Gaz łupkowy a globalny układ sił

2

Wielkie są w Polsce nadzieje na gaz łupkowy, na energetyczną niezależność, a nawet na zwycięstwo nad Gazpromem… Amerykański sukces łupkowych technologii rozgrzewa nasze emocje. Co z nich może się ziścić, a co jest jedynie polityczną narracją – spróbuję wyjaśnić wytrwałym Czytelnikom w tym niezbyt krótkim wywodzie.

Amerykański cud, czyli zasoby i technologia

Obfite i tanie surowce energetyczne były dla Ameryki od samego początku nieocenionym skarbem. Na nich budowała ona swą potęgę w XIX wieku aż do 70-lat XX w. – swoim złotym okresie rozwoju. Przemysł naftowy, przez dziesięciolecia motor rozwoju tego kontynentu i jego towar eksportowy, dzisiaj osiągnął ogromny sukces. To, czego do tej pory nie można było i nie opłacało się wydobywać, nagle wybuchnęło zasobami tak obfitymi, że Ameryka, do niedawna powtarzająca za zwolennikami teorii  „Peak Oil”  o nadchodzącym „końcu świata ropy”, dzisiaj planuje zawładnąć światowymi rynkami gazu i uzyskać energetyczną niezależność od importu ropy. Miejsce pesymizmu zajął zaraźliwy entuzjazm: USA największym producentem ropy na świecie? Oczywiście! Według prognoz Międzynarodowej Agencji Energii mają prześcignąć w 2020 roku Arabię Saudyjską.

Patrząc wcześniej pesymistycznie na surowcową przyszłość, Waszyngton zaplanował w 2006 r. wzrost importu gazu skroplonego LNG, wybudowano pięć terminali mających zapewnić bezpieczeństwo dostaw, a największy z nich (Sabine Pass) mógł przyjąć nawet 40 mld m3 gazu rocznie. Przyjęto prawo, które przypominało naszą specustawę w sprawie gazoportu, upraszczające amerykańską biurokratyczną mitręgę i przyznające rządowi federalnemu prawo do zmiany lokalnych decyzji. Import rozwijał się jedynie do 2007 r., by potem, gdy rynek zalewać zaczął gaz ze złóż niekonwencjonalnych, spaść na łeb na szyję. Zaskoczony był i rząd, i biznes: zamiast planowanych w 2009 roku 42 miliardów m3 importu sprowadzono morzem trzykrotnie mniej. Potem było już tylko gorzej, a dzisiaj gazoporty stoją puste i czekają na zgodę amerykańskiego rządu na znacznie bardziej kosztowne inwestycje – w eksport gazu. Jako towaru strategicznego, podobnie jak i ropy, nie można go swobodnie z USA wywieźć, konieczna jest  zgoda rządu.

Ale jak tu nie być entuzjastą, gdy produkcja gazu rośnie bardzo szybko, jego cena jest niska jak dawno nie była, a odkrywa się wciąż jego nowe zasoby. Ten entuzjazm dotyczy również ropy, której wydobycie  od 1970 roku w USA wciąż spadało, by nagle przez 7 lat pędzić do góry w tempie 25 mln ton ropy rocznie (to tyle, ile zużywa Polska). To jest tempo!

Amerykańska potęga energetyczna

Aby zrozumieć strategię energetyczną USA, trzeba sięgnąć do historii i statystyk. Stany Zjednoczone Ameryki Północnej od początków swej historii były i są do dzisiaj supermocarstwem energetycznym. Posiadają największe na świecie zasoby surowców. Licząc łącznie węgiel, ropę naftową i gaz ziemny – mają największe udokumentowane rezerwy tych surowców – 973 miliarda baryłek odpowiednika ropy naftowej. Rosja jest druga – 955 mld baryłek, niewiele ustępując Stanom, ma za to bardziej zróżnicowane zasoby (prawie 40% w ropie i gazie). Za tymi dwiema energetycznymi potęgami jest długa przerwa – jedynie połową takich zasobów dysponują Chiny (jak USA – głównie w węglu). Czwarty jest Iran – tylko 30% zasobów liderów, jednak całość w gazie i ropie, co stawia go w znacznie lepszej pozycji wobec dzisiejszego rynku.

Ameryka była bardzo żarłoczna energetycznie w latach, w których gwałtownie się industrializowała. Mówienie wtedy o jakiejś „oszczędności energetycznej” uznano by z pewnością za komunistyczną propagandę. Energia w Ameryce miała być „too cheap to measure” („zbyt tania, by ją mierzyć”) i był to element amerykańskiego marzenia, gdyż jako kraj zasobny w energię, zużywa jej do dzisiaj znacznie więcej niż Europejczycy czy inne narody (przeciętny Amerykanin zużywa 5 razy więcej ropy niż Polak).

