Tradycyjny a współczesny paradygmat cywilizacyjno-polityczny w Europie Środkowo-Wschodniej

0
Płynne granice

Europa Środkowo-Wschodnia, podobnie zresztą jak Europa w ogóle, jest pojęciem geograficzno-polityczno-cywilizacyjnym, którego granice są umowne i płynne. Możemy założyć, że obejmują one obszar znajdujący się pomiędzy zachodnią granicą byłego NRD i wschodnimi rubieżami Rzeczypospolitej Obojga Narodów oraz między Bałtykiem a Bałkanami.  Można ewentualnie oddać zachodnią część byłego „pierwszego niemieckiego państwa robotników i chłopów” na pastwę „zgniłego Zachodu” i przesunąć limes na Łabę ze względu np. na to, że Marks lubił podkreślać istotne różnice między bardziej ciążącymi w stronę kapitalizmu obszarami na zachodnim brzegu tej rzeki a wykazującymi silniej zarysowane feudalne inklinacje terenami położonymi bliżej wschodnioeuropejsko-azjatyckich stepów. Pamiętał o nich stary Adenauer, który zwykł mawiać, że za Łabą rozciąga się Azja. Inni przesuwają ją bardziej w stronę Uralu i umiejscawiają poza linią oddzielającą zabór pruski od rosyjskiego („na wchód od Konina Azja się zaczyna”) lub kojarzą z okolicami Radzymina, gdzie w 1920 r. powstrzymano „ofensywę czerwonej Eurazji” („na wschód od Wołomina Azja się zaczyna”). Brak poważnego naturalnego obszaru delimitacyjnego w postaci oceanu lub przynajmniej morza powoduje, że delimitacja między Europą a Azją ma sporo wariantów w postaci np. Wołgi, Donu, kresu klimatycznych wpływów Atlantyku, linii odgraniczającej obszar szerokotorowy od „okcydentalnych, banalnie punktualnych wąskotorówek”, granicy między „poetycką cyrylicą” i „nudną latynicą”, maksymalnego wschodniego zasięgu kościołów barokowych itd.

Zagadnienie trudności ustalenia orientalnego końca Europy (Europy zachodniej) czy też okcydentalnego Azji (Europy Wschodniej) dobrze pokazuje anegdota o dwóch podróżnych, którzy wyruszyli w podróż koleją żelazną – jeden z Paryża do Moskwy a drugi w z Moskwy do Paryża.  Obaj tak hucznie świętowali historyczne wydarzenie otwarcia połączenia między tymi dwiema metropoliami, że w świątecznym upojeniu przez pomyłkę wysiedli w Warszawie i obaj myśleli, że już są na miejscu.

Tereny Europy Środkowo-Wschodniej nie wchodziły wprawdzie w skład archetypicznej karolińskiej Europy romańsko-germańskiej, ale żywioł teutoński odgrywa na nich dużą rolę, bo w końcu przez ładnych kilkaset lat uparcie realizował Drang nach Osten, co nie zakończyło się jednak, przynajmniej na razie, jakimś wyraźnym politycznym ukoronowaniem.

Najdalszy zasięg na wschodzie reprezentujące politycznie zorganizowaną niemieckość Prusy osiągnęły po III rozbiorze Rzeczypospolitej, gdy Warszawa znalazła się pod berłem pruskiego króla. Po utworzeniu Księstwa Warszawskiego roku mamy już do czynienia jedynie z krótkotrwałymi próbami stworzenia jakiejś nadwiślańskiej państwowości polskojęzycznej zdominowanej przez Niemcy, natomiast generalnie narasta Ostflucht czyli przeciwieństwo Drang nach Osten. Główny kierunek migracji mas ludzkich zmienia się ze wschodniego na zachodni. Można potraktować orientalne pochody Napoleona, Wilhelma II czy Hitlera jako rozpaczliwe próby odwrócenia tego trendu, który zdaje się trwać w dalszym ciągu, co widać po zachodniej stronie granicy polsko-niemieckiej, gdzie coraz więcej domów opuszczonych przez udających się w stronę Renu „Ossis” zajmują Polacy. Podobne zjawisko podobno wystąpiło we wczesnym Średniowieczu, gdy zachodni Słowianie zajmowali obszary na obu brzegach Łaby, opróżniane przez dążących ku Śródziemnomorzu Germanów.

W 1945 r. granica niemiecko-polska wróciła mniej więcej do wyjściowej wersji, gdyż jednoczona przez Kreml Słowiańszczyzna począwszy co najmniej od Piotra Wielkiego rosła w siłę, co zakończyło się przegrodzeniem Starego Kontynentu Żelazną Kurtyną, przekreślającą podboje następców Karola Wielkiego.

Po upadku muru berlińskiego „Cywilizacja Północnoatlantycka” ponownie rozprzestrzeniła się w kierunku, wyznaczonym przez „skrwawiony miecz margrabiego Hodona i świszczącą rózgę pruskiego nauczyciela we Wrześni”, osiągając granice byłego Kraju Rad, a nawet przekraczając je w Nadbałtyce. Te przeciwstawne geograficznie, cywilizacyjno-imperialne trendy, przetaczające się przez środkowoeuropejskie równiny, uświadamiają nam, iż „niespokojny obszar między Niemcami a Rosją” wyróżnia się przede wszystkim tym, że opiera się rusyfikacji względnie germanizacji, ale nacisk Berlina oraz Moskwy jest trudny do przeoczenia, gdyż endogeniczne siły Europy Środkowo-Wschodniej są zbyt słabe, aby móc stworzyć konkurencyjny względem dwóch wielkich sąsiadów ośrodek polityczny. Niegdyś udało się to dzięki sojuszowi panów krakowskich z Giedyminowiczami, których następcami w sporym stopniu zostali Habsburgowie, ale po rozpadzie Austro-Węgier wizja liczącej się środkowoeuropejskiej konkurencji, z którą musieliby się liczyć Prusacy i Moskale, została zasadniczo pogrzebana. Co prawda pojawiała się ona w nadwiślańskich elukubracjach w okresie dwudziestolecia międzywojennego, lecz okazały się być one „mierzeniem siły na zamiary” względnie „myśleniem życzeniowym”, brutalnie zweryfikowanym przez II wojnę światową.

Skazani na peryferyjność?

II wojna światowa potwierdziła prawidłowość polegającą na tym, że Europa Środkowo-Wschodnia ulega impulsom przychodzącym z zewnątrz, ponieważ ma zbyt mało zasobów ideowo-materialnych, aby móc narzucać swoją wolę innym. To historyczne zjawisko jest dobrze widoczne w wydawanych gdzie indziej książkach, poświęconych jakimś globalnym problemom, w których nasza część Europy zajmuje marginalną pozycję. Jeśli publikacje ukazują się w jakimś zachodniosłowiańskim kraju, na Węgrzech czy w Rumunii, to wówczas może być sporo o współrodakach, ale o sąsiadach „zza miedzy biegnącej przez środkowoeuropejski grajdołek” raczej już nie. Wynika to z tego, że stosunki między ludami i państwami znajdującymi się w tej części Europy nie są szczególnie ożywione. Ich elity kulturowo-polityczne spoglądają tęsknie na poza granice kraju, oczekując stamtąd ożywczych impulsów. Marzą one o zaproszeniu na jakiś egzogeniczny rydwan czy salon, gdzie w tłumie podobnych sobie satelitów będą mogli oklaskiwać wielkich świata tego. Pragną w doskonały sposób naśladować podziwianych hegemonów, przyjmując od nich w postawie pokornego uwielbienia pouczenia i wyrazy zadowolenia z dobrze odrobionej lekcji. Przeziera przez nich wtórność, udzielająca się naśladującym ich masom.

