O polityce i rzeczach pokrewnych (część 3)

0
O naturze stowarzyszeń

„Jeśli bowiem ktoś widzi prawdę, lecz nie potrafi jej jasno przedstawić, to tyle jest to warte, jakby jej nie znał.” 
Perykles

Ważnym wyróżnikiem łacińskiej cywilizacji jest rozdział prawa publicznego od norm prawa prywatnego. Dzięki tej konwencji ukształtowały się instytucje państwowe, a także ugruntowały poglądy na naturę i charakter władzy, jej imperium, etc. Inna sfera, a więc stosunki gospodarcze oraz rodzinne należą do zakresu prawa prywatnego, czyli cywilnego, z dominującą regułą wolności umów. By respektowano rozstrzygnięcia prawa, na straży ustanowionego porządku stoi moc państwa, wyrażająca się prawem ukarania do kary śmierci włącznie. Niektóre instytucje cywilizacji uważa się za tak znaczące dla jej podtrzymania, że ich prestiż wzmacnia się przez uświęcenie pouczeniami religii rzymsko-katolickiej. Dotyczy to np. węzła rodzinnego. Stopień odstępstwa od powyższych konwencji jest dowodem porzucenia zasad cywilizacji łacińskiej. Znakomicie widać ów proces na przykładzie polskiego ustawodawstwa o związkach zawodowych i drugiej kategorii stowarzyszeń znanych pod nazwą partii politycznych. Tu barbaryzacja poczyniła znaczące spustoszenia.

Otóż: to, co nie jest państwem, jego emanacją lub przejawem działania, nie może podlegać regulacjom publiczno-prawnym. Bez wątpienia – wszelkie stowarzyszenia w rodzaju rozmaitych syndykatów oraz stronnictwa są związkami osób prywatnych. Z omawianego punktu widzenia nie mają najmniejszego znaczenia cele deklarowane przez owe koleżeńsko-ambicjonalne bractwa; nawet jeżeli w statutach powiadają o altruizmie, jak to się dzieje w przypadku towarzystw pracowników najemnych. Takie starania o opanowanie instytucji państwa – marzenia partii — nie usprawiedliwiają zarachowania ich do bytów innego rzędu niż działające na podstawach prawa prywatnego. W postulowanym systemie wszelkie szczegółowe normy są zbędne, a nawet szkodliwe. Zrzeszenia polityków, bądź kółka robotników fabrycznych mogą rodzić się lub obumierać zgodnie z wolą fundatorów, ewentualnie rzeszy założycieli. Dla ich ustanowienia winna wystarczyć zwykła notyfikacja. Ograniczać je natomiast będą: dyspozycja kodeksu cywilnego, a przede wszystkim zaś – karnego. I to wszystko!

Dla śmiałków – nieudaczników i nierozgarniętych ambicjuszy – powyższy model zwiastuje jedną niedogodność, ale za to niezmiernie istotną: brak parawanu w postaci tzw. osobowości prawnej. Oznacza to dolegliwą konieczność ponoszenia osobistego ryzyka własnym majątkiem oraz wolnością za czyny podejmowane w imieniu stowarzyszenia. Przeszkodziłoby to karierom licznych miernot, skrytym za parawanem instytucji prawa, nadającej status osoby bytom intencjonalnym.

Dzięki jednak utrzymywanej fikcji liczni prominentni działacze oraz woluntariusze w zbyt nikłym stopniu odpowiadają za własne czyny i decyzje, wijąc sobie ciepłe gniazdka troskliwie chronione przez postępowe prawa. Mało tego: szczególny status nadany partiom i związkom zawodowym czyni w istocie z ich wpływowych funkcjonariuszy urzędników państwa, a przynajmniej jego beneficjantów. Bezczelnie i obłudnie ignoruje się zasadę równości ludzi w obliczu prawa. Aparatczycy partyjni zasiadają w parlamencie i przygotowują ustawy, które umożliwią finansowanie ich partyj z kasy państwowej; w stosunku do związkowego bonzy nie obowiązuje reguła wolności umów, gdyż pracodawca nie może wypowiedzieć mu kontraktu o pracę. Przykłady można mnożyć, lecz na powyższych poprzestanę, gdyż wystarczająco, jak sądzę, obrazują zasadniczą myśl tekstu.