USA były w pierwszej połowie XX wieku znacznie potężniejszym eksporterem ropy naftowej niż dzisiaj Arabia Saudyjska. Dominowały do II wojny światowej, kiedy zapewniały 80% zaopatrzenia zachodnich armii alianckich. Będąc największym producentem i eksporterem wydobywały wtedy między 60 a 80% światowej ropy. To było naftowe mocarstwo, które cierpiało przez ostatnie pół wieku z powodu zależności – musiało importować ogromne jej ilości, a teraz odradza się w dawnej świetnej formie. Pomimo tego, że jest trzecim jej producentem na świecie, niewiele ustępującym jedynie Arabii Saudyjskiej i Rosji, a wyprzedzającym Iran, Kuwejt, Wenezuelę, Kanadę, USA musiało codziennie importować 10 milionów baryłek (159 litrów) czarnego złota. Ta niesamodzielność, uzależnienie od innych państw w strategicznym produkcie, jest dla globalnej polityki amerykańskiej krytycznym zagrożeniem. Hegemonia Stanów Zjednoczonych doznała uszczerbku w 1973 r., gdy Arabia Saudyjska rzuciła Zachodowi wyzwanie nakładając embargo naftowe jako karę za wspierania Izraela w wojnie 1973 r. i podnosząc 4-krotnie ceny tego strategicznego dla świata surowca.

Tyle o historii, bez której niewiele zrozumiemy z amerykańskiej strategii. Teraz o skutkach rewolucji, która przynosi wyzwolenie od dojmującego uzależnienia.

Energia w światowej polityce USA

Ameryka odzyskuje swoją przewagę nad resztą świata, bowiem do tej pory import ropy był jej piętą achillesową. W układzie współzależności, którym opleciony jest świat, był to czuły punkt światowego lidera. Dzisiaj ta słabość zmniejsza się, a odwrócenie energetycznej karty przynosi ze sobą wiele atutów w globalnych rozgrywkach. Jak mówi Joseph Nye: „potęga rodzi się z asymetrii zależności”.  Tę asymetrię Amerykanie chcą teraz skutecznie wykorzystać.

Energia jest jednym z filarów amerykańskiej polityki światowej, jednak nie jedynym i z pewnością nie najważniejszym. Dużo bardziej istotne są elementy wspólnie dzielonych z sojusznikami wartości (demokracji, praw człowieka), zobowiązań i sojuszy strategicznych, które decydowały o wojnach w Korei, Wietnamie, czy o dzisiejszych stosunkach z Japonią czy Koreą. Oczywiście ropa miała znaczenie podstawowe w czasie przewrotu 1953 r. w Iranie, gdy Amerykanie do spółki z Brytyjczykami obalili prezydenta Mossadeka. Stawką wtedy była konkurencja z ZSRR o kontrolę zasobów ropy tego regionu. Amerykańska kronika filmowa z tamtego czasu, relacjonująca zamach na irańskiego premiera, który znacjonalizował irańskie zasoby ropy, kończyła się triumfalnie: „ropa znów może swobodnie płynąć na zachód!

Ropa miała także znaczenie podczas interwencji w Kuwejcie w 1990 r, kiedy starano się zapobiec skupieniu w rękach Saddama zbyt dużej władzy nad jej zasobami, która dałaby mu zbyt duży wpływ na światowy rynek oraz ogromne dochody zagrażające układowi sił w regionie. Dzisiaj wojna naftowa z Iranem spowodowana jest raczej czynnikami geostrategicznymi (pozycja Izraela) niż ropą i gazem, chociaż ich perskie zasoby są największe i najtańsze na świecie. Bo właśnie o cały świat tutaj chodzi.

Globalny rynek ropy naftowej

Rynek ropy naftowej obejmuje cały świat. Stworzony był i kontrolowany jest dzięki wpływom w krajach Zatoki Perskiej oraz panowaniu przez Ameryką nad światowym oceanem. Aby rynek działał z korzyścią dla odbiorców, konieczne jest ciągłe utrzymywanie wysokiej podaży produktu. Dolar, o którym się tyle spekuluje, że był przyczyną naftowych wojen Ameryki, odgrywa ważną rolę, ale fundamentalne znaczenie ma fizyczny przepływ ropy.

Globalnego rynku USA nie mogą po prostu porzucić i zadowolić się „niezależnością energetyczną”, jakby chcieli tego izolacjoniści, gdyż jest on podstawą rozwoju amerykańskiej gospodarki. A ropa naftowa jest największym towarem światowego handlu. Nawet mając w pełni pokryte potrzeby krajowym wydobyciem, Ameryka musi utrzymywać funkcjonowanie światowego rynku. Jest to atut w światowej polityce, gdyż wszyscy jego uczestnicy są uzależnieni od jego sprawnego działania, a więc i zależni od Waszyngtonu, który jako jedyny potrafi dostarczyć publicznego dobra, jakim jest bezpieczeństwo na światową skalę. Koszty ponoszone przez USA są ogromne – wynoszą połowę światowych wydatków wojskowych. Jednak korzyści polityczne i gospodarcze są do tych kosztów współmierne.

