Dreszcze przez „Skórę”

0

Polskie wydanie Skóry Curzio Malapartego (tłum. Jarosław Mikołajewski,  Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1998) nastąpiło pół wieku po jej premierze i przypadło na setną rocznicę urodzin autora. Tym samym, do wydanych wcześniej dwóch zbiorów opowiadań, głośnego Kaputt i Legendy Lenina (tytuł oryginału: Intelligenza di Lenin), dołączyła najwybitniejsza chyba, a z pewnością najbardziej kontrowersyjna spośród książek Kurta Ericha Suckerta, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko znakomitego Toskańczyka, Włocha i Europejczyka.

Nie zaszkodzi wspomnieć, że Skóra przetłumaczona została na ponad 50 języków, osiągnęła kilkumilionowy nakład i wywołała prawdziwą intelektualną burzę, szczególnie na Starym Kontynencie, nie wolną niestety od politycznych wyładowań, które poważnie utrudniały wydobycie Malapartego-artysty z uścisku Malapartego-działacza politycznego, obronę dzieła przed twórcą i twórcy przed, często małodusznym, jego wizerunkiem. Była wszakże w Europie (i poza jej granicami) debata literacka i ściśle merytoryczna, której nie przeszkadzały ani trupy poległych z rąk Czarnych Koszul, ani zwisający głową do dołu trup Mussoliniego, ani przedśmiertne nawrócenie się autora na katolicyzm, ani wręczenie mu przez Palmiro Togliattiego legitymacji Włoskiej Partii Komunistycznej. Niestety, poza nielicznymi wyjątkami (Maria Dąbrowska, Tadeusz Breza, Melchior Wańkowicz, Olgierd Budrewicz), polscy literaci odnosili się do twórczości, przyswojonego polszczyźnie autora, z zagadkowym désinteressement, które budzić może jedynie rozrzewnienie w czasach nachalnie wylewnych piań i gdakań rodzimego Kulturbergu pod adresem rozmaitych Williamów Whartonów.

 Czym „Skóra jest”, a czym nie jest

Osnową fabularną książki jest zwycięski marsz aliantów, specjalnie V armii amerykańskiej, rozpoczęty zejściem na ląd w Salerno i zwieńczony triumfalnym wjazdem do Rzymu. U boku aliantów, jako kapitan pełniący obowiązki oficera łącznikowego, kroczy Malaparte, uprzednio dwukrotnie na krótko aresztowany: przez faszystów, zapadających się w przeszłość (w lipcu 1943), i przez Amerykanów, przybywających w imieniu przyszłości, niosących nieuniknione i nieubłagane wyzwolenie (w listopadzie 1943).

Malaparte, dla zaprzyjaźnionych z nim oficerów-zdobywców, jest przewodnikiem po Włoszech i zakamarkach europejskiej duszy, dla czytelników, przede wszystkim narratorem-pułapką, błyskotliwym rozmówcą i wyrafinowanym estetą.  Może drażnić, przyznajmy rację tłumaczowi książki, Jarosławowi Mikołajewskiemu, miejscami nazbyt solenna i retoryczna konstrukcja dialogów i każdorazowa bezbłędna intuicja prawdy kapitana Malapartego (zazdrościmy i współczujemy zarazem generałom lekkomyślnie wchodzącym w intelektualne szranki z piekielnie błyskotliwym pod-władnym). Zarazem jednak Skóra pozostaje pułapką dla tych wszystkich, którzy zbyt prostodusznie i rygorystycznie usiłują dopasować jego talent pisarski do wyuczonych i zapamiętanych systemów i pojęć formalnych. Na przykład pretensje Melchiora Wańkowicza z „Wojny i pióra” do Malapartego o „spekulacje na reportażu z wojny”, są najzupełniej chybione. Twórczość autora Skóry nie jest i nie ma być reportażem wyrosłym z tradycji Kischa. Znane z „Kaputt” posągi zlodowaciałych koni i kosz wyłupionych ludzkich oczu, podobnie jak syrena morska serwowana zwycięzcom i cały szereg innych zdarzeń zarejestrowanych w Skórze, służą zatarciu śladów pomiędzy tym, co rzeczywiste i imaginowane.

Książka nie będąc reportażem, nie jest przecież powieścią czy zbiorem opowiadań, ale swoistym literackim capriccio, rozsadzającym granice pomiędzy gatunkami twórczości, czymś zarazem więcej niż reportaż i mniej niż reportaż, niedo- i nadpowieścią, jednym i drugim równocześnie, i ani jednym, ani drugim w stopniu, który zadowoliłby literackich „badaczów owadzich nóg”. Malaparte oscyluje pomiędzy faktem historycznym a jego ukrytą i zaciemnioną stroną, tajną rzeczywistością jego dziania się, zasypuje, a ściślej, usiłuje zasypać szczelinę między powierzchnią życia dostępną reportażyście, a jego podskórną głębią i tektoniką, wymykającą się najlepszej nawet pamięci i najwierniejszej relacji, a będącą właściwym źródłem zdarzeń. Dlatego też to, co immanentne, życie, które staje się pod powierzchnią, istnieje w planie literackim autora, obok życia już zaistniałego na powierzchni, przygląda się ironicznie jego konwulsjom i poruszeniom – aby w sytuacjach granicznych i nie dających się oswoić, powiedzieć więcej o tym, co ważne, aniżeli to, co rejestrują nasze zmysły i penetruje rozum. To, co fikcyjne i fantastyczne, zderzone z tym, co faktyczne, przetworzone i skondensowane artystycznie w rzeczywistość symboliczną i magiczną, podnosi i uwydatnia rangę historycznego faktu, wyposaża go w krystaliczną strukturę i nadaje mu liryczną moc.

