Raport o wojnie w Iraku

0

SPIS TREŚCI:

1. Wstęp
2. Rewolucyjni neokonserwatyści, czyli nowa imperialna prawica
3. Żydowska wojna?
4. Polityka Apokalipsy
5. Ropa naftowa jako broń polityczna
6. Euro kontra dolar
7. Waszyngton przeciw zjednoczonej Europie
8. Geopolityka Imperium Mundi
9. Powrót suwerena
10. Siła i słabość Imperium Mundi

Wstęp

9 kwietnia 2003 roku cały świat mógł na ekranach telewizyjnych oglądać mieszkańców Bagdadu, radośnie świętujących zwycięstwo demokracji i obalających wielki posąg prezydenta Saddama Husajna, tego samego, który 40 lat temu razem ze swoimi towarzyszami z Partii Baas sprawił krwawą łaźnię irackim komunistom. Widzimy uszczęśliwione twarze Irakijczyków, czujemy namacalnie ich nienawiść do dyktatora, kiedy kopią i depczą obalony pomnik, skaczą po nim i plują nań, ciągną po ziemi głowę „ściętego” tyrana. Być może jednak gdybyśmy obserwowali całe wydarzenie z dalszej odległości, z górnego piętra jednego z pobliskich wieżowców, to zobaczylibyśmy coś innego: prawie pusty plac, dochodzące do niego ulice zaryglowane przez czołgi, wokoło żołnierze amerykańscy czuwający, aby nikt nie zakłócił manifestacji, obok posągu reporterzy telewizyjni z kamerami i wpuszczona na plac grupa ok. 100-200 Irakijczyków emigrantów z milicji Ahmada Chalabiego przywiezionych do Bagdadu. Cóż więc widzimy – spontaniczny wybuch entuzjazmu wśród szerokich mas czy też pieczołowicie wyreżyserowane wydarzenie medialne?

Innym razem oglądamy na ekranach uwolnienie bohaterskiej szeregowiec Jessiki Lynch, ale czy była to sfilmowana akcja wojskowa czy też film, w którym żołnierze amerykańscy wystąpili jako aktorzy odgrywający akcję wojskową według wcześniej sporządzonego scenariusza? Czy odbijano jeńca, skoro, jak podejrzewają niektórzy, nie było już w szpitalu uzbrojonych Irakijczyków, którzy więzili Jessicę Lynch, a więc nie była ona jeńcem?

Prezydent Husajn miał broń masowego rażenia, musiał ją mieć, bo przecież ta wojna była po to, żeby go rozbroić. Ale broni nie znaleziono, rozpłynęła się jak we mgle. Trwają jej intensywne poszukiwania, czy zatem wojnę prowadzono po to, aby odnaleźć coś, co byłoby choćby trochę podobne do broni masowego rażenia i co by usprawiedliwiało ex post decyzję o ataku? Może wojna była potrzebna, żeby zapobiec zniszczeniu broni masowego rażenia przez prezydenta Husajna? A może prezydentowi Husajnowi udało się ją zniszczyć, zanim zajęto Irak, i tym sprytnym posunięciem pozbawił prezydenta Busha szansy udowodnienia mu, że ją posiadał? Pojawiła się też hipoteza, że nie znaleziono broni masowego rażenia dlatego, że jej nie było. Nie było, bo prezydent Husajn znany z tego, że w przeciwieństwie do polityków demokratycznych stale zwodzi, oszukuje, nie dotrzymuje przyrzeczeń i kłamie, blefował udając sprytnie, że ma broń masowego rażenia, aby odstraszyć Amerykanów. Stoimy teraz przed alternatywą: albo Amerykanie przejrzeli blef, wiedzieli, że naprawdę Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia i dlatego uderzyli, usprawiedliwiając propagandowo swoją akcję blefem Husajna, albo też uwierzyli w blef, ale się nie przestraszyli i wkroczyli do Iraku. To by jednak znaczyło, że Husajnowi udało się wprowadzić w błąd Amerykanów: prezydent Bush i jego służby wywiadowcze dały się nabrać, Bush uwierzył, że Husajn ma broń masowego rażenia i uderzył, żeby go rozbroić. Husajnowi blef się udał, bo przekonał Amerykanów, że posiada broń masowego rażenia, ale z drugiej strony jego blef był fatalnym błędem, bo gdyby nie blefował, lecz powiedział prawdę, że nie ma broni masowego rażenia, to Ameryka nie zaatakowałaby Iraku i uratowałby swój prezydencki urząd.