Wyjątkiem od tej zasady był husytyzm, w którym przejawiło się pragnienie kroczenia własną, czeską drogą do chrześcijańskich ideałów. Ten ruch religijno-militarny wywarł duże wrażenie na ówczesnej międzynarodowej opinii publicznej, przygotowując ją na pojawienie się Lutra. Siła oddziaływania husyckiego przesłania była wzmacniania dzięki temu, że Praga była cesarską stolicą, co w naturalny sposób zwiększało wagę dziejących się w niej i w jej pobliżu wydarzeń. Niektórzy twierdzą, że były one generowane przez kosmiczny potencjał, jaki posiada główne miasto Czech, nieprzypadkowo od dawna nazywane magiczną Pragą. Renoma ta została wzmocniona przez cesarza Rudolfa, który zamieszkał na Hradczanach i ściągał do tego nadwełtawskiego zamku różnej maści kabalistów i alchemików, co skończyło się po śmierci tego „nawiedzonego Habsburga” i przeniesieniu cesarskiego dworu do Wiednia. Konfesyjne napięcia między katolickimi Austriakami i protestanckimi Czechami doprowadziły do defenestracji praskiej, którą można uznać za symboliczne usunięcie z Pragi cesarskości, oraz do wojny trzydziestoletniej, stanowiącej nowożytną wersję wojen husyckich. Tym razem jednak Czesi nie byli samodzielnym podmiotem. Ulegnięcie przez sporą część z nich wpływom protestanckim doprowadziło do klęski politycznej i utraty samodzielności. Wtórność konfesyjna utorowała drogę politycznej.

Wydaje się, że na następny przykład społeczno-ideowego fermentu, dziejącego się w Europie Środkowo-Wschodniej, mającego dość samodzielny charakter i wzbudzającego spore zainteresowanie daleko poza tym obszarem trzeba było czekać do 1968 r., gdy Praska Wiosna rozkwitła hasłem „socjalizmu z ludzką twarzą”, wzbudzającym wielkie nadzieje lewicy pod wszystkimi szerokościami geograficznymi.

Po 12 latach od rozjechania czechosłowackiego „odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego” przez sowieckie czołgi rewizjonistyczny wirus pokazał swoje możliwości nad Bałtykiem, gdzie na bramie Stoczni Gdańskiej im. Lenina buntująca się klasa robotnicza wywiesiła slogan „Socjalizm tak, wypaczenia nie!”. Przy odrobinie dobrej woli możemy uznać Solidarność za przejaw schizmy w łonie Międzynarodowego Ruchu Robotniczego, dążącej do jego ochrzczenia na złość „opium dla intelektualistów” w postaci marksizmu-leninizmu. W tej narracji rozpad ZSRR był skutkiem zwycięstwa stoczniowego socjalizmu pobożnego nad urzędowym ateistycznym komunizmem, obalonym przez gdański Wiatr od Morza.  Znacznie częściej jednak huragany nadciągające ze strony wschodzącego czy zachodzącego słońca lub z mroźnej Północy (Wikingowie, a następnie Szwedzi) względnie skwarnego Południa (Turcy) pokazywały ludom nad Wisłą, Wełtawą oraz Dunajem ich podrzędne miejsce w „globalnej tabeli rang”, uświadamiając miejscowym przywódcom, że powinni przede wszystkim myśleć o przetrwaniu, niezwykle trudnym bez przyjęcia narzucanych z zewnątrz reguł.

Religijne rozszczepienie

Najważniejsze z tych reguł miały charakter religijny, czemu trudno się dziwić zważywszy na to, że pogańskie plemiona nie miały szans przetrwania bez zmiany „starowierskiego” stanu. Trybalni wodzowie mogli bohatersko prowadzić swoich współplemieńców do zagłady w konfrontacji z lepiej uzbrojonymi i zorganizowanymi chrześcijanami lub przyjąć ich wiarę. Realny wybór polegał na obraniu opcji rzymskiej względnie carogrodzkiej. Przyjmowanie jednego z tych dwóch wariantów spowodowało, że nastąpiło trwałe cywilizacyjne rozszczepienie środkowo-wschodniej Europy na papiesko-łacińską i schizmatycko-grecką.

Współcześnie traktuje się zazwyczaj przynależność narodów, chrzczonych w takim samym obrządku jak władcy, do katolicyzmu lub prawosławia, jako bezalternatywną, zdeterminowaną istniejącym przed wiekami układem sił. Wówczas jednak, gdy Czechy, Polska, Węgry, a później Litwa porzucały pogaństwo, sprawa nie była taka oczywista, o czym świadczy szeroki zasięg misji Cyryla i Metodego, zawzięcie zwalczanej przez dostrzegających zagrożenie z jej strony bawarskich biskupów czy też to, że w wielkoksiążęcym rodzie Jagiełły było dużo prawosławnych. Mógł on przyłączyć się do nich, ale uznał, że „Kraków wart jest katolickiej mszy” i stał się „papieżnikiem”. Podobnie skalkulował parę wieków wcześniej Mieszko, choć np. Witkacy uważał, że był to nietrafny wybór. Można przekonywać, że skazał on Polskę na drugorzędność i oddzielił od wschodnich Słowian – co bardziej świadomi i zapalczywi spośród nich lubią za Tiutczewem wypominać „pokatoliczonej” Polsce, że jest „Judaszem Słowiańszczyzny”.  W historii alternatywnej rodzimi przywódcy mocno chwyciliby sztandar zjednoczonej przez nich Słowiańszczyzny i rzucili „gnijący Zachód” na kolana.

U początku czasów nowożytnych sytuacja jeszcze się skomplikowała w wyniku protestantyzacji części dotychczas katolickich obszarów, która jednak w sporym zakresie była krótkotrwała i powierzchowna, co okazało się, gdy nadszedł czas kontrreformacji.  Jej dwudziestowiecznym odpowiednikiem są poczynania Moskwy, zwalczającej odchylenia od bolszewickich dogmatów. Dla kremlowskich komunistów zachodni socjaldemokraci czy socjaliści byli kimś w rodzaju prawosławnych widzianych z rzymskiej perspektywy. Schizmatycki rozłam był już utrwalony i zagwarantowany polityczną niezależnością okcydentalnych republik i monarchii, tolerujących na swoim terytorium rozmaitej maści „socjalfaszystów”. Inaczej było ze świeżej daty heretykami, próbującymi iść „narodową drogą do socjalizmu” w Jugosławii, Czechosłowacji czy na Węgrzech. Postrzegani byli oni przez genseka KPZR mniej więcej tak jak luteranie przez papieża, ponieważ grasowali na terenach, uznanych już za kanonicznie podległe Trzeciemu Rzymowi.

