Ukraina: w pogoni za dwiema srokami

0

Dostęp do europejskiego rynku wewnętrznego czy zniżki na rosyjski gaz? Unia Europejska czy Unia Celna Białorusi, Kazachstanu i Rosji? Stojąc przed wyborem, w którym jedna opcja wyklucza drugą, Ukraina, aby nie rozmieniać się na drobne, postanowiła z zachodnią pragmatycznością i słowiańskim „a nuż się uda” upiec dwie pieczenie na jednym ogniu.

Niedawno we Lwowie doszło do skandalu z powodu… plakatów, których treść miałaby jakoby zagrażać suwerenności państwa. Chodzi o 30 billboardów z napisem: „Unia Celna – razem do sukcesu i dobrobytu”, ustawionych z inicjatywy ruchu społecznego „Ukraiński wybór”.  11 marca Lwowska Rada Obwodowa nakazała usunięcie tych agitacyjnych plakatów uznając ich treść za antypaństwową. Emocje wokół Unii Celnej, które ogarnęły całe miasto, to tylko odbicie podwójnej polityki, lub – według oficjalnej wersji – polityki „wielowektorowości”, prowadzonej od czasów prezydentury Leonida Kuczmy i uznanej na Ukrainie za główną doktrynę jej polityki zagranicznej.

Wielowektorowość = szantaż

Wielowektorowość prezydenta Kuczmy polegała przede wszystkim na balansowaniu pomiędzy Wschodem (Rosja) i Zachodem (USA, UE). Kijów prosił o wstąpienie do NATO a równocześnie uczestniczył we wszelkich możliwych euroazjatyckich projektach Moskwy.  Z jednej strony w 1994 roku Ukraina okazała się pierwszym państwem byłego Związku Radzieckiego, które wzięło udział w wojskowym projekcie współpracy z NATO „Partnerstwo dla Pokoju”. W 1998 roku prezydent Kuczma swoim dekretem zatwierdził Strategię Integracji z Unią Europejską, w którym umocnienie Ukrainy w charakterze „wpływowego europejskiego mocarstwa” określono jako główny interes narodowy. Jednakże z drugiej strony dążenie Kijowa do znalezienia się w polityczno-wojskowej przestrzeni Zachodu od samego początku pozostawało w sprzeczności z istotną potrzebą zachowania partnerskich stosunków z Moskwą, przede wszystkim w sferze ekonomicznej. Na „szczególne” stosunki z Rosją Kuczma godził się przede wszystkim w zamian za niskie ceny surowców energetycznych oraz współpracę w ramach kompleksu przemysłowo-wojskowego.

Spadkobiercą polityki wielowektorowości, mimo prób ostatecznego zwrócenia kraju ku Zachodowi, stał się nowo wybrany prezydent Wiktor Juszczenko. W 2005 roku, na początku sprawowania urzędu, wymienił on wejście Ukrainy w charakterze pełnoprawnego członka do Unii Europejskiej jako główny cel strategiczny. W roku 2006 prezydent utworzył Międzyresortową Komisję mającą za zadanie przygotować państwo do członkostwa w NATO, powołał też Narodowe Centrum zajmujące się integracją euroatlantycką. Jednakże brutalna rzeczywistość pokazała, że bez Rosji i ulg ekonomicznych wynikających z jej przychylności, Ukraina skazana będzie na marną egzystencję. Juszczenko nie zdołał wyplątać kraju z polityki wielowektorowości – Ukraina wciąż musiała lawirować między dwoma centrami.

Wreszcie ową „wielowektorowość” całkiem sprytnie zademonstrował niedawno obecny prezydent Ukrainy, Wiktor Janukowycz. 25 lutego, podczas spotkania na szczycie „Ukraina-UE”, porozumiał się z przywódcami europejskimi w sprawie podpisania w listopadzie umowy stowarzyszeniowej, obiecując bezwarunkowo przeprowadzić w kraju, zalecane przez Brukselę, reformy sądowe oraz dotyczące prawa wyborczego. Krok ten miał rozwiać wszelkie wątpliwości co do szczególnego przywiązania Ukrainy do partnerów europejskich. Jednak zaledwie tydzień później pan Janukowycz siedział naprzeciwko prezydenta Putina w Moskwie omawiając możliwość wejścia do Unii Celnej, starając się przy okazji załatwić – wbrew życzeniom europejskich partnerów, którzy nie chcą w ten sposób tracić Ukrainy na rzecz Rosji – zniżki na rosyjski gaz.