Przed wybuchem wojny wysoki rangą przedstawiciel rządu amerykańskiego oświadczył, że Irak posiada broń masowego rażenia, ale nie jest w stanie jej użyć. Ktoś posiada zatem coś, co może razić innych, ale ponieważ nie jest w stanie tego użyć, to jednak razić innych nie może. Zatem zagraża on pokojowi na świecie, a zarazem nie zagraża. Jeden z generałów sił pokojowych w Iraku stwierdził, że broni masowego rażenia nie było, ale były plany jej użycia. Czy jednak planuje się użycie czegoś, czego nie ma? Czy plan użycia czegoś, czego nie ma, jest zagrożeniem, czy też nie jest?

Mnożą się wątpliwości i pytania, normalne kategorie logiczne zawodzą, językowe przyzwyczajenia nie odpowiadają sytuacji, czasami wydaje się, że łańcuch przyczynowo-skutkowy jest rozerwany lub nawet odwrócony, co każe niektórym przypuszczać, że Stany Zjednoczone chciały koniecznie pójść na wojnę z Irakiem, ponieważ potrzebowały jakiegoś kraju, z którym mogłyby pójść na wojnę. Mówi się o „wojnie prewencyjnej” i „wyprzedzającym uderzeniu”, co przypomina sytuację z filmu Raport mniejszości – zło jeszcze nie zostało popełnione, zagrożenie jeszcze się nie uformowało, ale przewidujemy, że stanie się to w przyszłości. Uprzedzamy zło zmieniając przyszłość, a zatem nigdy nie dowiemy się, czy zło zostałoby popełnione i czy zagrożenie stałoby się rzeczywistością.

Jeden z urzędników amerykańskich użył nawet terminu „wyprzedzający odwet”: mamy odwet, chociaż jeszcze nie było ataku, mamy karę, choć karalny czyn jeszcze nie nastąpił. Zgodnie z dotychczas obowiązującym językiem, odwet jest skutkiem czyjegoś posunięcia, jest odpowiedzią, reakcją na czyjąś akcję, tu mamy odwet bez uprzedniego posunięcia, odpowiedź na niezadane „pytanie”, reakcję, która następuje bez wcześniejszej akcji. Zakłócone zostają relacje przyczynowo-skutkowe, pojawiają się nowe reguły epistemologii, rozchwiewa się ontologiczna „twardość” bytów.

Wielokrotnie bombardowany był bunkier prezydenta Saddama Husajna, potem okazało się, że w tym miejscu najprawdopodobniej bunkra nie było. Ale czy może nie istnieć cel, który został zbombardowany? Być może ten bunkier nie istniał w sposób samoistny, a tylko bombardowanie niejako ex post nadało mu egzystencję, lecz jednak egzystencję słabą, niepewną, chwiejną. Wielu zadawało sobie pytanie, czy Bagdad został zdobyty, czy też poddany? Może jednak został zarówno zdobyty, jak i poddany?

