„Narasta społeczny bunt przeciw biopsychiatrii”, mówi Robert Whitaker w wywiadzie dla Nowej Debaty.

3

Zapraszamy do lektury wywiadu, jakiego specjalnie Nowej Debacie udzielił Robert Whitaker –  amerykański dziennikarz, historyk nauki, autor książek poświęconych psychiatrii.

Za swoją pracę Whitaker był wielokrotnie nagradzany, otrzymał m.in. George Polk Award for Medical Writing (1998) oraz National Association for Science Writers’ Award (1998). Wcześniej, w 1992 roku był stypendystą Massachusetts Institute of Technology w ramach programu „Knight Science Journalism Fellowships” przyznawanego dziennikarzom specjalizującym się w medycynie, naukach ścisłych i problematyce związanej ze środowiskiem naturalnym. W 1998 roku był współautorem serii artykułów dla dziennika „Boston Globe” na temat badań w psychiatrii, za którą nominowany był do Nagrody Pulitzera.

Jest autorem dwóch głośnych książek poświęconych współczesnej psychiatrii. W 2002 roku opublikował Mad in America: Bad Science, Bad Medicine, and the Enduring Mistreatment of the Mentally Ill. Whitaker skoncentrował się w niej na przyczynach, dla których schizofrenicy leczeni współcześnie w USA mają gorsze rokowania, niż pacjenci w krajach rozwijających się, a nawet chorzy w dziewiętnastowiecznych przytułkach. Autor dowiódł, że nowoczesne terapie psychiatryczne stosowane w przypadku ciężkich zaburzeń psychicznych to tak naprawdę „stare metody w nowych opakowaniach”, a ich rzekomą skuteczność wmówiły opinii publicznej wpływowe środowiska psychiatrów. Whitaker prześledził trzystuletnią historię „lekarstw na szaleństwo” stosowanych w USA od czasów kolonialnych po współczesne pokazując, że stosowane terapie służyły głównie „uciszaniu” pacjentów, przytępianiu ich umysłów, co jedynie oddalało perspektywę na powrót do „normalności”. W swojej pracy autor wykorzystał starą i nową literaturę medyczną, rządowe statystyki oraz dokumentację medyczną pacjentów. Na tej podstawie postawił ważne pytania o zasadność obowiązującej dziś definicji „niepoczytalności” oraz obrazu ludzkiego mózgu propagowanego przez nowoczesną psychiatrię.

W 2010 roku nakładem wydawnictwa Crown (wchodzącym w skład Random House) ukazała się druga książka Whitakera pt. Anatomy of an Epidemic: Magic Bullets, Psychiatric Drugs, and the Astonishing Rise of Mental Illness in America. Autor wyjaśnia w niej niewyjaśnione do tej pory zjawisko, dlaczego tylko w ostatnich 30 latach liczba osób z zaburzeniami psychicznymi w USA uległa potrojeniu? Dlaczego każdego dnia u 850 dorosłych Amerykanów i 250 dzieci diagnozuje się zaburzenia psychiczne uprawniające do pobierania zasiłku? Dlaczego, wbrew obietnicom, psychofarmakologiczna rewolucja lat 50-tych XX w., która zapoczątkowała epokę leków psychiatrycznych, nie tylko nie rozwiązała naszych problemów psychicznych, ale wręcz je pogłębiła? Rozwiązując tę zagadkę Whitaker omawia m.in. obowiązującą dziś w psychiatrii teorię, że zaburzenia psychiczne są rezultatem nierównowagi chemicznej w mózgu, którą można skorygować farmakologicznie.  Na podstawie starej i nowej literatury medycznej pokazuje, że hipoteza ta nigdy nie miała i do dzisiaj nie ma potwierdzenia w dowodach naukowych, a źródeł tego, co określa się dzisiaj mianem współczesnej „epidemii chorób psychicznych”, należy upatrywać właśnie w masowym upowszechnieniu się leków psychiatrycznych. Autor przytacza liczne badania naukowe oraz obserwacje wykazujące, że długotrwałe przyjmowanie leków psychiatrycznych, zamiast poprawiać, pogarsza rokowania pacjentów i wpędzą ich w tzw. pułapkę lekową, z której – z biegiem czasu – coraz trudniej jest się wydostać. Można powiedzieć, że Anatomy of an Epidemic stanowi dogłębne studium obowiązującego dziś w psychiatrii biologicznego modelu chorób psychicznych (tzw. biopsychiatrii) – jego genezy, historii i wpływu, jaki od ponad 30 lat wywiera na ludzi nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale na całym świecie. Także w Europie i w Polsce.

W 2010 roku książka Anatomy of an Epidemic otrzymała nagrodę Investigative Reporters and Editors Award for Investigative Journalism. Książka została przyjęta z dużym uznaniem i pozytywnie zrecenzowana nawet w mediach głównego nurtu takich jak “New York Times”, “Scientific American”, “New Scientist” czy „Huffington Post”. Mamy nadzieję, że książka ta znajdzie niebawem polskiego wydawcę.

Whitaker jest również twórcą magazynu internetowego Mad In America, skupiającego specjalistów, dziennikarzy, badaczy, działaczy społecznych. Pismo omawia szeroko rozumiane problemy współczesnej psychiatrii, zarówno jej aspekty medyczne, jak i społeczne, historyczne oraz kulturowe. Oprócz tego Whitaker prowadzi swojego bloga w portalu „Psychology Today”. Pisuje też dla innych mediów (np. „Huffington Post„), a ostatnio dużo podróżuje wygłaszając prelekcje na uniwersytetach, konferencjach psychiatrycznych i innych wydarzeniach branżowych. Daje też wykłady dla grup pacjentów oraz rozmaitych organizacji społecznych. Napisał też powieść The Mapmaker’s Wife: A True Tale of Love, Murder, and Survival in the Amazon (2004) oraz książkę-reportaż pt. On the Laps of Gods: The Red Summer of 1919 and the Struggle for Justice That Remade a Nation (2009) dokumentujący masakrę na czarnej ludności w Hoop Spur, w stanie Arkansas, w 1919 roku.

