„Nadziejowcy”

1

Wychodzę z gabinetu pod wrażeniem tej rozmowy i jeszcze przez minutę, może dwie czekam na obiecaną wizytówkę z adresem mailowym. Stoję w poczekalni i spoglądam na siedzącego obok, zastygłego w nieruchomym skupieniu, staruszka w kusej znoszonej marynarce i kraciastym krawacie, jednym z tych, jakie powinien był nosić w zaprzeszłym czasie mój dziadek. Nie ulega wątpliwości: wizyta tutaj ma dla niego specjalny, odświętny charakter. To przypuszczalnie jeden z tych bezdomnych, którzy nie mogą poradzić sobie z własną samotnością i opuszczeniem – szukający kontaktu z potrafiącym go wysłuchać drugim człowiekiem, nie tyle nawet rozmówcy, co przede wszystkim słuchacza. Zgaduję, że w tym swoim wsobnym zamyślonym skupieniu, mężczyzna ćwiczy właśnie przygotowany na dzisiejszą wizytę monolog.

Zanim odbiorę wizytówkę i raz jeszcze odnotuję zaskakująco silny uścisk dłoni Pani doktor Anety Obcowskiej, mój wzrok spoczywa przez moment na krzykliwym i niemiłosiernie zdefasonowanym nakryciu głowy, nerwowo przestającej z nogi na nogę, kobiety w bliżej nieokreślonym wieku. Zaraz potem widzę jej zniszczoną, mam niemal pewność, że nie wyłącznie wskutek upływającego czasu – twarz. W jej napiętym wyrazie dominują wyostrzone, spotęgowane, rzec by można, niepokojąco przyczajone oczy. Wyczuwalna jest aura napięcia spowijająca tę postać, od patrzenia na którą odrywa mnie skierowany ku górze, wachlujący powietrze, usztywniony mocno znoszonym już opatrunkiem palec, zdaje się serdeczny, który należy do wyraźnie czymś pobudzonego, kostropatego mężczyzny, niecierpliwie kiwającego się w samym rogu poczekalni, tuż obok gabinetu, w którym przyjmuje właśnie przemiły i dystyngowany emerytowany chirurg, pan doktor Stanisław Strómiłło. Powinienem był się tego domyślić: właścicielem sztywnego „serdecznego” jest obywatel, który kilkanaście minut wcześniej bezceremonialnie wtargnął wraz ze swoim ledwie trzymającym się kupy opatrunkiem do gabinetu mojej rozmówczyni, tłumacząc względami pośledniej natury powody, dla których nie zdążył na zaordynowane wcześniejsze rzeczonego opatrunku zmiany.

Już na zewnątrz, w drodze do samochodu, przechodzę obok „Przystani”, prowadzonego przez Caritas Archidiecezji Warszawskiej schroniska dla bezdomnych mężczyzn i przez chwilę, wciąż wsłuchany w zwolna przygasające we mnie echo słów Pani Doktor: „To jest nasz zawód i nas to nie boli (…) nie ma powodu nadymać się pomocą dla innych”, stoję wpatrzony w pamiątkową tablicę, usytuowaną przy wejściu na Cmentarz Powstańców Warszawy –  nekropolię tych, którym odebrała nadzieję rozpętana Historia. Zapalczywa i bezkrytyczna, obrócona w gruz i proch, nadzieja powstańców sprzed lat prawie siedemdziesięciu, a tuż obok, jak sami lubią o sobie mówić, „Nadziejowcy” – ze swoją, ale nade wszystko swoich bezdomnych pacjentów, odradzającą się, ponownie budzącą się do życia nadzieją. Wokół zieleń traw i szumiące drzewa.

Otwarte drzwi nadziei

Jest takie miejsce na Woli w Warszawie, o którym próżno szukać wzmianki w krajowych i stołecznych bedekerach – bowiem nie architektura czy historia i z pewnością nie uroda tego miejsca stanowią o jego odrębnym i wyjątkowym charakterze. Dla postronnych, uwikłanych w codzienne i spieszne, utylitarne i merkantylne sprawunki oraz prywatne i zawodowe zaangażowania, obywateli tubylczych i przyjezdnych – miejsce to anonimowe, bezładnie rzucone pomiędzy zadrzewione i o tej porze roku „zazieleniające się” warszawskie cmentarze. Z kolei dla oszołomionych zgiełkiem rozpędzonego świata, wścibskich mediów – miejsce zasadniczo nieuchwytne, bo zgoła nie przystające do, uchylających ciemną stronę życia, mizdrzących się do nas i nachalnie przelewających przez telewizyjne ekrany – komercyjnych reklam. To miejsce w wirtualnym królestwie propagandy konsumpcyjnego kredytu i ułatwionego „życia na procent” – programowo nie-spektakularne i dlatego skazane na banicję do krainy medialnego niebytu.[1]

