Francja: ku ogólnoeuropejskiej niemocy?

0

Przed kryzysem Europa miała dwóch wyraźnych liderów: Francję i Niemcy. Dziś pierwszy z nich przeżywa trudności gospodarcze i traci wpływy polityczne, zaś drugi, choć krytykowany, stopniowo przejmuje stery Europy. W jaki sposób Francja znalazła się w takiej sytuacji? Czy czeka ją miejsce w szeregu krajów o mniejszym znaczeniu w Unii Europejskiej?

Pod koniec pierwszego dziesięciolecia bieżącego wieku Francja i Niemcy były ze sobą tak ściśle związane, że inne kraje europejskie zaczynały już protestować przeciwko tak bliskiemu partnerstwu. Sojusz ten określany był często mianem „Merkozy” – od połączenia nazwisk niemieckiej kanclerz Angeli Merkel i byłego francuskiego prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego.

Dzisiaj Francja, z recesją odnotowaną w pierwszym kwartale tego roku na poziomie 0,2 proc., znalazła się po drugiej stronie barykady niż Niemcy. Dołączyła do krajów z południa kontynentu i coraz częściej przyłącza się do płynących stamtąd głosów krytyki wobec głównych kierunków europejskiej polityki, w wytyczaniu których sama wszak brała udział. Te rozgrywki nadają rytm wydarzeniom ostatnich tygodni i wiernie obrazują przepaść, jaka powstaje między Francją a Niemcami.

Krytyka, by ukryć własne słabości

Co robić, gdy nie jest się w stanie zredukować deficytu sektora publicznego poniżej 3 proc. zgodnie z wymogami traktatów europejskich? Co, gdy ma się poważny problem ze wzrostem gospodarczym? Rozwiązanie wydaje się proste: wystarczy znaleźć winnego. Spośród natłoku kwestii, poruszanych przez José Manuela Barroso, przewodniczącego Komisji Europejskiej, Francuscy socjaliści negują dziś ideę oszczędności, mimo że prezydent François Hollande poparł ją przed ośmioma miesiącami i spowodował, że francuski parlament (Assemblée nationale) przyjął europejski pakt fiskalny. Teraz jego przewodniczący, Claude Bartolone, wzywa do „stawienia czoła Berlinowi”. Podobnie jak będąca u władzy partia socjalistyczna (Parti socialiste), która w swojej czerwcowej odezwie domaga się „demokratycznej konfrontacji” z Niemcami. Oto jej fragment: „Idea wspólnotowa cierpi dziś od ran, zadawanych jej przez koniunkturalne przymierze między liberalnymi poczynaniami aktualnego premiera Wielkiej Brytanii a egoistyczną nieustępliwością kanclerz Merkel”. Socjaliści sprzeciwiają się Europie, w której ludzie byliby mniej ważni od układów. „Przyjaźń między Francją i Niemcami nie jest równoważna z przyjaźnią między Francją a polityką europejską kanclerz Niemiec” – piszą socjaliści.

Jak widać, atak na Niemcy jest gwałtowny. Został on zresztą zainicjowany już 13 kwietnia przez pierwszego sekretarza partii, Harlema Désira, który określił Angelę Merkel jako „kanclerza wyrzeczeń”. Nawet premier Jean-Marc Ayrault, który wcześniej stawał w obronie odpowiedzialnej polityki budżetowej, krytykuje dzisiaj europejskich konserwatystów. Jaki jest zatem cel działań socjalistycznych przywódców? Chodzi o znalezienie kozła ofiarnego, na którego można by skierować gniew społeczeństwa licząc, że uda się przy tym uspokoić nastroje we własnej partii. Niemiecka prawica Angeli Merkel staje się więc wspólnym wrogiem francuskiej lewicy.