Słyszeliśmy, że wielu żołnierzy amerykańskich i brytyjskich nie poniosło śmierci w wyniku ognia nieprzyjacielskiego, lecz ognia przyjacielskiego. Cóż to jednak oznacza: czy żołnierze są tak źle wyszkoleni, że strzelają do swoich kolegów, czy też są tak doskonale wyszkoleni, że wróg nie może ich zabić i zginąć mogą jedynie z ręki kolegów? Pytania te można mnożyć, poznawcza niepewność obejmuje praktycznie wszystko, co mogliśmy i możemy nadal zobaczyć, wszak wojna, która nie była wojną, trwa, mimo iż ogłoszono, że została zakończona. Ale co właściwie zostało zakończone? Nie była to wojna w sensie prawno-międzynarodowym ani też w sensie realnym – budżet wojskowy USA jest 400 razy większy niż budżet wojskowy Iraku, asymetria sił była tak olbrzymia, że trudno tu mówić o wojnie, różnica w systemach broni była taka, jak w walce Zulusów z Brytyjczykami lub Burami: dzidy i łuki kontra broń palna. Załóżmy, że „wojna” miała koniec, a zatem chyba i początek? Ale kiedy był ten początek? Może jest tak, że wojna ma początek i koniec, ale to, co mieści się pomiędzy początkiem i końcem, nie jest wojną? A może jest to „wojna”, która nie ma ani początku, ani końca? Ogłoszono zwycięstwo, ale na czym polega to zwycięstwo, skoro „wojna” trwa nadal? Nie mamy ani „pokoju”, ani „wojny”, ani „zwycięstwa”, ani „klęski”. Widzimy prezydenta Husajna, ale nie wiemy, czy to prezydent Husajn, czy jego sobowtór – aktor odgrywający rolę prezydenta, nie wiemy, czy filmowy obraz prezydenta w otoczeniu najbliższych współpracowników został nakręcony wczoraj czy może pół roku wcześniej, może prezydent dawno nie żyje, ale widzimy go na ekranie tak, jakby żył, słyszymy głos z taśmy – ale czy to głos prezydenta Husajna czy aktora, który znakomicie naśladuje jego głos? Ten głos dobiega do nas z taśmy jak głos ducha na seansie spirytystycznym, bo nie wiemy, czy prezydent Husajn żyje, czy nie żyje. Jest tak jakby półżywy, półmartwy. A co z jego sobowtórami? Czy żyją, czy nie żyją? Może, jak znakomicie ujął całą sytuację polski rysownik, nie obalono pomnika Saddama Husajna, ale pomnik jego sobowtóra? Z pewnością eks-prezydent Husajn żyje, ale żyje w świecie wirtualnym. Dołączył do Osamy Ben Ladena i obaj przebywają jako zjawy o niejasnym statusie ontologicznym w nieokreślonej strefie pomiędzy medialną iluzją a rzeczywistością, a raczej w medialnej rzeczywistości, która jest jedyną dostępną nam rzeczywistością. Nie są żywymi ludźmi, ale symbolicznymi personifikacjami Zła, medialnymi i geopolitycznymi konwencjami pozbawionymi ontologicznej treści. Zajmują oni odwrócone miejsce w łańcuchu przyczynowo-skutkowym: najpierw podjęta zostaje decyzja o interwencji w jakimś kraju, a następnie do tego kraju przemieszcza się Ben Laden lub Saddam Husajn, co sprawia, że interwencja jest usprawiedliwiona.

Właściwie wszystko, co wiemy o wojnie, jest jakby pomiędzy, wszystko jest zmieszane, niejasne, trudno uchwytne, żyjemy w świecie, w którym, jak pisał Guy Debord, każdy spiskowiec jest agentem, a każdy agent spiskowcem, w jedną „breję” zlewają się: informacja, dezinformacja i propaganda, prawda i kłamstwo jako elementy wojny psychologicznej, „strategiczne oszustwo” będące mieszanką prawdziwego kłamstwa i kłamliwej prawdy. Czegóż możemy być pewni w sytuacji, kiedy obraz wojny tworzony jest przez wojowników (dez)informacji, menedżerów percepcji, kontrolerów epistemologii, właścicieli środków produkcji prawdy, administratorów obrazów i słów?

Poznawcza niepewność, która towarzyszy nam, kiedy próbujemy dowiedzieć się, co naprawdę się działo i co nadal się dzieje, z konieczności ogarnia nas także wówczas, kiedy usiłujemy dociec, jakie były przyczyny i cele „wojny”. Jak odróżnić cele zasadnicze od drugo- i trzeciorzędnych, jak rozróżnić świadomie założone cele od ubocznych lub nieprzewidzianych skutków, które ex post uznaje się za właściwe cele? Niełatwo zorientować się w olbrzymiej masie komentarzy, spekulacji, domysłów i hipotez.