Oto nasza rozmowa:

Jest Pan dziennikarzem i badaczem zajmującym się problematyką nauki oraz medycyny, pisze Pan też cieszące się dużą popularnością książki na ten temat. Jak zainteresował się Pan właśnie psychiatrią?

Okrężną drogą. W 1998 roku byłem współautorem serii artykułów dla gazety „Boston Globe” opisujących nadużycia, jakich dopuszczają się ośrodki badawcze na pacjentach leczących się psychicznie. Wówczas jeszcze myślałem, że będzie to jednorazowa przygoda dziennikarska z psychiatrią. Jednak w trakcie pracy nad tą serią natknąłem się na wyniki badań naukowych zadające kłam wielu opiniom, które, jeśli chodzi o psychiatrię, uznawałem wcześniej za „prawdziwe”. Na przykład, byłem przekonany, że psychiatria zrobiła spore postępy w leczeniu schizofrenii, tymczasem w jednym z badań wykonanych przez naukowców z Uniwersytetu Harvarda okazało się, współczesne terapie nie są wcale skuteczniejsze od metod stosowanych w pierwszej połowie XX w., czyli jeszcze zanim pojawiły się leki przeciwpsychotyczne. Zapoznałem się też z badaniami Światowej Organizacji Zdrowia, według których leczenie schizofrenii było skuteczniejsze w krajach rozwijających się (Indie, Nigeria, Kolumbia) aniżeli w Stanach Zjednoczonych i innych krajach rozwiniętych. Moja pierwsza książka pt. Mad in America była właśnie próbą wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska.

W swojej pracy pokazał Pan, że amerykańska psychiatria od 30 lat prezentuje sama siebie w fałszywym świetle, przekonując opinię publiczną, iż tzw. psychofarmakologiczna rewolucja w diagnozowaniu i leczeniu zaburzeń psychicznych okazała się wielkim sukcesem. W swojej najnowszej książce pt. Anatomy of an Epidemic przywołuje Pan znaną iluzję optyczną, w której obserwator – w zależności od tego, pod jakim kątem patrzy – może dostrzec zarówno starą, jak i młodą kobietę. Według Pana w opinii publicznej obraz „epoki psychofarmakologicznej” funkcjonuje wyłącznie jako „młoda kobieta”. Na czym polega fałsz tego obrazu? Na czym polega to złudzenie?

Rzeczywiście, wiedzą potoczną stał się pogląd, że pojawienie się w 1954 roku chlorpromazyny zapoczątkowało psychofarmakologiczną rewolucję, która przyniosła wielki przełom w leczeniu zaburzeń psychicznych za pomocą farmaceutyków. I trzeba dodać, że istotnie mamy dowody na to, iż leki te działają tzn. w krótkiej perspektywie czasowej łagodzą objawy. Zatem na obraz psychiatrii jako „młodej kobiety” składa się zarówno narracja historyczna, jak i krótkoterminowa skuteczność farmaceutyków.

Jednak w książce Anatomy of an Epidemic skupiłem się na następującym pytaniu: w jaki sposób leki psychiatryczne wpływają na przebieg zaburzeń psychicznych w długim okresie? I tutaj okazuje się, że w literaturze medycznej istnieją bezsprzeczne dowody, zgromadzone na przestrzeni ostatnich 50 lat, pokazujące, iż stosowane leki zwiększają przewlekłość zaburzeń i pogarszają u pacjentów zdolności funkcjonalne (np. zdolność do podjęcia pracy itp.). I na tym właśnie polega właśnie obraz psychiatrii jako „starej kobiety”, którego na pierwszy rzut oka nie widać.

Iluzją jest pogląd, że udało nam się osiągnąć wielki postęp, jeśli chodzi o leczenie zaburzeń psychicznych. Kiedy spojrzymy na długoterminowe efekty terapii psychofarmakologicznych, łatwo dostrzec, że tego postępu po prostu nie ma.

W ostatnich latach nawet w środowisku psychiatrycznym uważa się, że teoria nierównowagi chemicznej w mózgu – traktowana obecnie jako przyczyna zaburzeń psychicznych i stanowiąca fundament współczesnej biopsychiatrii – to metafora, czy wręcz mit. Nigdy nie udało się naukowo udowodnić, że jakiekolwiek zaburzenie psychiczne wywołane jest nierównowagą chemiczną w mózgu. Co więcej, rosną rozbieżności między tym, co naukowcy piszą w literaturze medycznej a tym, co media i reklamy leków promują jako naukowe fakty. Jakie są korzenie „chemicznej” teorii i na czym polegają jej fundamentalne słabości?

Teoria nierównowagi chemicznej powstała w latach 60-tych XX w.. Badacze postawili ją po tym, jak poznali działanie środków przeciwpsychotycznych i przeciwdepresyjnych. Odkryli oni, że antypsychotyki blokują aktywność dopaminergiczną w mózgu i na tej podstawie wysunęli teorię, że schizofrenia spowodowana musi być nadmiarem dopaminy w mózgu. W przypadku przeciwdepresantów ustalono, że zwiększają one poziom serotoniny oraz norepinefryny w szczelinie synaptycznej (tj. przestrzeni między neuronami).  Na tej podstawie postawiono hipotezę, że depresję wywoływać musi nienaturalnie niski poziom tych neuroprzekaźników w mózgu. I tutaj dotykamy fundamentalnej słabości chemicznej teorii zaburzeń psychicznych: opiera się ona na mechanizmach działania leków, a nie na odkryciach dokonanych u osób cierpiących na depresję bądź schizofrenię.

Można powiedzieć, że w latach 70-tych i wczesnych 80-tych środowisko naukowe zaczęło odwracać się od „teorii chemicznej”. Powód był taki, że, wbrew oczekiwaniom, u pacjentów ze zdiagnozowaną schizofrenią nie udało się potwierdzić nadaktywności dopaminy, natomiast u pacjentów ze zdiagnozowaną depresją nie udało się potwierdzić obniżonego poziomu serotoniny. Mimo to psychiatria podtrzymywała tę hipotezę w oczach opinii publicznej, ponieważ dzięki niej zyskiwała rangę równą innym dyscyplinom medycznym. Teoria ta zafunkcjonowała zatem jako metafora, dzięki której psychiatrzy zaczęli dysponować cudownymi środkami (magic bullets) podobnie jak, na przykład, lekarze chorób wewnętrznych.