W związku z naszkicowanym stanem spraw państwem poniewierają roznamiętnieni żądzą szybkiego wybicia się współcześni niewolnicy. Panoszy się sztucznie wyhodowana w szklarniach Demokracji „klasa polityczna” – jak ci ludzie chętnie sami siebie nazywają. Zaś za plecami rządzących czuć niespokojny, przesycony namiętnością do powabów urzędów, oddech kolejnych klik gotowych do podboju państwa i okupowania go jak najdłużej. Oto owoce porzucenia zasad cywilizacji łacińskiej.

Jeremiady o skutkach upadku dobrych rządów

„Dłonie polityka, gestykulującego na mównicy, zdają się przyciągać jakieś niewidoczne strumienie złota.”
Adam Doboszyński

Jak pouczają starożytni, trzem bogobojnym sposobom władania ludźmi odpowiada tyleż samo metod złych. Układają się one w przeciwstawne sobie pary. Przeciwieństwem cnotliwej monarchii jest rozwiązła tyrania, drugą stroną surowych rządów arystokracji są uzurpatorskie ekscesy kasty oligarchów, zaś z uporządkowaną władzą ludu mieniącą się demokracją kontrastują szaleństwa motłochu przezwane ochlokracją. Zgodnie z zasadą atrofii, zachodzi jednokierunkowe, trwałe psucie się rządów. Jest to fenomen nadzwyczaj spowolniony, co wielu pozwala przyjąć za pewnik lamentację biblijnego Obserwatora, iż – i w tej dziedzinie – „nic nowego pod słońcem”. Nie jest jednak dobrze, lecz naiwnym człowiekiem jest ten,  kto od świata spodziewa się czegoś innego.

System polityczny raz pogorszony – niezwykle trudno poprawić, a historyczne doświadczenie natarczywie podpowiada, iż wewnętrznymi siłami udaje się to nadzwyczaj rzadko. Najczęściej uzdrowienie może pochodzić spoza granic: albo przez zwycięstwo konkurencyjnej cywilizacji, albo za przyczyną aneksji danego terytorium na rzecz prężniejszych elit obcego pochodzenia. Los I Rzeczypospolitej jest tu wystarczająco wymownym pouczeniem.

Jako się rzekło chroniczny uwiąd rządów – to pewnik. Nic ma dzisiaj monarchii, w których źródłem pozytywnych praw jest sam władca, a obowiązkiem poddanych publiczne okazywanie przywiązanie  do panującego, nie zaś do abstraktu jakim jest w końcu ojczyzna.  W ustroju rojalistycznym jest nią bowiem najbliższa okolica, zamek suwerena czy pana, ziemia albo związek krwi jak u Germanów. Nie spotykamy też, choćby skromnej krainy, w której wegetowałby niechby cień arystokratycznego systemu, łączącego trzy cenne zalety: właściwości ducha, ród, dziedziczne majętności. Gdzież się uchował polityczny adopcjonizm doboru do elit wedle powyższych kryteriów? Zniknęły także małe republiki oparte na powściągliwości i pracy drobnych posiadaczy, nawykłych do znojnego trudu, umiarkowanych w sądach. Skoro już nie ma dobrych ustrojów, czym w rzeczywistości są współczesne państwowości? Króluje w nich wszechmocna uniformizacja. Nowożytna dyktatura, czy powszechne głosowanie – filozofia władzy czerpie z tego samego źródła.

