O polityce i rzeczach pokrewnych (część 2)

0
Filipika o zgubie płynącej z rządów sprawowanych przez konstruktywistów

„Powiem więcej: mam pewność, że w dniu, w którym zniknie ostatni niepiśmienny, będziemy mogli przywdziać żałobę po człowieku.”

Emil Cioran

Co naprawdę dzisiaj oznaczają przytoczone w motto słowa? O czym mogą świadczyć w dobie ogólnie nienajgorszego samopoczucia udzielającego się współczesnym powagom – i to pomimo oczywistych klęsk i niedomagań ostatniego wieku? Owe pytania nabierają dodatkowego kolorytu i zyskują na intensywności, gdy padają w kontekście dylematów przebiegających na osi: trwanie a zmiana. Przyjrzyjmy się tym zagadnieniom z pewnej bliskości, lecz zachowując zarazem stosowny doń dystans, by ujrzeć rzeczywisty obraz w prawidłowym oświetleniu.

W odwiecznym kołowrocie życia ludzi zawsze targała niepewność: czy należy bytować w zastałych ostojach – czy podejmować ryzyko wędrowania w nieznane? Zmieniały się mody i zwyczaje, jednak pomimo różnych scenerii, w umysłach kołatało podejrzenie, że wszystkie rewolucyjne przeobrażenia są tylko zwodniczym pozorem, zaś za fasadą kryje się niezmienna prawda o człowieku.

W gąszczu utkanym z pnączy życia i pokrętnych korzeni bytu owa stała prawda przedstawia się następująco: człowiek popychany ciekawością, a także różnymi utopijnymi pożądaniami podejmuje wciąż próby poznania oraz rozszerzenia własnego panowania. Dawniej były to ryzykowne wędrówki poza matecznik w puszczy albo wodopój na pustyni; później wyprawy odkrywające egzotyczne lądy, obecnie bliższe okolice kosmosu. Człowiek coraz bardziej wścibia swój nos w tajniki życia i śmierci.

Co jednak dzieje się w jego umyśle? Wszystkie motywy można sprowadzić do dwóch głównych: albo rozwiązuje konkretne wycinkowe problemy, albo działa w przekonaniu, że spełnia wcześniejsze myślowe konstrukcje. W pierwszym przypadku  wędruje poza obręb plemiennych terenów, bądź obfitszych krynic. Zdobywa zamorskie krainy, by nasycić się złotem, żyzną glebą, licznymi rzeszami niewolników. Buduje drogi, gdyż usprawni to przemieszczanie towarów. Wysyła satelity dla polepszania łączności. Konstruktywiści natomiast działają w oparciu o zgoła odmienne motywy. Dominują aprioryczne założenia, mędrkowanie oderwane od realiów, spekulacja aspirująca do roli zastrzeżonej wyłącznie dla bóstwa.

Ludy i narody poddane wpływom konstruktywistów wierzą w rzeki mlekiem i miodem płynące, oazy soczystej zieleni i ożywczego cienia. Królestwa bez pracy i obowiązków, charakteryzujące się lekkością bytu. Dla spełnienia tych celów fundowano imperia, proklamowano republiki, budowano miasta, ogłaszano tysiącletnie ery albo wieszczono koniec historii. Uprawiano rewolucyjny mesjanizm. I wszystko to szło na nic: pozostawały cmentarzyska milionów ofiar tych umysłowych dewiacji. Raj przybierał realne kształty piekła na ziemi. Oto cena grzechu pychy!

Teraz, wśród współczesnych cudów techniki, w gąszczu światłowodów i piętrowych autostrad czai się nowożytna Bestia. Laboratoryjny produkt filozofów-konstruktywistów. „Wszechstronnie wykształcony” automat. Dlatego tak cenne jest przesłanie wypowiedziane na początku.