W książce Anatomy of an Epidemic podkreśla Pan, że psychofarmakologiczna rewolucja – zapoczątkowana pojawieniem się w  latach 50-tych XX w. torazyny a następnie innych leków psychiatrycznych (antydepresantów, antypsychotyków, stymulantów i in.) – gruntownie zmieniła przebieg zaburzeń psychicznych oraz, co ważne, rokowania pacjentów. Na czym polega ta zmiana? Czy jest to zmiana na lepsze?

Po zaakceptowaniu medycznego modelu psychiatrii zaczęto propagować tezę, że ludzie borykający się z problemami psychicznymi mają „uszkodzony mózg”, zapadli na „chorobę” taką samą jak np. cukrzyca. Z tego powodu przestaliśmy poszukiwać przyczyn problemów psychicznych w czynnikach środowiskowych, w okolicznościach zewnętrznych, (które mogą mieć charakter przejściowy, epizodyczny), nabraliśmy natomiast przekonania, że zaburzenia te muszą być chroniczne. To bardzo pesymistyczny model – taki, który u pacjenta wywołuje poczucie bezsilność. Zabiera nadzieję, że człowiek jest w stanie, w taki czy inny sposób, przetrwać kryzys i odzyskać wewnętrzną równowagę. Panujący model wysyła do człowieka z problemami psychicznymi komunikat , że ma „uszkodzony mózg” i musi wobec tego do końca życia przyjmować leki.

Jeśli chodzi o rokowania pacjentów, to literatura medyczna nie pozostawia tutaj żadnych wątpliwości. Leki psychiatryczne w długiej perspektywie zwiększają przewlekłość zaburzeń psychicznych (schizofrenia, depresja, stany lękowe, choroba maniakalno-depresyjna) a także ograniczają pacjentom możliwości codziennego funkcjonowania. Trzeba zaznaczyć, że niektórzy ludzie całkiem nieźle sobie radzą na lekach nawet w długiej perspektywie, jednak, ogólnie rzecz ujmując, w długiej perspektywie leki pogarszają sytuację przyjmujących je osób.

Jaką rolę w upowszechnieniu biologicznego modelu zaburzeń psychicznych odegrały media oraz instytucje publiczne, w tym administracja rządowa, organizacje medyczne i uniwersytety?

W Stanach Zjednoczonych zidentyfikować można wiele podmiotów komercyjnych, środowisk akademickich i agend rządowych, które były w czołówce, jeśli chodzi o promocję biologicznego modelu psychiatrii. Stosunkowo łatwo jest wskazać te, które najmocniej wspierały obowiązującą narrację o psychiatrii.

W 1980 roku, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) opublikowało trzecią edycję swojej klasyfikacji zaburzeń psychicznych (DSM), w której ostatecznie zaakceptowało model biochemiczny i rozpoczęło jego promocję wśród Amerykanów. Ten model bardzo spodobał się firmom farmaceutycznym, ponieważ zakładał szeroko zakrojone stosowanie leków. Do tego, w latach 80-tych urosła w siłę organizacja pacjentów i ich rodzin pod nazwą National Alliance for the Mentally Ill (NAMI). Ważną rolę odgrywały w niej rodziny z dziećmi ze zdiagnozowaną schizofrenią. Środowiska te były jak najbardziej zainteresowane modelem biologicznym, ponieważ zgodnie z nim schizofrenia była chorobą, za którą nikt nie ponosił „winy”. Dzięki biopsychiatrii schizofrenię przestano traktować jako skutek traumatycznego przeżycia, błędów rodzicielskich czy czynników środowiskowych, stała się za to prostym problemem chemicznym. Z biegiem czasu NAMI przekształciło się w potężną grupę lobbingową z wyjątkowo skutecznym PR-em. Na to nałożył się fakt, że tutaj w USA kontrolę nad National Institute of Mental Heath (NIMH) (Krajowy Instytut ds. Zdrowia Psychicznego – przyp. tłum.) zdobyli psychiatrzy będący zwolennikami medycznego modelu psychiatrii. To ważne, ponieważ NIMH to agencja rządowa, która finansuje badania na polu psychiatrii. Tym samym, pod kierownictwem „biopsychiatrów”, stała się ona pierwszoplanowym propagatorem biologicznego paradygmatu zaburzeń psychicznych.

Powstał w ten sposób potężny czterogłos, którego wszyscy uczestnicy nucili tę samą melodię.  Jednak melodia ta powstała w oparciu o ideologię i interesy komercyjne, a nie bezstronne dowody naukowe. Koniec końców, Ameryce udało się eksportować model biologiczny do Europy i innych części świata.

W swoich książkach podkreśla Pan, że leki psychiatryczne, zamiast leczyć, pogłębiają zaburzenia psychiczne. Innymi słowy, środki te nie tylko są nieskuteczne, ale również stanowią siłę napędową tzw. epidemii zaburzeń psychicznych, z którą mamy dzisiaj do czynienia. Co więcej wykazuje Pan, że osoby, które zaczynają przyjmować leki, wpadają tzw. „pułapkę lekową”. Na czym ona polega? Czy Pańska krytyka ograniczona jest wyłącznie do leków starszej generacji (np. neuroleptyków), czy dotyczy również farmaceutyków najnowszej generacji?

Kiedy przeanalizujemy literaturę naukową dotyczącą długoterminowych wyników leczenia farmakologicznego, z łatwością dostrzeżemy, że leki psychiatryczne zwiększają przewlekłość  problemów psychicznych. Jest to szczególnie widoczne w przypadku tzw. zaburzeń afektywnych (depresja i choroba maniakalno-depresyjna). Co więcej, na przykład długotrwałe przyjmowanie antydepresantów typu SSRI przez pacjentów ze zdiagnozowanym zaburzeniem afektywnym zwiększa prawdopodobieństwo, że osoby te będą długotrwale niezdolne do normalnego, codziennego funkcjonowania.