Niemcy stawiają warunki

Po drugiej stronie szachownicy, w Niemczech – podobnie jak w Finlandii – narasta krytyka krajów Europy południowej oraz Francji. Nikt już nie piętnuje słownych ekscesów polityków i ekonomistów, traktujących Europejczyków z Południa jak nierobów, którzy korzystają z transferów pieniężnych od ciężko pracujących i utrzymujących swoją gospodarkę w ryzach Niemców. Na przykład w Finlandii, jeśli wierzyć sondażom, aż połowa obywateli jest przeciwna pomysłom tworzenia nowych europejskich planów ratunkowych.

Wydaje się zatem, że w obliczu zbliżających się wyborów parlamentarnych w Niemczech, Angela Merkel ma jedno tylko zadanie: pokazać wyborcom, że stanowczo broni ich interesów oraz że wszelkie plany pomocy innym krajom europejskim możliwie są wyłącznie na restrykcyjnych zasadach.

Co w tej sytuacji pozostaje Francji? Pod koniec 2012 r. niemiecki dziennik „Bild” w tytule jednego ze swych artykułów pytał: „Czy Francja stanie się kolejną Grecją?”. Ten nagłówek w dzienniku docierającym to takiej samej grupy odbiorców, co najpopularniejszy dziennik telewizyjny we Francji, odzwierciedla opinię większości niemieckich urzędników i ekspertów. Niemcy, w imię idei solidarności, pozwoliły Francji zjednoczyć się po wyborach w 2012 r. i zostawiły jej czas na wdrożenie niezbędnych reform strukturalnych. Jednak dziś uważają, że trwa to już zbyt długo. Raport niemieckiego ministerstwa gospodarki nie pozostawia co do tego żadnych wątpliwości. Gospodarczo-finansowy dziennik „Handelsblatt” opublikował fragmenty tego dokumentu w najgorętszym okresie napięć między Paryżem a Berlinem, a zawierał on niezbyt pochlebną analizę sytuacji gospodarczej Francji. „Francuski przemysł staje się coraz mniej konkurencyjny, a exodus firm poza granice kraju trwa”. W raporcie nie pominięto także – o czym  donosi „Handelsblatt” –  kwestii znaczącego wzrostu kosztów pracy. Dziennik dołącza dwustronicową analizę i zauważa, że „dumnemu sąsiadowi [Niemiec]” grozi przeistoczenie się w „chorego człowieka Europy”.

Historia i model gospodarczy

Poza wojną na słowa sytuację wymownie obrazują liczby. W pierwszym kwartale 2013 r. Niemcy odnotowały niewielki, ale jednak wzrost gospodarczy (+0,1 proc.), podczas gdy Francja wpadła w recesję (-0,2 proc.). W kwietniu tego roku deficyt finansów publicznych, który w krajach członkowskich nie powinien przekraczać 3 proc., we Francji sięgnął 4,8 proc., podczas gdy w Niemczech tylko 0,2 proc. Wydaje się zatem, że „peleton Unii Europejskiej” zdecydowanie nie jedzie już dziś z taką samą prędkością.

Dlaczego tak się dzieje? Sytuacja ma korzenie przede wszystkim w historii i rozbieżnych modelach  rozwoju gospodarczego obu krajów. Francja przez wiele dziesięcioleci mogła sobie pozwolić na stosowanie modelu państwa opiekuńczego. Francuski rząd zawsze redystrybuował dużą część dochodu narodowego między obywateli. Jednocześnie Francja uchodziła za kraj stabilny i wiarygodny, dzięki czemu miała łatwy dostęp do kredytów udzielanych przez międzynarodowych inwestorów i mogła się zadłużać. Inaczej było w przypadku Niemiec, które zawsze poszukiwały innej drogi rozwoju. Kluczem niemieckiego wzrostu gospodarczego okazały się produkcja przemysłowa i eksport – swoista „obsesja” na punkcie jak najlepszej produkcji przy możliwie najniższych kosztach.