Optymaci i popularzy

Ci  są źródłem bez wody i obłokami wiatrem pędzonymi, których czeka mrok ciemności” – zauważa św. Piotr w drugim liście do wiernych. Te słowa odnosi do ludzi próżnych, zepsutych i tchórzliwych. Owe spostrzeżenia, przenosząc je na grunt historii oraz polityki, mogę śmiało zadedykować – ku przestrodze – głosicielom postępu, naiwnej wiary w mechanicystyczne prawa; tym także, którzy beztrosko tworzą puste pojęcia i utopijne nadzieje na życie wolne od cierpień i trwóg. Tym  – wreszcie – tak chętnie nazywających naszą cywilizację judeo-chrześcijańską, gdy zwać ją na-leży łacińską. U jej podstaw leżą bowiem, jako kamienie węgielne: indywidualna własność, rozdzielenie prawa publicznego od prywatnego, rodzina. Wzbogacono to katolicką etyką oraz kulturą przechowaną oraz udoskonaloną na dworach rzymskich papieży i ich kontynentalnych wasali. Ów wielce szlachetny stop wzmocniono ewangeliczną zasadą: co boskie – Bogu, zaś cesarskie – cesarzowi.

Krąg łaciński i rzymskochrześcijański pięknie wzrastał przez wieki, przynosząc: rządy Romy, Krzyżowców w Jerozolimie, Brytyjczyków nad Gangesem, Francuzów w Algierze, a Rosjan nad Amurem, pełną kolonizację Ameryk. Ów cywilizacyjny związek narodów i państw pozostawał w stałej, śmiertelnej konfrontacji z przeciwnikiem zewnętrznym oraz wewnętrznym. Zmagania odśrodkowe przejawiają się, w nadal nie rozstrzygniętych sporach optymatów z popularami. Jest to batalia o podstawy i źródła, dlatego musi toczyć się na ostateczne argumenty, czyli na śmierć i życie! Współcześnie popularzy zwą się socjalistami lub subtelniej – demokratami. W przeszłości podziały były czytelniejsze. Za czasów stoików Cycerona i Katona oraz ich przyjaciół, popularzy buntujący rzymski lud gotowali się do kolejnych podstępnych spisków i bitew. Na czele owego ruchu stawali najczęściej zdeprawowani synowie wyższej arystokracji. Miernoty pozbawione niezbędnych talentów i pieniędzy. Bunty Mariusza i Katyliny kończą się sromotną porażką optymatów i rządami ludowego idola – Juliusza Cezara.

Wodzowie plebsu, wykorzystując skutki agitacji pośród zdemobilizowanego żołdactwa, rzucając obietnice podatkowych ulg, oddłużenia i taniej żywności, zyskiwali łatwy poklask. Ich kolejnym marszom na Rzym towarzyszyły nadzieje na obfity łup i uciechy. Dopiero Juliusz Cezar dopuszczony do wysokich urzędów, wykorzystał oczywiste błędy i niekonsekwencje optymatów, zdobywając pozycję faktycznego dyktatora. Optymaci położyli głowy ginąc w nierównych wojnach lub ścigani przez nasłanych oprawców. Czyn Brutusa nie zdał się na nic. Zwyciężyło ludowe cesarstwo, z władcą-właścicielem na czele, mecenasem bezrobotnych tłumów, żywionych produktami podbitych prowincji. Stare cnoty mężności, waleczności oraz poświęcenia opuściły to próżniacze miasto, siedlisko podstępu, szaleństw, wschodnich dziwności. Przewagę zyskiwały pierwiastki obce łacińskiemu światu. Kolejni władcy bardziej przypominają perskich, bądź asyryjskich satrapów, niż dawnych republikańskich urzędników czy monarchów. Stolica przeobraża się w garnizon, bastion urzędników obsługujących władzę. Państwo ze zniszczoną rodziną, jako instytucją, traci konieczne moce, by ostatecznie ulec północnym barbarzyńcom. Tylko chrześcijaństwo, działające w ogólnym poczuciu zbliżającego się końca imperium, asymilowało starożytne wartości, przechowując je w czasie i przestrzeni. Ale i ono trawione bywa rozruchami i powstaniami dziedzicznych przywódców stronnictwa popularów.