Mistyczny progresizm, ekonomizm, polityczny nadaktywizm, natarczywe rozważania o szczęściu i równości – oto podwaliny teraźniejszości. Różnice między Ameryką Busha i Obamy, a komunistyczną Koreą są mniejsze niźli te oddzielające w starożytności Ateny od Sparty. W tej dobie dominuje szczególne pomieszanie.  Ochlokratycznej rozpuście towarzyszy trywialność oligarchicznych plutokratów i ich międzynarodowych urzędników. Na eszelonie, na którym w swą przyszłość podróżuje lud, dominuje narzucona nieobyczajność, rozkład rodziny, kolektywizacja wypoczynku, pracy i wychowania. W warstwach średnich i wyższych oczekiwane awanse – a są one naturalną osią życia tych środowisk – przychodzą nie za najcenniejsze przymioty, lecz za oddanie dla świata różnych mafiom politycznych, gospodarczych, etc. W rezultacie wyłonieni w taki sposób politycy są pachołkami na posyłki różnych grup nacisku i ekonomicznych doraźnych interesów. I tylko w najskromniejszym zakresie dozwolone jest im spełnianie zadań, do których zostali przeznaczeni.

W tak urządzonych społecznościach najwyższy czynnik władzy zbliża się, na jednym biegunie, do pozycji przysłowiowego zera (zachodnie demokracje), na drugim zaś – do stanowiska tyrana (państwa typu marksistowskiego i pochodne). W pierwszym przypadku pogański kult ubóstwienia przenosi się na abstrakty: wybory, wolność; w drugim należy się osobom, przeważnie herosom, fundatorom tyranii. W takiej oto scenerii uzupełniający werbunek do elit władzy przynosi mizerne plony w postaci  jakościowo jałowego ziarna. Nakłada się to na coraz  powszechniejsze przeczucie o schyłkowości naszych czasów. Towarzyszy temu utrata umiejętności wskazywania nowych śmiałych celów, budowania ambitnych zamierzeń, snucia imperialnych planów wykraczających poza codzienne polityczne rzemiosło. Zdają się święcić swój triumf organicystyczne  teorie porównujące życie ludzkich stowarzyszeń do przyrodniczych organizmów. A więc jak w biologii: narodziny, rozkwit, starość, śmierć.

Odwieczny kołowrót dziejów. Konserwatysta nie dziwi się jednak niczemu, a do wszelkich odkryć i mód odnosi się z należną im rewerencją, ale zawsze sceptycznie, gdyż wie o jednym: o Śmiertelnym boju sił Dobra z hufcami Zła. A ta walka wykracza daleko poza ludzki umysł, który nosi w sobie zaledwie jej daleki refleks.

Mity rządów parlamentarnych 

„Rzeczywistości się nie wymyśli, tylko się ją dostrzega.”
Feliks Koneczny, Prawa dziejowe

Ludzkimi zrzeszeniami rządzą abstrakty, utrzymują niektórzy myśliciele. Do nich należą mity, w tym i te odnoszące się do życia politycznych zbiorowisk, takich jak naród lub państwo. Owe przekonania są ważnymi elementami każdej cywilizacji. Kluczowym abstraktem współczesności jest upowszechnienie apriorycznego mniemania o umowie społecznej, będącej pierwszą zasadą władzy,  co z kolei wymaga ustanowienia politycznej reprezentacji pochodzącej z wyborów. To zaś wymusza organizowanie się różnych spisków w partie polityczne. Całość tych zawiłych splotów i gmatwaniny, kryjących prawdę, zwie się parlamentaryzmem.