Mamy zatem do czynienia z dwoma różnymi podejściami do ekonomii oraz sposobami rozwiązywania gospodarczych problemów: francuski model ożywiania gospodarki sprowadza się do stymulowania konsumpcji wewnętrznej poprzez zwiększanie wydatków publicznych. Natomiast Niemcy stawiają na zwiększanie produkcji oraz eksport. W Berlinie uważa się, że wyższą konkurencyjność gwarantuje przede wszystkim obniżanie kosztów pracy i kosztów produkcji.

W świetle wyników gospodarczych obu krajów rację należałoby właściwie przyznać Niemcom, których strategia okazuje się skuteczna, a francuska – nie. To Francja jest dziś zmuszona do redukcji wydatków publicznych, zapewniających dotąd (pozorną, jak się okazuje) równowagę jej gospodarki. Jednakże niemiecki model, zorientowany w głównej mierze na zdobywanie zewnętrznych rynków, nie narodził się bezboleśnie dla mieszkańców tego kraju. W Niemczech jest obecnie  siedem milionów pracowników tzw. minijob (forma zatrudnienia na niepełny etat) z maksymalnym miesięcznym wynagrodzeniem na poziomie 400 EUR. Niemcy mają też proporcjonalnie więcej ludzi ubogich niż Francja. Niemiecka polityka konkurencyjności wiąże się zatem z pewnymi kosztami społecznymi. Nie zmienia to jednak faktu, iż w niemiecko-francuskim tandemie, który przez dziesięciolecia sterował Europą, to właśnie Niemcy lepiej radzą sobie z kryzysem, podczas gdy Francja nadal nie może dostrzec światełka na końcu ciemnego tunelu.

Sześciokąt traci wpływy polityczne

Pomijając kwestie gospodarcze, należy zauważyć, że kryzys przyniósł także porażkę francuskich polityków promujących tzw. ideę Europy Obrony, mającej kluczowe znaczenie z punktu widzenia strategii wpływów Paryża w UE. „Europa Obrony” to wieloletni projekt Paryża , biorący początek w najnowszej historii wojskowości kraju i mający być niejako europejskim przedłużeniem NATO . Pod rządami generała de Gaulle’a, Francja, będąca jednym z członków-założycieli Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO), opuściła w 1966 r. zintegrowane Dowództwo Wojskowe Paktu. Od tamtej chwili Paryż realizował specyficzną i subtelną politykę polegającą na pozostawaniu jedną nogą w NATO, a drugą poza Sojuszem.

W trakcie kampanii prezydenckiej w maju 2007 r., kandydat Nicolas Sarkozy obiecywał wyborcom, że jeśli obdarzą go zaufaniem, wyprowadzi on „na prostą” skomplikowane stosunki między Francją a NATO. Zapowiadał, że zwycięstwo w wyborach pozwoli mu złamać tabu i przywrócić członkostwo Francji w Zintegrowanym Dowództwie Wojskowym Paktu, co istotnie nastąpiło w kwietniu 2009 r.

Wszystko wskazuje na to, że powrót Francji do dowództwa Sojuszu miał na celu eliminację przeszkód dla realizacji idei „Europy Obrony” przez Unię Europejską. Francja jest bardzo przywiązana się do tej koncepcji, jednak – jak się wydaje – nie miała ona szans powodzenia z uwagi na to, iż inne kraje członkowskie UE widziały w niej próbę konkurowania, czy wręcz rozbicia NATO. Odzyskując miejsce w dowództwie Sojuszu Francja chciała przekonać partnerów, że ich obawy są nieuzasadnione. Podobnie rzecz się miała z uczestnictwem francuskich żołnierzy w operacji w Afganistanie u boku USA od 2001 r. Był to w głównej mierze gest polityczny i znak solidarności ze Stanami Zjednoczonymi po zamachach z 11 września 2001 r. w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Dowodząc w ten sposób swojej lojalności względem NATO, Francja miała nadzieję, że ułatwi to w przyszłości realizację swojej idei „Europy Obrony”.