Szczególnie pouczająca jest sprawa dominikańskiego mnicha, Savonaroli. Ów florentyński kaznodzieja z przełomu epok i wieków rzuca bezczelne wyzwanie uświęconym normom i papiestwu. Swoimi pouczeniami o zbliżającym się raju wśród żywych, zaraża rzesze nieuczonych słuchaczy – przeważnie rozhisteryzowane kobiety, młodzieńców i starsze dzieci. Sam prorok postępu dopuszcza się najcięższego grzechu, bo grzechu pychy! Sprawując rzeczywiste rządy urządza stałe procesje i publiczne umartwienia. Organizuje młodzieżową milicję śledzącą rodziców i donoszącą władcy. Trwając w amoku, Florencja zapomina o pracy, co przynosi widoczny niedostatek, rozmaite plagi, a w końcu głód i zamieszki. W obliczu oczywistego rozchodzenia się obietnic z życiem, mistrz traci popularność i gorących, fanatycznych wielbicieli. Wykorzystuje to mądry papież Aleksander VI Borgia, skazując na stos italskiego fantastę. Można mieć nieśmiałą nadzieję, iż ogień wyleczył Savonarolę z ziemskich rządz i śmiesznej wiary w polityczny ustrój sprawiedliwości społecznej.

Mimo oczywistych absurdów i cierpień zadanych światu podczas rządów różnych frakcji popularów, ich pouczenia są nadal chętnie słuchane i stosowane. Młodzież wychowuje się w duchu uwielbienia dla Cezara, zaś wielu kurialistów przemyśliwuje o kanonizacji Savonaroli. Będzie to kolejny cios – jeżeli zmaterializuje się zamysł – w stare tradycje zdeponowane w Kościele katolickim. Optymaci w szczupłym gronie, zgromadzeni na wąskiej przestrzeni, prowadzą nierówny bój. Trafnie ten bieg spraw’ przewidział Zygmunt Krasiński w „Nie-Boskiej komedii”. Można mieć nadzieję, że zakończenie będzie podobne, a jeżeli jego szlachetne prognozy wzmocnimy cytatem ze św. Piotra, możemy być tego nawet pewni. Przypomnę: „Ci są źródłem bez wody i obłokami wiatrem pędzonymi…”. Właśnie.

Zabobon równości

„Swoją mowę o Puszkinie już przygotowałem i właśnie w duchu własnym (to znaczy naszych, ośmielę się wyrazić) poglądów, zresztą skrajnie wy-ostrzonych. Toteż w zasadzie oczekuję obelg. Ale nie mam zamiaru wstydzić się swoich poglądów i nie boję się ich głosić. Trzeba służyć swojej sprawie, toteż będę nieustraszony.”

Fragment listu F. Dostojewskiego do Konstantego Pobiedonoscowa, 19 maja 1880 r.

Jest oczywiste, że narody i cywilizacje wytwarzają mity, czyli idee odnoszące się do ich pochodzenia, bytowania oraz przeznaczenia. Są one jakby spoinami uszczelniającymi misterne konstrukcje potrzebujące odżywiania najlepszymi owocami najwytrawniejszych umysłów. Jest także bezsporne, iż z kuźni wykuwających owe abstrakty, wychodzą produkty przeróżnego gatunku. Te pośledniejsze pojawiają się w czasach poprzedzających upadek. Zaczynają natomiast panować nad wyobrażeniami elit, gdy zmierzają one ku swojemu unicestwieniu. W dekadenckich erach, im gorszej klasy towar – tym łatwiej o nabywców łykających zatrute kęsy z minami zdradzającymi naiwną beztroskę. Takim toksycznym wytworem nowoczesnego demokratyzmu jest zasada równości. W jurydycznym (schyłkowym) okresie historii, gdy każde drgnienie powieką ma odniesienie w pisanej normie, pojęcie równości zawęża się do związku ludzi z prawem; lecz w rzeczywistości odnosi się ono do samej istoty człowieczeństwa. Ponieważ postulowana w pismach równość nigdy nie była udziałem szerokich rzesz, opowiada się o równości szans, czy łagodzeniu jaskrawszych przedziałów, etc. Ukrywa się przed ludźmi stare: nic nowego pod słońcem! Naturalnie czyni się tak w imię innego progresywnego banału o biegu dziejów w kierunku ery dobrobytu oraz powszechnej szczęśliwości.