Całkiem poważne zagadnienia pokrywa się elementami ludycznymi  (tym bywają wybory), gdyż takie są potrzeby rzesz ludzkich, które z oczywistych powodów nie mogłyby znieść surowości panowania ogołoconego ze zwodniczej symboliki. Parlamentarnej mitologii strzeże fikcja, wywodząca się od osiemnastowiecznego klasyka politologii, zwana podziałem władzy. Chodzi o arbitralne rozdzielenie imperium na trzy autonomiczne, względem siebie, segmenty: władzę ustawodawczą, wykonawczą oraz sądowniczą. Jest to horrendalny zabobon, gdyż nieprawdopodobne, by przejawy rządzenia nie pochodziły z jednego źródła. Trzeba stanowczo wykluczyć,  aby te atrybuty państwowości istniały rozdzielnie i od siebie niezależnie. Przeczą temu elementarne doświadczenia poparte chłodna analizą. Ci, co siedzą w ławach – parlamentarzyści – mają o wiele mniej do powiedzenia niż osoby zasiadające za biurkami –  ministrowie; zaś biurokraci ustępują przed dzierżącymi rząd dusz – czyli kapłanami; współcześnie są to intelektualiści najczęściej zrzeszeni w szkodliwych „sektach”. Hierarchia jest więc następująca: ubóstwieni kreatorzy rzeczywistości, rząd, przedstawicielstwo. Tylko z rzadka ów schemat bywa kwestionowany, czy aż unieważniany. Takie chwile nawykliśmy nazywać rewolucjami; lecz po nich życie powraca do utartych łożysk i tylko brzegi bywają mocniej podmyte, a wartki bieg życia zmienia się w zastoiny. I jest to raczej dowód na postępującą atrofię a nie liniowy postęp.

Wróćmy jednak do konkretów, czyli parlamentarnej sztuki rządzenia. Utrzymanie pozorów przedstawicielstwa musi przecież kosztować. Im grubszy parawan utkany ze złudzeń – tym obfitsza łapówka! Parlamentarzyści upodabniają się do kelnerów pobierających napiwki, zaś od mocniej podchmielonych – całkiem pokaźne datki. Należy przecież opłacać spolegliwość ulubieńców ludu i zgodę na grę w podrzędniejszej roli. Jeśli jednak zachodzi jakiś dysonans i obsługa chce zająć miejsca faktycznych władców, wtedy bez żenady ustawia się armaty, by ogniem zaprowadzić porządek. Uczynił tak p. prezydent B. Jelcyn, a zachwycony świat nazwał to wprowadzeniem demokratycznej dyktatury. Brawo! To się nazywa kunszt w operowaniu językiem!

Posłuszni wybrańcy mogą liczyć nie tylko na rządową kasę, lecz i na bezkarność. Zapewnia ją instytucja zwana immunitetem – polega ona na uwolnieniu od odpowiedzialności sądowej za czyny kryminalne oraz na nietykalności osobistej. Ta pobłażliwość zdumiewająca swoją krzyczącą niesprawiedliwością sięga czasów aż rewolucji angielskiej z połowy siedemnastego wieku. Ówczesne mesjanistyczne ambicje niczym nie ustępowały o wiek wcześniejszym rojeniom niemieckich sekciarzy, czy późniejszym ambicjom francuskich jakobinów albo rosyjskich nihilistów. Tak więc w 1638 r. Karol I zwołał tzw. Krótki Parlament, gdyż brakowało mu środków na wojnę ze Szkotami i chciał nowych podatków. Gdy sprawy się skomplikowały zmuszony był zwołać Długi Parlament, który przygotował mu zgubę. Nim zginął ścięty toporem, zatwierdził ustawę, mówiącą, że bez jego zgody parlament nie może zostać rozwiązany. Wynikły z tego immunitet dla parlamentarzystów jest prawnym absurdem. Nikomu jakoś nie przeszkadza, że kłóci się z inną tezą o równości wszystkich wobec prawa.

Historia bywa przewrotna i zdarza się, że bezkarność okazuje się krótkotrwała. Kończy się ona w chwili, gdy władza wykonawcza – czyli ta naprawdę istniejąca – celuje do fasad parlamentu z luf tanków; wtedy milkną demagogowie skryci za wątpliwej wartości immunitetami.