Titowskiej Jugosławii udało się uniknąć najazdu, ponieważ poparli ją „perfidni anglosascy imperialiści”, odgrywający taką rolę jak niemieccy książęta chroniący Lutra, natomiast Budapeszt i Praga zostały spacyfikowane i zmuszone do nawrócenia się na komunistyczną ortodoksję. Skutki tej „kontrreformacji” okazały się jednak być znacznie mniej trwałe niż poczynania Watykanu, który wysłał jezuitów, postępujących krok w krok za zwycięskimi cesarskimi wojskami, dokonującymi rekonkwisty Czech oraz Węgier najechanych przez muzułmanów i protestantów. Wydaje się, że skutki tej rekatolizacji są, pomimo utrzymania się w węgierskiej kotlinie sporej liczby luteranów i kalwinistów, znacznie bardziej owocne niż efekty radzieckiej „resocjalizacji” (co prawda Komunistyczna Partia Czech i Moraw wciąż ma się całkiem dobrze, ale trzeba pamiętać, że odgrywała ona dużą rolę już przed wojną, w związku z czym jej trwanie jest w dużej mierze niezależne od krajowych i zagranicznych nacisków).

Kontrreformacja doprowadziła do rekatolizacji Czech, aczkolwiek raczej oficjalnej niż rzeczywiście ugruntowanej w sumieniach, oraz wzmocniła nadwerężone wpływy Stolicy Apostolskiej w innych krajach Monarchii Habsburskiej. Dzięki temu katolicyzm pozostał najważniejszą denominacją konfesyjną Europy Środkowo-Wschodniej, co znalazło wyraziste potwierdzenie w fakcie wyboru krakowskiego biskupa Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową.  W kategorii kojarzonych z omawianą częścią Europy pijarowo nośnych sukcesów elekcyjne zwycięstwo nadwiślańskiego purpurata nad 400-letnią tradycją obsadzania papiestwa przez Włochów wydaje się być porównywalne z podwarszawskim odparciem Sowietów w 1920 roku, które również zostało dostrzeżone w „szerokim świecie”, choćby z powodu reklamy poczynionej przez d’Abernona Piłsudskiemu et consortes w dziełku 18-ta decydująca bitwa w dziejach świata. Wcześniej w szeregu „pierwszoszpaltowych” wydarzeń można umieścić Wiedeńską Wiktorię z 1683 r., określaną wszak jako „lądowe Lepanto” i okraszoną nośnym bon motem Sobieskiego veni, vidi et Deus vincit. W szeregu skutecznych polityków polskiego króla zapewne wyprzedził XX-wieczny Masaryk, który w 1919 r. na podparyskich konferencjach pokojowych uzyskał dla Czechosłowacji znacznie większy szmat ziemi niż można się było spodziewać, ale sukces w żmudnych negocjacjach jest mniej spektakularny niż szarża z Kahlenbergu, Cud nad Wisłą czy „polski desant na Watykan”.

Etnopluralizm

Zróżnicowanie konfesyjne idzie w parze z pluralizmem językowo-narodowym. Na wschód od Łaby i Adygi po Pacyfik dominują języki słowiańskie, traktowane niejednokrotnie przez zachodnich obserwatorów jako mało zróżnicowany substrat lingwistyczny. Kiedy spogląda się z takiej perspektywy zacierają się różnice między miejscowymi etniami, jawiącymi się jako odgałęzienia szeroko rozpostartej ruszczyzny.

Okoliczność ta była wykorzystywana w XIX wieku przez panslawistów, pamiętających o puszkinowskim postulacie „wlania się wszystkich słowiańskich rzek w rosyjskie morze”, jednak rozbudzone przez niemiecki romantyzm nacjonalizmy podniosły świadomość narodową „zakordonnych” Braci-Słowian do tego stopnia, że „wiejski lud wszedł do niemiecko-żydowskich miast i obudził w nich pamięć o Lechu i Czechu, nie ulegając zwodniczym pieniom potomków Rusa”. W przypadku Polaków potężną pomocą w zwycięskim przebiegu tego procesu było trwanie rycersko-szlacheckiej elity, utrzymującej nieprzerwanie świadomość własnej odrębności od mieszkowych czasów. Inaczej było w Czechach i na Morawach, bowiem po białogórskiej tragedii przestała istnieć warstwa rodzimych feudałów i „świadoma czeskość pogrążyła się w głębokim śnie”, z którego została wyrwana w XIX stuleciu przez garstkę „czecholubów”, z uporem maniaka snujących się po zalewanej przez agresywną niemczyznę prowincji i zbierających okruchy zagubionej tradycji, aby cierpliwie zlepiać z nich duchowy materiał dla nowoczesnego narodu.

Niezwykle pouczający jest w tym kontekście przypadek „Budziciela” Karola Hawliczka-Borowskiego (Karel Havlíček-Borovský), wędrującego po czeskich miasteczkach i siołach w poszukiwaniu nienaruszonych rezerwuarów czeskiego ducha. Z coraz większym smutkiem konstatuje daleko posunięty proces wynarodowienia, przejawiający się w braku zrozumienia dla dziwnego uporu wykształconego pana z Pragi, który z niewiadomego powodu jak ognia unika używania obowiązującej w kulturalnym towarzystwie niemczyzny i zniża się do maniackiego używania ubogiej mowy prostego ludu. Ludzie, których spotykał „Budziciel” wstydzili się swojej topornej – w ich własnym mniemaniu czeszczyzny – zatrzymanej w rozwoju i nieposiadającej wielu wyrazów na określenie nowych wynalazków i zjawisk, jakie przyniósł ekonomiczno-społeczny postęp.  Głęboko tkwiący w nich kompleks niższości powoduje, że chcą być tacy jak Niemcy, kojarzący się z lepszym życiem.

Snute przez stołecznego dziennikarza opowieści o wielkiej czeskiej przeszłości są traktowane jak bajki o Żelaznym Wilku, do niczego nieprzydatne w zapatrzonych w Świetlistą Przyszłość czasach, naznaczonych niepowstrzymanym marszem imperialistycznych potęg, zupełnie niezważających na jakieś wczesnośredniowieczne bajędy, które jedynie odwracają uwagę od istotnych zagadnień współczesności. Rywalizujące ze sobą, prężące się do skoku, mocarstwa przechodzą do porządku dziennego nad smętnymi losami pechowych narodów, przejechanych onegdaj przez bezwzględny walec historii, z obojętnością depczącą tych, co zostali odrzuceni przez dziejową selekcję.  Trzeba iść naprzód z żywymi i silnymi bez oglądania się na czasy bezpowrotnie minione, bo to niczemu dobremu nie służy. Takie narracje z nużącą powtarzalnością oczekiwały „Budziciela” w kolejnych miasteczkach i siołach. Długo oczekiwane katharsis nadeszło w najdalszym zakątku czeskiej ziemi, gdzie natknął się na kobietę mówiącą wyłącznie po czesku i zupełnie nie przejmującą się „naglącymi wymogami epoki”. Rozmowa z nią była jak ożywcza kąpiel, przywracająca pisarzowi wiarę w Odrodzenie Narodowe. Przyszłość przyznała mu rację, co potwierdza tezę, ż przeważnie mają ją mniejszości.

