Uchwycić odmienne trajektorie, czyli rzecz o stosunkach rosyjsko-gruzińskich.

0

Od lat Europa postrzega konflikty zbrojne jako zjawisko, które jej nie dotyczy, a wojny toczą się gdzieś na peryferiach. Wokół tej idei zbudowano naukową teorię z zakresu stosunków międzynarodowych. Przywykliśmy, że wojny cywilne, wieloletnie konflikty między zwaśnionymi narodami czy interwencje zbrojne prowadzone są w rozpadających się państwach na obrzeżach kontynentu lub daleko poza jego granicami. Jednak jeszcze pięć lat temu byliśmy świadkami konfliktu, który wybuchł między dwoma krajami pozycjonującymi się jako europejskie i przez wiele lat współtworzącymi jedno państwo. Konflikt, który pokazał jak szybko utrata wrażliwości i empatii buduje ścianę uprzedzeń nawet między bliskimi niegdyś narodami.

Dzisiaj, gdy emocje w dużej mierze opadły, a polityczną agendę wypełnia lista problemów nie do rozwiązania bez międzynarodowej współpracy, po obu stronach pojawiają się sygnały gotowości do dialogu i walki z nabrzmiałymi stereotypami.

Czy może to oznaczać przełom w trudnej historii Rosji i Gruzji? W czym te kraje są już zgodne? Czy polsko-rosyjska grupa ds. trudnych może być wzorem dla rozstrzygnięcia rosyjsko-gruzińskich sporów? Jak w Moskwie postrzegana jest gruzińska idea euroatlantycka? Dlaczego Rosjanie stawiają zasieki wokół Osetii Południowej i kto prowadzi dwutorową dyplomację na linii Moskwa-Tbilisi?

Odpowiedzi na te i szereg innych pytań udzielił Andriej Suszencow – politolog, współautor raportu badania naukowego Gruzja po wyborach i perspektywy rosyjsko-gruzińskich relacji, wykładowca i koordynator metodologicznego seminarium o teorii konfliktu w ramach projektu Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (MGIMO) i Rosyjskiej Akademii Nauk.

W ostatnim czasie w rosyjsko-gruzińskich relacjach widać postępy. Gruzińskie towary stopniowo wracają na rosyjski rynek, gruziński Komitet Olimpijski oficjalnie sformalizował swój udział w olimpiadzie w Soczi, rozwijają się połączenia transportowe i kontakty społeczne między państwami. Jednocześnie Pan i inni rosyjscy eksperci oceniacie, że nie należy oczekiwać przełomów w relacjach dwustronnych. Jak zatem można nazwać aktualną sytuację: koniunkturalnymi zmianami politycznymi czy ewolucją w stronę pragmatyzmu?

Rzeczywiście, ostatnio w relacjach Rosji i Gruzji wiele się zmieniło. Po pierwsze, związane jest to z faktem, że w Gruzji odbyły się wybory parlamentarne i zasadniczo zmieniła się sytuacja polityczna. Pojawił się nowy rząd na czele z Bidziną Iwaniszwilim, którego głównym zadaniem było zdystansowanie się od politycznego dziedzictwa, które zostawił po sobie poprzedni rząd. Obecnie ani dla Rosji, ani dla Gruzji ich relacje nie są tematem numer jeden i żadna ze stron nie oczekuje zasadniczych przełomów. Nie ma iluzji, że możliwe są szybkie sukcesy, ponieważ kraje te dzielą zbyt ważne dla nich sprawy. Najważniejszy problem dotyczy statusu Południowej Osetii (oficjalnie, zgodnie z gruzińskim prawem, jest to Południowoosetyjski Obwód Autonomiczny – red.) i Abchazji (oficjalnie – Abchaska Republika Autonomiczna – red.). Rosja traktuje je jako niezależne państwa, prawnie je uznaje i nie wyobraża sobie sytuacji, w której zrezygnuje z tego stanowiska. Gruzja niezmiennie uważa, że Południowa Osetia i Abchazja są częścią jej suwerennego terytorium, chociaż Tbilisi de facto utraciło nad nimi kontrolę już na początku lat 90.

