są brak higieny i pożywienia. To one są powodem coraz liczniejszych zachorowań na gruźlicę i to one będą powodem zachorowań na choroby zakaźne w przyszłości. (według definicji z poprzedniej ustawy o chorobach zakaźnych)

  7. Och przepraszam ale… drodzy państwo, wy jaja sobie robicie, co? Bo nie namówicie mnie do wiary w to, że społeczeństwo nam wróciło umysłowo do średniowiecza. Chociaż… tam na dole wyje akurat procesja bożocielna… OK, cofam pytanie.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