Tymczasem prawda uplasowała się dokładnie po przeciwnej stronie, niż chcieliby tego różnego rodzaju postępowcy. Wielcy myśliciele spostrzegają ją dokładnie i precyzyjnie. Św. Tomasz z Akwinu powiada: „Każdy bowiem jasno widzi, że im ciało jest lepiej przystosowane, tym lepsza dusza przypada mu w udziale. (…) A ponieważ również i pośród ludzi niektórzy mają ciała lepiej przystosowane, dlatego przypada im w udziale dusza o większej zdolności do myślenia”. Można do tego dodać, że na podstawie żelaznego prawa o hierarchii bytów,  powszechne mniemanie o równości ludzi, choćby w obliczu śmierci czy nawet Stwórcy, jest absurdalną, niepotwierdzoną plotką. Pomijając umieranie, które bywa lekkie albo nadzwyczaj bolesne, ale zawsze ograniczone czasem – także w Niebie (jak uczy Kościół) osiąga się różne stopnie szczęśliwości, zależne od bliskości Bóstwa.

Również współcześni historiozofowie wyśmiewają egalitarystyczne sądy na temat równości. Wybitny myśliciel włoski  Juliusz Evola w „Etyce aryjskiej” zauważa: „We wszystkich cywilizacjach tradycyjnych – które próżna zarozumiałość historiografii uznaje za przeżytki, a ideologia masońska osądza jako obskuranckie – zasada fundamentalnej równości natury ludzkiej była zawsze ignorowana i uważana za oczywistą aberrację”. Widać więc, że wprowadzenie do europejskiego krwiobiegu pojęcia równości służyło rozsadzeniu cywilizacyjnej jedni. Z kolei równościowa fikcja jest istotnym filarem podtrzymującym nowożytną demokrację, będącą przecież antytezą konglomeratu łączącego grecką filozofię z rzymskim prawem oraz katolicką wiarą. Aleksander Carrel w dziele „Człowiek-istota nieznana” dowodzi : „Zasada demokracji przyczyniła się do upadku cywilizacji”. Natomiast Juliusz Evola twierdzi: „… mamy pełne prawo mówić tutaj (…) o najprawdziwszej cywilizacji antykastowej, cywilizacji pariasów gloryfikujących swe cechy”. Oto skutki rozkładowych prądów doprowadzających do paraliżu wybitniejsze umysły, a resztę do miejsca w kolektywnej masie-stadzie, czyli społecznej klasie, jak zwą to demokraci różnych obediencji.

Demokracja ze swym niezbywalnym pojęciem równości wymierza swe zatrute ostrze przeciwko każdemu człowiekowi, gdyż przez swą niwelatorską dążność pozbawia go najważniejszego przymiotu: indywidualności. Tak więc występując pod sztandarami wolności faktycznie ją stale depcze i bezceremonialnie przekreśla. Tylko jakaś nowa odmiana średniowiecznych kast-stanów, może uchronić współczesnych przed niechybnym zwyrodnieniem, leżącym w naturze demokratycznych rządów. Twórcza moc nowych elit wyłonionych z kontestacji demokratycznego porządku jest jedynym pewnym remedium na chorobę banalnej równości. A jak zapewniał Carrel: „Ascetyczna i mistyczna mniejszość uzyskuje błyskawicznie nieodpartą przewagę nad rozwiązłą i zdegenerowaną większością”. Takie są więc znaki czasu.

O charakterze władzy i niektórych jej konsekwencjach

„Wszystkie ludy, którymi kieruje władza naszej łaskawej łagodności, powinny z naszej woli trwać przy takim wyznaniu wiary, jakie przekazał Rzymianom boski apostoł Piotr (…) Ci, którzy stosuję się do tej zasady, mają z naszego rozkazu prawo nosić miano katolickich chrześcijan. Inni zaś, wedle naszego zdania obłąkani i szaleni, mają znosić uwłaczające czci przezwisko heretyków.”