Studiując wpływ leków psychiatrycznych na epidemię zaburzeń psychicznych, zauważymy, że stan znacznej części osób, które przyjmują antydepresanty typu SSRI w związku z wystąpieniem u nich łagodnej depresji, z czasem się pogorszy. Przyjmowane leki wywołają u nich nowe, ostrzejsze objawy, np. manię. To właśnie na podstawie literatury naukowej wiemy, że u pacjentów, u których wystąpił epizod depresyjny, przyjmowane przeciwdepresanty typu SRRI zwiększają ryzyko wystąpienia epizodów maniakalnych. A to zwykle skutkuje tym, że diagnozuje się u nich zaburzenie afektywne dwubiegunowe. Krótko mówiąc, z badań naukowych wiemy, że stosowanie leków psychiatrycznych tworzy „chorych przewlekle”

Jeśli chodzi o pułapkę lekową, to występuje ona zarówno w przypadku leków pierwszej jak i drugiej generacji. Sam mechanizm pułapki jest prosty. Powiedzmy, że ktoś zaczyna przyjmować antypsychotyk, który działa w ten sposób, że blokuje w mózgu receptory dopaminowe. W odpowiedzi mózg takiej osoby zwiększy liczbę tych receptorów w celu podtrzymania normalnej aktywności układu dopaminergicznego. I początkowo przyjmowany lek pomaga łagodzić objawy psychotyczne. Jednak kiedy zmiany kompensacyjne w mózgu już się dokonają, staje się on „nadwrażliwy” na dopaminę. A to z kolei zwiększa prawdopodobieństwo, że u osoby, która odstawi leki, wystąpi nawrót choroby. Natomiast jeśli ich nie odstawi, funkcjonowanie układu dopaminergicznego będzie stale się pogarszało.

Mamy zatem sytuację, w której przyjmowane leki początkowo pomagają, lecz w długiej perspektywie stanowią dla pacjenta pułapkę: z jednej strony trudno jest lek odstawić, z drugiej strony jego długotrwałe przyjmowanie pogarsza stan pacjenta.  

W swojej pracy odnotowuje Pan niepokojące zjawisko polegające na tym, że „plaga” zaburzeń psychicznych przenosi się na dzieci. Obserwujemy przy tym agresywną ekspansję farmakoterapii u coraz młodszych pacjentów (nawet dwulatki przyjmują dziś leki na zaburzenia afektywne dwubiegunowe). Niektórzy komentatorzy uważają, że zaburzenia psychiczne diagnozowane u dzieci nie są prawdziwe, ale stanowią fikcyjne schorzenia stworzone po tym, jak „nasycił się” rynek leków dla dorosłych. Jaka jest pańska opinia na ten temat? Czy uda nam się zbudować zdrowsze społeczeństwo podając leki coraz młodszym ludziom?

Nie ulega wątpliwości, że stosowanie leków u dzieci w USA, a w coraz większym zakresie także w Europie i innych  krajach, motywowane jest dążeniem firm farmaceutycznych do powiększenia rynku dla nowych antypsychotyków oraz innych kategorii leków psychiatrycznych. Na przykład w latach 60-tych i 70-tych XX w. badacze ustalili, że zaburzenia afektywne dwubiegunowe u dzieci (juvenile bipolar disorder) praktycznie nie występują. Jednak kiedy na rynku pojawiły się nowe, atypowe leki przeciwpsychotyczne, amerykańscy psychiatrzy, pod wpływem wybitnego autorytetu w dziedzinie psychiatrii Josepha Biedermana* z Massachusetts General Hospital w Bostonie, „odkryli”, że zaburzenie to zawsze występowało u dzieci i że należy je leczyć za pomocą właśnie tych nowych antypsychotyków.

Praktyka podawania coraz młodszym dzieciom lekarstw psychiatrycznych szykuje nam grunt pod medyczną katastrofę w przyszłości. Dzieci przyjmujące te środki doświadczają poważnych psychicznych, fizycznych, emocjonalnych i kognitywnych skutków ubocznych, a przecież brak jest dowodów, że leki te mają w długiej perspektywie jakiekolwiek efekty pozytywne. Należy podkreślić, że podawanie małym dzieciom lekarstw psychiatrycznych odbiera im „prawa do bycia dzieckiem”, uniemożliwia im normalne dorastanie. Pozbawia je środowiska, w którym ich mózgi i umysły mogłyby się kształtować bez ingerencji farmaceutyków. To fatalny błąd. Jestem zdania, że jako społeczeństwo spojrzymy kiedyś wstecz i nie będziemy umieli wyjść ze zdziwienia, jak mogliśmy do czegoś takiego doprowadzić.

Jeśli uznamy, że dzisiejsza epidemia zaburzeń psychicznych ma podłoże jatrogeniczne, to musimy zapytać o jakość i wiarygodność współczesnych badań medycznych. Czy te wszystkie istniejące instytucje, procedury, badania nie powinny gwarantować nam, że stosowane leki są zarówno skuteczne jak i bezpieczne? Jakie słabości dostrzega Pan w tym zakresie?

Dzisiejsze badania nad lekami mają wiele słabych stron. Przede wszystkim, aby otrzymać zgodę na wprowadzenie do użytku nowego leku w USA, producent musi jedynie wykazać, że jego produkt działa na dany objaw w krótkim okresie czasu. Podobnie jest zresztą w większości innych państw. Władze nie dysponują zatem narzędziami do oceny skuteczności i bezpieczeństwa nowych leków w długiej perspektywie. A przecież stosunek korzyści do strat w przypadku działania danego leku może być zupełnie inny w krótkiej perspektywie niż w długiej.

Inny problem polega na tym, że kiedy producenci leków finansują badania swoich własnych produktów, cały proces przestaje być z naukowego punktu widzenia uczciwy. Badania można zaprojektować w taki sposób, aby uzyskać oczekiwany rezultat; można zniekształcić interpretację rezultatów; można nie opublikować wyników niekorzystnych dla producenta. Z tego względu wiele z wykonywanych badań dotyczących krótkoterminowej skuteczności i bezpieczeństwa nowych leków jest niewiarygodnych.