Tymczasem Moskwa też nie ma powodów do radości. Podnosząc w trakcie spotkania z Putinem szereg niezmiennych od dwudziestu lat kwestii: perspektywy umów gazowych, budowy wielkich rurociągów, zniesienia ograniczeń dotyczących importu ukraińskich towarów, Janukowicz wywołał u społeczeństwa poczucie dejavu. Jedynym efektem rozmów było ustalenie terminów kolejnych spotkań: „Konsultacje będą kontynuowane” – oświadczył przedstawiciel prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow.

Oczywiście było to i tak więcej, niż udało się osiągnąć poprzednim razem. W grudniu ubiegłego roku w ostatniej chwili odwołano wizytę Janukowicza w Moskwie. Podczas tej wizyty obydwa kraje miały omówić funkcjonowanie strefy wolnego handlu i wstąpienie Ukrainy do Unii Celnej. Media obwiniły wtedy o to przewodniczącego Komisji Europejskiej, Jose Manuela Barroso, który w przeddzień planowanej wizyty ukraińskiego prezydenta w Moskwie omawiał z nim telefonicznie szczegóły dotyczące nadchodzącego szczytu  „Ukraina-UE”. Bruksela zapewniła wtedy ukraińską stronę, że znajdzie sposób na osiągnięcie porozumienia z Ukrainą, jeśli ta odmówi wstąpienia do Unii Celnej z Rosją.

W ten sposób Kijów po raz kolejny udowodnił, że nie jest w stanie rozstrzygnąć jakiejkolwiek kwestii w stosunkach dwustronnych z Moskwą. Dziś Ukraina, lawirując między Rosją a Europą, próbuje siedzieć jednocześnie na dwóch stołkach, choć wydaje się, że odpowiedzialna za to jest nie tyle chęć knucia intryg przez władze Ukrainy, ile historia i losy narodu ukraińskiego.

Moda na niechęć do Moskwy

Głównym problemem wydaje się historyczne rozdarcie narodu ukraińskiego między Wschodem a Zachodem. Świetnie prosperująca do XVII wieku w ramach Rzeczpospolitej, Ukraina prosi o rosyjską protekcję w związku z antypolskim powstaniem pod przywództwem Bogdana Chmielnickiego w 1648 roku przeciwko ogłoszeniu unii między Kijowską prawosławną cerkwią metropolitalną a Kościołem Rzymsko-katolickim. Naturalnie nie wszystkim na Ukrainie taka sytuacja odpowiadała i doszło wówczas do religijnego rozłamu na Ukrainę Zachodnią i Wschodnią. Ponad 300 lat przebywania w granicach Rosji, a następnie ZSRR, nie zlikwidowało do dziś tego podziału.

Konflikty wewnętrzne na Ukrainie nasiliły się szczególnie po nieoczekiwanym rozpadzie ZSRR i podpisaniu w 1991 roku Układu Białowieskiego, w rezultacie którego Ukraina uzyskała suwerenność. Od tego czasu Kijów, niezależny od Moskwy, potrzebował również psychologicznej odrębności narodowej. Najlepszym sposobem na pokazanie jej światu wydawała się otwarta demonstracja niechęci do Moskwy i wspólnej przeszłości historycznej obu państw.

Nawiasem mówiąc, fakt ten był typowy nie tylko dla Ukrainy, lecz również dla innych krajów byłego Bloku Wschodniego. Zdaniem Sergieja Michiejewa, dyrektora Centrum Koniunktury Politycznej Federacji Rosyjskiej, odcinanie się w latach 90. od Moskwy było czymś w rodzaju manifestacji wejścia do cywilizowanej Europy. Ukraina zaczęła prowadzić oficjalną kampanię propagandową, podkreślającą odmienność swej historii i kultury od historii i kultury rosyjskiej. Ówczesny prezydent Ukrainy, Leonid Kuczma, napisał książkę pt: „Ukraina – nie Rosja”. Spór dotyczył nawet pochodzenia autora „Martwych dusz” – Mikołaja Gogola.