Akcja „zlepiania duchowego materiału dla (od)budowy narodu” się udała, ponieważ czynnik „genetyczno-językowy” okazał się silniejszy od skutków trwającej wiele dekad asymilacji. Ten sam mechanizm wystąpił w Górnych Węgrzech (Felvidék), gdzie w XX stuleciu zwyciężyła jednak słowackość, doprowadzając do odłączenia się Słowacji najpierw od Węgier, a następnie od Czechosłowacji. Nie inaczej było na Litwie, strząsającej z siebie, na fali upolitycznienia chłopstwa, „wielowiekową polską okupację” oraz na Łotwie, gdy upowszechnienie edukacji, reforma rolna i rewolucja podkopały władzę niemieckich baronów.

Generalny trend epoki ponapoleońskiej przejawił się zatem w demokratyzacji, rozkładającej tradycyjne imperialne konstrukcje i przywracającej poniekąd sytuację sprzed ekspansji chrześcijaństwa zacierającej te etniczno-plemienne odmienności, które nie wyraziły się w królestwach konstruowanych w późnej fazie Średniowiecza. Niektóre z nich potrafiły przetrwać w uśpieniu, pozbawione wynarodowionej warstwy kierowniczej, przez całe wieki, aby powstać do samodzielnego życia politycznego wówczas, gdy nad kontynentem powiały sprzyjające, ludowładcze porywy, budząc plebejskie tęsknoty do samodzielnego, gromadnego bytowania „ze swemi” na przekór „perfidnym, obcym panom, wyzyskującym bezwzględnie biednych wieśniaków, zabierającym im produkt dodatkowy i kradnącym historię”.

Takie jest przesłanie, jakie adresują przywódcy litewskiego ruchu narodowego do, będących niejednokrotnie ich krewnymi, litewskich Polaków, którzy apelowali o to, aby „nie przekreślać kilkuset lat wspólnych dziejów”. W optyce drugiej strony dzieje te naznaczone były nieustannymi oszustwami, kłamstwami, potwarzami i wszelkimi innymi niesprawiedliwościami wyrządzanymi Litwinom przez Polaków, począwszy od skradzenia przez złego Jagiełłę korony królewskiej, jaką wspaniałomyślny Cesarz wysłał dobremu Witoldowi. Po tym symbolicznym czynie przez kolejne stulecia Koroniarze i ich spolonizowani litewscy wspólnicy konsekwentnie blokują biednym Litwinom możliwości rozwoju, czerpiąc per fas et nefas z Unii jednostronne korzyści. Polska strona nieustannie składa obietnice bez pokrycia, żerując na litewskiej wierze w słowność wynikającej z głęboko zakorzenionej w psychice rodaków Giedymina uczciwości. „Klastingas Lenkas” czyli „podstępny Polak” do dzisiaj jest stereotypem mocno tkwiącym w zbiorowej świadomości nadniemeńskich katolickich Bałtów. Podobny wizerunek wielomownego Rosjanina uwodzącego naiwną i niewinną Ukrainkę objawia się w twórczości Szewczenki, co świadczy, że ten stereotyp ma, zapewne nie bez powodu, szerszy zasięg.

Zwycięstwo narodowo-demokratycznego republikanizmu

Po 1918 r. i emancypacji politycznej, bardziej lub mniej historycznych, narodów Europy Środkowo-Wschodniej historia pisana jest na nowo na potrzeby państwowych szkół powszechnych, aby podkreślać własne krzywdy, gloryfikować wynajdowanych intensywnie bojowników o niepodległość, pokazywać minioną wielkość lub tłumaczyć, dlaczego źli najeźdźcy nie dopuścili do niej etc. Słowem tworzy się mitologię narodowo-państwową, mającą zastąpić sławiące obalone cesarstwa narracje, które okazały się głęboko niesłuszne na aktualnym etapie rozwoju. Zostały one w wymiarze globalnym przekreślone w 1919 r. przez prezydenta Wilsona, który w swoim burżuazyjnym kostiumie przepłynął na nowoczesnym parowcu Atlantyk po to, aby głosić Demokratyczną Dobrą Nowinę wymęczonej przez wojnę Europie. Przechodził on do porządku dziennego nad tym, że zniszczenia Wielkiej Wojny miały swoją ideologiczną przyczynę w powszechnym poborze, niebędącym niczym innym jak ponadnarodową realizacją jakobińskiego zawołania levée en masse, głoszącego konieczność uzbrojenia ludu, dzięki czemu postępowe pospolite ruszenie pokona reakcyjnych wrogów. Podczas wielkich wojennych zmagań w drugim dziesięcioleciu XX wieku określono tym mianem mocarstwa centralne, w związku z czym ich klęska oraz Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa, kończąca misję dziejową „żandarma Europy”, stworzyły warunki dla realizacji wilsonowskiej zasady „samostanowienia narodów”, mających kopiować w tworzonych przez siebie państwach „jedynie słuszne” dogmaty „wielkich zachodnich demokracji”. W środkowo-wschodniej Europie miało dojść do Przemiany, porównywalnej z chrystianizacją. Zaoceaniczny wizjoner głosił konieczność zmiecenia monarchiczno-feudalnego zabobonu i zastąpienia go ludowo-egalitarnym porządkiem, uznanym w profetycznym zapale za optymalny dla wszystkich.

Co prawda po I wojnie światowej nie udało się w zupełności „uprogresywnić” centralno-orientalnych połaci Starego Kontynentu, ale po 1945 r. Wielki Projekt doczekał się realizacji, bowiem obszary te znalazły się w radzieckiej strefie wpływów, co było wystarczającą gwarancją dokończenia dzieła demokratyzacji stosunków ekonomiczno-społeczno-politycznych. Co prawda po podgrzaniu atmosfery politycznej przez Zimną Wojnę na Zachodzie odnoszono się krytycznie do niektórych błędów i wypaczeń, jakie dostrzeżono w „demoludach”, ale nie zanegowano podstawowego założenia ideologicznego, stanowiącego ich fundament, a mianowicie wyższości ludowładztwa nad konkurencyjnymi propozycjami ustrojowymi. Spór między Waszyngtonem a Moskwą był kłótnią w rodzinie, co wybitnie ułatwiło po pierestrojkowej desowietyzacji zorganizowanie okrągłych stołów i aksamitnych rewolucji, dzięki którym transformacje ustrojowe w postsatelickich państwach rozkładającego się Związku Radzieckiego przebiegły wyjątkowo gładko, gdyż nie zaistniała potrzeba wymiany fundamentów przemalowanych gmachów państwowych.