Brakuje obecnie rzetelnych danych naukowych na temat prawdziwych skutków przyjmowania leków psychiatrycznych, tak długoterminowo jak i krótkoterminowo. Zamiast tego mamy nieuczciwą naukę, która pozuje na rzetelną i to ją właśnie przedstawia się jako źródło „dowodów” na skuteczność wprowadzanych do użycia farmaceutyków.

W książce Anatomy of an Epidemic opisuje Pan “komercyjne piękno” partnerstwa, jakie powstało w latach 80-tych między psychiatrią i przemysłem farmaceutycznym. Jak i dlaczego do niego doszło? Jakie są, Pana zdaniem, konsekwencje tego partnerstwa?

Pod koniec lat 70-tych psychiatria w Ameryce walczyła o przetrwanie. Funkcjonowały wówczas liczne środowiska i grupy oferujące rozmaite terapie psychologiczne – np. leczenie rozmową (talk therapies), terapie umysłu itp. – i psychiatria zmuszona była z nimi coraz mocniej konkurować. Przyjmując w latach 80-tych za obowiązujący medyczny model zaburzeń psychicznych, Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne (APA) chciało w ten sposób przekonać opinię publiczną, że psychiatrzy to też lekarze. Był to ruch mający na celu podniesienie rangi psychiatrii i odróżnienie jej od innych środowisk zajmujących się leczeniem zaburzeń psychicznych.

Oczywistą konsekwencją przyjęcia modelu medycznego (biologicznego) było upowszechnienie się farmaceutyków. I naturalnie producenci leków z radością powitali ten kierunek. W efekcie oba środowiska (zinstytucjonalizowana psychiatria oraz przemysł farmaceutyczny) dostrzegły, że ich interesy finansowe są zbieżne. Kiedy to się dokonało, gwałtownie wzrosła  ilość pieniędzy, które różnymi kanałami popłynęły od firm farmaceutycznych do Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Dodatkowo producenci leków zaczęli masowo wynajmować psychiatrów pracujących na różnych uniwersytetach jako prelegentów, doradców, konsultantów. Skutek był taki, że zinstytucjonalizowana psychiatria i eksperci z ośrodków akademickich przestali być dla Amerykanów wiarygodnym źródłem informacji i rzetelnych danych na temat zagrożeń i korzyści wynikających z zażywania leków psychiatrycznych. Zaczęli przed oczyma Amerykanów malować fałszywy obraz zaburzeń psychicznych oraz działania farmaceutyków.

W swoich tekstach wspomina Pan, że w latach 70-tych psychiatria zaczęła stosować wewnętrzną cezurę, uciszając głosy psychiatrów i badaczy krytycznych wobec biologicznego modelu zaburzeń psychicznych. Co leżało u podstaw wprowadzenia tej cenzury? Jakie przybierała formy? Czy zjawisko to występuję również dzisiaj?

Najlepszą ilustracją tego zjawiska jest historia Lorena Moshera, który w latach 70-tych był szefem oddziału badań nad schizofrenią w ramach Krajowego Instytutu ds. Zdrowia Psychicznego (NIMH). Mosher był autorem „Projektu Soteria” polegającego na tym, że nowo diagnozowanych pacjentów leczono na schizofrenię w sposób „niemedyczny”, tj. w domu i z minimalnym zastosowaniem antypsychotyków. Po dwóch latach okazało się, że grupa ta była w lepszym stanie psychicznym niż pacjenci leczeni antypsychotykami w szpitalu. Takie wyniki mogły podkopać nadzieje, jakie opinia publiczna wiązała z lekami przeciwpsychotycznymi. Dodajmy, że środki te były „produktem”, który zinstytucjonalizowana psychiatra intensywnie promowała wśród Amerykanów. Eksperyment zakończył się tym, że Moshera usunięto z zajmowanego stanowiska, a jego zwolnienie było czytelnym ostrzeżeniem dla innych, że publikowanie rezultatów badań fundamentalnie niekorzystnych dla leków psychiatrycznych grozi złamaniem kariery.

Moim zdaniem prawdziwym motywem dla stosowania wewnętrznej cenzury jest chęć ochrony swojego branżowego interesu przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne oraz inne organy zinstytucjonalizowanej psychiatrii. Ochrona tego interesu wymaga, by  społeczeństwo wierzyło w skuteczność leków psychiatrycznych. I dlatego psychiatrzy, którzy naruszali tę wiarę, raczej nie mieli szans na zrobienie kariery w zawodzie.

Wewnętrzną cenzurę stosuje się również dzisiaj. Każdego psychiatrę akademickiego, który zasadniczo kwestionuje zalety stosowania leków psychiatrycznych, spotka wiele nieprzyjemności. Trudno mu będzie otrzymać dofinansowanie na badania, a już na pewno nie ma szans na objęcie żadnego z ważnych stanowisk w ramach Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Jeśli chodzi o Europę, to nie znam panujących tam warunków dostatecznie dobrze, ale jeśli by zapytać irlandzkiego psychiatrę Davida Healy’a, to z pewnością potwierdzi on istnienie cenzury także i w europejskiej psychiatrii. Również i tam kwestionowanie zalet wynikających ze stosowania leków psychiatrycznych niekorzystnie odbija się na rozwoju kariery, czego zresztą Healy osobiście doświadczył.

W swoich książkach opisuje Pan liczne przypadki pacjentów, którym często w młodym wieku postawiano diagnozę psychiatryczną a następnie zalecone przyjmowanie lekarstw. Czy dostrzega Pan jakieś wspólne elementy w historii tych wszystkich osób? Czy jest coś, co można by nazwać wspólnym doświadczeniem wszystkich ludzi zażywających leki psychiatryczne?