USA ma także w dostawach ropy zobowiązania wobec sojuszników. Stanowi to podstawowy motyw polityki wobec Europy i Japonii od czasów planu Marshalla. USA zobowiązuje się zapewnić płynność rynku i dostawy ropy i gazu. Arabia Saudyjska i Katar są tutaj świetnymi sojusznikami. Dlatego przedwczesne są zapowiedzi wycofania się Waszyngtonu z roli światowego strażnika naftowego rynku, pomimo ogromnych kosztów samego utrzymania dróg wodnych, szacowanego na 50 miliardów dolarów rocznie.

Wręcz przeciwnie – gaz i ropa z łupków dają możliwość skuteczniejszego kształtowanie tego rynku. Kluczowa jest ropa naftowa, gdyż nie można jej niczym zastąpić, jednak możliwy eksport gazu jest  impulsem dla Stanów, by globalny rynek budować także w gazie ziemnym. Dlatego Departament Stanu przeciwdziała próbom współpracy Europy z Rosją czy Iranem, których sojusz z Europą byłby wyzwaniem dla światowego przywództwa Ameryki, wychodziłyby one spod kontroli walutowej (jak dzisiaj handel Rosji z Chinami) i osłabiały rynek światowy. Przeszkodą są jednak wysokie koszty transportu, jeśli bowiem baryłkę ropy można między rynkami światowymi przetransportować za 1,5 dolara, to koszty dla gazu są 15-krotnie wyższe (obejmują upłynnienie i zmrożenie gazu, transport i morski i przywrócenie do postaci gazowej). Bariery dla tworzenia rynku globalnego są, jak widać, wysokie, jednak Amerykanie dzięki swoim przewagom technologicznym i strategicznym (także militarnym), mogą je pokonać. W zmian osiągną korzyści nie tylko gospodarcze, ale i polityczne. Perspektywa czasowa dla tych procesów to co najmniej jedno dziesięciolecie, jeśli nie dwa. I na taki horyzont jest nastawiona polityka amerykańska.

Middle East – filar światowej nafty

Dla strategicznej roli USA znacznie większe znaczenie niż własne zasoby łupkowej ropy i gazu będzie miała ich pozycja w Zatoce Perskiej. Jest to kluczowy punkt kontroli nad światowymi zasobami ropy i gazu, dzisiaj kierowanymi głównie do ekspandującej gospodarczo Azji. Ameryka jest krytykowana za coraz większą obecność militarną w tym rejonie, jednak jest to niezbędny element kontroli zasobów ropy (i gazu) koniecznych do funkcjonowania światowej gospodarki. Płonne są także nadzieje, że gdy nie będzie jej potrzebna arabska ropa, Ameryka uwolni się od obowiązku (i kosztów) utrzymywania sił zbrojnych w tym regionie.

Sednem problemu jest Arabia Saudyjska, która jest bardzo pożyteczna jako strategiczny sojusznik Waszyngtonu (szczególnie od czasu, gdy w 1956 r. kraje te wspólnie zastosowały embargo naftowe wobec W. Brytanii i Francji podczas kryzysu sueskiego). Dzięki niej sankcje Zachodu wobec Iranu są w miarę bezpieczne dla świata, gdyż Saudyjczycy mogą tak zwiększać wydobycie, że brak irańskiej ropy nie jest groźny. Ta 70-letnia już prawie przyjaźń daje duże korzyści USA, choć powoduje uszczerbek na wizerunku światowego obrońcy praw człowieka, bo jak tu bezkarnie wspierać królestwo rozprzestrzeniające w świecie radykalny wahabicki islam i kultywujące średniowieczne zwyczaje ucinania głowy innowiercom. Jednak bez sojuszu z domem Saudów nie ma kontroli nad globalnym rynkiem ropy, i nie chodzi tu tylko o bezpośrednie dostawy do Ameryki.

Jednak nie tylko ropa jest ważna w tym rejonie. Drugim, a raczej pierwszym, bo z pewnością ważniejszym filarem amerykańskiej polityki, jest Izrael. Zmniejszona zależność od ropy naftowej państw arabskich pozwoli wyklarować te stosunki, uzależnione dzisiaj od konieczności utrzymania dostaw ropy – otwarta zostanie droga do relacji bardziej skupionych na amerykańskich wartościach, dla których Izrael jest jedynym sojusznikiem na Bliskim Wschodzie. Mniej zależna Ameryka będzie miała rozwiązane ręce w sprawie twardszego zarządzania równowagą sił tego regionu. Dzięki łupkom pozycja USA się polepsza – nie będą one już tak podatne na szantaże Saudów i będą mogły skuteczniej i swobodniej używać „soft power” propagując prawa człowieka i demokrację – swoje podstawowe globalne cele.