Sztuka rządzenia na przykładzie „Makbeta” Williama Szekspira

„Jeśli to, co się ma stać, stać się musi, Niechby przynajmniej stało się niezwłocznie.”
Makbet

W arcysurowej średniowiecznej Szkocji umieścił William Szekspir akcję dramatu zatytułowanego „Makbet”. Jałowe, bezkresne pagórki, smętne wrzosowiska ciągnące się do samego widnokręgu; ziąb północnego poranka, wilgotna mgła; zacinający deszcz; nieprzyjemne poświstywania wiatru. Oto w tym twardym świecie rozgrywa się ta iście homerycka tragedia, zaś jej bohaterowie grają – zdaje się – role wyznaczone im przez szyderczy los.

Przypomnijmy sobie w kilku zdaniach bieg spraw owej prześwietnej sztuki. Makbet, bliski królewski krewny i zwycięski wódz powraca z wojny w asyście przyjaciela Banko. Wtedy, na ustroniu spotyka wiedźmy wieszczące mu rychłe zaszczyty, aż po królewską koronę. Wkrótce spełniają się pierwsze prognozy szkaradnych widziadeł; jednakże wielce szczodrobliwy król Dunkan, jakby zamykał Makbetowi drogę do upragnionego tronowania, gdyż równocześnie z owymi awansami dla ulubieńca, swoim następcą zamianowuje syna Malkolma. Zawiedziony w oczekiwaniach Makbet, ze swych trosk zwierza się ambitnej małżonce, która ostatecznie nakłania go do królobójstwa.

Spełnieniu niecnych zamiarów sprzyja naiwność Dunkana. Makbet sięga po koronę, lecz pierwsza zbrodnia otwiera cały ciąg odrażających mordów. Makbet zostaje znienawidzonym tyranem i kończy żywot jak klasyczny despota: unicestwiony przez szeroką koalicję pokrzywdzonych. Na krwawym pobojowisku ostaje się ród dawnego druha wojennych ścieżek Banko, dający początek nowej królewskiej gałęzi. Jak każde wielkie dzieło literatury i „Makbet” Williama Szekspira kryje w sobie wiele znaczeń, niedomówień oraz dwuznaczności. Ta sztuka rozwiera przed nami nowe bogate horyzonty myśli, prawdziwe królestwo ducha. Jest to – z jednej strony – traktat o  władzy; z drugiej natomiast – dydaktyczna przypowieść o walce dobra ze złem.

Mamy w niej cały szereg znakomicie sportretowanych postaci, a ich przeżycia prowadzone są subtelną kreską genialnego dramaturga. Szekspir odkrywa przed nami przepastne głębie ludzkiego usposobienia, jakże często spowitego w ciała wrzosowych szkaradzieńców. Wprowadza też widza i czytelnika w psychologiczne tajniki związku między mężem i żoną. Ambitna Lady Makbet jest wierną małżonką służącą mężowi krótkowzrocznymi radami. W niej, jak i w czarownicach pomroczny duch Makbeta znajduje ostateczną podnietę do występnego życia w cieniu zbrodni ojcobójstwa.

Z „Makbeta” można czerpać życiodajną wiedzę, niczym z głębinowego źródła nieprzebrane konwie zdrowej wody. My jednak zatrzymajmy się na chwilę na następującym pytaniu: jak doszło do tego, że panujący władca, Dunkan, stracił i koronę i życie, a jego otoczenie legło zdziesiątkowane w walce z uzurpatorem? Gdzie tkwi błąd, a może złośliwe fatum?