Uważa się na przykład, że wojnę wywołali chciwi amerykańscy nafciarze albo Pentagon, żeby móc testować nowe systemy broni i uzasadniać zwiększone wydatki na wojsko. Dramatyczne pytanie zadane przez b. sekretarza stanu Madeleine Albright − „mamy najwspanialszą armię na świecie, ale co ona ma robić?” −  znalazło prostą odpowiedź: „Jak to co? Toczyć wojny”. Rzecz jasna, trzeba mieć, z kim toczyć wojny, a znalezienie tego kogoś nie jest wcale proste. Już w 1991 roku zdawał sobie z tego sprawę Colin Powell, kiedy ostrzegał: „Think hard about it. I’m running out of demons. I’am runnig out of villains” (cyt. za: David N. Gibbs, Washington’s New Interventionism: US Hegemony and Inter-Imperialist Rivalries, „Monthly Review”, wrzesień 2001). Kiedy ma zajęcie armia, znika groźba bezrobocia w sektorze zbrojeniowym, w którym pracuje kilka procent obywateli amerykańskich (szacuje się, że w branżach i sektorach związanych lub orientujących się na przemysł zbrojeniowy pracuje prawie 30% siły roboczej w USA).

Są tacy, którzy twierdzą, że prezydent Bush poszedł na wojnę, żeby odwrócić uwagę społeczeństwa od rozmaitych problemów wewnętrznych. Według innych to spece od politycznego marketingu wymyślili wojnę, żeby pomogła Republikanom i prezydentowi w wyborach. Pisarz Kurt Vonnegut wysunął przypuszczenie, że chodziło o wielkie wydarzenie medialne i dostarczenie masom rozrywki – zatem wojna jako „reality show”. Zdaniem innego pisarza Normana Mailera wojna ma służyć jako środek moralnej odnowy, tak jak ją sobie wyobrażają środowiska prawicy amerykańskiej. Chodziłoby zatem o wytworzenie „jedności moralno-politycznej narodu”, zagrożonej przez hedonizm, przez partykularyzm grup etnicznych i rasowych. Są tacy, którzy podejrzewają, że chodzi o przesunięcie środków w budżecie z wydatków socjalnych na wojskowe, bo według republikańskiej prawicy wydatki socjalne demoralizują społeczeństwo. Inni uważają, że to wojna religijna i ideologiczna. Jeszcze inni, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest wrodzona, genetycznie uwarunkowana agresywność i brutalność Anglosasów, którzy co jakiś czas „muszą rzucić jakimś państwem o mur”. Wskazuje się na wpływową grupę neokonserwatystów będącą czołową siłą „partii wojny” – dla nich każda wojna prowadzona przez USA jest dobra, bo wtedy wzrasta popyt na ich usługi, gdyż cieszą się dużym uznaniem jako propagandyści i intelektualiści potrafiący bardzo umiejętnie uzasadniać słuszność i celowość każdej wojny.

Niektórzy komentatorzy mówią o „teatralnym militarnym show”, o pokazie siły, który ma wywołać „szok i przerażenie” u potencjalnych rywali i u poddanych światowego imperium, o wysłaniu ostrzegawczego sygnału do wszystkich, którzy chcieliby się sprzeciwić woli globalnego suwerena.

Są tacy, którzy doszukują się źródeł decyzji o wojnie w psychologicznych relacjach ojciec-syn: syn chce udowodnić ojcu, że potrafi lepiej – tam ten nie był na tyle zdecydowany, żeby zająć Bagdad: Bush młodszy chce pokazać ojcu i całej rodzinie, że potrafi: „przyniosę Ci, my dear daddy, skalp Saddama, żeby ci sprawić radość i abyś był ze mnie dumny”. Inni znowu twierdzą, że motywem była chęć zemsty: „Saddam chciał zabić mojego tatę”. Pojawiła się nawet teoria, że prezydent Bush, który miał w przeszłości problemy z nadużywaniem alkoholu, ciągle walczy z tymi problemami, dlatego jego otoczenie stara się czymś go zająć, wciągnąć w wir wydarzeń, aby nie powrócił do nałogu – wojna byłaby więc elementem terapii odwykowej.

