O polityce i rzeczach pokrewnych

0
Sacrum-profanum

Czy między tym, co sakralne a tym, co świeckie istnieje antagonistyczna różnica uniemożliwiająca w pewnych okolicznościach harmonijne współistnienie? Oczywiście w odniesieniu wyłącznie do Zachodu i różnych dominujących w nim chrześcijańskich rytów, w tym prawosławia w Rosji. Wielu próbowało zmierzyć się z owym dylematem, gdyż ten problem stoi na porządku dziennym naszego świata: dawniej i współcześnie. Przy czym należy sobie dopowiedzieć jasno i bez ogródek: nie ma liczącej się religii, nieinteresującej się faktycznie sferą polityki; i nie istnieją świeckie systemy władzy, które ignorują dominujące wśród nich wyznanie. Tak czy owak, te dwie rzeczywistości jakoś się wzajemnie przenikają, zaś granica między nimi bywa płynna, czy wręcz trudna do zdefiniowania. Tak więc napięcia miedzy światem ducha a materialną stroną życia, w tym przypadku reprezentowaną przez władze państwowe, należą do naturalnego porządku spraw. W Europie z jednej strony mamy papizm, będący doktrynalnym wyrazem roszczeń świata religii do rozciągnięcia swojego płaszcza nad polityczną przestrzenią istnienia, z drugiej zaś cezaryzm jako zbiór poglądów przeciwnych, stanowiących, w skrajnych przypadkach, pełną alternatywę dla systemów religijnych przede wszystkim zmierzającą do ujarzmienia ich instytucjonalnych form. W tym momencie warto może wtrącić następujące zastrzeżenie: współczesnością się nie zajmujemy, gdyż to, co widzimy, jest wyrazem dekadentyzmu, a właściwie jego krańcową postacią, którą musi zwieńczyć śmierć cywilizacji. Tak oto zamknie się pewien cykl. Ale wracając do rzeczy, mimo wyżej wyrażonej opinii, trzeba się za czymś jednak opowiedzieć. Należy też sobie dopowiedzieć, że w Polsce na skutek historycznych zaszłości, węzeł wiążący religię z polityką jest szczególnie silny i mocno zawiły. Jednak przystąpmy do meritum. Najlepszy jest jakiś rodzaj życzliwej równowagi, gdy instytucje kościelne wspierają swoim autorytetem państwo, zaś ono otacza pieczą Kościół, troszcząc się o doczesne warunki jego bytowania. Z doświadczenia życiowego wiemy, iż to, co najlepsze, istnieje w ludzkiej wyobraźni, nie zaś w codzienności. Cóż zatem? Problem musimy postawić nieco inaczej. W świetle doczesności najważniejsza jest władza polityczna i ze względu na jej realne możliwości to ona winna mieć więcej do powiedzenia niż zinstytucjonalizowane wyznanie. Przy założeniu, że państwo jest dla Kościoła życzliwe, na nim właśnie spoczywa polityczna odpowiedzialność za stan kościelnej organizacji. Nie odwrotnie. W tym względzie należy iść po linii rozumowania, którą w średniowieczu przedstawił Dante w swojej pracy zatytułowanej „De Monarchia”.

Granice?

Tym razem nie będzie o granicach między narodami albo ich państwami, lecz o tych odnoszących się do poznawczych możliwości człowieka. Jeżeli bowiem popatrzymy teraz na niebywałą eksplozję empirycznej wiedzy i jej praktyczne aspekty, wydawać by się mogło, iż nasze rozwojowe zdolności są nieograniczone. Wciąż dalej i więcej, dalej i więcej… Ale czy rzeczywiście? Weźmy na przykład genetykę. Na podstawie popularyzatorskiej wiedzy można mniemać, że gen jest informacją zapisaną na odpowiednim nośniku, stanowiącym wysublimowaną formę białka. I koniec. Ale jeżeli z naukowego punktu widzenia informacja jest właściwie nieśmiertelna, to można ją nazwać duszą, lub ostrożniej duchem. Skoro tak, to ten rodzaj wiedzy raczej nie podlega ludzkiej jurysdykcji. Jednak nie, człowiek ze swoim nowoczesnym aparatem poznawczym udaje się i w te regiony, a właściwie zaułki wszechświata. Łączy geny różnych gatunków, stara się je remontować, klonuje, itp. Czy zatem nie wkraczamy w boskie kompetencje? W celu odpowiedniego ustosunkowania się do tego dylematu, warto może przywołać w tym momencie biblijną przypowieść o budowniczych wieży Babel. Otóż ci mityczni śmiałkowie, którzy przybyli gdzieś ze wschodu (jak poucza Stary Testament), żyjąc chyba w beztroskim dostatku, postanowili zbudować gigantyczny obiekt, o tak niebotycznych rozmiarach, że zagroziło to Boskiej Istocie w utrzymaniu przynależnego Jej monopolu w znajomości prawdziwej istoty rzeczy. Stwórca więc, kierując się być może zazdrosną troską, pomieszał im języki, co zakończyło całe to inżynierskie przedsięwzięcie, sprowadzając ludzkość we właściwe jej koleiny człowieczego bytu. Pokuśmy się w tym momencie o lakoniczne podsumowanie sprawy. Wygląda bowiem na to, że współczesny człowiek, wiedziony własną pychą (jak starożytni murarze) śmiało przekracza naznaczoną jemu, graniczną linię własnego poznania.  I być może przyczyną Bożego niepokoju, nie jest zawiść o złamanie monopolu, ale lęk o samego człowieka. Czy takie poznanie ostatecznie nie zaprowadzi ludzi na manowce, a w końcu doprowadzi do samozagłady? Stąd konieczność pomieszania języków staje się naglącą koniecznością i dziś, tyle że nie chodzi już o naiwnych konstruktorów wieży Babel, lecz o wytrawne sługi Zła. Żarty się bowiem skończyły. Człowiek przekroczył nieprzekraczalne granice i skosztował tego, czego duchowo nie strawi.