Prześledźmy bieg spraw. Nieszczęsny król nie miał, jak się wydaje, wystarczających umiejętności czytania prawdy w duszach sług. Entuzjazm Makbeta na polu walki przyjął za jawny dowód bezwarunkowego oddania dynastii. Władca nie pojmował, iż sługa napiętnowany jest pożądaniem zajęcia miejsca pana. Gorliwość jest podejrzana. Powściągliwy, sceptyczny Han ko daje lepszą rękojmię wierności niźli obdarzany łaskami fortuny tryumfujący Makbet

Szczodrobliwość bywa odczytywana jako słabość zachęcająca do buntu. Umiejętność powściągliwego nagradzania zasług należy do fundamentalnych przymiotów roztropnego władcy. Nazbyt częste i spieszne awanse są rozpoznawane jako miękkość i podnieta do nie-posłuszeństwa. Obsypany łaskami swojego pana Makbet utwierdził się w przeświadczeniu, że nadszedł najlepszy czas do zmaterializowania skrytych zamiarów. Także nominacja królewskiego syna Malkolma na następcę po ojcu, tylko z pozoru wyznaczała granice chciwemu władzy Makbetowi. W rzeczywistości w dniach wielkiego powodzenia, zasłużony dowódca, odczuł boleśnie niesprawiedliwość, zdawałoby się właściwego rozporządzenia  ze strony króla. W istocie Dunkan unaocznił tym krokiem swoją trwożną bojaźń o przyszłość własnego rodu. Zasadnicze dynastyczne przedsięwzięcie wykonał w najmniej odpowiednim momencie. Przyspieszył tym tylko decyzję wciąż mocującego się z własnymi słabostkami Makbeta.

I wreszcie: monarcha naiwnie powierzył swe życie w ręce przewrotnego sługi, nawiedzając jego zamek, czym ostatecznie przesądził sprawę. Bez wątpienia Dunkan znalazł się w niezwykle trudnej sytuacji, gdyż utrzymanie władzy zawdzięczał wojskowym talentom Makbeta. W tak przełomowym momencie popełnił jednak cały ciąg zasadniczych błędów. Nadmierna ufność w lojalność współpracowników, nieumiejętność oceny rzeczywistych pobudek działania, podejmowanie ważkich decyzji w niekorzystnej chwili – i zguba gotowa.

Złowieszcze luperkalia

„Umarł Cezar w pięćdziesiątym szóstym roku życia i w poczet bogów został zaliczony nie tylko przez formalną uchwałę senatorów, lecz również przez głębokie przekonanie ludu.”
Gajus Swetoniusz Trankwillus „Żywot cezarów”

Jak przywódcy wilczych watah, wyjąc w skrzącą, mroźną noc do pełnej tarczy księżyca, wchodzą w mistyczny związek z ciemnością, a przez nią z całym tajemnym wszechświatem – tak politycy osiągają ten ezoteryczny stan przez publiczne mowy i nawoływanie skierowane z trybun do ludzkich rzesz. Szczególnie w momentach dziejowych przełomów ten związek jest wysoce wyrazisty. I o tym traktuje jedna z istotniejszych sztuk Williama Szekspira „Juliusz Cezar”. Tylko z pozoru jej bohaterami są z jednej strony triumwirowie spisku: Kasjusz, Brutus oraz Kaśka; z drugiej natomiast mściciele boskiego Juliusza Oktawiusz, Antoniusz i Lepidus. W rzeczywistości dramaturg w centrum wydarzeń umieszcza rzymski lud; tę czerń zapełniającą place kosmopolitycznej metropolii; plebejuszy gardłujących na przepełnionych targowiskach; motłoch nerwowo falujący niczym morska woda; pospólstwo galopujące przestronnymi ulicami na krwawe igrzyska.

Te masy bywają miałkie i bez wyrazu, bardziej przypominając bezpostaciową materię niż skonkretyzowane byty. Są porywcze i naiwne w sądach. Z łatwością ulegają nastrojom chwili, bez większego trudu poddają się pokrętnym słowom demagogów. Lud to przedmiot, lecz o szczególnym charakterze; jego poklask jest cenną nagrodą. Nic nie cieszy bardziej, niż ubóstwienie. Tłum jest koniecznym medium, bez którego władza i walka o nią tracą całkowicie sens. Oto natura polityki wykwitająca na arenach przeludnionych miast i masowych społeczeństw. O tym wszystkim Szekspir wie doskonale. Dlatego osią tragedii nie są jakieś fatalistyczne, z góry przesądzone wydarzenia. Powodem działań bohaterów sztuki jest wielka zawiść o poklask stołecznej ciżby. Tak brzmi prawda.