Fragment listu cesarza Teodozjusza wydanego w Tesalonice 28 lutego 380 r.

O naturze władzy można debatować snując przypuszczenia w oparciu o rozważną obserwację dwóch obszarów: czym rzeczywiście jest imperium wyłuskane z koniecznych konwenansów albo jak je widzą wpływowe w dziejach osobistości; bywa bowiem tak, że myślicielskie sądy odbiegają daleko od prawdy, lecz mimo to – te mylne mniemania mają na życie równie ważny wpływ, jak sam opisywany fenomen. Cokolwiek by o tym nie mniemać – jedno jest pewne: władza towarzyszy ludzkiemu istnieniu od samego jego początku na ziemi. Jej stała obecność jest bezsprzeczna niczym anatomiczne właściwości ciała. Tyle, że jako zjawisko duchowe poddaje sie zmysłowemu poznaniu w specyficzny sposób, co niektórych  grubiańsko usposobionych badaczy zwodzi na bezpłodne manowce Ideologii. Władza, to zawsze nic innego, jak ustalenie hierarchii pośród ludzi. Dbałość o jej przypieczętowanie jest osią życia. Oczywiście w poszczególnych  epokach i odmiennych cywilizacjach występują ważne różnice.  Albowiem im subtelniejsza kultura – tym zawilsze sploty władzy. Do tego dochodzą mody, techniczne zmiany, opanowanie coraz większych przestrzeni i inne czynniki.

Prześledźmy więc – choćby pobieżnie   – jak to wygląda w praktyce. Władza jest widziana, piastowana, a także praktykowana niejako na trzy sposoby. Jest ona zatem bądź łupem, bądź posłannictwem – czyli misją, bądź też podkreśla się jej służebne, pomocnicze cele. Wydaje się, że w każdym czasie, i to bez względu na przekonania współczesnych, te trzy składniki wciąż występują obok siebie, gdyż niepodobna by przetrwały – choćby tydzień – rządy, które są w stanie zakwestionować żelazne prawa życia! Takie sukcesy odnosi się tylko w książkach rozgorączkowanych ideologów, nie zaś na jawie. Stąd szaleństwa francuskiej rewolucji zakończyły się dyktaturą Napoleona, zaś mrzonki bolszewików spłynęły morzem – także ich własnej – krwi. Egzekutorem historii stał się przebiegły cynik: Józef Stalin. Tymczasem najlepsze rządy istnieją wówczas, gdy te trzy motory panowania (misja, służba i łup) występują w zdrowej symbiozie i w należnych proporcjach. Gdy choćby jeden z owych elementów jest nieobecny, względnie występują inne zachwiania – dana władza niechybnie przeżywa swój schyłek, wchodząc w okres dekadencji, czasem bardzo krwawy i rujnujący. Popatrzmy na to na konkretnych przykładach.

Najczęściej łupieską naturę mają rządy pochodzące z podboju – przynajmniej w swym pierwszym okresie. Plemiona turecko-mongolskie z Turanu tak postępowały w opanowanych krainach Centralnej Azji i Wschodniej Europy. Same z siebie nie stworzyły jednak trwałej państwowości, rozpływając się właściwie bez pozostawienia istotnego śladu – pośród miejscowych ludów o wyższej od nich kulturze. Natomiast ich krewni, Turcy Osmańscy, zdołali asymilować niektóre zdobycze i ustrojowe urządzenia innych nacji. Dzięki temu z łatwością podbili Wschodnie Cesarstwo, a mądrymi rządami, dbałością o poddanych, widocznym zelżeniem podatkowego zdzierstwa cechującego bizantyńską biurokrację, ugruntowali swe rządy, doprowadzając do rychłej turkizacji starożytnych ludów Azji Mniejszej i w dużym stopniu Bałkanów.