Czasy

Mówi się niekiedy „takie czasy” albo „znaki czasu” lub „minione czasy”. Oznacza to, iż każda epoka, niekiedy arbitralnie wyznaczona, posiada swoje indywidualne oblicze, jakieś charakterystyczne cechy, odróżniające ją od innych epok. Ludzie spierają się między sobą o te sprawy, lecz jak to najczęściej bywa, dyskusja o przeszłości jest debatą o współczesności. Poglądy bowiem na różne historyczne zagadnienia więcej mówią o uczestnikach tych kontrowersji, niż o rozpatrywanych zaszłościach. Przez te wszystkie rozważania, niczym jedwabna nić, przewija się następująca kwestia, dzieląca ludzi w sposób jakby zasadniczy, czyli fundamentalny. Jedna grupa uważa, iż świat-mimo ułomności i niebezpiecznej recydywy kolejnych upadków-postępuje wciąż na przód. Każdy wiek jest w zasadniczych sprawach lepszy od poprzedniego ­– czasem więcej, a niekiedy mniej. Rozwój wpisany jest w ludzkie życie i wręcz biologicznie zdeterminowany. W skrajnej, nieraz aż wynaturzonej postaci wiedzie to do logicznego wniosku, że człowiek własnym sumptem osiągnie stan samozbawienia. Niekończące się życie, w dostatku i zbytkach. Taki wieczny urlop w optymalnym klimacie. To są poglądy wyznawców doktryn liberalnych i wielu lewicowych utopii. Z kolei po drugiej stronie stoją ci, którzy uważają, że najlepsze czasy człowieka już dawno minęły. Jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Religie upadają, ludzie zerwali się z łańcucha społecznych więzi i zbiorowych konwencji. Pełen nieład i kosmiczna anarchia. Biologiczna atrofia, duchowe spodlenie: oto w ich mniemaniu prawdziwe perspektywy dla świata. Wyznawcy tej filozofii dziejów są prawie pewni końcowego kataklizmu, przerywającego chocholi taniec ludzkości. Gdybyśmy sięgnęli do egzystencjalnych źródeł ich zapatrywań, to mimo prawicowo-konserwatywnych konotacji takich sądów, myśliciele ci w swej najgłębszej naturze pokrewni są tym pierwszym. Czasami jest bowiem tylko kwestią przypadku, kto gdzie trafi. Los, życiowa droga i inne przygodne okoliczności mogą decydować o zasadniczych wyborach, lecz ludzie klasyfikowani jako absolutne przeciwieństwa mogą być w głębi duszy do siebie bliźniaczo podobni, nawet jeśli są gotowi bić się na śmierć i życie. Na szczęście jest jeszcze i trzecia grupa. Może nie tak liczna i nie tak głośna jak one, ale jest. Należą do niej ci, którzy argumentują, iż mimo widocznej zmienności, wszystkie zasadnicze sprawy są niezmienne, bowiem jak mówi potoczna mądrość nie ma nic nowego pod słońcem. Człowiecza natura bywa stała i w swoim trwaniu właściwie niewzruszalna. Reszta to kostiumy, maski, przypadłości oraz okoliczności. Sceneria może być wymienna, ale sztuka wciąż ta sama. Szekspirowska tragikomedia. Nie ukrywam wcale, że według mnie szkoła ta właściwie ujmuje problem.