W święto Luperkaliów, które Rzymianie obchodzili piętnastego dnia lutego, a więc równo na miesiąc przed Idami Marcowymi, spiskowcy zawiązują sprzysiężenie zmierzające do zgładzenia Juliusza Cezara. On – imaginowali wówczas przyszli tyranobójcy – wślizguje się w łaski ludu, zdobywając wyłącznie dla siebie jego szczere serca. „Cóż to za wrzawa – powiada jeden z jego wrogów. Boję się czy rzymski lud nie wybrał czasem Cezara na króla”.

Inny składa zatrwożonym świadkom triumfu znienawidzonego wodza następującą relację:

… Ciżba wyła i waliła w szorstkie od harówki łapska i wyrzucała w powietrze swoje przepocone szlafmyce, i w ogóle wydalała z siebie z powodu odmowy Cezara tyle kwaśnego oddechu, że sam Cezar omal się nim nie udusił.

Ubóstwiany triumfator igra z prostaczkami. Odrzuca ofiarowaną mu królewską koronę i wydaje się, że ów przebiegły postępek jest trywialnie nieszczery. Z próżności chce bowiem doprowadzić plebs do jeszcze większej ekstazy. Brutus i zapalczywi kompani zyskują tymczasem odrobinę cennego czasu, „ogromny ogień zaczyna się od słomki”,  zauważa jeden z nich. Gdy podczas uroczystych obchodów kolejnych świąt, przypadających w marcu, ginie drażniący się z fortuną Cezar, jego wielbiciel i druh, Antoniusz, powie:

O, świecie, byłeś temu jeleniowi puszczą, a on był w tej puszczy stworzeniem o najdumniejszym sercu.

Po śmierci ludowego idola zarówno zamachowcy, jak i poplecznicy Cezara namiętnie walczą na słowa o przychylność statystów, gorąco agitując przeciwko zabitemu lub na jego rzecz. Rzymscy proletariusze przeżywają katusze, gdyż muszą stanąć po czyjejś stronie, co przychodzi im z wielkim trudem. Pod wpływem wymowy i żarliwości mówców, co chwilę zmieniają zdanie z przychylnością potakują jednym, bądź drugim. Kasjusz z Brutusem stroją się w piórka obrońców, zagrożonej przez tyrana, wolności. I są chwile, gdy wzruszony tłum chce Brutusa koronować władcą Rzymu. Szalę przeważa jednak zręczny, poczciwy Antoniusz, ujmujący słuchaczy prostolinijnym stylem, de-maskującym prawdziwe intencje wrogów Cezara, ich zawiść i nieszczerość. Lud zawył, a zatrwożeni spiskowcy w popłochu zbiegli ze stolicy. Przegrali pojedynek o sympatię mas. Reszta dopełniła się na równinie Filippi. Tam armia mścicieli dopadła i unicestwiła oddziały tyranobójców. Warto na koniec zwrócić uwagę na słowa ujmującego Antoniusza, skierowane w chwilach pierwszej trwogi do jednego z bliższych współpracowników: „Pójdź Lepidusie, do domu Cezara – Przynieś testament; musimy ustalić, z których zapisów można by coś obciąć”. Sprawy żywych są zawsze ważniejsze od spraw umarłych.

Koniec

Antoni Koniuszewski

Ikona wpisu – rysunek pt. „Gniazdo” Anny Klozy-Rozwadowskiej (obejrzyj więcej prac artystki: www.malerina.com)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