Jedną z istotnych cech upadającego Zachodniego Imperium była chorobliwa etatyzacja życia społecznego, a także fiskalny ucisk poddanych. Wielu historyków nazywa owe czasy Rzymu państwowym socjalizmem. Spójrzmy również i w pobliże Polski; najezdnicze wojny szwedzkich królów, znanych z materialnej zachłanności i skłonności do niszczenia, pozostały bez trwałego śladu, a Morze Bałtyckie nie stało się ich wewnętrznym jeziorem. Z kolei poczucie pełnienia misji daje władcy potrzebną nieodzownie do rządzenia wewnętrzną siłę duchową, czyni go odpornym na ataki wrogów oraz na wszelkie inne czynniki rozkładu i destrukcji, nadaje mu  „pewność siebie” niezbędną w momentach najwyższej próby.

Zasadniczą misją rządców jest właściwe rozpoznanie racji stanu, narzucenie jej otoczeniu i wypełnienie wszystkiego, co sprawi, że ich państwo i naród, którym rządzą, zajmą należne im, jak najwyższe stanowisko w hierarchii państw i narodów. Poczucie misji, o czym wiedzą wielcy mężowie stanu, musi pozostawać jednak we właściwej skali i we właściwym natężeniu, co jest jednym z wymogów realnej polityki. Gdy tak się nie dzieje, poczucie misji degeneruje się w polityczny mesjanizm a jego wyznawcy i praktycy sieją wokół siebie zniszczenie, by skończyć marnie jak Savanarola – klasyczny przykład politycznego mesjanisty. W dwudziestym wieku następcy Savanaroli rozmnożyli się niepomiernie i nie ma potrzeby tu o nich zbyt wiele mówić. Z czasów dawniejszych przypomnijmy, jakże ważki dla dziejów świata, mesjanizm żydowski. Owo błędne mniemanie o własnym wybraństwie prowadziło ich do bezprzykładnych klęsk. Mesjanistyczna frakcja zelotów jest stale obecna w historii Izraelitów, a trzeźwi przywódcy zwani herodianami są u nich na ogół w pogardzie.

Gorzej, że ów rodzaj rewolucyjnego mesjanizmu nieszczęsnym zrządzeniem losu zakorzenił się i pośród Polaków. Wzniecili go i utwierdzili swymi dziełami Adam Mickiewicz, mistrz Towiański i pomniejsi. Tak tragiczne powstanie styczniowe było widocznym efektem opanowania polskich umysłów przez tę dziwaczną ideologiczną aberrację, która i dziś trawi krajowe głowy. Próby wprzęgnięcia Polski do krzewienia politycznego prometeizmu na Wschodzie Europy, podejmowane przez „niepodległościowe” kręgi, grożą dokładnie tym samym, co przyniosły machinacje judejskich zelotów sprzed dwóch tysiącleci. Tak to krzyżują się rzeczy uniwersalne z narodowymi dziejami.

Tron we krwi

„Zatem, gdy Wszechmogący Bóg doprowadzi cię do przewielebnego biskupa Augustyna, powiedz mu bracie nasz, co po głębokich przemyśleniach postanowiłem w sprawach Anglików, a mianowicie to, że świątynie bóstw pogańskich tego narodu nie powinny być zniszczone, a tylko ich posągi; (…) A ponieważ mają oni obyczaj zabijania wołów na ofiarę bóstwom piekielnym, należy okazać im nieco wyrozumienia i nie ofiarowywać już zwierząt na cześć diabła, lecz zabijać je na chwałę Pana.”

Fragment listu Grzegorza Wielkiego, papieża, do misjonarzy Melitiusa

Któż pełniej niż William Szekspir rozumie naturę władzy? Zajmijmy się zatem jego sztuką „Żywot i śmierć Ryszarda Trzeciego”, by przeniknąć za kurtynę zwyczajnego konwenansu. Jednak nim pospieszymy do owego teatru – osadźmy to arcydzieło anglosaskiego geniuszu w historycznej materii. Usadówmy je w błocie dziejów ulepionym z ludzkiej pożądliwości, ukradkowego spojrzenia zdrajców, trwożnego szeptu zauszników. Wejdźmy na ten wyboisty gościniec dziejów zatłoczony wędrowcami spieszącymi do złotych wrót władzy.