Mniej bogactwa dla producentów ropy

Istotnym aspektem światowych zmian będą niższe ceny. Na rynek wpływają już duże ilości nowej produkcji z USA, jednocześnie obniża się konsumpcja, więc w efekcie ceny powinny znacząco się obniżyć. Na amerykańskim rynku gazowym to już fakt, a proces rozpoczął się także na rynku ropy, którą można przy złożach kupić nawet 50 dolarów taniej niż europejski Brent. Jeśli ropa będzie tańsza, to i tańszy będzie gaz ziemny w Europie czy Japonii. To uderzy w państwa-eksporterów, dotychczas kumulujące bogactwo płynące z wysokich cen ropy. Bańkę spekulacyjną, wytworzoną na giełdach napływem dolara, umiejętnie podtrzymywał OPEC za pomocą podaży regulujący poziom cen. Jednak nadmiar gazu, obniżający gwałtownie jego ceny, może powtórzyć się także na rynku ropy i niebotyczne dochody mogą zostać odcięte. To zakończy wypłukiwanie kapitału z Zachodu i jego transfer do Rosji i producentów ropy, a ofiarą niskich cen będą przede wszystkim kraje arabskie, gdzie chaos spowoduje rozszerzanie się wpływów muzułmańskiego fundamentalizmu. Odczuje to także i Rosja, mimo że nie jest aż tak bardzo uzależniona od dochodów z ropy. Powrót tego upadłego niedawno mocarstwa do polityki globalnej będzie spowolniony, choć z pewnością nie zostanie zatrzymany.

To będzie miało skutki geopolityczne. Wzmacnianie się krajów spoza kręgu zachodniej cywilizacji, określanych jako autorytarne, następowało dzięki dochodom z surowców. Zmniejszenie wpływów w połączeniu z promocją demokracji i praw człowieka może doprowadzić rządy do upadku, wywołać rewolucje, spowodować chaos. Z tego zamieszania może wyłonić się coś bardziej przyjaznego dla zachodnich potęg, ich demokratycznych wartości i inwestycji biznesowych, jak to już się stało w Libii. Nowe arabskie wiosny mogą jak puzzle rozsypać dzisiejsze status quo, a koszty tego ponosić będzie Azja i Europa.

USA nie może się, jak widać,  odciąć od największych na świecie złóż taniej ropy. To one będą decydować o cenach na rynku, gdyż mają najniższe koszty wydobycia (od 1 do 3 dolarów), a rezerwy  mocy wydobywczych czynią je niezbędnymi w sytuacji kryzysowej, gdy z rynku wypada znaczący producent ropy (jak dzisiaj Iran). To Arabia Saudyjska, z wielkimi ilościami eksportowanego produktu, największymi zapasami mocy produkcyjnych będzie graczem stanowiącym o jego cenie i dostępności w sytuacji kryzysowej. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że do skoku na ten rejon od lat przygotowuje się dyplomacja chińska, która związałaby Middle East z największym już niedługo światowym konsumentem ropy ­, a już dzisiaj największym importerem, tak trwale, że światowy rynek mógłby być zagrożony.

Chiny – wielkie wyzwanie

Chiny są dzisiaj najpoważniejszym  wyzwaniem dla USA. Jest to jest ten „challenger”, który może zagrozić ich światowemu przywództwu. Strategiczna doktryna Waszyngtonu mówi o zapobieganiu powstaniu takich konkurentów, stąd mamy dzisiaj „Asian Pivot”, a amerykańska straż w Zatoce Perskiej ma kluczowe znaczenie. Kontrola przepływu ropy i gazu LNG przez Cieśninę Malacca, nad którą panują V Flota i Singapur, wzmacnia te argumenty. Chiny są bowiem coraz bardziej zależne od ropy z Zatoki Perskiej, a ich jedyny dostawca nie będący aliantem Białego Domu – Iran  – przytłoczony został największą w historii wojną gospodarczą czasów pokoju, czyli embargiem na sprzedaż swojej ropy. Te atuty mogą wystarczyć, by przekonać Chiny do zaakceptowania reguł gry dzisiejszego świata, stworzonych przez Amerykę po wojnie światowej.

Uzależnienie USA od ropy z Bliskiego Wschodu to już historia, dzisiaj to Chiny i Azja nie mogą rozwijać się bez tych dostaw. Do Azji Płd-Wsch.  płynie stąd 14,3 mln baryłek ropy dziennie, do Europy jedynie 2,5 mln, a do Ameryki zaledwie 1,9 mln. Daje to Ameryce dużą przewagę w grze o globalne przywództwo z rosnącym jak na drożdżach konkurentem. Postępująca  destabilizacja tego regionu, a szerzej także Afryki,  jest strategicznym wyzwaniem dla Chin. Dzisiejsza wojna naftowa z Iranem daje przedsmak gier na rzeczywiście dużą skalę.