Opisywane tu procesy swoje apogeum osiągnęły po utworzeniu w Kijowie Instytutu Pamięci Narodowej. Jego zadaniem było, między innymi, rozpowszechnić i uzasadnić pogląd, że głód na Ukrainie z lat trzydziestych XX w. był aktem ludobójstwa dokonanym na ludności ukraińskiej. Według dyrektora Centrum Ukrainistyki i Białorutenistyki Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, Michaiła Dmitrijewa, dzisiejsze badania pokazują, że potworna konfiskata zboża, która doprowadziła do głodu, ogarnęła wszystkie regiony ZSRR produkujące zboże. Ukraina była jedynie najbardziej dotkniętym obszarem. Jednakże w 2006 roku ówczesny prezydent państwa, Wiktor Juszczenko, wniósł do parlamentu projekt ustawy przewidującej karę 15 lat więzienia dla osób, które negują fakt ludobójstwa. I właśnie to wydarzenie, według opinii uczonego, oddzieliło w pamięci historycznej losy Ukraińców w XX wieku od losów Rosjan.

Unia Europejska: w poszukiwaniu wzajemności

Wiążąc tym sposobem ciemne karty swej historii z Moskwą, Kijów dostrzegł ratunek dla siebie w Europie. To właśnie ona, zdaniem władz ukraińskich, miałaby rozwiązać za niego wszystkie problemy, nie wyłączając trudności ekonomicznych. Wstąpienie do UE i strefa wolnego handlu stały się dla Ukrainy swoistą idee fixe i Kijów zaczął zabiegać o przychylność ze strony Brukseli. Według zamysłu władz ukraińskich stworzenie strefy wolnego handlu między Ukrainą a UE  ściągnęłoby do kraju inwestorów zagranicznych. Według danych Ukraińskiego Urzędu Statystycznego łączna wartość inwestycji w ciągu 21 lat niepodległości wyniosła 54,4 mld dolarów, z czego około 43 miliardów pochodziło z państw UE (inwestycje rosyjskie w tym okresie sięgały raptem 3,7 miliarda USD).

Wejście Ukrainy do UE polepszyłoby również sytuację krajowego biznesu. Ukraińscy wytwórcy dążyliby do tego, by ich produkty odpowiadały standardom europejskim, a to oznaczałoby, że wzrosłaby nie tylko jakość produkcji i usług, ale również wydajność pracy. W ten sposób rynek ukraiński stałby się bardziej konkurencyjny. Oprócz tego Kijów otworzyłby dla siebie wielomilionowy rynek Unii Europejskiej, co byłoby szczególnie korzystne dla ukraińskiego rolnictwa i przemysłu. W dodatku, znaczącym ułatwieniem dla ukraińskiej gospodarki byłoby zniesienie przez UE cła na ukraińskie towary. I wreszcie, wstąpienie do UE zapewniłoby Ukrainie korzyści w postaci europejskich gwarancji prawnych oraz włączenia jej do strefy Schengen.

Aby zyskać przychylność Brukseli, Wiktor Juszczenko zaproponował dość romantyczną formę współpracy, powiedziawszy pewnego razu, że: „Ukraina znajduje się w samym sercu Europy, a Europa nie może żyć bez swojego serca”. Wielu rodaków uwierzyło w słowa swego prezydenta. Dzisiaj ponad połowa (52%) Ukraińców popiera pomysł przystąpienia do UE, choć, prawdę mówiąc, poparcie społeczeństwa jest dość nierównomierne. W zachodniej części kraju projekt integracyjny z UE popiera 65%, w centrum – 50%, natomiast na północy i na wschodzie Ukrainy większą popularnością cieszy się idea zbliżenia z Rosją i wejście do Unii Celnej – odpowiednio 50% i 48%.

Odpowiedź Brukseli

Z jednej strony Europie imponuje dziś oddalanie się Ukrainy od Rosji w zakresie dążenia do energetycznej niezależności od dostawców zagranicznych. Według danych zamieszczonych na serwisie informacyjnym Unii Europejskiej EurActiv, stopień zależności Unii od zagranicznych źródeł energii wzrośnie z 50% (2000r.) do 70% (2030r.).