Wszystkie te teorie – nieraz naiwne, nieraz zabawne i złośliwe, a niekiedy zapewne zawierające ziarno prawdy – nas tutaj nie interesują, gdyż chcemy patrzeć na wojnę w Iraku poprzez pryzmat „absolutnej” geopolityki, geostrategii i geoekonomii, pozostawiając na boku kwestie ideologiczne, psychologiczne, wewnątrzpolityczne, społeczne etc. Przyjęta przez nas perspektywa wyklucza, rzecz jasna, akceptację przyczyn i celów wojny wymienianych publicznie przez prezydenta Busha i jego współpracowników. Gdybyśmy je bowiem zaakceptowali, zmuszeni bylibyśmy w konsekwencji uznać prezydenta Busha, wiceprezydenta Cheneya, sekretarza obrony Rumsfelda, sekretarza stanu Powella za durniów, „oszołomów” i nieodpowiedzialnych żółtodziobów całkowicie pozbawionych politycznych kwalifikacji do sprawowania władzy. Ponieważ jednak uważamy, że są to doświadczeni, odpowiedzialni, inteligentni politycy, to musimy wykluczyć, że chodziło im o likwidację irackiego arsenału broni masowego rażenia zagrażającej Stanom Zjednoczonym, o obalenie tyrana i wyzwolenie spod jego władzy ludu irackiego, o udzielenie Irakijczykom błogosławieństwa takich wartości jak „wolność”, „demokracja”, „prawa człowieka” itp.

Jest sprawą oczywistą, że Irak nie posiadał broni masowego rażenia, a nawet, jeśli jakimiś jej zasobami dysponował, to i tak nie był w stanie jej użyć. Gdyby było inaczej, to czy tak odpowiedzialny polityk jak prezydent Bush zdecydowałby się na atak? Oczywiście, że nie. Przy podejmowaniu decyzji o wojnie prezydent Bush musiał zakładać, że Irak broni masowego rażenia nie posiada. Gdyby był przekonany, że Irak dysponuje bronią masowego rażenia, której rzeczywiście jest w stanie użyć, to oznaczałoby to, że życie tysięcy lub nawet dziesiątków tysięcy żołnierzy amerykańskich jest mu obojętne, że nie liczy się z możliwością ogromnych strat w ludziach. Należało przecież spodziewać się, że właśnie w przypadku rozpoczęcia wojny, prezydent Saddam Husajn, przyparty do ściany, zapędzony w ślepy róg, zdesperowany, zagrożony utratą władzy, a nawet śmiercią może zdecydować się na użycie broni masowego rażenia. Jest zatem sprawą oczywistą, że prezydent Bush musiał posiadać informacje wywiadowcze mówiące jasno, że Irak nie dysponuje bronią masowego rażenia. Wolno zakładać, że jednym z powodów, dla których w 1991 roku prezydent Bush starszy postanowił nie zajmować Bagadadu, była obawa, iż prezydent Saddam Husajn może dysponować bronią masowego rażenia i będzie w stanie jej użyć. W 2003 roku taka obawa była bezpodstawna, dlatego wojna mogła wybuchnąć i Bagdad został zajęty.

Decyzja o wojnie z Irakiem, państwem słabym, które w 2003 roku nie przedstawiało żadnego realnego niebezpieczeństwa nawet dla Kuwejtu, była jednak obciążona wielkim politycznym ryzykiem. Łatwo było przewidzieć koszty polityczne: wzrost antyamerykańskich nastrojów na całym świecie, rozpad tzw. koalicji antyterrorystycznej, spory, konflikty etc. Do tego dochodzą koszty sfinansowania wojny, okupacji i odbudowy Iraku. Odpowiedzialny polityk taki jak prezydent Bush nie ryzykowałby poniesienia takich kosztów politycznych i finansowych, gdyby nie bardzo istotne powody geostrategiczne, geopolityczne i geoekonomiczne. Jest absurdem przypuszczać, że polityczne kierownictwo Stanów Zjednoczonych poświęci życie własnych żołnierzy i wyda miliardy dolarów w imię ideologiczno-moralnych chimer nazwanych „demokratyzacją”, „wyzwoleniem narodu irackiego”, „obaleniem tyrana”, „prawami człowieka” etc. Takich wojen i interwencji Stany Zjednoczone nie podejmują, gdyż są to wojny niesprawiedliwe. Wojna z Irakiem była wojną sprawiedliwą właśnie dlatego, że jej celem nie było „obalenie tyrana”, „zaprowadzenie demokracji”, „wyzwolenie narodu irackiego” etc. Była wojną sprawiedliwą, gdyż służyła osiągnięciu realnych, niezwykle ważnych celów politycznych.