Wyjątkiem od tej reguły w Europie Centralno-Orientalnej była Rumunia. Państwo to, pomimo przynależności do RWPG i Układu Warszawskiego, nie było potulnym radzieckim wasalem, gdyż Mikołaj Ceausescu był ambitnym przywódcą i osiągnął duży stopień samodzielności na arenie międzynarodowej, co spowodowało, że najpierw uzyskał duży poklask „wolnej prasy Wolnego Świata”, a następnie, gdy dalej szedł własnym kursem pomimo „nowych wiatrów ze wschodu”, zaczęto go intensywnie krytykować. Pozostał jednak nieugięty i nie chciał zrozumieć „mądrości etapu”, polegającej na konieczności porozumienia się z dysydentami, z którymi można by uzgodnić rozsądny podział ról między rządzącymi a konstruktywną opozycją, skoro nadszedł czas spluralizowania systemu, niedeterminującego przecież ostatecznie przyszłych rozwiązań. Przecież Lenin już dawno nauczał o potrzebie tymczasowego cofnięcia się o krok w celu nabrania większego rozpędu. Uparty rumuński przywódca nie odczytał jednak prawidłowo znaków czasu, co zaprowadziło go przed pluton egzekucyjny.  Rozstrzelanie rumuńskiego przywódcy i jego żony spotkało się to ze zrozumieniem w gabinetach i na salonach Europy, ponieważ nowa ekipa pokornie zrezygnowała z samodzielności i ogłosiła swój nieustający podziw dla wszystkiego tego, co oficjalnie głoszą większe i mniejsze, ale zawsze „dojrzałe” demokracje.

Co bardziej złośliwi mogliby kpić, że „przemalowane gmachy państwowe” to w dalszym ciągu te same przemalowane baraki, tyle że dawny obóz, który tworzyły, gdzieś się zapodział, w związku z czym trzeba było rozpaczliwie szukać nowego schronienia, co zakończyło się sukcesem w postaci szczęśliwego pozbycia się przejściowej niezawisłości w upragnionych objęciach Eurounii. W końcu przyzwyczajenie jest drugą naturą, o czym zdają się wiedzieć wszystkie rozsądne siły polityczne makroregionu, ad nauseam wygłaszając oświadczenia o konieczności nieprzerwanej i pogłębionej integracji, spełniającej wielowiekowe marzenia wszystkich Europejczyków, genetycznie skłonnych do wspólnego radosnego bytowania, zwycięsko przezwyciężającego ponure demony faszyzmu, rasizmu, nacjonalizmu, totalitaryzmu i innych ideowych dewiacji, które oficjalnie uznano za niezasługujące na miano postępowych.

Widzimy, że Europa Środkowo-Wschodnia w 1919 r. wkroczyła na drogę demokratycznych przemian, które uległy przyspieszeniu i pogłębieniu po 1944 r., aby po 1989 r. wejść w fazę „dojrzałej stabilizacji”. Wyraża się ona w próbach mechanicznego kopiowania tych zewnętrznych wzorców, jakie na aktualnym etapie rozwoju narzucane są przez obce mocarstwa, uznawane przez duchowo zhołdowane elity za bezdyskusyjne wzorce.  Trend ten odróżnia w dość fundamentalny sposób klimat społeczno-polityczny tej części świata od tego, który panował w przeszłości, kiedy to inspirowane z zewnątrz zmiany dokonywały się wolniej i były w większym stopniu przepuszczane przez filtr miejscowych tradycji i potrzeb. Tak było choćby z parlamentaryzmem, który do końca istnienia I Rzeczypospolitej nie przybrał typowej dla feudalnej Europy trójizbowej postaci. Było to związane ze zwiększaniem się przewagi wsi nad miastem – przeciwnie niż na Zachodzie, gdzie zurbanizowana burżuazja nieustannie rosła w siłę, niezależnie od tego, że trzecia izba zgromadzeń stanowych, którą miała do dyspozycji, zwiędła wraz ze średniowiecznym parlamentaryzmem w cieniu monarszego absolutyzmu, który wspierał się na mieszczanach w procesie osłabiania arystokracji. W federacji polsko-litewskiej, jak również na Węgrzech, miejska plutokracja była jednak zbyt słaba, aby dorosnąć do odgrywania samodzielnej roli politycznej, w czym przeszkadzał jej „sojusz dobrze urodzonych” magnatów i drobniejszych szlachciców, konstytuujących naród polityczny. W okcydentalnej optyce zadziwiającym zjawiskiem były wielotysięczne zgromadzenia konnych panów, zbierających się na wielodniowe zjazdy na świeżym powietrzu pod Warszawą lub nad Dunajem w celu wyboru króla lub dokonania nowelizacji konstytucji, podczas gdy w zachodnioeuropejskich monarchiach już dawno przeniesiono życie polityczne do dusznych sal w miastach, w których usadowiły się królewskie dwory.

Te zgromadzenia sub Iove frigido nawiązywały do niegdysiejszych plemiennych wieców, na które przybywali wolni mężczyźni, tym się różniący od niewolnych, że nie rozstawali się z bronią. Ten prastary obyczaj tłumaczy przywiązanie polskiej szlachty do szabel, często przybierających postać orientalnych karabeli. Spojrzenie na wschód skłania nas do przypomnienia mongolskiego kurułtaju czyli zjazdu wszystkich współplemieńców, niezbędnego po śmierci chana dla obrania jego następcy. Podobieństwo do elekcji viritim jest uderzające, w związku z czym długotrwałe utrzymywanie się w Rzeczypospolitej tradycji wolnej i powszechnej elekcji monarchy może być tłumaczone orientalną orientacją polsko-litewskiej państwowości, otwartej na wschodnie wpływy dzięki dostępowi do „stepowej autostrady”, biegnącej od Karpat do Mandżurii.  Docierające po niej azjatyckie impulsy w dużej mierze równoważyły zachodnie wpływy, stwarzając interesującą mieszankę, co determinowało odrębną drogę rozwoju.

W okcydentalnej Europie dwory królewskie przejęły  się w XIX wieku duchem konstytucjonalizmu lub uległy likwidacji wraz z republikanizacją państwowości. Zastanawiające jest, że ominęła ona Niderlandy oraz Skandynawię, a zatem niemocarstwowe państwowości, które do dzisiaj nie uległy republikańskiej modzie, w przeciwieństwie do Europy Środkowo-Wschodniej, która w XX stuleciu uległa totalnej republikanizacji, co wypada uznać za wierne naśladowanie wzorca amerykańsko-francusko-radzieckiego, z upodobaniem przyjmowanego w wybijających się na niepodległość państwach Zachodniej Półkuli, Afryki, Oceanii i Azji, których elity pragną uniknąć posądzeń o „wleczenie się w ogonie światowych przemian”. Ten sam mechanizm psychologiczno-polityczny funkcjonuje w Europie Środkowo-Wschodniej z jej przywódcami żywiącymi głębokie przekonanie co do tego, że zamieszkują drugorzędną część kontynentu, nie będącą w stanie wytworzyć w sferze ideowo-politycznej czegoś oryginalnego, mogącego zainteresować resztę świata.

Ustrojowe ujednolicenie

Od dłuższego czasu obserwujemy proces ogólnoświatowej standaryzacji form ustrojowych, wyrażający się w zanikaniu państwowości przyciągających uwagę swoją oryginalnością. Onegdaj było dla nich więcej miejsca z powodu dosyć samodzielnego, w sporym stopniu niezależnego od reszty ludzkości, istnienia rozległych kręgów cywilizacyjnych, których oddziaływanie słabło wraz z oddalaniem się od centrum, co skutkowało powstawaniem na obrzeżach przekształconych postaci kanonicznych wzorców społeczno-ustrojowych. W tych buforowych czy też przechodnich, podlegających zróżnicowanym wpływom, państwowościach, kształtowały się dosyć spontanicznie rozwiązania, wzbudzające wciąż zainteresowanie z powodu swojej oryginalności, po której zasadniczo pozostały zazwyczaj jedynie wspomnienia, przesłonięte coraz bardziej jednolitymi modelami realizowanymi w miarę zbliżania się do współczesności.