Do refleksji na temat zaistniałej sytuacji zmusił Brukselę, mający miejsce w styczniu 2006, i wyrażający się w niepokojących liczbach, skandal energetyczny między Ukrainą i Rosją. Między Moskwą a Kijowem wybuchł wówczas konflikt o cenę gazu. Zgodnie z polityką polegającą na wprowadzeniu dla postradzieckich państw taryf na gaz ziemny na poziomie odpowiadającym rynkowi europejskiemu, „Gazprom” zamierzał w 2005 r. podnieść ceny na nośniki energii również na Ukrainie. Jednakże przez pół roku Kijów odmawiał przyjęcia warunków proponowanych przez Gazprom. Ostatecznie strony nie podpisały kontraktów na rok 2006, w wyniku czego począwszy od 1.01.2006 r. Gazprom wstrzymał dostawy na rynek ukraiński. Jednak biorąc pod uwagę, że przez Ukrainę przechodzi również tranzyt gazu do Europy, Kijów – jak twierdzi Moskwa – zaczął realizować niesankcjonowany pobór gazu,  przeznaczonego  dla zachodnich sąsiadów. Spowodowało to deficyty w Polsce, we Włoszech i na Węgrzech.  Co ciekawe, gromy spadły wówczas wyłącznie na Moskwę – Europa nazwała Rosję niepewnym dostawcą.

W tej sytuacji i w świetle rozwijającego się rynku gazu, nie może dziwić fakt, że poszukiwanie niezależności energetycznej stało się jednym ze strategicznych kierunków polityki Unii Europejskiej. W tym kontekście zbliżenie Ukrainy z Brukselą, a co za tym idzie jej oddalanie się od Moskwy, całkowicie odpowiada interesom Europy. Poza tym sama Ukraina mogłaby być dla Unii Europejskiej interesująca pod względem jej ekonomicznych interesów. Chodzi głównie o to, że Kijów mógłby stać się znakomitym dostawcą taniej produkcji rolnej. Ukraina zajmuje bowiem pierwsze miejsce w Europie pod względem powierzchni, jej terytorium pokrywa jedna czwarta wszystkich czarnoziemów na świecie. Kraj jest jednym z głównych eksporterów jęczmienia, pszenicy, oleju słonecznikowego, kukurydzy. Tylko w sezonie 2012/2013 wyeksportuje 22 mln ton zbóż.

Ukraińcy mogliby stać się wykwalifikowaną i tanią siłą roboczą, na jaką jest w dzisiejszej Europie rosnące zapotrzebowanie. Ludność Ukrainy liczy 45 mln osób, wg danych Banku Światowego już ponad 14% jej obywateli zdolnych do pracy pracuje dziś poza granicami kraju, w tym także w Europie. Przy czym otrzymują oni wynagrodzenie 3-4 razy niższe niż obywatele państw, w których przebywają. Na razie jednak Bruksela nie może zająć się problemami Ukraińców na obczyźnie. Mimo wielu plusów, jakie przynosi integracja Ukrainy ze strukturami europejskimi, ważniejsze są inne zagadnienia. Dla Unii Europejskiej, z uwagi na głęboki kryzys ekonomiczny, niekorzystne jest rozszerzanie.

Obecnie coraz większym wyzwaniem jest zachowania obecnego składu Unii Europejskiej. Chodzi tu głównie o znalezienie sposobów pomocy państwom, które zbankrutowały: Hiszpanii, Grecji oraz Portugalii. W równym stopniu Brukselę zajmuje dziś sprawa Cypru, którego parlament odmówił zastosowania zaproponowanemu przez UE rozwiązania antykryzysowego tj. opodatkowania depozytów w cypryjskich bankach państwowych celem uzyskania pomocy w wysokości 10 miliardów euro. Brukselę zajmują wysiłki związane z przekonywaniem zbuntowanego Londynu do pozostania w UE, a ten w dodatku albo nie zgadza się na wspólny budżet, albo znów grozi jednostronnym zniesieniem embarga na dostarczanie broni do Syrii. Irytację wywołują też w Brukseli Węgry, ponieważ wprowadzają własne rozwiązania ustrojowe i ekonomiczne, nie oglądając się na wytyczne płynące z centrali.

Gazowa księżniczka

W świetle nasilania się w Europie sił odśrodkowych, Brukseli potrzebny był solidny pretekst umożliwiający zahamowanie procesu przyjmowania Kijowa do UE, przy jednoczesnym utrzymaniu go w swojej strefie swoich wpływów. Takim pretekstem stało się „polityczne” aresztowanie lidera opozycji Julii Tymoszenko. Pieczorski sąd w Kijowie aresztował w sierpniu 2011 roku byłą premier Ukrainy. Prokuratura generalna oskarżyła Julię Tymoszenko o nadużycie władzy przy podpisywaniu kontraktu na dostawy gazu zawartego między „Gazpromem” a „Naftgazem Ukrainy” w 2009 roku. Sąd orzekł, że Tymoszenko, będąc premierem kraju, bez zgody rządu podpisała z Moskwą umowy niekorzystne dla Ukrainy tylko po to, by polepszyć swój wizerunek przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi w 2010 roku. W wyniku postępowania karnego Tymoszenko skazano na 7 lat pobytu w zakładzie karnym, otrzymała też trzyletni zakaz zajmowania stanowisk państwowych. Oprócz tego sąd zobowiązał byłą premier do wniesienia odszkodowania w wysokości 190 mln USD.