Chińczycy mogą czuć się zagrożeni, gdyż znają historię i pamiętają, że Japonia w 1941 r. została odcięta decyzją prezydenta Roosevelta od ropy naftowej, co przyspieszyło wojnę i atak na Pearl Harbour, a w efekcie klęskę Kraju Kwitnącej Wiśni. Wysiłki dyplomacji chińskiej w krajach arabskich i Afryce, a także budowa chińskiego portu Gwadar w Pakistanie, kontrolującego wyjście z Zatoki (obok którego Irańczycy budują rafinerię), dowodzą, że Chiny zabezpieczają się przed takim scenariuszem. Są one wciąż oporne wobec oferty powierzenia dostaw surowców globalnemu amerykańskiemu rynkowi. Wiedzą, jak łatwo USA stosuje sankcje i jaki chaos może spowodować odcięcie dostaw ropy czy gazu. Dlatego rozwijają model dwustronnych stosunków, wyłączających udział światowego hegemona. Pekin zmierza do posiadania na świecie zasobów na wyłączność, które zapewnią mu dostawy także w czasie kryzysów.

Chiny są także odporni na zabiegi Departamentu Stanu, który chce otworzyć amerykańskim koncernom i ich sprawdzonej technologii dostęp do światowych zasobów gazu łupkowego. Jednak równie bogato obdarzone niekonwencjonalnymi zasobami, szczególnie w pokładach węgla, Chiny przyjęły własną drogę ich wydobycia. Nie pozwoliły na zdominowanie przez międzynarodowej koncerny naftowe. Gdyby na szeroką skalę wpuściły je do siebie, zapóźnienie technologiczne chińskich przedsiębiorstw byłoby nie do odrobienia. W zamian przyjęły strategię szybkiego uczenia się nowych technologii, utrzymując od wielu lat (zanim jeszcze wybuchła gorączka łupkowego złota) kontakty naukowe i ze swoją legendarną wręcz zdolnością do ich „naśladowania” – wypracowując własne.

Chiny zastosowały także metodę nabywania wiedzy przez zakupy spółek, takich jak Nexen w Kanadzie, czy udziałów w polach amerykańskich. To dało im dostęp do know-how, umożliwiło opanowanie i transfer technologii pozwalających na dorównanie amerykańskiej efektywności. W programie rozwojowym wydobycia niekonwencjonalnego gazu Chiny powierzyły to zadanie w ręce  „drobnej” przedsiębiorczości, która wg chińskich planistów lepiej sobie poradzi z wyzwaniami technologicznymi niż państwowe wielkie koncerny, których głównym zadaniem jest reprezentacja interesów Chin w świecie. Toteż w przetargach na koncesje wielcy gracze z Zachodu musieli się obejść smakiem, a wygrały nikomu nieznane chińskie firmy. To proste naśladownictwo amerykańskiego wzorca, gdzie właśnie niezależni poszukiwacze, zwani „wildcatters” (dzikie koty) opanowali przełomowe technologie.

Polska „prymusem” w globalnej klasie?

Ameryka od dziesięcioleci posiada ogromną przewagę technologiczną na polu energii i to nie tylko tej odnawialnej, ale także w klasycznej – w wydobyciu ropy, gazu, technologiach jądrowych a nawet geotermalnych. Utrzymanie tej przewagi jest ważnym zadaniem waszyngtońskiej dyplomacji, a łupkowa rewolucja dała jej doskonałe narzędzie do ręki. W tym celu Departament Stanu zorganizował „Global shale gas initiative” – światową koalicję państw gotowych do zaproszenia amerykańskiego kapitału, biznesu i technologii. USA odniesie zyski ze światowego  wykorzystania przełomowych technologii, a ich eksport do Europy pomoże osłabić gazowe wpływy Rosji. Poprawienie deficytu handlowego w wymianie handlowej z Unią też jest warte zachodu. Od państw, które chciały uczestniczyć w tej inicjatywie, Hillary Clinton oczekiwała kilku prostych działań: otwarcia dla amerykańskich firm dostępu do koncesji, stworzenia warunków prawnych do inwestycji (np. podatków, które nie obniżyłyby znacząco dochodowości, zagwarantowania transferu zysków i równego traktowania z konkurentami krajowymi) oraz wsparcia amerykańskich inwestycji w swojej dyplomacji.

Podobne ustalenia zawarł prezydent Obama podczas pobytu w Polsce w 2011 r. Nie musiał się zresztą zbytnio napracować, gdyż Polska jest liderem w reprezentowaniu zalet nowego gazu na arenie Unii Europejskiej, a u siebie tworzy bardzo przyjazne dla zagranicznych inwestorów warunki do prowadzenia działalności (w tym niskie podatki). Specjalny wysłannik Waszyngtonu ds. energetycznych na Eurazję, Richard Morningstar, nie mógł się nas nachwalić, nazywając nas nawet  „najlepszym uczniem w klasie”. A my lubimy jak nas chwalą, w polityce międzynarodowej wydaje się to być naszym jedynym celem. Pochwały nie zapobiegły jednak porzuceniu łupkowych koncesji na Lubelszczyźnie przez Exxon, który po zaledwie dwóch odwiertach poinformował ustami swojego rzecznika, że Polska nie rokuje nadziei na gaz z łupków. Tego samego dnia Rex Tillerson – szef tej największej światowej spółki – fotografował się z prezydentem Putinem podpisując mega-kontrakt z rosyjskim państwowym gigantem Rosnieft. Ciężkie i kosztowne są lekcje pragmatyzmu i elastyczności amerykańskiej polityki, w której nie ma przyjaciół, są jedynie interesy.