Obie strony rozumieją, i to jest według mnie bardzo ważny aspekt owej sytuacji, że ten stary problem spotęgowały wydarzenia z 2008 r. i gruzińska próba rozwiązania tej kwestii drogą wojenną. Rozumieją także, że decyzja podjęta wówczas przez Rosję była wymuszona. W jakiejkolwiek innej sytuacji Moskwa nie zdecydowałaby się na takie rozwiązanie i nie zamierza jej przenosić na Górski Karabach, Naddniestrze ani inne podobne obszary swojej przestrzeni.

Łączy nas wspólna granica i mamy wspólne problemy, które są z tą granicą związane: niestabilność na Kaukazie Południowym, handel, transgraniczna migracja, olimpiada w Soczi i inne sprawy, w związku z którymi nie możemy nie współpracować. Z drugiej strony, zarówno my, jak i obecne władze gruzińskie, rozumiemy, że okres rządów prezydenta Saakaszwilego przyniósł ogromne straty w naszych relacjach. I dobrze, że Gruzini doszli do tego wniosku bez żadnej podpowiedzi z zewnętrz. Sami dokonali wyboru na rzecz własnej nowej przyszłości, bądź nowego kierunku w życiu politycznym kraju. I Rosja ogólnie to wspiera, ale nie widzi, jak mogłaby za Gruzinów rozwiązać ich problemy.

W stosunkach między Moskwą i Tbilisi po raz pierwszy od bardzo długiego czasu widać pragmatyzm, podobnie jak między innymi państwami. W rosyjsko-gruzińskich relacjach to bardzo rzadka sytuacja, co daje podstawę do oczekiwania umiarkowanie rosnącej tendencji w dobrym kierunku. Kto wie, do czego to doprowadzi w końcowym efekcie.

Zatem można oczekiwać, że to będzie stały trend?

Niewątpliwie. Mowa jest o kilku politycznych cyklach. Gruzja to jedyne państwo we współczesnej historii, z którym Rosja walczyła na warunkach, jakich nie chciała. Moskwa stara się rzadko stosować siłę, a w zasadzie jej nie wykorzystywać. Jeśli nie jest do tego zmuszona, jak na początku lat 90. w czasie konfliktów na obszarze poradzieckim, czy w sytuacji z Gruzją. Kwestia Osetii i Abchazji – w krótkiej i średniej perspektywie – nie podlega zmianom. Jednak warto zwrócić uwagę, że Władimir Putin i Dmitrij Miedwiedew niejednokrotnie w wywiadach wspominali, że o przyszłości tego regionu będą decydować jego mieszkańcy. W tym stwierdzeniu kryje się fakt, że w dalekiej perspektywie pytanie o status prawny tego terytorium pozostaje otwarte. To znaczy, że przy woli Osetyjczyków i Abchazów, możliwa jest jakaś forma ich połączenia z Gruzją. Co prawda nie widać ani jednej siły politycznej w Tbilisi i ani jednego znaczącego analityka, który wie, jak skłonić Osetyjczyków i Abchazów, by tego chcieli. Sposób gruzińskiej debaty na ten temat raczej przeszkadza w rozwiązaniu sprawy. To jest problem. Byłoby dobrze, gdyby Gruzini to sobie uświadomili. Powinni znaleźć sposób, by przekonać do siebie Osetyjczyków i Abchazów i zacząć na nich patrzeć jak na samodzielne społeczności, a nie jak na marionetki w rękach Rosji. To nie tak. Osetyjczycy i Abchazi są bardzo nieustępliwymi rozmówcami. Od Rosji otrzymują wiele, ale Rosja dostaje w zamian daleko mniej. Mówienie, że wszystko, co tam się dzieje jest dyrygowane przez Moskwę, to nieprawidłowy obraz sytuacji.

Przygotowany przez Pana i jednego z analityków MGIMO raport o rosyjsko-gruzińskich stosunkach stanowi pierwszą próbę kompleksowej analizy tych zagadnień. Pojawiły się w nim wnioski, że dzięki dobrej woli obu stron zaistniał potencjał do budowania konstruktywnych relacji. Jaka była reakcja na raport? Czy inni rosyjscy eksperci i czytelnicy podzielali Państwa optymistyczne wnioski?