Symbioza

Symbioza dużych gospodarek narodowych między sobą i z tak zwanymi sieciowymi korporacjami o globalnym zasięgu polega na ukształtowanym wśród tego grona podziale pracy. Spójrzmy na problem na podstawie przykładów z USA, UE i kilka innych państw. Specjalizują się one w technologiach wysoko przetworzonych, poza tym ich siła robocza jest relatywnie bardzo droga. W związku z tym liczne surowce i najprostsze produkty pochodzą na przykład z Chin. Masowa, tandetna i tania wytwórczość dla społecznych dołów w świecie białego człowieka. Tak podzielone role zapewniają bogatym wewnętrzny pokój społeczny, gdyż najbiedniejsi zaopatrują się w tanią dalekowschodnią odzież, ich tekstylia i urządzenia techniczne niewyszukanej jakości. A ubogich nawet w Stanach Zjednoczonych jest kilkadziesiąt milionów. Zachód zalewany jest tą konsumpcyjną masą, zaś Pekin dolarami, czyli ostatecznie pokolorowanym papierem, który nie ma rzeczywistej wartości. W związku z tym Państwo Środka nie chcąc grać roli drugorzędnego rynkowego gracza, próbuje z tej góry makulatury uczynić polityczną broń, skierowaną głównie w stronę Ameryki. Chińczycy przy pomocy nowoczesnych rynkowych narzędzi usiłują na powrót wpompować ten walutowy nadmiar w światowy ekonomiczny krwioobieg. W różnych miejscach świata kupują u biedniejszych ich złoża metali, inwestują w przemysł, uprawiają handel. Swoje dolarowe nadwyżki w zamian za polityczne wpływy kierują do Europy. Są więc aktywni, nie chcąc przespać tej historycznej chwili, gdy to mają do wygrania los na loterii. Z tego powodu Stany Zjednoczone znalazły się w pewnym potrzasku, prawie że bez dobrego wyjścia. Z jednej strony nie mogą dopuścić do tego, by ich waluta posłużyła ChRL do zbudowania międzykontynentalnego imperium, z drugiej zaś nie mogą grać na zbytnie osłabienie dolara, gdyż straci on status światowej waluty. Amerykańska potęga morska opiera się na handlu, a ten na narodowym środku płatniczym., przeto walka o status dolara jest batalią o najżywotniejsze interesy USA. Ale w tak opisanych okolicznościach, czy między Waszyngtonem a Pekinem istnieje wystarczająca kolaboracja, czy może różnice interesów widziane z tej perspektywy są tak głębokie, że jakieś starcie jest nieuniknione? Jego konsekwencje dla całego świata są trudne do przewidzenia. Istotne jest też to, że –jak się okazuje – system liberalny, dobrze służący Anglosasom, nieoczekiwanie zaczyna być skutecznym narzędziem w innych rękach. Wydaje się, że obecna dekada przyniesie nam odpowiedź, jaką drogą podąży świat: czy trudnych uzgodnień w kwestii sprzecznych interesów, czy ewentualnie wojny?

Władza niczym narkotyk

Każda władza ma ponadczasową naturę, jest bowiem częścią ludzkiej duszy. Ma swój charakter, nosząc zmienne kostiumy oraz używając pojęć i narracji odpowiadających konkretnym epokom. W tym powierzchownym sensie wszystko podlega regułom transformacji, lecz mimo ewolucyjnych pozorów, sedno różnych aspektów życia jest trwałe i wciąż identyczne. Powyższe uwagi odnoszą się także do przejawów wszelkiej władzy, w tym i tej politycznej, która nas tu najbardziej przyciąga. Dodatkowy problem sprowadza się w tym przypadku do tej okoliczności, że wykształciła się ona w toku ludzkich dziejów z różnych innych władz: rodzicielskiej, klanowej, plemiennej, czy rodowej, przybierając w końcu najwyższy swój wyraz, lokując się w instytucjach państwa. Jednak gdy nie jest ona obowiązkiem wypływającym z urodzenia, zazwyczaj przybiera zwyrodniałe formy. W przypadku dziedzicznych powinności politycznej pieczy nad innymi, powodem złego stanu państw bywają nieusuwalne wady narodów, ich kierowniczych gremiów lub poszczególnych członków aparatu władzy, w drugim – wywichnięcie władczych struktur; gdyż patologiczne wynaturzenie zawsze jest tylko kwestią czasu. A zepsuty mechanizm jest już właściwie nienaprawialny. Władza więc ma swój cel i przeznaczenie. Może być pojmowana na różne sposoby: jako służba na rzecz dobra wspólnego, źródło bogacenia się, wreszcie misja. Najczęściej te wątki mieszają się ze sobą w zmiennych proporcjach, tworząc swoistą miksturę. Najgorzej, gdy polityczne panowanie w demokratycznych systemach służy zaspokajaniu wyłącznie ludzkiej próżności. Wtedy rządzenie jest rodzajem duchowego narkotyku. Mamy na to aż nadto faktycznych dowodów. Także w Polsce.

cdn …

Antoni Koniuszewski

Ikona wpisu – obraz „Orka” Anny KlozyRozwadowskiej (obejrzyj więcej prac artystki: www.malerina.com)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