Właśnie dlatego Przychodnia dla Ludzi Bezdomnych przy ul. Wolskiej 172 w Warszawie, bo o tej oto stołecznej reducie człowieczeństwa tu rozprawiam, to miejsce – świadectwo, które odsłania wstydliwie skrywaną i skwapliwie przemilczaną, lecz przecież otwartą i bolesną, niedającą się pospiesznie zajodynować moralną, na ciele metropolitalnego Miasta i europejskiego Państwa, ranę bezdomności. To miejsce nagromadzonego i skondensowanego na 100 metrach kwadratowych służącej bezdomnym pacjentom powierzchni, wymykającego się obowiązującym i szykownym materialnym i pieniężnym regułom carpe diem, wydobycia na jaw skandalu społecznego i instytucjonalnego wykluczenia i porzucenia: skrajnego ubóstwa, wyzutej z nadziei bezdomności, patologicznego uzależnienia i bezradności.

Prowadzona pod auspicjami, istniejącego od ponad 20 lat, Stowarzyszenia Lekarze Nadziei, Przychodnia (jeden z trzech, obok krakowskiego i wrocławskiego, ośrodków Stowarzyszenia, którego siedziba główna znajduje się w Krakowie) to miejsce – kontrapunkt dla przytłaczających dzisiejszego człowieka – wielkiej i korporacyjnej, oraz tych małych, codziennych i naszych własnych – chciwości i zachłanności.

A przy tym miejsce magiczne, gdzie pośród bólu, cierpienia, udręki i mizerii wschodzi i rozkwita nadzieja właśnie. A wraz z nią, na przekór upokorzeniu i wykluczeniu, zepchnięciu na społecznie niedostrzegalny margines, pośród ran, ropni, odmrożeń, obrzęków, świerzbu, pasożytów skóry i odzieży – w metodyczny, sumienny, cierpliwy, prozaicznie nieefektowny, systematyczny, pokorny, cichy i skromny sposób – wydarza się skrojony na ludzką, a raczej arcyludzką miarę, najprawdziwszy w swej szczerej prostocie dar, chyba jednak cud ludzkiego miłosierdzia.  To tu przybysze z bezadresowego i wypartego ze społecznego pola widzenia, swoistego pod-świata kanałów, węzłów ciepłowniczych, piwnic czy ogródków działkowych, ludzie nazbyt często zapomniani i unieważniani przez legalny, praworządny, oficjalny świat, zakleszczeni w bezdomności i skrajnym ubóstwie, czasem także w niepełnosprawności fizycznej i umysłowej, nierzadko uzależnieni od podłych i niosących zniszczenie substancji, wykluczający siebie i wykluczeni przez innych – wraz z lekarską konsultacją i terapią, razem z dobrym i troskliwym słowem, mądrą radą, cierpliwie wsłuchanym w głos bezsilnej skargi moralnym wsparciem, a gdy trzeba: uczynnym i surowym skarceniem, za sprawą magicznej siły dotkliwego i wytrwałego solidarnego współodczuwania Lekarzy Nadziei, dostają szansę ujrzenia samych siebie w dobrych oczach tych, którzy są tu dla nich i tą swoją uczynną obecnością nadają sens ich życiu.

Każdy, nieubezpieczony i nieuprawniony, skądkolwiek przybywa, Warszawiak czy Kresowiak, Polak czy imigrant, tu na Wolskiej w Przychodni dla Ludzi Bezdomnych zastanie szeroko otwarte drzwi pomocy.