Potwierdzenie tej hipotezy zmniejszającej się różnorodności w zakresie odmian politycznej organizacji społeczeństwa na szczeblu państwowym odnajdziemy, gdy spojrzymy na polityczną mapę interesującej nas części Europy sprzed 400 lat. Zobaczymy unię personalną Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim, wciąż zachowującym sporą odrębność instytucjonalną i zwyczajową, powodującą, że byłoby ono monarchią w sporym stopniu wciąż patrymonialną, gdyby nie to, że władcy zazwyczaj przebywali w Krakowie, co stwarzało korzystne warunki dla rozrastania się potęgi kresowych królewiąt, nadając ustrojowi Wielkiej Litwy wyraźny rys arystokratyczny. Ci, którym on się nie podobał, uciekali nad Dniepr, gdzie organizowała się Kozaczyzna, stanowiąca najbliższy „właściwej Europy” przykład militokracji, typowego dla azjatyckich stepów zrzeszenia politycznego, konstytuowanego przez różnoplemiennych wojowników nieodczuwających potrzeby podlegania „wyposażonemu we wszelkie szykany” monarsze, którego z powodzeniem zastępował im obieralny hetman, będący przede wszystkim wodzem „siczowego bractwa”. Hetmanat wypada sklasyfikować jako raczej republikańską niż monarchiczną formę państwa, przypominającą co nieco państwowości tworzone nad Morzem Śródziemnym i nad Bałtykiem przez rycerskie zakony.

Tego rodzaju wspólnoty o charakterze państwowym można uznać za postantyczne awatary spartańskiej diarchii z powodu daleko idącego nasycenia życia społecznego koszarowością, stanowiącą przeciwieństwo wyrafinowanej atmosfery dworów monarszych z ich bogactwem strojów, pompatycznością oficjalnych uroczystości oraz mecenasowaniem rozmaitym sztukom i naukom. W otoczeniu królów mężczyźni na co dzień spotykali się z dwórkami, co łagodziło obyczaje i kreowało różnorodność. Spartański duch natomiast lubuje się w separacji obu płci, co skutkuje rozwojem tego, co Niemcy nazywają Männerbunde czyli męskich związków, nakierowanych na kultywowanie militarnych cnót, pielęgnowanych w egalitarnym klimacie, będącym zaprzeczeniem krzyczących nierówności, typowych dla średniowiecznych monarchii. Właśnie dlatego ów spartański klimat duchowy po upadku Siczy i nadbałtyckich zakonów odnajdziemy w cnotliwej, purytańskiej Ameryce, silnie naznaczonej atmosferą „klinicznego, samczego szowinizmu”.  W XVI w. jedno z nich istniało wciąż w Inflantach, gdzie gospodarzyli Kawalerowie Mieczowi, którym wbrew oczekiwaniom udało się dłużej utrzymać niezależne polityczne bytowanie niż Krzyżakom, ale w drugiej dekadzie XVI stulecia ci ostatni, jeszcze jako zakonnicy, władali nad wschodnimi Prusami, zanim ulegli pokusie protestantyzacji i sekularyzacji. Po czterdziestu latach ich szlakiem podążyli uzbrojeni zakonnicy z Inflant, zmniejszając potencjał ustrojowej różnorodności w tej części Europy. [1]

Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zachodni cesarze też byli wybierani, podobnie jak polscy królowie i zaporoscy hetmani, a mistrzowie nadbałtyckich rycerskich zakonów bynajmniej nie mieli szans na przekazanie stanowiska swoim legalnym potomkom, to zauważymy, że elekcyjność, traktowana zazwyczaj jako conditio sine qua non ludowładztwa,  jest silnie obecna w politycznej tradycji środkowo-wschodniej Europy, tym bardziej jeśli będziemy pamiętać o obieraniu posłów zasiadających następnie w Sejmie. Dynastyczność znacznie silniej występowała na Wołoszczyźnie i w Mołdawii, gdzie władali hospodarowie, których można potraktować jako odpowiedników książąt. Pomimo zwasalizowania przez Turcję, możemy uznać te państwa za specyficzne monarchie, w których syntetyzowano bizantyjskie i islamskie wzorce ustrojowe. Potwierdzeniem tej hipotezy jest dokonane w XIX w. połączenie „naddunajskich księstw” w Królestwo Rumunii, w którym republikanizacja dokonała się po II Wojnie Światowej, a zatem później niż w innych częściach Makroregionu.

„Demokracje ludowe”

Zauważamy, że tradycja demokratyczna w Europie Środkowo-Wschodniej jest zakorzeniona w trzech wielkich denominacjach wyznaniowych, wchodzących z sobą w kontakt w tej części świata. Mamy katolicyzm, współtworzący fascynującą szlachecką demokrację w Polsce, islam uparcie trwający przy ideale egalitarnego kalifatu z wybieralnym przywódcą i prawosławie, na bazie którego powstał fenomen siczowego kozackiego Hetmanatu. Można sformułować hipotezę, że wpływy tych trzech dużych wyznań, przynajmniej w takiej ich postaci, jaka istniała między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, przyczyniały się do utrzymywania się w świadomości i podświadomości zarówno rządzących elit, jak i szerokich mas, przekonania o niemożności fundamentalnego porzucenia ludowładztwa, traktowanego jako generalnie słuszna koncepcja. Pogląd ten w oficjalnej postaci przejawi się po wkroczeniu Armii Czerwonej do zlewisk Wisły, Odry, Łaby i Dunaju, co skutkowało zainstalowaniem na tych obszarach reżimów określanych zastanawiającym, bo tautologicznym, mianem „demokracji ludowych”.

Abstrahując od ich ustrojowej praktyki, która okazała się być słabym wyzwaniem dla okcydentalnych burżuazyjnych demokracji, skoro tym drugim udało się jakoś przetrzymać rywalizację, warto zastanowić się nad trafnością tej zbitki semantycznej, współcześnie traktowanej przeważnie jako oksymoron, choć przecież w Miłościwie Nam Panującej rodzimej Konstytucji „demokratycznego państwa prawnego” Lud nie występuje, skutecznie wyparty przez Naród, z czego wypadałoby wyciągnąć wniosek, że mamy do czynienia z narodową demokracją „nieludową”. W Polsce i innych państwach naszej części Europy nastąpiło „otwarcie na Zachód”, skutkujące między innymi kopiowaniem tamtejszych rozwiązań doktrynalnych, odzwierciedlających w wielu przypadkach „ducha 1789 r.”, kiedy to zdominowany przez burżuazję stan trzeci „stał się wszystkim”, czyli narodem. Natomiast w Europie Środkowo-Wschodniej w warunkach imperialnych państw wielonarodowych uzyskiwanie przez wzbogaconą mieszczańską elitę statusu suwerennego podmiotu władzy nie skutkowało formalną emancypacją podległych centralnej władzy „niestołecznych” ludów. Ich doktrynalnie bardziej uświadomieni synowie tłumaczyli współplemieńcom, że bynajmniej nie wchodzą w skład panującego narodu politycznego, nabierającego coraz bardziej etnicznych cech wraz z postępami demokratyzacji, prowadzącej nieuchronnie do rozkładu imperiów, rozsadzanych przez działalność i agitację narodowych demokratów, którzy wzywali do emancypacji wciąż uciśnionych ludów.