Tymczasem kryzys gospodarczy zmusił państwa Unii do cięć wydatków na wojsko i zwrócenia się w kwestiach obrony do NATO. Redukcję wydatków obronnych zastosowało aż dwadzieścia jeden państw UE, będących jednocześnie członkami Sojuszu. Co ciekawe, także i Francja zmuszona była oszczędzać. Już w lipcu 2010 r. francuski rząd zapowiadał oszczędności rzędu 3,5 mld EUR w ciągu trzech lat.

W końcu 2011 r. sytuacja jeszcze się pogorszyła. Niemcy zapowiedziały zmniejszenie budżetu obronnego o 8,3 mld EUR oraz 40-procentowe zmniejszenie liczebności swojej armii do 2014 r. Wielka Brytania postanowiła zmniejszyć budżet o 8 proc., zaś siły zbrojne o 40 tys. osób w ciągu najbliższych czterech lat. Włochy wdrożyły plan redukcji o 10 proc. w okresie 2011-2013. Również w Holandii wydatki na siły zbrojne mają zostać zmniejszone o 1 mld EUR, nie wspominając o Grecji, stojącej –  pomimo kryzysu – w obliczu konieczności zwiększenia wydatków na cele obronne z powodu napięć w relacjach z Turcją.

W połowie 2012 r. większość obserwatorów zdała sobie sprawę, że koncepcji „Europy Obrony” pozostaje pustym hasłem, podczas gdy NATO funkcjonuje bez zmian, tj. skokami, od szczytu do szczytu. Nawet trudności związane z operacją afgańską nie mogły przysłonić faktu, że kryzys gospodarczy stanowi, obok przyczyn politycznych, dodatkowy czynnik hamujący realizację idei  „Europy Obrony”, na którą tak liczyła Francja w zamian za swój powrót do Zintegrowanego Dowództwa Wojskowego NATO.

François Hollande gasi pożar

Francja, borykająca się już z problemami gospodarczymi, traci więc również swoje wpływy polityczne. Jakie miejsce przypadnie jej w przyszłości? 17 maja tego roku prezydent Francji, przy wyjątkowo niskich notowaniach w sondażach, podjął próbę wyjaśnienia swojej stanowiska w sprawach europejskich. Jego oświadczenie stało w sprzeczności z krytycznymi opiniami na temat modelu niemieckiego, formułowanymi od wielu tygodni przez jego rodzimą partię: „Jestem za konkurencyjnością, a nie za wydatkami (…), nie chcę, aby lewicę nadal postrzegano jako siłę polityczną, powodującą jedynie podwyżki podatków”.

François Hollande objaśnił także pozycję Francji w Europie – ma pełnić rolę „łącznika” między Północą a Południem i odstępuje od koncepcji integracji krajów łacińskich mającej stanowić przeciwwagę do „Europy germańskiej”. Wydaje się, że to dobry pomysł zważywszy na fakt, że taka strategia była nie tylko szkodliwa dla Francji (stawiała Francje w opozycji do Niemiec), ale także bezużyteczna. Madryt i Rzym wolą bowiem raczej prowadzić rozmowy bezpośrednio z Angelą Merkel, niż tworzyć front przeciwko Niemcom.

W nadziei na przywrócenie Francji pozycji „w sercu Europy”, François Hollande musiał położyć kres strategii napastowania Berlina. W ten sposób wstąpił na ścieżkę wytyczoną przez swych poprzedników. Nicolas Sarkozy czekał aż do marca 2008 r., aby porozumieć się z Angelą Merkel w związku z reformą Airbusa. Wcześniej Jacques Chirac potrzebował aż czterech lat, aby w 2002 r. zakopać topór wojenny sprawie wspólnej polityki rolnej i dojść do porozumienia z Gerhardem Schröderem.