Łańcuch dobroci

Dwudziestu kilku niezwykłych i nie dających o sobie zapomnieć lekarzy wolontariuszy. Są pośród nich interniści, pediatrzy, otolaryngolodzy, dermatolodzy, pulmonolodzy, kardiolodzy, chirurdzy, stomatolodzy, terapeuci i psychiatrzy, wspomagani przez kilka, pokrewnych im powołaniem i empatią (symbolicznie wynagradzanych) pielęgniarek, pracownika socjalnego i kilkoro czynnych zawodowo wolontariuszy nie-lekarzy, zajmujących się, jak nauczyciel jednego z warszawskich liceów, pan Witold Szypuła, organizacją zbiórki (ręczników, odzieży, środków opatrunkowych) na rzecz bezdomnych wśród uczniów, albo, jak pani Zofia Oyrzanowska, wsparciem biurowo-administracyjnym. Wszyscy oni niosą bezinteresowną fizyczną i psychiczną pomoc ludziom faktycznie (wskutek uciążliwych i zniechęcających procedur) porzuconym przez system społecznych i zdrowotnych ubezpieczeń, okazując im przy tym uważną i wyrozumiałą troskę, otaczając ich nie jedynie medyczną, ale także socjalną i materialną opieką, a niekiedy osobistą przyjaźnią, by wspomnieć w tym miejscu przypadek pulmonologa, doktor Moniki Madalińskiej, która była świadkiem na ślubie dwojga swoich bezdomnych pacjentów. W przychodni, jak w życiu, jak w każdej chyba tego typu placówce, jest miejsce na serdeczne podziękowania, na kwiaty i spontanicznie darowaną, kosztem kolejnej butelki alpagi, (czasem jednak, to już specyfika pacjentów „Nadziejowców”, także denaturatu) tabliczkę czekolady. Częściej chyba jednak niż do innych placówek, trafiają tu ludzie fizycznie wyniszczeni, wymagający leczenia substytucyjnego, odżywiania preparatami wysokokalorycznymi. Ponadprzeciętna – zimą – jest także liczba rejestrowanych tu przypadków odmrożeń i zachorowań na gruźlicę.

Przychodnię przy Wolskiej wyróżnia to, że czeka się tu na wszystkich tych, na których najczęściej nie czeka już nikt inny. Jest w tym miejscu od 1994 roku, a jako że wcześniej przez dwa lata, jeszcze jako Poradnia, funkcjonowała przy ul. Powsińskiej, tak naprawdę liczy sobie dwadzieścia lat. Szmat czasu i doświadczeń. Dwa kontenery po budowniczych metra na Ursynowie, ściągnięte w 1994 roku na Wolską w pobliże, prowadzonych przez Caritas Archidiecezji Warszawskiej, wspomnianego na wstępie schroniska dla bezdomnych mężczyzn i ogólnodostępnej łaźni przy ul. Żytniej, ściągnięte właśnie za sprawą i dzięki wierze, determinacji, sile woli i charakteru lekarek o wielkim sercu, wciąż pracujących w Przychodni, jej nestorek i matek-założycielek, dr Marii Grackiej-Sielickiej i dr Marii Zoll-Czarneckiej – stanowią prawdziwą oazę i kuźnię moralnej tężyzny i najszlachetniejszej próby świadectwo duchowego wywyższenia człowieka cierpiącego i udręczonego poprzez dar bezinteresownie świadczonej pomocy.

Owo sąsiedztwo placówek Caritasu jest naprawdę ważne: bo dzięki życzliwości ich włodarzy, lekarze Przychodni mają obecnie do dyspozycji 10 miejsc na tzw. izbie chorych w schronisku. Tam też zazwyczaj kierują pacjentów na czasowy pobyt, czasem po to, aby umościć im, najeżoną przez tzw. publiczny system ochrony zdrowia barierami i przeszkodami, drogę do jednego z oddziałów wolskiego czy praskiego szpitala. O ileż byłoby to trudniejsze, gdyby nie wyrozumiałe i wrażliwe przyzwolenie szpitalnych decydentów, oraz zaangażowanie i proceduralna biegłość tamtejszych pracowników socjalnych (legalizujących pobyt w szpitalu osób nieubezpieczonych). Część pacjentów Przychodni z oczywistych powodów trafia przedtem do łaźni, gdzie – oprócz wody i środków czystości – do ich dyspozycji pozostaje także świeża odzież. Tym sposobem tworzą się i wzmacniają kolejne, coraz trwalsze, ogniwa w łańcuchu fachowej i coraz bardziej zharmonizowanej opieki lekarskiej i pielęgnacyjnej nad bezdomnymi, którzy wskutek kolejnych tzw. ustrojowych i gospodarczych transformacji, w drapieżnych warunkach bezpardonowej konkurencji i postępującej społecznej atomizacji, nie zdołali utrzymać steru na ostrych życiowych zakrętach.