Czym była Anglia Ryszarda III, ostatniego z rodu Yorków, dziedzica Białej Róży, władającego tym krajem w latach 1483-1485? Brytania, dzięki morskim szlakom prowadzącym ku dalekim lądom znalazła się w położeniu umożliwiającym odgrywanie przez nią roli centrum świata. Niemal jednocześnie z powikłań Wojny Stuletniej (1337-1453), toczonej przez królów Anglii na francuskich równinach i po wewnętrznych bataliach znanych jako Wojna Dwóch Róż (Czerwonej Lancastrów oraz Białej Yorków, 1450-1485), wyłania się nowożytne państwo z charakteryzującą je centralizacją, biurokracją, dążnością do omnipotencji.

Na bitewnych polach Francji kończy się epoka feudalnych suwerenów, tych nieustraszonych wojowników zakutych w żelazne pancerze, walczących z konia, dla których wojna była całym szeregiem bezładnych utarczek i indywidualnych pojedynków. Wyprze ich angielski łucznik, świetnie zorganizowany, karny, strzelający na komendę. Z perfekcją włada on swą bronią, a łucznictwo jest jego narodową namiętnością, gdyż  od dzieciństwa – na pastwiskach i w lasach – ćwiczy się w nim. Brytyjczycy z nieznaną innym nacjom  wprawą wyrzucają w powietrze śmiercionośne strzały przebijające coraz grubsze pancerze. Ociężały rycerz przegrywa konfrontację  z nowym sposobem wojowania.

Zmieniają się również i obyczaje. Zanikają  cnoty i dworność. Po bitwie pod Azincourt – 25. X. 1415 r. – wycięto wszystkich jeńców. W Anglii dogorywa normańska szlachta, a jej miejsce zajmuje nowa elita (gentry) zasłużona w łupieskich wyprawach na kontynent, albo podczas Wojny Dwóch Róż. Ona doszczętnie zmasakrowała arystokrację. Wszechwładnie panowało wówczas zbójeckie rozprzężenie, swawola, rabunek i gwałt. Kraj przemierzały armie łuczników i ich wodzów otoczonych zgrajami klientów, awanturników, nadwornych kancelistów i prawników. Te gromady w zapamiętaniu albo goniły zbiegającego z Londynu kolejnego uzurpatora, albo same uciekały przed pościgiem silniejszej kliki, lepiej zakorzenionej nad Tamizą. W ciągu kilkudziesięciu lat nieustannych rzezi wyginęli wszyscy Yorkowie i ich przeciwnicy – Lancastrowie. W 1485 r. Anglia wpadła w ręce szlachcica z walijskiego pogranicza, Henryka hrabiego Richmond, fundatora dynastii Tudorów. Richmond legitymował  się wielce skromnymi prawami do korony, lecz nikt nie miał lepszych. Od sztyletów w krótkim czasie zginęli bowiem: król Henryk IV Lancaster, jego syn Edward, dwaj synowie Edwarda IV Yorka.

Oto sceneria i historyczne kostiumy bohaterów sztuki Williama Szekspira, którzy przechadzają się w nich po mrocznych zamczyskach, paradują zatęchłymi ulicami rodzącej się metropolii, skradają się pośród cieni napełniających lochy Tower. „Żywot i śmierć Ryszarda Trzeciego” jest wielkim traktatem politycznym o zagadnieniach władzy, zaś Anglia – tylko dobrym tłem, dającym doskonały kontrast i odpowiednie wrażenie. Akcja sztuki zawiązuje się, gdy król Edward IV spoczywa na łożu śmierci. W oczekiwaniu na jego zgon krystalizują się konkurencyjne stronnictwa. Najpotężniejszym jest związek złożony z krewnych królowej Elżbiety, zmierzający do koronacji syna umierającego władcy, by w imieniu małoletniego sprawować rodzinną regencję. Inną osobistością jest starszy brat gasnącego władcy, książę Clarence, a kolejna postać to tytułowy bohater przedstawienia, wówczas jeszcze książę Gloucester. On ma najmniejsze szanse. Szpetny na obliczu, chromy, pozbawiony rozgałęzionych stosunków, zaledwie tolerowany na dworze. Obok tego trawi go niepohamowana żądza powetowania sobie wszystkich osobistych niedostatków i upokorzeń.