Tak.  Myślę, że jest pewne wspólne doświadczenie, jakie przeżywają osoby przyjmujące leki psychiatryczne. Przede wszystkim należy do nich początkowa ulga, jaką przynoszą farmaceutyki. Jednak po pewnym czasie uczucie ulgi znika, a kiedy to nastąpi, osoby takie zaczynają szukać innego lekarstwa, bądź kombinacji leków, która będzie dalej działać. I znowu, nowy lek lub kombinacja leków przynosi czasową ulgę, lecz ponownie ich skuteczność maleje. Pojawiają się przy tym coraz to nowe skutki uboczne, więc poszukiwania kolejnych, nowych środków rozpoczynają się na nowo. I tak ciągnie się to latami, może upłynąć nawet 10 lat, po których pacjent zaczyna się zastanawiać, dlaczego wciąż cierpi i nie są to już tylko zaburzenia psychiczne, ale również objawy będące skutkami ubocznymi przyjmowanych medykamentów.

W skrócie można powiedzieć, że pierwsza recepta na leki psychiatryczne jest furtką prowadzącą do długotrwałego przyjmowania tych środków. A kiedy to nastąpi, nie ma już łatwego sposobu, aby leki odstawić, czasem trzeba je brać do końca życia. I raczej nie sposób uchronić się przed rozmaitymi dolegliwościami, jakie temu towarzyszą.

W książce Anatomy of an Epidemic napisał Pan, że sposób, w jaki firma Eli Lilly wprowadziła na rynek prozac, stał się wzorem naśladowanym przez innych producentów. Czy mógłby Pan go scharakteryzować?

Na przykładzie historii prozacu widzimy model, w którym „nauka” służy wyłącznie do osiągania komercyjnego sukcesu. Schemat wygląda następująco: projektujemy badania nad lekiem w taki sposób, aby dały korzystne dla nas rezultaty; ukrywamy dane dotyczące działań niepożądanych; manipulujemy wynikami; następnie, kiedy lek zostanie już dopuszczony do użytku, opłacamy ekspertów będących „liderami opinii”, aby publicznie wychwalali jego zalety. Taki scenariusz umożliwia firmie farmaceutycznej przedstawienie – w oparciu o rzekome dowody naukowe – opinii publicznej nowego leku jako lepszego i bezpieczniejszego niż poprzednik. Zepsuta nauka (bad science) umożliwia dziś osiąganie dużych zysków.

Obecnie nie jest już tajemnicą, że od 20 lat firmy farmaceutyczne powtarzały ten sam wzór przy wprowadzaniu na rynek swoich produktów. W USA wiele z nich musiało zapłacić duże kary za tego typu praktyki. Wydaje się, że amerykańska opinia publiczna nie ufa już producentom leków psychiatrycznych, dzięki czemu w przyszłości producentom może być coraz trudniej stosować ten model dla osiągania sukcesów komercyjnych.

Od czasu do czasu media donoszą o samobójstwach bądź zabójstwach, których dokonują osoby znajdujące się pod wpływem leków psychiatrycznych. Zwyczajowo uważa się, że winna tych czynów jest choroba albo jej połączenie z alkoholem i/lub narkotykami. Jednak niektórzy psychiatrzy, w tym np. Peter Breggin, wskazują tu na możliwe działanie psychotropów, które wywołują u ludzi agresję. Często też, kiedy nagle umiera osoba znana, okazuje się, że w tle są leki psychiatryczne. Głośnym przykładem tego zjawiska była śmierć Whitney Houston, która przyjmowała xanax. Jaka jest Pana opinia na ten temat?

Moim zdaniem nie ma żadnych wątpliwości, że leki psychiatryczne odgrywają w takich przypadkach rolę. Czy środki typu SSRI wywołują myśli samobójcze lub chęć zabójstwa? Tak. Czy leki przeciwpsychotyczne wywołują skutek uboczny pod nazwą akatyzja (silny niepokój wewnętrzny), który prowadzi do zachowań agresywnych? Tak. Czy przedawkowanie benzodiazepinów grozi śmiercią? Tak. Można stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, że leki psychiatryczne wywołują te wszystkie niepożądane działania.

Co jakiś czas słyszymy o różnych przełomowych odkryciach w psychiatrii, o nowych, cudownych lekarstwach. Co Pan sądzi o tych sukcesach? Czy odzwierciedlają rzeczywiste postępy psychiatrii, czy służą raczej temu, by zamaskować jej rzeczywistą porażkę?

Historia psychiatrii pełna jest doniesień o przełomowych odkryciach bądź to w formie nowych terapii, bądź to w formie nowych ustaleń dotyczących natury zaburzeń psychicznych. W latach 40-tych XX w. media rozpisywały się o takich cudownych sposobach leczenia jak wywoływanie konwulsji za pomocą metrazolu, wywoływanie śpiączki insulinowej, elektrowstrząsy czy lobotomia czołowa. Terapie te wypadły z łask w latach 50-tych, kiedy psychiatra ogłosiła odkrycie nowych cudownych leków na psychozy, depresję i lęki. Jednak już w latach 70-tych społeczeństwo zrozumiało, że leki reklamowane jako cudowne wcale cudowne nie są. Wówczas, wraz z pojawieniem się na rynku prozacu w 1987 roku, zaczęto przekonywać ludzi, że ta druga generacja leków jest bezpieczniejsza i skuteczniejsza niż pierwsza. Prozac miał powodować, że ludzie czują się „lepiej niż znakomicie”. Jednak dzisiaj, 20 lat później, wiemy już, że leki drugiej generacji nie są wcale lepsze od poprzedników.

I tak to się w biopsychiatrii toczy. Co jakiś czas ogłasza się przełomowe odkrycia, ale są one zwykle krótkotrwałe. I tak mijają lata, mamy już rok 2012 i nie tylko wciąż bardzo niewiele wiemy o biologicznej stronie zaburzeń psychicznych, ale stosujemy również terapie, które na dłuższą metę pogarszają stan pacjentów.