W zasadzie, myślę, że nasz raport przedstawia poglądy większości rosyjskiego środowiska ekspertów specjalizujących się w relacjach Gruzji i Rosji. Nie mogę powiedzieć, że jesteśmy na marginesie w tej kwestii. Większość dyskusji, które toczyły się w Moskwie, pokazują, że jest konsensus co do normalizacji relacji z Gruzją, że wojna stanowi nienormalny epizod w stosunkach międzynarodowych, jakiś emocjonalny i niezrozumiały wybuch.

Naszym relacjom zaszkodziło przekonanie, że bardzo dobrze się znamy. Ze względu na to, że przez dłuższy czas wspólnie zamieszkiwaliśmy jedno państwo, stworzyliśmy pewnego rodzaju wspólnotę. Jednak to, jak rozwijały się nasze państwa po rozpadzie Związku Radzieckiego, te nasze trajektorie, one wypadły z obiektywu analityków. I obecnie jesteśmy dwoma różnymi społeczeństwami. Rozumiemy się w wielu sprawach, które nas łączą: wspólnocie religii, wartościach, nawet wyobrażeniu o systemie społecznym. Ale jest poważna liczba problemów, które nas dzielą i co do których nie umiemy się porozumieć.

Gruzińska świecka elita miejska jest przekonana, że Gruzja stanowi część euroatlantyckiej przestrzeni: politycznie i pod względem wartości. W zasadzie ta idea ma swoje intelektualne korzenie: pochodzą z XIX w. od gruzińskiej elity, która socjalizowała się z Europą poprzez rosyjskie imperium. Być może idea ta ma swoje podstawy historyczne i polityczne, jednak fakt, jak jest obecnie realizowana w politycznej praktyce, zupełnie ją wypacza, a pragmatyka jest zgubiona. To nie sprawa Rosji, by wskazywać Gruzji, w co ma wierzyć i w którym kierunku ma patrzeć. Jednak stosunki międzynarodowe, szczególnie między sąsiadami, wymagają, by przynajmniej uważać na siebie nawzajem.

Poziom gruzińskiej debaty  na temat Moskwy mogę opisać jako antyrosyjskie bachanalie. Takiej dezinformacji i otwartej głupoty, jakie widoczne były w mediach za rządów Saakaszwilego, nigdy nie spotkałem. Problem w tym, że część miejskiej elity Gruzji jest bardzo oddalona od znaczącej części ludności wiejskiej, która myśli zupełnie inaczej. Wielu z tych ludzi ma ciepłe wspomnienia z okresu radzieckiego: to były czasy sytego życia, swobody przemieszczania się po ogromnej przestrzeni, czasy, gdy gruzińska elita była częścią trzystumilionowego państwa, gdy gruzińscy liderzy wypowiadali się w federalnej telewizji, gdy gruzińskie elity stały na czele państwa itd. Ta spuścizna – jak dawniej – pozwala znaczącej części ludności postrzegać Rosję nie tylko jako przyjazną, ale jako bardzo bliską. Ta przepaść między poglądami miejskiej i wiejskiej części ludności jest w Gruzji zauważalna. Trudno jednak powiedzieć, jaka polityczna dynamika wiąże się z tym zjawiskiem w najbliższej perspektywie.

Bez względu na obecną pozytywną tendencję w relacjach dwustronnych pozostają wspomniane już trudne problemy. Gruzja i Rosja nie wznowiły stosunków dyplomatycznych. Główną formą oficjalnych kontaktów są spotkania w ramach negocjacji genewskich. Dotyczą one jednak wyłącznie problematyki wokół państw nieuznawanych przez większość: Abchazji i Osetii Południowej. Drugi mechanizm kontaktów to nieregularne spotkania Grigorija Karasina, wiceministra spraw zagranicznych Rosji, z Zurabem Abaszydze, specjalnym przedstawicielem premiera Gruzji ds. relacji z Rosją. Jak Pan ocenia ideę stworzenia gruzińsko-rosyjskiej grupy roboczej dla rozwiązania dwustronnych problemów na wzór polsko-rosyjskiej grupy ds. trudnych? Relacje w obu przypadkach są nieporównywalne, jednak pytanie, na ile taki format może być efektywny i adekwatny do tej sytuacji?