Günter Grass w polemicznej furii nazwał prezydenta Busha politycznym psychopatą. Trudno doprawdy o większą pomyłkę – prezydent Bush i pozostali członkowie kierownictwa politycznego USA to doświadczeni i odpowiedzialni politycy, najwyższej klasy gracze polityczni: ich decyzję o wszczęciu wojny poprzedziły długie narady, chłodny namysł i staranne, przeprowadzone na zimno kalkulacje. Jednak działając w politycznych ramach masowej demokracji nie mogli oni publicznie wyjawić prawdziwych celów wojny, gdyż i tak nie zostałoby to zrozumiane przez tzw. opinię publiczną, która nie potrafi postrzegać wojennego konfliktu jak tylko w kategoriach moralnych, czyli walki Dobra ze Złem. Dlatego fakt, że kierownictwo polityczne USA używa propagandy, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, nie powinien stać się okazją do formułowania moralnych oskarżeń pod jego adresem. Istotne jest tylko to, żeby się nią nie sugerować, jeśli chce się dotrzeć do prawdziwych powodów i celów wojny w Iraku (pośrednio odczytać je możemy z książek, memorandów, raportów Zbigniewa Brzezińskiego, Richarda Perle’a, Paula Wolfowitza i innych).

Dodajmy na marginesie, że ani prezydent Bush nie jest politycznym psychopatą, jak sądzi autor Blaszanego bębenka, ani politycznym psychopatą nie był (jest) prezydent Husajn. Twarde rządy Saddama Husajna, jego bezwzględne tłumienie przejawów opozycji i buntu, oznacza, że nie kierowały nim irracjonalne motywy i samobójcze impulsy, lecz spotęgowana wola utrzymania się przy władzy i dla realizacji tego celu racjonalnie dobierał środki odpowiednie dla sytuacji, w jakiej się znajdował.

William A. Douglas w wydanej w 1972 roku i poświęconej powojennej polityce zagranicznej Stanów Zjednoczonych książce Developing Democracy przytacza ujawnione po latach i dostępne dziś dla badaczy dokumenty pokazujące wewnętrzne dyskusje w najwyższych kręgach władzy, podczas których debatowano, co i gdzie należy promować w świecie – demokrację czy formy rządów autorytarnych. Tu widać jasno, jak mało zewnętrzna retoryka, oficjalna ideologia i propaganda ważą przy podejmowaniu istotnych decyzji politycznych. George Kennan w studium planowania politycznego Departamentu Stanu z 1948 roku pisał: „Musimy obywać się bez jakiegokolwiek sentymentalizmu, musimy przestać myśleć o prawach człowieka, podnoszeniu standardu życia i demokratyzacji”, a przecież tenże sam Kennan i politycy czytający jego rady, kiedy występowali przed radiową czy telewizyjną publicznością, mówili właśnie o prawach człowieka, demokratyzacji etc.

Prof. John Mearsheimer, doradca prezydentów Reagana i Busha seniora, w książce The Tragedy of Great Power Politics (Nowy Jork 2001) napisał: „Za zamkniętymi drzwiami, elity, które robią narodową politykę bezpieczeństwa, mówią najczęściej językiem władzy, a nie zasad, i Stany Zjednoczone działają w systemie międzynarodowym zgodnie z tym, co dyktuje logika realizmu. W istocie, widoczna przepaść oddziela publiczną retorykę od rzeczywistego prowadzenia amerykańskiej polityki zagranicznej”.

Niektórzy mają za złe sekretarzowi obrony Donaldowi Rumsfeldowi, że 20 lat temu w grudniu 1983 roku jako specjalny wysłannik prezydenta Reagana przybył do Bagdadu, spotkał się z prezydentem Husajnem, wymienił z nim przyjacielski uścisk dłoni i zapewnił go o przyjaźni USA i dalszym materialnym wsparciu dla Iraku, będącym wówczas zaprzyjaźnionym państwem, kluczowym buforem i strategicznym atutem dla Stanów Zjednoczonych, które wcale nie potępiły prezydenta Saddama Husajna za agresję na Iran, wręcz przeciwnie, przez całe dziesięć lat wojny pomagały mu na wszelkie możliwe sposoby. Oburzeni krytycy potępiają Donalda Rumsfelda za to, że kiedyś gawędził sobie przyjaźnie z „rzeźnikiem z Bagdadu”, natomiast dziś na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych nie znajduje słów moralnego oburzenia dla irackiego tyrana. Możemy być jednak pewni: sekretarz stanu czyni tak wyłącznie na konferencjach prasowych i w wywiadach telewizyjnych. Jest mu bowiem głęboko obojętne, czy prezydent Husajn był tyranem, który zjadał troje dzieci na śniadanie. Ważne jest dlań tylko to, czy Saddam Husajn przeszkadza, czy też pomaga w realizacji ważnych celów politycznych Stanów Zjednoczonych. W 1983 roku pomagał, w 2003 roku przeszkadzał – oto proste wyjaśnienie faktu, dlaczego w 1983 roku prezydent Husajn był „sojusznikiem”, a w 2003 roku – „wrogiem”.