Wraz z Malapartem sens historii odkrywamy in nuce, gdyż od abstraktów i nachalnych alegorii, moralizatorstwa, dydaktyzmu i całej tej, aż nadto dobrze znanej, wojennej demonologii, chroni nas jego przenikliwa postawa ironisty, o którym pisał Kierkegaard, iż zdolny jest do „odczuwania, że rzeczywistość, w której żyje, przestaje już być rzeczywista”.

Europa czasu Skóry

Skóra ujawnia podskórne pęknięcia, kryjące się za fasadą naśladującą spiż. Autor z zimną bezceremonialnością i pogodnym fatalizmem odmawia klasycznej, łacińskiej Europie racji bytu, nie lituje się nad Europejczykami, przeciwnie, cieszy go oczekiwana śmierć starego, i w tej radości odnajduje antidotum przeciw pleniącej się wokół zarazie. Oto widzimy ruiny klasztoru na Monte Cassino, gaśnie Wezuwiusz, trwa „piknik na grobowcu”, nic nie jest już zagwarantowane, przechyla się szala losu Starego Kontynentu – w tej sytuacji, niczym w wierszu Kawafisa, nie-Europejczycy (Barbarzyńcy) stanowią jakby rozwiązanie. Europa umiera, dlatego trzeba chcieć tego, co koniecznie musi się stać, co już się stało, aby na gruzach „Europy-Kaputt”, „Europy-Skóry” zbudować Europę nową, aby „umieraj” znaczyło zarazem „stawaj się”. Jeśli to, co w Europie zdolne jest do życia, ma trwać i wzrastać, to, co pozorne, kruche i iluzoryczne musi runąć, aby upiory przeszłości nie pętały umysłów i woli zwiastunom nowego.

Śmierć nie przeraża, śmierć jest symptomem – liczy się tylko postawa wobec śmierci, wobec pośmiertnej egzystencji Europy, czasu krystalizowania się treści nowej epoki. Toteż ani Bazylika św. Piotra, ani Colosseum nie mogą być alibi dla jałowych biadoleń i ponurych proroctw, nie mogą rozgrzeszać wobec historii. Europejskie fronty czas przełamać i przezwyciężyć. Europa musi przestać broczyć krwią Europejczyków, brudna wojna między Europejczykami: Włochami, Francuzami, Niemcami, musi się zakończyć. Po to właśnie, aby to pojąć, potrzebni byli Europie Amerykanie (i Rosjanie). Właśnie dzięki nim, bo tak rozumiem sens europejskiego credo Malapartego, możemy zdobyć się na konieczny względem samych siebie dystans, sięgnąć głębiej niż sięgają Włochy, Francja czy Niemcy – do miejsca, w którym to, co ojczyste odnajduje się w tym, co europejskie i przez to uniwersalne. My, Europejczycy, pośród ruin, głodu, udręk, śmierci najbliższych, zepsucia i zniszczenia, możemy przeżyć wielkie egzystencjalne katharsis, wyjść pogodzeni ze światem i samymi sobą, wewnętrznie wolni i gotowi do tworzenia życia, odnaleźć samych siebie, których zagubiliśmy gdzieś po drodze w daremnych i bratobójczych swarach.

Spojrzenie na Włochy

Nad śmiertelnie rannym amerykańskim żołnierzem kapitan Malaparte wygłasza zaimprowizowaną i bolesną parodię przemówienia Duce:

Czarne koszule! Nasi amerykańscy sprzymierzeńcy wylądowali nareszcie we Włoszech, żeby nam pomóc zwalczyć naszych niemieckich sojuszników. Święta pochodnia faszyzmu nie wygasła.

W innym miejscu czytamy, że „Włosi wyruszyli u boku aliantów wygrać tę samą wojnę, którą przegrali już walcząc u boku Niemców”. Dumne Włochy upokorzone, następcy Cezarów wyszydzeni, marzenia o Imperium obrócone w popiół, Mussolini stojący kością w gardle.