Rozpoczyna grę. Swoje możliwości upatruje w intrydze, cynizmie, a jego umysł nie zna trwogi – co upodabnia go do szaleńca. „Sługo o życie me rzuciłem kości /I tak zapłacę jak mi one każą” – powiada zdeterminowany Ryszard. Później natomiast doda boleśnie:  „Ze mną nikt, tylko diabeł i obłuda”.

Osią szekspirowskiej tragedii jest polityczna intryga. Gloucester chytrze wkrada się w łaski księcia Clarence, by reprezentować jego sprawę przed dworem. Wśród popleczników królowej puszcza pogłoskę o zamiarach księcia zgładzenia następcy tronu i jego młodszego brata. Dla obydwu stron staje się koniecznym elementem gry, zaś prowokacja zaczyna nabierać realnych kształtów. Książę Clarence ginie. Od tej chwili Gloucester musi tak pokierować sprawami, by znaleźć się jak najbliżej następcy tronu. Udaje mu się rozbić jedność obozu królowej, gdy niektórych stronników Elżbiety korumpuje obietnicami awansów. „Przysięga twoja książę Buckinghamie, to dobry kordiał na me chore serce” – cieszy się Ryszard. On i jego siepacze otaczają królewięta. Dokonują mordu w zamku Tower. Książę Gloucester sięga po tron i koronę królów Anglii.

Jednak terror wprawiony w ruch dłońmi tyrana już nie służy jego interesom, lecz rządzi się własnymi, autonomicznymi prawami. Ryszard, zanurzony w zbrodniach stanu, coraz częściej chybia celu. Jego czoło zrasza poi niczym ciało chroniczna gorączka. Włada zaledwie dwa lata. „Gdzie wiosna wczesna, krótko potrwa lato” – wyzna.  Gdy król Ryszard Trzeci z wolna tonie w przelanej krwi, rozważny Henryk książę Richmond grupuje stronników, przyjmuje zbiegów, przygotowuje rozprawę z występnym królem. Czeka na sposobną chwilę. 22 sierpnia 1485 r. na błoniach Bosworth Field ginie w boju samotny Ryszard III.

Mężem stanu okazuje się być książę Richmond. W sztuce gra drugorzędną rolę. Jego prawdziwa polityczna wielkość wynurza się  z ostatnich strof tragedii, gdy po zwycięstwie wydaje władcze rozporządzenia. Wychodzą, wówczas na jaw wszystkie jego przymioty. „Pochować zwłoki zgodnie z pochodzeniem” – nakazuje. Dba więc o stanowe przywileje, szanuje przeciwników. „Żołnierzom, którzy zbiegli i chcą wrócić pod naszą władzę, obwieścić mą łaskę”. Rozumie, że dla dobra nowego regime`u, część zwyciężonych musi podjąć z nim kolaborację. „Czerwoną Różę z Białą połączymy” – decyduje. Działa koncyliacyjnie. Zawiera dynastyczne małżeństwo z wdową po Edwardzie IV  Yorku, Elżbietą.

Niektórzy analitycy uważają Ryszarda Trzeciego za Księcia z dzieła Machiawellego, jako że jego wyrachowany cynizm jest jakoby zalecaną przez niego cechą dobrego władcy. Nic bardziej dalszego od prawdy. Florentyńczyk nigdy nie zachwalał rewolucyjnego nihilizmu. Przeciwnie, podpowiadał mężom stanu dbałość o obyczaje  i prawa rządzonej krainy, a także troskę o społeczne instytucje oraz utarte nawyki. Obłąkańcza zbrodnia nie jest opiewana w „Księciu”. Bohaterem odpowiadającym jego wyobrażeniu jest Richmond. Ten, który położył podwaliny pod mocarstwową Anglię.

cdn ….

Antoni Koniuszewski

Ikona wpisu – ilustracja pt. „Podróż na wyspy szczęśliwe” Anny Klozy-Rozwadowskiej (obejrzyj więcej prac artystki:www.malerina.com)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