To właśnie niesamowita elastyczność elity politycznej USA, jej niesłychana wprost umiejętność czysto instrumentalnego traktowania ideologiczno-propagandowych uzasadnień, jej posunięty do granic absolutnego cynizmu realizm polityczny przewyższający znacznie „perfidię Albionu”, jej drapieżna bezwzględność i spotęgowana wola władzy, jej nie mający sobie równych w dziejach świata makiawelizm, jej brak jakichkolwiek skrupułów przy desygnowaniu na wrogów dawnych sojuszników i zawierania sojuszy z dawnymi wrogami sprawiły, że odniosła tak ogromny polityczny sukces.

Dlatego też celem poniższej analizy nie jest oskarżanie amerykańskiej elity o stosowanie „podwójnych standardów”, demaskowanie jej hipokryzji („Mówią Biblia, a myślą bawełna”) czy też dyktowany opozycyjną postawą wobec USA moralno-polityczny atak na to państwo i jego polityczne kierownictwo. Problemy polityczne należy rozpatrywać na zimno i bez uprzedzeń, a strategiczne cele i środki wielkiej polityki rozpatrywać „poza dobrem i złem” (jak to ktoś żartobliwie ujął „Jenseits von Bush und Böse”).

Powiadają niektórzy, że na ścianach klas szkolnych w USA wisi Deklaracja Niepodległości, ale polityką kieruje Machiavelli. Wykazywanie, że istnieją spore różnice pomiędzy Deklaracją Niepodległości a realną polityką prowadzoną przez USA, jest zajęciem całkowicie jałowym (co nie znaczy, że nie można traktować Deklaracji Niepodległości jako znakomitego posunięcia polityczno-propagandowego, które było częścią realnej polityki). Dlatego przyjmujemy zasadnicze formuły imperialne w erze masowej demokracji takimi, jakie są: wróg to diabeł, interwencja wojskowa i narzucenie przyjaznego rządu to wyzwolenie i odbudowa demokracji, inkorporowanie do swojej strefy wpływów to przyłączenie do wolnego świata, akcja imperium jest zawsze reakcją na zagrożenie, każda interwencja imperium jest działaniem w samoobronie, każdy atak imperium jest kontratakiem etc. Nie zamierzamy tracić czasu na rozważanie, czy owe formuły są „prawdziwe”, czy też „nieprawdziwe”, nie interesują nas debaty nad tym, czy wojna była legalna, czy nielegalna, bo cóż po prawniczych dyskusjach i dyplomatycznych rytuałach, konsultacjach i negocjacjach, rezolucjach i formalnych argumentach w sytuacji, kiedy globalny suweren już dawno podjął decyzję, ustalił dzień i godzinę ataku oraz określił formę wojny i jej zasięg. Interesuje nas wyłącznie to, co Anglosasi nazywają „power politics”, a Niemcy „Machtpolitik”, czyli w tym przypadku wielka planetarna strategia Waszyngtonu, której celem jest zdobycie władzy nad światem (ustanowienie imperium światowego), celem, który jedynie skalą różni się od celów takich jak zdobycie władzy nad Związkiem Działkowców czy nad powiatem złotoryjskim.

KLIKNIJ, ABY PRZECZYTAĆ CAŁY „RAPORT W WOJNIE W IRAKU” (PDF)

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo Postkonserwatywne ”, 2003, nr 38/39

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykuł„Nadziejowcy”
Następny artykułOdporność zbiorowiskowa cz. II – Uzależnienie od szczepień
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