Kolejne hufce ofiar: wrażliwców o złamanych sercach, ludzi niepotrafiących poradzić sobie z dramatem, a często tragedią rodzinną i osobistą; a obok nich zwyczajny na tym łez padole gatunek tzw. niebieskich ptaków, zastępy sprawców i jednocześnie ofiar społecznej patologii uzależnień; i dalej opuszczone przez niezrozumiały i niesprawiedliwy świat sieroty, późniejsi lokatorzy hoteli robotniczych, migrujący do miast mieszkańcy popegeerowskich wiosek i miasteczek, którzy z dnia na dzień zaludnili na początku lat 90-ych dworcowe perony, kotłownie, pustostany czy altany – wszyscy oni metodycznie i z błogosławioną w skutkach żelazną determinacją i konsekwencją, w coraz większym stopniu opasani zostają tym fenomenalnym i fascynującym łańcuchem ludzkiej dobroci. Przeważają mężczyźni. Pośród uzależnionych 90% to alkoholicy. Niepokoi – na co zwraca moją uwagę pani doktor Aneta Obcowska,  kierowniczka Przychodni dla Bezdomnych w Warszawie – że w ostatnich kilku latach znacząco wzrósł wśród bezdomnych pacjentów Przychodni, odsetek ludzi młodych (incydentalnie także z wyższym wykształceniem), bez pracy, bez perspektyw życiowych, często po kredytowym, zakończonym utratą lokum i środków do życia, szaleństwie. Pojawiło się też zauważalnie więcej niźli w latach dziewięćdziesiątych i na początku dwutysięcznych, prób naciągania Przychodni na darmowe leki przez świadczeniobiorców opieki społecznej, a więc kosztem osób rzeczywiście bezdomnych i nieubezpieczonych. Pomimo tego, że Przychodnia często zmienia się w „szalone lotnisko”, że są dni, gdy poczekalnię i lekarskie gabinety nawiedzają szczególnie trudni i nazbyt liczni pacjenci, że – jak powiada Pani Doktor – „trzeba wyrównywać puls dziewczętom” (to jest pielęgniarkom) z uwagi na ciągłą presję niecierpliwiących się i niesubordynowanych pacjentów, Przychodnia nie jest i nie będzie „koncertem życzeń”. Niosąc pomoc potrzebującym, nie zamieni się w „medyczny Macdonald” – jej pielęgniarki i lekarze z troską, ale i równą jej starannością, rozpoznają i będą rozpoznawać każdy indywidualny przypadek  rzeczywistej bądź rzekomej dolegliwości.

Teologowie i filozofowie od stuleci stawiają pytanie o to, skąd zło. Mnie, w istocie dyletantowi w dziedzinie zorganizowanej bezinteresownej pomocy, podczas rozmowy prowadzonej z panią doktor Obcowską, nie dawało spokoju pytanie odmienne: skąd dobro? Skąd, pośród przemożnych i przeważających, bo wpisanych w naturalny cykl społecznego konsumpcyjnego bytowania, w zorganizowany na planetarną skalę proces podboju ludzkiego świata przez technikę, na przekór dominującym mocom zachłannego i nieokiełznanego spożycia i zużycia, entropii i zawłaszczania przyrody – ten, pochodzący z innego, odmiennego, sprzecznego ze społecznymi regułami obowiązującej darwinowsko-maltuzjańskiej gry w survival of the fittest, nieodgadniony i onieśmielający skandal bezinteresownego, będącego wymownym znakiem nadziei, dobra?

Nieodgadniony imperatyw pomocy

Pani Doktor od zawsze wiedziała, że będzie lekarzem. Wychowana została – jak powiada – przez Szpital Praski, gdzie pracuje do dziś dnia, tam „przyklejona” – stawiała swoje pierwsze kroki jako chirurg, z bliska obcując z cierpieniem związanym z przewlekłą i nieuleczalną chorobą, z bezdomnością i ubóstwem. Los pacjentów w warunkach nieszczelnego systemu, przy szczęśliwie – to moja opinia – ograniczonym jeszcze wtedy zakresie skomercjalizowanej służby zdrowia, zależał w dużo większym niż dzisiaj stopniu od lekarskiej czy pielęgniarskiej empatii i wrażliwości, obecnie znakomicie wypartych jako irrelewantnych, a więc nieposiadających uzasadnienia w ramach systemu stanowiącego możliwie gęste sito procedur świadczenia tzw. usług medycznych[2] i sprawozdawania z ich realizacji.