Amerykańska administracja stosuje w Polsce sprawdzoną już w latach 90. – w czasie gorączki inwestycyjnej nad Morzem Kaspijskim – metodę prezentowania bardzo optymistycznych szacunków co do istniejących zasobów, które potem okazują się wielokrotnie mniejsze. Gorączka oczekiwań i szalonych deklaracji z ust samego premiera i jego ministrów o eksporcie gazu z Polski (dzięki zbudowaniu, kosztującego miliardy dolarów, terminalu do upłynniania gazu) już się może zatarła w naszej pamięci, ale był to efekt niewiarygodnie optymistycznych szacunków, które amerykańskie władze ds. energii opublikowały po przebadaniu przez swoich konsultantów zaledwie kilku publikacji na temat polskich złóż. Późniejsze badania, robione już przez geologów, całkowicie zaprzeczyły danym zawartym w tamtym raporcie, jednak przez prawie 2 lata  był narzędziem nacisku na amerykańskie firmy, by koniecznie inwestowały w Polsce, gdyż nagroda może być wielka. Po sprawdzeniu, że szacunki były hurraoptymistyczne, powoli wycofują się one z Polski. Z zapowiedzi Premiera, że będziemy mieli emerytury z łupków, także pozostanie tylko ulotne wspomnienie.

Europa pod presją

Europa w dalszym ciągu próbuje dzisiaj korzystać z amerykańskiego parasola militarnego i ładu światowego, w którym sama gra drugoplanową rolę. W ramach tego porządku próbuje wbrew sprzeciwom USA zbudować sojusz z Rosją oparty na energetycznej bazie rosyjskich surowców i największych  w świecie zasobów gazu. Ten plan świetnie współgra z ubóstwem zasobów Europy i jej potrzebami energetycznymi. Jednak model globalnego rynku ustanowionego przez USA wyklucza takie sojusze, które mogłyby nadmiernie wzmocnić znaczących graczy na globalnej scenie politycznej (Europa z pewnością takim jest) i osłabić amerykańskie przywództwo. W związku z tym, że militarna presja na Europę słabnie (kolejne amerykańskie oddziały wojskowe są wycofywane, Brytyjczycy całkowicie wycofują swoje wojska z Niemiec), tym ważniejsza w budowaniu sojuszy będzie gra gospodarcza, szczególnie w strategicznych surowcach energetycznych. Nawet brak własnych wojsk na terenie Europy nie musi budzić obaw Ameryki, że zostanie ona zastąpiona przez Rosję jako sojusznik, bowiem związki Europy z Rosją są nieporównywalne do więzi i zależności wobec Ameryki, która dostarcza dobro publiczne – światowe bezpieczeństwo, którego Rosja, nawet gdyby chciała, zapewnić nie może.

Pozycja Ameryki wobec Europy nie musi być budowana bezpośrednio na własnych dostawach surowców. Wiele istotniejszy jest sojusz polityczny i militarny. Ten sojusz może być wzmocniony przez dostawy gazu, zmniejszające zależność od importu z krajów wrogich (Mitt Romney: „Russia –  our foe number one”). Takie działania są podejmowane i senator Lugar rozpoczął starania, by eksport amerykańskiego gazu wspierał sojuszników Ameryki w NATO, by państwa europejskie mogły bez utrudnień administracyjnych, bez konieczności otrzymywania pozwoleń, importować gaz. Jest to oczywiście  wbrew zasadom potocznie rozumianego „wolnego rynku”, jednak stanowi dobry przykład, jak reguły takiego rynku mogą być kształtowane przez dominujących aktorów. Warto zauważyć, że w ramach światowego ładu dbają oni przede wszystkim o zyski swoich firm.

Dostawy amerykańskiego gazu do Europy, szczególnie do krajów byłego obozu socjalistycznego, dałyby im możliwość twardszej gry przeciwko budowanemu sojuszowi Europy i Rosji bez narażania ich na represje ze strony wschodniego dostawcy w postaci wysokich kosztów gazu, jak to było w przypadku Polski. Na przeszkodzie stoi koszt transportu, który powoduje, że nie będzie to konkurencyjna oferta wobec syberyjskiego metanu. Tu jednak rachunek ekonomiczny może zostać pokonany przez strategiczne obawy o bezpieczeństwo energetyczne, tak pieczołowicie kultywowane w Polsce. Już przecież niedługo zaczniemy importować znacznie droższy gaz  z Kataru. Ścieżki są więc przetarte.