Oficjalne ich powiązanie z demokracją po II Wojnie Światowej wyrażało odcięcie się od „niesłusznych praktyk” przeszłości. „Oddanie demokracji ludowi” miało demonstrować jakościową różnicę między formalną demokracją na zachód od Żelaznej Kurtyny a jej „prawdziwą” materialną odmianą w radzieckiej strefie wpływów [2], gdzie, jak głoszono, wszechstronna уравниловка stwarzała dogodne warunki dla budowy komunistycznego społeczeństwa przyszłości, którego warunkiem sine qua non było urzeczywistnienie się marksistowsko-leninowskiej teorii obumierania państwa. Jednakże w powojennej fazie marszu ku komunizmowi państwa wciąż istniały, również te zaprzyjaźnione, charakteryzujące się tym, że były „socjalistyczne w treści i narodowe w formie”. W wymiarze prawno-politycznym formuła ta była wyrażona przez ludową demokrację, gdzie lud przedstawia sobą czynnik socjalistyczny, a demokracja narodowy.

Lud kojarzony jest przede wszystkim z prowincjonalnym gminem, który nareszcie „wkroczył do śródmieścia”, przynosząc na obłoconych buciorach wspólnotowość, przechowaną w prawosławnej, muzułmańskiej czy katolickiej tradycji, będącą w sojuszu ze słowiańskim ideałem соборности, genetyczną germańską plemiennością, rumuńską skłonnością do zbiorowych wzruszeń i węgierską tęsknotą za zjednoczoną we wspólnym marszu stepową ordą. Twierdzono, że dzięki wyjściu naprzeciw odwiecznym tęsknotom uciśnionych mas narodowe państwa, zawładnięte (teoretycznie) przez lud, demonstrowały „twórcze rozwinięcie demokratycznego ideału, zastygłego w burżuazyjnym parlamentaryzmie, który ewidentnie wyczerpał już wszelkie kreatywne możliwości”. Zagubiły się one w gąszczu partyjnych intryg, odzwierciedlających sprzeczne interesy różnych segmentów klasowo spolaryzowanego społeczeństwa. Owe antagonizmy uzyskały nową postać po zwycięstwie rewolucji socjalistycznej, skutkującej opanowaniem dźwigni władzy przez uświadomioną awangardę sprzymierzonej z postępowym chłopstwem klasy robotniczej. Lansowanie zasady jedności władzy państwowej uwidoczniało dążenie do dialektycznego odzyskania zmitologizowanej przedpaństwowej pierwotnej wspólnotowości, przetwarzanej w taki sposób, aby odpowiadała potrzebom nowych czasów.

Ten staro-nowy paradygmat politycznej organizacji społeczeństwa próbował odpowiedzieć na wątpliwości żywione przez wielkiego Proroka Nowożytnej Demokracji, za jakiego wypada uznać Jana Jakuba Rousseau, głoszącego wszem i wobec, że „demokracja jest ustrojem dla aniołów”, z czego płynie wniosek, że niedoskonały rodzaj ludzki nie za bardzo jest w stanie aplikować ludowładztwo w szerszym niż szwajcarskie kantony wymiarze, gdzie zresztą stanowi ono przykrywkę dla panowania lokalnych plutokratów. Zniesienie feudalizmu i kapitalizmu pozbawi szwajcarskich czy innych wyzyskiwaczy dotychczasowych możliwości, zamiast których wszyscy będą mogli sprawiedliwie korzystać z rozległych perspektyw, otwierających się w społeczeństwie bezklasowym. W procesie jego tworzenia ludy Europy Środkowo-Wschodniej miały być pasem transmisyjnym, za pomocą jakiego wykuwany w ZSRR eurazjatycki socjalizm będzie przenoszony na spętany przez reakcyjne ideologie Zachód. Przychylne traktowanie tego eksperymentu przez całe zastępy zachodnich intelektualistów świadczy o tym, że istniało, i zapewne w dalszym ciągu istnieje, intelektualne i emocjonalne zapotrzebowanie na ustrojową alternatywę wobec monarchicznej względnie republikańskiej parlamentokracji, skutkującej alienacją rządzących elit, słusznie oskarżanych o wypaczanie woli elektoratu, potrzebnego przede wszystkim dla legitymizowania władzy sprawowanej na co dzień przez nielicznych.

Z bloku demokracji ludowych do bloku demokracji liberalnych

Zimnowojenna klęska Związku Radzieckiego spowodowała, że, przynajmniej w europejskim wymiarze, koncepcja syntetyzowania etnicznej państwowości z unifikującym ideologicznie władzę państwową ludowładztwem spoczęła „na śmietniku Historii”, co oznacza, że w zakresie fundamentów ustrojowych dokonała się zachodnia rekonkwista wschodnich obszarów, przejściowo podążających własną drogą prawno-polityczną. Powtórzył się precedens chrystianizacji, która oznaczała wszak narzucenie per fas et nefas przez rezygnujących z własnego modelu władców „niewinnym, lubiącym sielanki Sławianom” obcego im do tej pory pojmowania świata i kosmosu. Nie zaszkodzi przypomnieć, że wprawdzie „demokracja ludowa” została zasadniczo narzucona przez zwycięską Armię Czerwoną, niemniej jednak upływ czasu spowodował, że doszło do, częściowego przynajmniej, polityczno-psychologicznego zasiedzenia, zacierającego nieprawidłowości towarzyszące wprowadzaniu nowego ustroju.

Istnieją przesłanki upoważniające do potraktowania postawy partyjno-państwowych kierownictw, zachęcanych pod koniec lat 80-tych przez Moskwę do zasadniczej zmiany kursu, jako zdrady elit, porzucających niekapitalistyczną drogę rozwoju i niekonfrontacyjną demokrację na rzecz obcego paradygmatu bez pytania o zdanie szerokich mas, którym nigdzie nie dano zinstytucjonalizowanej możliwości dokonania wyboru między różnymi modelami ludowładztwa, a tym bardziej pomiędzy demokracją a jej alternatywami. W każdym razie niezwykle szybkie przestawienie się z jednej opcji na drugą, dotąd wyklinaną jako szpetną i heretycką, świadczy o tym, że kręgi opiniotwórcze Europy Środkowo-Wschodniej konsekwentnie podtrzymują pogląd o racjonalności implantowania zewnętrznych rozwiązań, żywiąc głęboko zakorzenione przekonanie o własnej niezdolności do samodzielnego wykreowania rozwiązań przydatnych zarówno dla siebie, jak i dla innych.