Doktor Obcowska (i zapewne całe grono jej współpracowników, oraz wielu innych lekarzy) tak po prostu ma, że nie potrafi spoglądać na pacjenta przez inny, niż troska o jego zdrowie i życie, pryzmat: na przykład zaczynając od żądania i przeglądania wymaganych dokumentów i oświadczeń i uzależniając świadczenie pomoc od wyników takiej dokumentacyjnej kwerendy. Przed innymi – to dla mnie jasne jak Słońce – stoi na jej prywatnej liści spraw istotnych imperatyw pomocy, fizyczna wręcz potrzeba zajęcia się potrzebującym i strapionym tym oto człowiekiem, psychologiczne niepodobieństwo odmowy bezzwłocznego pochylenia się nad jego bólem i cierpieniem z uwagi na okoliczności natury pobocznej. Ta cecha jest nieodłączną częścią jej samej, należy do niej na tych samych prawach, co starannie uczesane włosy i gustowna bluzka.

Nieco żartobliwie mówi, że lekarzem w Przychodni została „praktycznie z piątku na poniedziałek”. Przed bodaj pięcioma laty (jak udaje mi się wyczytać z bohomazów, to jest notatek, które sporządziłem w trakcie rozmowy), jadąc zatłoczonym tramwajem, czy autobusem w piątkowe popołudnie, po kolejnym dyżurze w szpitalu, obiecała sobie w wolnej chwili pogrzebać na poniedziałkowym dyżurze w sieci w poszukiwaniu jakiejś wyspecjalizowanej, zajmującej się bezdomnymi, medycznej placówki w stolicy. W poniedziałkowy poranek w szpitalu czekał już na nią niepełnosprawny, korzystający z pielęgniarskiej pomocy, poruszający się na wózku inwalidzkim, starszy pan z bliżej nieokreśloną naroślą na głowie, jak się okazało chwilowo słomiany wdowiec. Już po stosownych zabiegach, zaopatrzeniu rany i zaordynowaniu leków, pani doktor najuprzejmiej zaprosiła się do praktycznie unieruchomionego, pod nieobecność żony, pacjenta, oferując popołudniową zmianę opatrunku. Od słowa do słowa i w trakcie domowej wizyty okazało się, że żona pacjenta jest wolontariuszką w … Przychodni dla Ludzi Bezdomnych na Woli w Warszawie.

– „Nie wolno było tego tak zostawić” – konstatuje doktor Obcowska. Przeglądarka internetowa okazała się zbędna. To bezdomni sami, a ściślej poprzez nieoczekiwanego posłańca, odszukali, poszukującą ich, lekarkę. Do tej przychodni, do tej formy lekarskiej bezinteresownej pomocy dla ludzi ze społecznego marginesu, do obcowania z nierzadko agresywnymi, niekoniecznie „świeżymi”, często psychicznie i fizycznie przetrąconymi ludźmi po prostu nie da się – zauważa moja rozmówczyni – nikogo „przyciągnąć za uszy”. Chęć niesienia pomocy (podobnie jak silny uścisk dłoni – dodaje) ma się, albo się nie ma, pod skórą.

Mocne Dobro w praktyce

Sama Pani Doktor, sukcesorka wspomnianych wyżej nestorek Stowarzyszenia na stanowisku kierownika Przychodni, mogłaby być ich wnuczką i należy do najmłodszych wśród ponad dwudziestu współpracujących z Przychodnią osób. Jest przy tym kobietą niepospolitej urody. Gdy proszę ją o jakieś zdjęcie z Przychodni dla zilustrowania przygotowywanego tekstu, jest lekko zakłopotana, zaskoczony słucham jak prawie tłumaczy się z faktu, że nie prowadzą tu należytej dokumentacji zdjęciowej, że zwyczajnie jest tyle pilniejszych rzeczy i nie mają do robienia sobie zdjęć głowy.