Świetne pytanie. Wydaje mi się, że to konieczny krok, który pozwoli nam lepiej poznać się nawzajem. Co do Gruzji, nie znam kraju, w którym byłoby tak wiele uprzedzeń i niezrozumienia priorytetów rosyjskiej polityki zagranicznej. W Gruzji mają poczucie, że wszyscy w Moskwie zastanawiają się, jakby tu Gruzję ponownie podzielić i że Gruzja to priorytet dla Rosji. A po drugie, że głównym celem Rosji wobec Gruzji jest niedopuszczenie jej do NATO. To sprawa NATO i Tbilisi. Szkoda, że w Gruzji brakuje rusycystów, którzy mogliby przeanalizować rosyjską politykę zagraniczną. Nie ma w nich chęci zrozumienia, w jaki sposób w Moskwie przebiegają procesy polityczne, jak podejmowane są decyzje, jak działa opinia publiczna. By tę empatię pobudzić, taki ekspercki dialog jest potrzebny. Rosyjskim uczestnikom tej grupy również pomoże to lepiej zrozumieć procesy toczące się w Gruzji, stanie się dla nas bardziej zrozumiała specyfika postrzegania przez nich różnych sytuacji. Przez to, że jesteśmy dużym państwem, bywamy nieuważni wobec gruzińskich zmartwień związanych z Rosją.

Ponadto, w stosunkach dwustronnych jest szereg problematycznych spraw o charakterze historycznym, które wymagają właśnie eksperckiej dyskusji. Na przykład kwestia interpretacji różnych fragmentów wspólnej historii, poczynając od czasów bardzo wczesnych po dzisiejsze. To wszystko będzie stanowić przedmiot zainteresowań tej grupy i myślę, że będzie ona miała sporo pracy.

Sądzi Pan, że byłoby efektywne dla relacji dwustronnych, jeśli grupa ta odeszłaby od problemu Abchazji i Osetii Południowej?

Nie. Sądzę, że grupy eksperckie są właśnie po to, by omawiać poważne problemy. Powinny jednak dyskutować, a nie rzucać w siebie przekleństwami.

Czy jest perspektywa stworzenia takiej grupy?

Tak, w zasadzie już jest wyobrażenie tego, jak może ona wyglądać. Dążymy do tego, by ruszyła. Jak Bóg da, to jesienią przeprowadzimy pierwsze spotkanie.

Na nieuznawanej przez większość państw granicy Osetii i terytorium kontrolowanym przez Gruzję, rosyjscy pogranicznicy budują zasieki graniczne. Na jakiej podstawie odbywa się ten proces? Jak dotychczas wyglądała ta granica i kto ją ochraniał? (Zdaniem Gruzinów, 27 maja w efekcie prac demarkacyjnych prowadzonych przez rosyjskich żołnierzy, linia graniczna została przesunięta o 300 m w głąb terenów kontrolowanych przez Tbilisi. Sytuacja wywołała ostrą reakcję władz gruzińskich – red.).

Kwestia zasieków jest żywa już przynajmniej cztery lata. Istnieje program wyposażenia tej granicy, a jego wykonawcami są rosyjskie wojsko i pogranicznicy, którzy na podstawie umowy Rosji z władzami Osetii Południowej znajdują się na obszarze Osetii. Rozpoczęto go dość dawno: z przerwami toczy się cztery lata, najbardziej intensywnie – przez ostatnie półtora roku. Program jest finansowany z budżetu Federacji Rosyjskiej i był zaplanowany już dawno.

Ostatnia ostra reakcja Gruzji wiąże się z faktem, że budowa zasieków doszła do obszarów zaludnionych. Sposób, w jaki zaczęto granicę przeprowadzać przez te miejsca, wywołało pytania zarówno z gruzińskiej, jak i osetyjskiej strony. Prowadząc granicę, Cchinwali (osetyjska stolica, Cchinwali – z gruz., Chwinwal – z oset.) wzorowało się na dawnej administracyjnej granicy Południowoosetyjskiego Obwodu Autonomicznego w składzie Gruzji. Biegnie ona mniej więcej 10-15 m w głąb terytorium Osetii Południowej. Podczas budowania zasieków przez poszczególne posiadłości okazało się, że komuś odbiera się ziemię: Gruzinom albo Osetyjczykom. Tak też się zdarza.