Mimo że biologiczny model zaburzeń psychicznych wciąż dominuje w medycynie i opinii publicznej, to niektóre media głównego nurtu przejawiają wobec niego rosnący sceptycyzm. Jako przykład podać można „New York Times”, na łamach którego Marcia Angell pozytywnie zrecenzowała Pańską książka, a także napisane w podobnym duchu książki Irvinga Kirsha pt. The Emperor’s New Drugs: Exploding the Antidepressant Myth oraz Daniela Carlata pt. Unhinged: The Trouble with Psychiatry—A Doctor’s Revelations About a Profession in Crisis. Dla „Huffington Post” często pisuje znany psychiatra, krytyk obowiązującego modelu, Peter Breggin, a niedawny odcinek popularnego programu „60 minutes”, emitowanego w stacji CBS, skrytykował skuteczność antydepresantów, która, jak się okazuje, nie jest większa od placebo. Czy można zatem mówić, że jesteśmy świadkami jakiejś fundamentalnej zmiany? Czy biopsychiatria traci grunt pod nogami, czy jest to zbyt daleko idący wniosek?

Myślę, że jesteśmy świadkami czegoś na wzór społecznego buntu wobec biopsychiatrii. Psychiatria promuje medyczny model zaburzeń psychicznych od 1980 roku, lecz jak dotąd nie udało się dzięki niemu zmniejszyć skali problemów psychicznych w społeczeństwie. Wręcz przeciwnie, w miarę jak społeczeństwa akceptują model biologiczny, ciężar związany z zaburzeniami psychicznymi rośnie. I to jest powód, dla którego psychiatria traci poparcie. Po 30 latach ludzie widzą, że biopsychiatria „nie działa”, nie pomaga im, więc to naturalne, że chcą wypróbować inne możliwości.

Jeśli biologiczny model diagnozowania zaburzeń psychicznych rzeczywiście jest porażką, to jaka jest, Pana zdaniem, alternatywa? Czy powinniśmy całkowicie zrezygnować z farmaceutyków, czy może są one jednak korzystne dla ściśle określonej kategorii pacjentów?

Myślę, że powinniśmy skoncentrować się na alternatywnych formach opieki nad ludźmi z problemami psychicznymi. Powinniśmy też w naszym podejściu uwzględnić następujące zasady: po pierwsze, psychiatria musi przejawiać więcej skromności, musi przyznać, że w rzeczywistość niewiele wiemy o „biologicznej” stronie zaburzeń psychicznych. Z tego względu nie powinniśmy oczekiwać pojawienia się „cudownych środków”, które nas uleczą.

Po drugie należy przyjąć taką pespektywę zaburzeń psychicznych, która nie będzie ich stygmatyzować. Należy pamiętać, że bycie człowiekiem oznacza również możliwość doświadczania problemów psychicznych. Towarzyszące im objawy (depresja, psychozy, manie, lęki) nie powinny być postrzegane jako choroby, należą bowiem do zbioru nietypowych nastrojów, emocji i stanów psychicznych składających się na całość ludzkiego doświadczenia.

Po trzecie, większy nacisk powinniśmy kłaść na pomoc psychologiczną. Co najbardziej pomaga ludziom cieszyć się dobrym zdrowiem? Zdrowa żywność, poczucie bezpieczeństwa, przyjaciele, sens życia, dobra praca. To właśnie tych rzeczy potrzebujemy najbardziej, żeby nasz umysł był zdrowy. Z tego względu każda terapia powinna koncentrować się na zapewnianiu osobom cierpiącym na problemy psychiczne tego typu wsparcia.

Nie sądzę, aby należało całkowicie zrezygnować z leków psychiatrycznych. Na krótką metę bywają przecież pomocne, i nie można zapominać, że są ludzie, którym pomagają nawet w długiej perspektywie czasowej. Psychiatria powinna zatem wypracować zasady stosowania leków psychiatrycznych ostrożniej i na ograniczoną skalę. Jednak uważam, że stosowanie farmaceutyków powinno być wyłącznie dodatkiem do opieki psychologicznej, nigdy zaś  podstawą leczenia.

Jaka przyszłość czeka, Pana zdaniem, biopsychiatrię? Czy psychiatria może w ogóle funkcjonować poza modelem biologicznym?

Psychiatria na pewno może funkcjonować poza modelem biologicznym. Mogłaby być dziedziną medycyny opracowującą kompleksowe, spersonalizowane i holistyczne programy pomocy osobom z zaburzeniami psychicznymi. Jednak jeśli będzie nadal koncentrować się wyłącznie na modelu redukcjonistycznym, wtedy jej przyszłość widzę w czarnych barwach. Już dziś większość absolwentów uczelni medycznych w USA unika psychiatrii, wybierając inne specjalizacje medyczne. To pokazuje, że również i oni nie widzą przed psychiatrią świetlanej przyszłości.

Pańska twórczość kwestionuje niemal wszystko, co na temat natury zaburzeń psychicznych i sposobów ich leczenia uważa większość psychiatrów, instytucji zajmujących się zdrowiem publicznym oraz ośrodków akademickich. Z jakim przyjęciem spotykają się Pana teksty w tych kręgach? Co chce Pan osiągnąć swoimi badaniami?

Jak łatwo się domyślić, moje książki wywołują gniew u wielu osób z tych środowisk. A ja chciałbym im przypomnieć, że jestem tylko posłańcem. Przecież w książce Anatomy of an Epidemic przedstawiłem to, co na temat długoterminowych efektów przyjmowania leków psychiatrycznych mówi nam oficjalna, mainstreamowa literatura medyczna. Kiedy się ją przeanalizuje dostatecznie dokładnie, wyłania się z niej obraz biopsychiatrii jako paradygmatu, który – jeśli chodzi o długoterminowe rezultaty – zawiódł. Można powiedzieć, że opisałem ich własne badania, przedstawiłem ich własne ustalenia.

Mimo dużych oporów, coraz więcej ludzi z tych środowisk, po przeczytaniu Anatomy of an Epidemic, zaczyna dostrzegać poruszane w niej problemy. W rezultacie zaczęta mnie zapraszać do wygłaszania wykładów o moich książkach. Na przykład w ostatnim roku wydziały medyczne zapraszały mnie na konsultacje, wygłaszałem liczne odczyty na konferencjach psychiatrycznych, miałem też wystąpienie na ogólnokrajowym zjeździe Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Tak więc, przynajmniej w niektórych środowiskach początkową niechęć zastępuje zaciekawienie problemami, które poruszam. Owocem tego są nawet dyskusje na temat ewentualnych zmian, jakie należałoby wprowadzić w obowiązujących terapiach psychiatrycznych.