W styczniu 2013 roku prokuratura generalna przedstawiła Tymoszenko jeszcze inne zarzuty. Tym razem oskarżono ją o organizację w 1966 roku zabójstwa biznesmena, deputowanego do Rady Najwyższej – Jewgienija Szczerbania.  Nie przesądzając, czy oskarżenia dotyczące Julii Tymoszenko są słuszne, czy też nie, jedno można powiedzieć na pewno – UE znalazła pretekst, którego szukała, aby przywiązać Ukrainę do ganka, lecz do domu jej nie wpuścić. Oczywiście, aby nie martwić Kijowa i zapobiec jego zwrotowi w kierunku Rosji, obiecano Ukrainie strefę wolnego handlu i uproszczenie prawa wizowego, ale pod warunkiem przeprowadzenia przez władze gruntownych reform wewnętrznych, mających zapewnić rozkwit wartości demokratycznych na jej terytorium. Ukraina uzależniła się w ten sposób od protekcjonalizmu Brukseli i jej decyzji, czy przymknie w przyszłości oko na losy byłej premier, czy nie.

W ten sposób Ukraina znalazła się w dosyć delikatnej sytuacji. Aresztowanie Tymoszenko nie jest dla Kijowa jedynie potwierdzeniem swojej suwerenności – „w swoim państwie mogę robić, co mi się żywnie podoba” – była premier to również zakładniczka Ukrainy w jej relacjach z Rosją. Dopóki „piękna Julia” siedzi za kratkami za „naruszenie prawa przy podpisywaniu umów gazowych”, Kijów ma podstawy szantażować Moskwę w poszukiwaniu dla siebie korzyści i żądać rewizji wszystkich „kryminalnych” umów zawartych przez byłą premier.

Nośniki energii w zamian za majestat

Podobny szantaż jest dziś możliwy po pierwsze dlatego, że wybór Ukrainy odgrywa niezwykle ważną rolę w realizacji przez Rosję korzystnej dla siebie geopolitycznej wizji.  Nie chodzi tutaj, jak twierdzi wielu „ekspertów”, o zaborcze przyzwyczajenia Moskwy i jej nadzieje na odrodzenie się Związku Radzieckiego. Są to tylko odgłosy nieustępujących na Zachodzie fobii. W rzeczywistości w Rosji została dziś po ZSRR jedynie zwyczajna ludzka nostalgia. W rzeczywistości do odtworzenia ZSRR brakuje sił i możliwości. W dodatku, biorąc pod uwagę aktualne realia ekonomiczne, na przeciwstawianiu się reszcie świata, co było możliwe jeszcze 20 lat temu, daleko się nie zajedzie. Moskwa wie o tym doskonale.

Jednak w obliczu okoliczności zewnętrznych – kiedy z jednej strony tradycyjni partnerzy kierują swój wzrok ku Europie, a z drugiej do granic podchodzą ludne Chiny oraz siły NATO – Rosja dąży do zbudowania wygodnej przeciwwagi. Dla Moskwy mogłoby nią być utworzenie na terytorium postradzieckim Unii Euroazjatyckiej na bazie Unii Celnej. Jak wiadomo, najsilniejsze więzy to więzy gospodarcze, dlatego przyłączenie Ukrainy, z jej zróżnicowaną gospodarką i rozległym rynkiem, pozwoliłoby odbudować stracone w następstwie rozpadu ZSRR powiązania gospodarcze, zaś Unia Celna mogłaby stać się euroazjatycką potęgą gospodarczą, zdolną konkurować z innymi rosnącymi w siłę organizacjami regionalnymi na świecie.