Chociaż nie pojawiła się jak dotąd żadna wspólna francusko-niemiecka inicjatywa, to widzimy swego rodzaju ukryte przyznanie się przez Paryż do błędów. Było to konieczne i dowodzi zręczności taktycznej: François Hollande, wypowiadając się w pojednawczym duchu na cztery miesiące przed niemieckimi wyborami przewidzianymi na 22 września 2013 r., uchylił furtkę dla pojednania z Angelą Merkel – na wypadek, jeśli zostanie ponownie wybrana. Taki zabieg pozwolić ma jednocześnie na uniknięcie w przyszłości problemów z niemiecką partią  socjaldemokratyczną, gdyby ta doszła do władzy. Paryż rozumie, że ugrupowanie to ma charakter bardziej „niemiecki” niż socjalistyczny. Prezydent Hollande zaapelował też o powołanie „prezydenta rządu gospodarczego” strefy euro, mówił o europejskim planie przeciwdziałania bezrobociu wśród młodych, stworzeniu europejskiej wspólnoty energetycznej i strategii wspólnych inwestycji.

Można powiedzieć, że ostatnie wystąpienia François Hollande sugerują, że de facto Francja zwraca się w kierunku wyznaczonym przez Angelę Merkel, która rok temu zaproponowała stworzenie unii politycznej. Wówczas Hollande skrytykował tę propozycję, określając ją jako „pustą”, a dziś sam próbuje wypełnić ją treścią. Na stole europejskiej debaty znów pojawiła się francuska oferta.

Dwanaście herkulesowych prac

Przed zrobieniem kroku naprzód zapowiadanego przez francuskiego prezydenta Paryż musi uporządkować sytuację w kraju. Francja będzie postrzegana jako wiarygodna na arenie międzynarodowej jedynie pod warunkiem, że rozwiąże swoje wewnętrzne problemy, uspokoi partnerów i rynek oraz dotrzyma swych zobowiązań wobec Unii Europejskiej. „Wiarygodny” -tego właśnie tego określenia użył 15 maja José-Manuel Barroso podczas spotkania z François Hollande: „Proponujemy dodatkowe dwa lata, aby umożliwić Francji obniżenie deficytu do poziomu 3 proc. w 2015 r. Oby Francja przedstawiła wiarygodny program reform, zmierzających do przywrócenia jej konkurencyjności”.

François Hollande wdrożył już część takich reform od czasu objęcia urzędu w maju 2012 r.: wprowadzono reformę systemu bankowego, rynku pracy czy pakt wzrostu, umożliwiający firmom korzystanie z ulg podatkowych w celu skłonienia ich do zwiększania zatrudnienia i stosowania innowacyjnych rozwiązań. Komisja Europejska żąda jednak więcej – domaga się od Paryża większych wysiłków w celu zreformowania rynku pracy, systemu emerytalnego, a także otwarcia niektórych zawodów, jak kierowcy taksówek czy notariusze.

Widać, że Francja może odzyskać zatem swoje miejsce w tandemie kierującym Europą pod warunkiem skutecznego przeprowadzenia reform i dotrzymania podjętych zobowiązań, a nie poprzez krytykę Niemiec. Z perspektywy historycznej wyraźnie widać, że najcenniejsze dla Europy kompromisy zawsze powstawały jako owoc szczerych i stanowczych rozmów między tymi dwoma krajami. Ani generał de Gaulle i kanclerz Adenauer, ani Valéry Giscard d’Estaing i Helmut Schmidt, ani François Mitterrand i Helmut Kohl nie posunęliby się naprzód w integracji  europejskiej poprzez rozłamy. Z tej lekcji Francja powinna dziś skorzystać, aby nie znaleźć się na peryferiach Europy. Europy, którą sama współtworzyła.

Benjamin Hutter

przekład z j. francuskiego – j. b.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułFrance: vers l’impuissance européenne ?
Następny artykułAngela Merkel – „cesarzowa Europy”
Francuski dziennikarz, z wykształcenia historyk zajmujący się historią współczesną. W przeszłości pracował jako dziennikarz śledczy w licznych mediach regionalnych. Obecnie mieszka w Moskwie, pisze dla Ria Novosti, Le Figaro (Francja) i Le Soir (Belgia). Specjalizuje się w polityce i geopolityce francuskiej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