Mam nadzieję, że moje książki pozwolą czytelnikom zapoznać się z tym, co na temat długoterminowych efektów zażywania leków psychiatrycznych ma do powiedzenia nauka. Liczę, że dzięki temu, zarówno w USA, jak i w innych krajach, uda się sprowokować dyskusję o tym, czy nie należałoby przemyśleć i zrewidować obowiązujący model opieki psychiatrycznej, skoncentrowany na farmakoterapii. Wydaje się, że przynajmniej w niektórych środowiskach taką debatę udało mi się wywołać.

Nad czym Pan obecnie pracuje? Czy zamierza Pan nadal zajmować się psychiatrią czy zajmie się Pan innymi tematami?

Dużo czasu w ostatnich dwóch latach spędziłem w podróży wygłaszając prelekcje o psychiatrii. Ponadto przekształciłem swoją stronę www.madinamerica.com w magazyn internetowy zajmujący się tymi zagadnieniami i przedsięwzięcie to stale się rozwija. Przez ostatni rok byłem stypendystą (fellow) w Safra Center for Ethics na Uniwersytecie Harvarda, dzięki czemu mogłem kontynuować badania poświęcone Amerykańskiemu Towarzystwu Psychiatrycznemu (APA) analizując, w jaki sposób przez ostatnie 30 lat instytucja ta promowała medyczny model psychiatrii. Być może niedługo o tym napiszę.

Oprócz tego, chodzi mi po głowie nowa książka, tym razem na temat tego, jak wychować zdrowe dziecko, co się nam dzisiaj w Ameryce nie bardzo udaje. Mam nadzieję, że niebawem uda mi się rozpocząć nad nią pracę.

Dziękujemy za rozmowę.

Read the original English version.

Rozmawiali: Mateusz Rolik i Tomasz Gabiś. Maj-czerwiec, 2012. Przełożył: Mateusz Rolik, współpraca Tomasz Gabiś, Dominik Rozwadowski.

*Joseph Biederman, profesor psychiatrii na Uniwersytecie Harvarda, uważany był do niedawna za jednego z najbardziej znanych i wpływowych psychiatrów dziecięcych na świecie. Uchodzi za „odkrywcę” zaburzeń afektywnych dwubiegunowych u dzieci (wcześniej uważano, że nie występują one u dzieci). Wspólnie ze swoimi kolegami z Harvard Medical School oraz Massachusetts General Hospital, Thomasem Spencerem i Timothy Wilensem, najmocniej propagował diagnozowanie tych zaburzeń nawet u małych dzieci i leczenie ich za pomocą silnych antypsychotyków. Rekomendacje Biedermana doprowadziły do tego, że w ostatnich 15 latach liczba diagnoz stawianych małym pacjentom wzrosła w USA aż 40-krotnie. Towarzyszy temu agresywna ekspansja środków przecipsychotycznych (Biederman zalecał podawanie tych środków nawet dwulatkom.). Pierwotnie leki te stosowano wyłącznie w leczeniu schizofrenii i nie były dopuszczone do użytku u dzieci. W 2008 roku wyszło na jaw, że Biederman i jego koledzy zataili, iż w latach 2000 -2007 otrzymali od producentów leków antypsychotycznych w sumie 4.2 mln dolarów (sam Biederman zainkasował 1,6 mln). Według niektórych doniesień opartych na dokumentacji ujawnionej podczas prowadzonego dochodzenia, Biederman miał nawet z góry obiecywać firmie Johnson & Johnson, że jego badania dotyczące produkowanego przez tę firmę przeciwpsychotyku (risperdal) wykażą skuteczność tego środka u dzieci w wieku przedszkolnym. W sumie firma Johnson i Johnson przekazała 700 tys. dolarów na rzecz ośrodka badawczego kierowanego przez Biedermana, w którym prowadzono badania nad skutecznością m.in.risperdalu. Biedereman naturalnie zaprzeczył, że otrzymane dotacje miały jakikolwiek wpływ na wyniki jego pracy i na treść rekomendacji dotyczących diagnozowania i leczenia zaburzeń dwubiegunowych u dzieci. Mimo to został wraz z kolegami dyscyplinarnie ukarany za ukrywanie sytuacji konfliktu interesów, w jakiej się znajdował. Więcej na ten temat: nature.comPharmaGossip, Wikipedia

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

 Polecamy również:

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRobert Whitaker on history, science and the illusion of psychiatry. Interview for Nowa Debata.
Następny artykułVae victis!
Z wykształcenia jestem anglistą (Uniwersytet Wrocławski), ukończyłem też stosunki międzynarodowe Unii Europejskiej (Loughborough University). W latach 2002-2003 byłem stypendystą w ramach programu Josepha Conrada (Chevening programme) ufundowanego przez brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Interesuję się sprawami międzynarodowymi, historią, gospodarką oraz szeroko pojętą polityką nauki. Ciekawi mnie też geneza i historia obowiązujących paradygmatów medycznych oraz mechanizmy, dzięki którym dominują. Czytam, piszę i tłumaczę teksty na te temat. Mieszkam i działam we Wrocławiu.

3 KOMENTARZE

    • Twój komentarz to przykład zamykania oczu na fakty i myślenia krótkoterminowego. W dłuższej perspektywie leki źle wpływają na osobę, na jej mózg, na relacje społeczne, karierę. Osoba musi zmienić swoje życie, a nie przyjmować określony lek. Nawet jeśli ktoś ma obnizony poziom serotoniny, czy podwyższony poziom serotoniny, to należy patrzeć na jego życie, relacje, dzieciństwo, a nie próbować to kamuflować tabletką, która na dłuższą metę i tak zniszczy naturalną równowagę w mózgu. To tak, jakby brać tabletkę od bólu zęba i dalej jeść słodycze i nie iść do dentysty.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