Szczególne zainteresowanie Ukrainą ze strony Moskwy tłumaczy się tym, że – oprócz Białorusi i Kazachstanu – na terytorium postradzieckim nie ma już innych państw, które nadają się do integracji w ramach jednej struktury gwarantując wszystkim jej członkom rozwój. Przyłączenie do Unii Celnej pretendujących do niej Kirgistanu i Tadżykistanu jedynie, jak na razie, jedynie spowalniałoby ten proces z powodu niestabilnej sytuacji ekonomicznej tych państw.

Wymuszone przymierze z Rosją

Niezależnie od tego, z jakiego punktu widzenia spojrzymy na obecną sytuację Ukrainy, to jest oczywiste, że Kijów nie może sobie pozwolić na to, aby ostatecznie odwrócić się od Rosji i jej gazu w kierunku Europy. Potrzebuje bowiem od Moskwy preferencji ekonomicznych i obniżki cen na energię. Niezbędne jest również utrzymanie ważnych dochodów pozyskiwanych z rosyjskiego rurociągu, którym przez jej terytorium płynie gaz do Europy. Kwestia ta stała się szczególnie aktualna w związku z budową przez Rosję gazociągów omijających jak np. „Południowy Strumień”. Wyjściem z tej skomplikowanej sytuacji byłoby przyłączenie się Ukrainy do Unii Celnej, dzięki czemu zniknęłyby cła eksportowe na zasoby energetyczne. Ukraina uzyskałaby też od Rosji obniżkę cen gazu. Według ocen specjalistów Kijów mógłby zyskać na tej transakcji do 9 miliardów rocznie.

Jednakże takie rozwiązanie nie leży w interesie Unii Europejskiej: strefa swobodnego handlu między Ukrainą a członkami Unii Celnej stoi w sprzeczności z działaniem analogicznej strefy z krajami członkowskimi UE. Faktem jest bowiem, że kraje Unii Celnej mają ujednolicone taryfy celne na handel z państwami trzecimi. Ukraina, wstępując do Unii Celnej, straci niezależność gospodarczą i nie będzie mogła samodzielnie regulować taryf celnych oraz prowadzić polityki odpowiadającej oczekiwaniom UE.

Stojącej przed takim wyborem Ukrainie nie pozostaje nic innego jak lawirować i szukać takiej formy współpracy z Unią Celną, która nie pozbawiłaby jej możliwości wstąpienia do strefy swobodnego handlu z UE. Wiktor Janukowicz widzi rozwiązanie problemu w „formacie 3+1”, który zakłada, że Kijów wstąpi do Unii Celnej na szczególnych warunkach. Obejmują one, przede wszystkim, zwiększenie obrotów handlowych z Rosją, Białorusią i Kazachstanem, uproszczenie przewozu towarów i przemieszczania się pracowników. Do niedawna Moskwie podobny schemat nie odpowiadał. Jednak podczas niedawnego spotkania Janukowicza z Putinem, prezydent Rosji przyznał, iż według ocen ekspertów PKB Ukrainy wyniesie od 1,5 do 6,5 % „w zależności od stopnia integracji” z Unią Celną. Słowa te można interpretować jako złagodzenie stanowiska Moskwy wobec kwestii wstąpienia Ukrainy do Unii Celnej. Wypowiedź tą można również traktować jako sukces szantażu ze strony Kijowa, ale też jako argument uderzający w ekonomiczną zasadność dialogu Kijowa z Brukselą.

Wydaje się, że Ukraina w swym dążeniu do zaprezentowania się jako „cywilizowany” Zachód zupełnie zapomniała o starym przysłowiu: „Kto dwie sroki za ogon chwyta, żadnej nie złapie”.

Maria Gorkowskaja

Ikona wpisu – obraz Archipa Iwanowicza Kuindżi (1841-1910) pt. „Dniepr rankiem” (1881), przekład z j. rosyjskiego – m.p.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułRaport o „Szekspirze” (rozdział IV): Autoportret Szekspira zawarty w jego dziełach
Następny artykułO polityce i rzeczach pokrewnych (część 2)
Maria Gorkowskaja (Мария Горковская) - dziennikarka- freelancerka, publikuje w rosyjskich i zachodnich mediach. Wcześniej korespondentka działu międzynarodowego dziennika „Izwiestia”. Z wykształcenia prawnik, absolwentka Université Panthéon-Assas w zakresie prawa międzynarodowego, zajmuje się współczesną polityką zagraniczną Federacji Rosyjskiej, zwłaszcza wobec Europy oraz krajów byłego Związku Radzieckiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