Bo też wyposażona w niezbędną aparaturę diagnostyczną (m.in. badania EKG, USG) i odrębne gabinety (stomatologiczny, internistyczny, dermatologiczny i zabiegowo-chirurgiczny), Przychodnia dla Osób Bezdomnych, ze swoimi dziesięcioma tysiącami zarejestrowanych pacjentów, to w istocie miejsce kompleksowej pomocy lekarskiej, gdzie oprócz standardowych konsultacji lekarskich, wykonywane są drobne zabiegi chirurgiczne, pielęgniarskie (opatrunki) i higieniczne (przypadki pasożytów skóry i odzieży). Udziela się tu doraźnej pomocy w przypadku ostrych schorzeń i edukuje przeciw uzależnieniom. Ponadto, we współpracy z Fundacją „Wspólna Droga”, m.in. dzięki zaangażowaniu tzw. pedagogów ulicy, którzy ściągali do gabinetu stomatologicznego na Wolską nieletnich pacjentów, Przychodnia niewieścimi siłami stomatologów: Ewy Jankowskiej-Antczak, Janiny Gałwy i Teresy Gontar-Błażejewskiej, realizowała i ma nadzieję kontynuować program „Leczenie stomatologiczne dzieci z rodzin najuboższych”, skierowany na początkowym etapie do dzieci z dysfunkcyjnych, patologicznych rodzin mieszkających na Pradze Północ. Prowadzona jest tu również indywidualna i grupowa terapia dla bezdomnych uzależnionych od alkoholu.

Co dalej? Problemy i postulaty

Warto uświadomić sobie, że około 90% bezdomnych nie ma ubezpieczenia. Bezdomny pacjent nie ma środków na wykupienie leków. Procedura wykupienia leków dla pacjenta przez opiekę społeczną trwa kilka tygodni. Dochodzi do tego oczywista nieufność bezdomnych wobec instytucji państwowych, oraz niechęć do okazywania i wypełniania jakichkolwiek dokumentów. Ograniczenie się przez lekarza i Przychodnię do wypisania recepty i przekazania jej bezdomnemu pacjentowi do wykupienia w praktyce byłoby równoznaczne z pozostawieniem go bez leków koniecznych dla ratowania zdrowia, a nierzadko także i życia. Innymi słowy, jeśli taki chory ma otrzymać leki, to w dziewięciu przypadkach na dziesięć muszą to być leki nieodpłatne i na dodatek przekazywane przez pozapaństwową instytucję zaufania społecznego, uznawaną za taką przez bezdomnych. Właśnie dlatego Przychodnia na Wolskiej – bo to jest bezwzględnie konieczny warunek skutecznego leczenia trafiających do niej bezdomnych – nieodpłatnie zaopatruje w potrzebne leki swoich pacjentów. Jako że obrót lekami kardiologicznymi, onkologicznymi, psychotropami czy antybiotykami (i oczywiście całą masą innych leków) ma charakter recepturowy, a więc jest obrotem rejestrowanym, Przychodnia stoi wobec praktycznego problemu wykupienia leków dla swoich pacjentów. Musi ją być na to stać, oraz musi móc to czynić lege artis. Stąd Stowarzyszenie Lekarze Nadziei prowadzi w Warszawie (a także w Krakowie) odrębny Punkt Apteczny, poprzez który zaopatrywana jest w niezbędne leki Przychodnia.

Zważywszy jednak na liczbę poważnie chorych i chorujących bezdomnych pacjentów, Stowarzyszenie Lekarze Nadziei, przede wszystkim ustami swego przewodniczącego, prof. Zbigniewa Chłapa, sformułowało propozycję odzyskiwania leków nieprzeterminowanych[3], poprzez ich odrębną zbiórkę, oraz fachową, przy udziale współpracujących ze Stowarzyszeniem farmaceutów i na ich odpowiedzialność, weryfikację i segregację celem nieodpłatnego udostępnienia bezdomnym pacjentom. Zdaniem prof. Chłapa, nie ma potrzeby zmieniania Prawa farmaceutycznego, zmienić należy jedynie jego interpretację poprzez rozszerzenie zakresu pomocy humanitarnej (w ramach której dopuszcza się możliwość wprowadzenia do wtórnego obrotu wcześniej sprzedanych leków) z obecnego, obejmującego wojnę lub klęski żywiołowe na postulowany, uwzględniający bezdomność, wykluczenie czy ubóstwo. Wydaje się, że propozycja Stowarzyszenia zasługuje na poważne potraktowanie i przedyskutowanie – niezależnie od tego, czy będzie wymagać zmiany prawa (np. wprowadzenia, obok pojęcia  „pomoc humanitarna” dodatkowego pojęcia „pomoc dla bezdomnych”), czy – jak wywodzi przewodniczący Stowarzyszenia – zmiana ustawy okaże się niepotrzebna.