Jednak amerykańska łupkowa rewolucja już wywołała w Europie kłopoty, których nie zapowiadali heroldowie gazowego cudu z łupków. Zanim dotarł gaz, już mamy, i to w dużych ilościach, amerykański węgiel, którego niepomierne zasoby i produkcja zostały uwolnione z krajowego rynku i wyruszyły w świat. Europa, dbająca ponad wszystko o emisje CO2, zaczęła zużywać więcej węgla, a przestała kupować gaz (przy okazji osłabiając Gazprom). Tak więc niespodziewanym skutkiem łupkowej rewolucji może być cios w politykę Brukseli mającą ratować świat przed zmianami klimatu. Precyzyjniej mówiąc, może to być cios w budowane na tej podstawie strategie przemysłowe i eksportowe. Sytuacja zaczyna niebezpiecznie przypominać rok 1986, kiedy to Arabia Saudyjska zalała rynki ropą naftową, a jej cena spadła o połowę. Nastąpił wtedy pierwszy historyczny krach energii odnawialnej, która nie mogła wytrzymać konkurencji z tanią ropą. Dzisiaj wygląda na to, że węgiel (amerykański), gaz (amerykański) i ropa z łupków (też amerykańska) mogą zniweczyć strategię globalnego ratowania klimatu, która stała się specjalizacją eksportową Niemiec, Danii czy  Hiszpanii. Mimo że dla polityki klimatycznej jest to cios śmiertelny, to siła gospodarczych konieczności  jest, dla państw szanujących swoje interesy, nie do przezwyciężenia.

Bolesnym uderzeniem w konkurencyjność Europy jest przewaga amerykańskich rafinerii, które – posiadając tanią ropę (i gaz potrzebny do produkcji) – zaczęły eksportować do nas benzynę (do niedawna było odwrotnie – my eksportowaliśmy ją do USA). Powoduje to bardzo trudną sytuację europejskich rafinerii, które zaczynają bankrutować, a wiele z nich się zamyka. Jak widać, energia to pięta achillesowa naszego kontynentu i trudno jest konkurować z atlantyckim sojusznikiem nie mając własnych zasobów.

Jednak łupkowa rewolucja przychodzi też nam z nieoczekiwaną odsieczą, poprawiając pozycję Europy wobec Rosji, która już musiała ograniczyć swoje apetyty na dochody z gazu (nie wolno ich przeceniać, gdyż Rosja zarabia głównie na eksporcie ropy). Globalizacja rynków gazu zmniejsza zależność UE od Rosji, polepsza jej pozycję negocjacyjną, choć wcale nie powoduje, że Unia przyjmie nieprzyjazną postawę wobec wschodniego sąsiada, naśladując w tym Polskę. Do rozwoju Europy nie jest potrzebne wrogie mocarstwo przy wschodnich granicach, ale rozwój obszarów, gdzie europejski kapitał, technologie i przemysł znajdą nowe rynki. Dlatego model „surowce za technologie i wyroby przemysłowe” jest bardzo korzystny dla naszego kontynentu. Nie dziwmy się, że jest realizowany wbrew naszym protestom.

Rosja zagrożona?

Na koniec to, co tygrysy lubią najbardziej – świeżą krew, która ma szeroko broczyć z Rosji, gdy na światowe rynki wpłynie amerykański gaz. Nie liczyłbym jednak zbytnio na to.

Skutki gazowej rewolucji dla Rosji to problem wielce nagłośniony i znajdujący duży emocjonalny oddźwięk w Polsce. W amerykańskich think tankach (jak Baker Intitute, Brookings czy Heritage) wypracowano tezy o katastrofalnych skutkach dla Rosji i Gazpromu. Cieszą się one ogromną popularnością  w naszym kraju, co nie powinno dziwić – historyczne zaszłości, porażki prawie wszystkich naszych projektów dywersyfikacyjnych i klęski w rurociągowych starciach z Rosją sprzyjają takim nastrojom.

Jednak realne skutki nie będą aż tak wielkie. Oczywiście, zwiększona ilość gazu na rynku światowym, globalizującym się dzięki transportowi po oceanach skroplonego gazu LNG, już zmusiły Gazprom do obniżenia cen. Polska bardzo na tym skorzystała , uzyskując duże obniżki, choć wcześniej bardzo drogo płaciliśmy za swą politykę. Jednak czas obfitych europejskich żniw nie mógł trwać zbyt długo. Dzięki nim Gazprom przez dwa lata, pomimo spadku sprzedaży na kurczącym się rynku europejskim, osiągał najwyższe zyski korporacyjne na świecie, większe niż Exxon czy Apple. Poza tym odbudował swoje zasoby surowcowe, infrastrukturę przesyłową w Rosji, połączenia z Europą i infrastrukturę dla eksportu LNG. Niższe ceny nie dadzą mu już tak niebotycznych zysków jak dotychczas, jednak do położenia na łopatki rosyjskiego niedźwiedzia droga bardzo daleka, być może i stuletnia. Potęga zasobów Rosji (21,4 % światowego gazu, podczas gdy USA – jedynie 4,1%), bardzo niski koszt wydobycia z rosyjskich złóż, coraz szersze możliwości eksportu (oprócz nowych rurociągów do Europy, projekty nowych terminali LNG we współpracy z Zachodem i krajami Azji), negocjacje z Chinami (które z pewnością zakończą się kontraktem) – wszystko to nie wróży upadku rosyjskiego giganta. Rosjanie mają dość grubą i miękką poduszkę pozwalającą amortyzować mniejszą wydajność.