Trudno zatem się dziwić, że rozmontowanie porządku jałtańskiego doprowadziło do odkurzenia systemu stworzonego po 1918 r. w Wersalu i innych podparyskich miejscowościach, gdzie zachodnie „wielkie demokracje” demonarchizowały i dzieliły środkowo-wschodnią Europę „według racjonalnych, narodowych kryteriów”. Runięcie muru w Berlinie skutkowało reunifikacją Niemiec oraz podziałem Związku Radzieckiego i Czechosłowacji na niezależne państwa narodowe konstytuowane przez części byłych federacji. Przeto  daje się obronić teza o pogłębieniu procesu realizacji zasady „samostanowienia narodów”, choć trzeba pamiętać, że konsekwentne urzeczywistnienie tego ideału doprowadziłoby do zlikwidowania mniejszości narodowych, mających wszak do odegrania istotną rolę w systemie politycznym, skoro demokracja ex definitione ma być „panowaniem większości z poszanowaniem praw mniejszości”. Unifikacja etniczna ludności państwa stanowi zachętę dla uproszczenia systemu politycznego poprzez delegalizację opozycji, do czego zapewne kiedyś znowu dojdzie. Jednak jak na razie w państwach interesującego nas tutaj subkontynentu grzecznie odrabia się lekcję jedynie słusznego na aktualnym etapie rozwoju spolaryzowanego pod względem klasowym demokratycznego liberalizmu, co nietrudno zinterpretować jako „zwijanie się” Historii, ponieważ zamiast zmierzać do postsocjalistycznego komunizmu cofamy się, przynajmniej oficjalnie, do przerabianej już gospodarki rynkowej i do, odpowiadającej jej podobno, nadbudowy w postaci postfeudalnego parlamentaryzmu z coraz bardziej upodabniającymi się do siebie stronnictwami głównego nurtu.

Siła bezsilnych

Przywódcy tych stronnictw coraz niechętniej odwołują się do chrześcijańskich haseł, z upodobaniem zastępując je sloganami o demokratycznej, zjednoczonej Europie, bohatersko przezwyciężającej przejściowe trudności. Przy odrobinie chęci bez specjalnego wysiłku dostrzeżemy w tej narracji tęsknotę za powrotem do Średniowiecza, kiedy to jeszcze „złowieszcze nacjonalizmy nie rozrywały boleśnie ciała Europy”. Upowszechnianie tej narracji oznacza w konsekwencji wzrost krytycyzmu względem kilkuwiekowej „zachodniej drogi rozwoju”, co może skutkować tym, że za jakiś czas urzędowi historycy ogłoszą, iż jej narzucanie ludom Europy Środkowo-Wschodniej było głęboko niesłuszne, podobnie jak kolonizacja innych kontynentów. Wówczas okaże się, że „ludowa demokracja”, powierzchownie tylko zreformowane chrześcijaństwo, wiejskość, pasterstwo, szlachetczyzna, rozrzutna gościnność, silne związki rodzinne oraz inne peryferyjne fenomeny np. fakt, że nie zaszła tu zachodnia „nominalistyczna rewolucja” (Jadwiga Staniszkis dixit!),  są niezwykle cenne, stanowiąc istotny składnik dorobku ludzkości, przejawiającego się według niektórych w sposób najbardziej fascynujący na obrzeżach. W takiej sytuacji przydałoby się odbudować, nie dosłownie rzecz jasna, mur chroniący „miejscową ludność, faunę i florę” oraz intensywnie zachęcać do przywracania przygłuszonej tradycji, którą można by uatrakcyjnić wzbogacając ją  o elementy jeszcze bardziej swojskie od autentycznych [3] . Dzięki przekuciu tego, co traktuje się przeważnie jako słabości, w tytuł do chwały i w praktyczne rozwiązanie, Europa Środkowo-Wschodnia miałaby szansę stworzenia (odbudowania) takiego paradygmatu cywilizacyjno-politycznego, z którego jej mieszkańcy będą mogli być dumni, a z czasem, kto wie, może nawet go eksportować. W końcu skoro udało się to anglosaskiej Ameryce, dokąd emigrowały „ostatnie wyrzutki społeczne, bezczelni chuligani wymiatani ze wstrętem z dobrej Europy”, to każdemu może się powieść w tego typu przedsięwzięciu.

Artur Ławniczak

Przypisy:

[1] Ustrojową różnorodność Europy wzbogacała niegdyś osmańska monokracja, posuwająca się w górę Dunaju w kierunku Budy i Wiednia. Godne uwagi jest to, że Wysoka Porta zasadniczo nie była monarchią, choć często jest traktowana właśnie w ten sposób. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że w islamskiej doktrynie politycznej nie występuje monarchizm w wyrazistej, porównywalnej do tej, z jaką mamy do czynienia w europejskich konstrukcjach ustrojowo-politycznych. Muzułmanie konsekwentnie akcentują pierwszorzędne znaczenie ummy czyli wspólnoty wiernych. Są oni równi względem Boga, co sprawia, że nikt spośród ludzi nie może uzyskać statusu Suwerena, zarezerwowanego dla Najwyższego. Powoduje to, że panujący, niezależnie od zakresu władzy, jaki skupia w swych rękach, nie ma szans na osiągnięcie takiego statusu prawno-państwowego, jaki jest udziałem chrześcijańskich cesarzy czy królów. Ci ostatni są namaszczani, co sprawia, że otacza ich sakralna aura, wyrażająca szczególny ontologiczny status, zdecydowanie różnicujący pomazańców od poddanych. Niczego podobnego nie odnajdziemy u muzułmanów, preferujących oddolną, ludową legitymizację władzy. „Uczeni w piśmie” przekonują, że kalifowie czy sułtanowie zawsze byli wybierani, nawet jeżeli elekcja przybierała postać obioru przez padyszacha jednego spośród swoich licznych potomków.

[2] Ten wariant demokracji powstał w wyniku zwycięskiego marszu Armii Czerwonej, będącego udoskonaloną powtórką pochodu na Zachód przeciw Napoleonowi. Wówczas uwalniał on mniejsze imperializmy spod jarzma francuskiego supermocarstwa, stwarzającego globalne zagrożenie na podobieństwo Niemiec Hitlera i Stanów Zjednoczonych Trumana. Dlatego też pomimo współtworzenia przez Rosję Świętego Przymierza w bolszewickiej wersji historii zwycięstwo nad Francją było mniejszym złem niż dalsza ekspansja coraz mniej rewolucyjnego napoleońskiego reżimu. Ewentualne jego zestawianie ze stalinizmem rzecz jasna świadczy jedynie według „klasowo uświadomionych badaczy” o daleko idącym zagubieniu lub perfidnej tendencyjności tych, którzy wygłaszają takie narracje. Według jego apologetów postleninowski system w umiejętny sposób łączył rewolucyjny zapał z państwową dojrzałością, co pozwoliło na pokonanie III Rzeszy i zainstalowanie w „buforowej części Europy” ustrojów o wiele bardziej postępowych od tych, jakie kiedykolwiek tu istniały.

[3] W gruncie rzeczy właśnie tak postępuje od dłuższego czasu transalpejska Europa ze Śródziemnomorzem. Na przykład, kiedy bawarski Otton I został w 1832 roku greckim królem, „zrekonstruował starohelleńskie zabytki” w Atenach i ubierał tamtejszy lud w stroje, jakie wydawały mu się odpowiednie dla mieszkańców „kolebki demokracji”.

Ikona wpisu – obraz „Czas leci” Anny Klozy-Rozwadowskiej (obejrzyj więcej prac artystki: www.malerina.com)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykuł„Umarło Imperium, niech żyje Imperium!” Rozmowa z Tomaszem Gabisiem
Następny artykułGaz łupkowy a globalny układ sił
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