Doktor Obcowska mówi o sobie, że „uprawia żebraninę”, co w przekładzie na język faktów oznacza nieustanne zabieganie o środki i nowe sposoby dopomagania bezdomnym pacjentom w trakcie równocześnie prowadzonych rozmów, dotyczących finansowania świadczeń medycznych Przychodni, z Urzędem Miasta Stołecznego i służbami Ministerstwa Zdrowia oraz Wojewody. Ponadto toczą się, przy wsparciu i pod auspicjami Rzecznika Praw Obywatelskich, rozmowy z udziałem przedstawicieli Ministra Zdrowia i Ministra Pracy i Polityki Społecznej dotyczące podjęcia inicjatywy legislacyjnej w sprawie systemowego, uznającego odrębny status prawno-medyczny bezdomnego pacjenta, rozwiązania problemu zaopatrzenia w leki ludzi bezdomnych, a także szerzej ubezpieczenia zdrowotnego ludzi bezdomnych.

Należy życzyć Pani Doktor i jej współpracownikom (ale nade wszystko bezdomnym pacjentom „Nadziejowców”) sukcesów w „żebraninie”, wprowadzenia w życie postulowanych zmian w prawie, oraz wielu nowych i oddanych wolontariuszy. Gdy idzie o zbiórkę nieprzeterminowanych leków i możliwość ich wtórnej dystrybucji, warto skorzystać, jak sądzę, z doświadczeń i podpowiedzi Polskiej Akcji Humanitarnej. Z kolei do zbiórek odzieży czy opatrunków należałoby chyba zachęcić zaprawionych w bojach harcerzy.

Nie-ciągnąc nikogo za uszy, trzeba równocześnie popularyzować i przybliżać postronnym i chcącym słuchać ludziom starania i wysiłki dotyczące pomocy medycznej dla osób bezdomnych, bo tym sposobem powstaje dodatkowa szansa na zwiększenie – jak skromnie lecz głęboko wierzę – quantum człowieczej i społecznej nadziei.

 Andrzej Maśnica

[1]  Warto zrobić zasłużony wyjątek dla emitowanego w co drugie czwartkowe wieczory w dwójce, znakomitego magazynu publicystycznego Jolanty Fajkowskiej pod nazwą Pożyteczni.pl, programu stanowiącego cykl reportaży, w ramach którego zaprezentowano w marcu bieżącego roku film poświęcony Stowarzyszeniu Lekarze Nadziei i warszawskiej Przychodni dla Ludzi Bezdomnych.

[2] Już sam język wskazuje na stopień urzeczowienia relacji służba zdrowia – pacjent.

[3] W Polsce co roku trafia do utylizacji setki ton leków, 20 % z nich na długo przed upływem terminu ważności, często w nienaruszonych opakowaniach. Ich odzyskanie w oczywisty sposób poprawiłoby dostępność leków dla pacjentów, nie jedynie bezdomnych, ale szerzej żyjących w ubóstwie. Zrozumiałym jest, że wśród protagonistów propozycji utylizacji leków trudno byłoby szukać przedstawicieli firm farmaceutycznych.

Powyższy reportaż jest skróconą wersją tekstu zamieszczonego w nr 3(4) maj-czerwiec 2012 dwumiesięcznika „Się Dzieje. Pisma obywatelskiego Ziemi Wyszkowskiej.”

 O autorze:

Andrzej Maśnica (ur. 1962), publicysta, w latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Czasie Najwyższym”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczach Wspólnych”. Mieszka w Warszawie.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułŻydzi izraelscy niechaj żyją długo i szczęśliwie!
Następny artykułRaport o wojnie w Iraku
Andrzej Maśnica (ur. 1962), publicysta, w latach 1986-90 redaktor "Kolibra" (wrocławska część "Stańczyka") . W latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Najwyższym Czasie”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczach Wspólnych”.

1 KOMENTARZ

  1. Duszoczypatielnyj tekst. To rzeczywiście straszna, jak szybko nasz kraj powrócił do niechlubnych tradycji przedwojnia. Jak starannie panska Polska zapomniała o osobach biednych. No ale tak – cyewilizowana opieka nad nieradzącą sobie częścią społeczeństwa to jest przecie „socjalizm”, którego państwo się brzydzi. Popieranym modelem opieki jest dobroczynność 🙂 Czysta zgroza!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