Może się okazać, że jest wręcz przeciwnie. Na jednorodnym globalnym konkurencyjny rynku, cena może być wyznacza przez koszt krańcowy najdroższej baryłki ropy czy złoża gazu. Wtedy Rosja znajdzie się w sytuacji arabskich państw OPEC, które osiągają niebotyczne zyski przy rozspekulowanych cenach i mikroskopijnych kosztach wydobycia ropy.

Nie dzielmy więc skóry na niedźwiedziu – amerykański gaz nie grozi niczym Rosjanom, którzy mogą jedynie odczuć skutki zapóźnienia technologicznego. Jednak to zapóźnienie odczuł cały naftowy świat i ruszył uczyć się do Ameryki. Rosjanie również. Po umocnieniu kontroli swoich strategicznych aktywów, prezydent Putin poddaje gigantów takich jak Gazprom czy Rosnieft naciskowi konkurencyjnemu przez otwarcie rynków. Z jednej strony uchyla dostęp do złóż dla wielkich koncernów Zachodu, z drugiej zmusza je do współpracy z rosyjskimi firmami (które przez ten czas stały się największymi firmami świata), a na dodatek wzmacnia konkurencję wewnątrz Rosji. Jest wielu chętnych do współpracy, byle tylko dostać się do przebogatych rosyjskich zasobów. Sojusze strategiczne z Exxonem czy British Petroleum  wspólne przedsięwzięcia w eksporcie gazu z państwami azjatyckimi i europejskimi, rozluźnienie rygorów rynku wewnętrznego czy eksportu gazu – to wszystko pokazuje, że po konsolidacji następuje liberalizacja. Ale tym razem na rosyjskich warunkach. Łupkowa rewolucja przyspieszyła i pogłębiła ten proces, ale z pewnością nie złamie on potęgi surowcowej Rosji, która najgorsze lata kryzysu ma już za sobą.

Ostrożnie z przepowiedniami

Kończąc, chciałbym ostrzec Czytelnika, że scenariusze przyszłego rozwoju wypadków są zawodne. Wystarczy sięgnąć do najpoważniejszych i najdroższych opracowań sprzed kilku zaledwie lat, by przekonać się, że nie były wiele warte. Są one jednak szeroko nagłaśniane i raczej wzmacniają polityczne interesy swoich autorów i ich sponsorów, niż przybliżają nam rzeczywiste problemy i wyzwania, przed jakimi stoi świat. A to właśnie chciał osiągnąć Autor – poszerzyć wiedzę Czytelników, by sami mogli ocenić, jakie interesy rozgrywają się za dymną zasłoną sensacyjnych prognoz. I tylko dla łatwości czytania ubrał to czasami w lekko sensacyjne scenariusze. Jednak jedno należy pamiętać: przyszłość jest nieprzewidywalna, choć możemy być lepiej lub gorzej do niej przygotowani. Właśnie przez wiedzę o mechanizmach działania i procesach, które się toczą w realnym świecie. Zawsze jednak trzeba mieć w pamięci słowa Margaret Thatcher: „unexpected happens

Andrzej Szczęśniak

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTradycyjny a współczesny paradygmat cywilizacyjno-polityczny w Europie Środkowo-Wschodniej
Następny artykułRaport o „Szekspirze” (rozdział IV): Autoportret Szekspira zawarty w jego dziełach
Ekspert rynku ropy naftowej i paliw, gazu ziemnego i energii oraz bezpieczeństwa energetycznego. Lat 55. Prowadzi ekspercki portal branżowy NaftaGaz.pl (www.NaftaGaz.pl) poświęcony sprawom sektora oil&gas oraz bezpieczeństwa energetycznego oraz blog www.szczesniak.pl "Paliwa, Energia, Polityka". Od 1991 roku w sektorze naftowym, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych w latach 1995 – 2001. Jako prezes zarządu Konsorcjum Gdańskiego SA 1999 – 2002 brał udział w prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. W latach 2002 - 2006 w Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. 2006 - 2007 r. prezes zarządu Lotos Partner w Grupie Lotos S.A. Obecnie analityk sektora naftowego i gazowego i wydawca serwisów branżowych. Często komentujący bieżące wydarzenia w mediach.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