Z każdej niemal stronicy Skóry dowiadujemy się o cenie, jaką przyszło płacić Włochom za propagandowe zamienianie w marmur tego, co papierowe i koturnowe, za recytowanie włoskości, wspinanie się na nią, odgrywanie jej (jakby powiedział Gombrowicz): prostytucja, samotni i bezbronni chłopcy wystawieni na pastwę lubieżników, bale oficerskie dla kobiet „bez towarzystwa”, homoseksualne orgie itd. Lecz za cenę tragedii pokolenia, człowiek włoski staje się mniej Włochem, a bardziej człowiekiem, rozpoznaje fałsz „słabosilnych” frazesów, którymi podszyta była faszystowska moc, dowiaduje się o tym, że za fanfaronadę „puszenia się na wielkość” przychodzi płacić cierpieniem i krwawą groteską. Neapol czasu zarazy, to zejście na dno, aby przyglądać się w swoich upiorach i wyzwolicielach niczym w krzywym zwierciadle, a zarazem odnaleźć konieczną psychiczną równowagę i nie tracić wiary we własne człowieczeństwo. Neapol i neapolitańczycy w Skórze ustanawiają europejską normę zachowania się wobec wyzwolicieli-zdobywców, postawę dającą możliwie największą w danych warunkach suwerenność ducha i swobodę ruchów wobec wyroków losu.

Amerykanin w Neapolu, czyli w Europie

Surowa trzeźwość, przyjęcie konwencji persyflażu, doskonale wyniosły i zarazem uprzejmy brak uznania wyższości zwycięzców przebranych za wyzwolicieli nad pokonanymi udającymi wyzwolonych – to cechy charakteryzujące te partie książki, które traktują o relacjach wzajemnych Amerykanów i Włochów. Amerykanie chorują na atrofię zmysłu tragicznego, nie znają cierpienia, nie posiadają historii, która płynie w żyłach neapolitańskiego („W Europie wszyscy jesteśmy neapolitańczykami”) ludu i klas wyższych, ludzi, co wszystko przeżyli i wszystko widzieli. Dlatego majordomus z pałacu książąt Toledo może w swojej wykwintnej liberii, otoczony spojrzeniami postaci umieszczonych na starożytnych plafonach i freskach, godnie serwować drętwę elektryczną przywódcy wielkiego mocarstwa, albo podać zwycięzcom syrenę w majonezie w koralowej girlandzie, pamiętając o tym, że „ryby w Europie nie mają obowiązku wyglądać jak ryby”.

Dlatego neapolitańscy ulicznicy mogą bezkarnie zamieniać wyzwolicieli w sponsorów i zaopatrzeniowców. Amerykanie, powiada w rozmowie z gen. Corkiem Malaparte, „kupują swoich wrogów, a my ich sprzedajemy”, i zaraz potem stawia za wzór Talleyranda, który „sprzedał wszystkich tych, którzy go kupili”. Amerykanie, przebywszy nieproszeni do Europy, aby walczyć za sprawę

Europejczyków, stają się, ni mniej ni więcej, „najemnikami Europy”, by w końcu „stać się neapolitańczykami”, aby zarazić się Europą. Europa, która przegrała, robi miejsce dla Europy, która wygra: piękny, uprzejmy i czysty (amerykański) Apollin może więc dumnie przybrać swe czoło wawrzynowym wieńcem, lecz prawdziwej Dafne nie posiądzie nigdy.

Dlaczego Skóra znalazła się na indeksie?

Nie przekonuje przyczyna podana w Spiżowej Bramie przez Tadeusza Brezę, wedle, którego poszło o „opis demoralizacji księży i urażenie papieża. Papież Pius XII miał poczuć się dotknięty dowcipem o Marokańczykach z legii francuskiej, którzy na widok tysięcy kobiet, korzystających z gościnnej opieki papieża w ogrodach Castel Gandolfo, okrzyknęli go „najpotężniejszym monarchą świata”. Wydaje się, że rzeczywistym powodem niełaski Skóry i jej autora, (który nota bene odżegnał się, jak pisze Breza, od swej książki na łożu śmierci) była warstwa obyczajowa książki: dosłowne opisy zepsucia i rozpasania obyczajowego. Zapewne wpływ miała także ogólnie pogańska wymowa książki, w której miejsce Boga Watykanu zajął „Bóg Neapolu, totem neapolitańczyków…”,  Wezuwiusz.

Warto przeczytać Skórę, aby wyłowić gdzieś pomiędzy jej kartkami owo Norwidowe szeptanie śmierci w ucho życia, „nie stargam Cię ja, nie, ja – uwydatnię”.

Andrzej Maśnica

Pierwodruk: „Tygodnik Powszechny”,  1999 nr 4.

 O autorze:

Andrzej Maśnica (ur. 1962), publicysta, w latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Czasie Najwyższym”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczach Wspólnych”. Mieszka w Warszawie.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOdporność zbiorowiskowa cz. II – Uzależnienie od szczepień
Następny artykułJames Burnham: „13 zasad makiawelizmu”
Andrzej Maśnica (ur. 1962), publicysta, w latach 1986-90 redaktor "Kolibra" (wrocławska część "Stańczyka") . W latach 1990-2004 był członkiem redakcji „Stańczyka”. Publikował m.in. we „Wprost”, „Najwyższym Czasie”, „Myśli Polskiej”, „Nowym Świecie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczach Wspólnych”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