Do niedawna granica wyglądała następująco: na drodze, która prowadziła z Cchinwali do Tbilisi, znajdował się kontrolno-graniczny punkt. Zdaniem Gruzinów, którzy uważają te ziemie za swoje terytorium, ograniczał on przemieszczanie się ludności. Osetyjczycy zaś traktowali go jako granicę państwową. W praktyce przemieszczanie się ludności przebiegało nieformalnie, budka ze szlabanem nikomu nie przeszkadzała, ale jednocześnie dochodziło do zatrzymań wielu osób. Takich incydentów w ciągu roku były setki. Po zbudowaniu zasieków ich liczba bardzo spadła, jednak ucierpiały nieformalne więzi łączące obie strony. Ten proces ma pewne niedociągnięcia, utrudnia życie ludzi mieszkających w tym regionie. Ale Rosja nie działa tam samodzielnie, lecz przez pryzmat opinii Cchinwali. Jeśli Osetyjczycy nie chcieliby przeprowadzić granicy, Rosjanie by tego nie robili. Nie ma ze strony Rosji ani politycznej, ani żadnej innej roli, w tym procesie wyposażania granicy.

Można oczywiście powiedzieć, że pośrednio ta sytuacja gra na korzyść tych, którzy chcą zahamować proces normalizacji w relacjach rosyjsko-gruzińskich. Ale nie ma na to żadnego pozwolenia ze strony Rosji. To działa tak, jak w każdym systemie państwowym, gdzie podejmowane są decyzje, potem są stosowane, a następnie okazuje się, że ci na górze zapomnieli już, co zdecydowali.

Sytuacją na omawianej przez nas granicy zaniepokoił się także Katolikos Ilia, patriarcha gruzińskiego kościoła prawosławnego. W maju wysłał prezydentowi  Putinowi list, w którym wyraził swój niepokój. Wcześniej, w styczniu tego roku, odwiedził Moskwę i podczas spotkania z patriarchą rosyjskiej cerkwi, Kiryłem, omawiane były także sprawy politycznych relacji dwustronnych. Zarówno w Rosji, jak i w Gruzji, głowy kościołów cieszą się dużym szacunkiem społeczeństwa. Jaką rolę odgrywają w tych stosunkach? Czy duchowni liderzy mogą sprzyjać politycznemu zbliżeniu obu państw?

Tak. Patriarcha gruziński rzeczywiście odgrywa dobrą, stabilizującą rolę w naszych relacjach. Mam wrażenie, że gruziński kościół i tradycyjne, patriarchalne warstwy gruzińskiego społeczeństwa dążą do normalizacji naszych stosunków. Patriarcha jest liderem tego procesu. To mądry człowiek, który rozumie, że nie można porzucić strategicznych relacji z sąsiadami. Oczywiście Gruzini mają trudną sytuację w regionie. Saakaszwili próbował wyciągnąć Gruzję z jej regionalnego kontekstu. Jaki to kontekst? Gruzja to jedyne prawosławne państwo, które graniczy jednocześnie z kilkoma dużymi krajami muzułmańskimi. To państwo albo znajduje się w konflikcie ze swoimi sąsiadami, albo istnieje potencjał takiego konfliktu, albo w swej historii prowadziło z nimi konflikt, jak np. z Turcją i Iranem. A nastroje antytureckie w Gruzji są znacznie głębsze, niż antyrosyjskie.

Tak jest w kontekście społecznym. Jednak z politycznego punktu widzenia paradoksalnie obecne relacje Gruzji najlepiej rozwijają się z państwami muzułmańskimi: Turcją i Azerbejdżanem. A z prawosławną Rosją są dużo bardziej złożone.

To nie jest jednoznaczna sytuacja. Na przykład, rosyjski biznes jest szeroko reprezentowany w Gruzji, także w strategicznych sferach, takich jak dostawy energii elektrycznej, bankowości czy telekomunikacji. Inna sprawa, że Saakaszwili – zgodnie z atlantycką koncepcją, która w jego przypadku była też koncepcją antyrosyjską – budował swoją politykę gospodarczą. I rzeczywiście, obecnie największym podatnikiem w budżecie gruzińskim jest azerbejdżańska firma SOCAR, dostarczająca ropę naftową. Turecki biznes i handel też są zauważalne w Gruzji.

Na tym tle patriarcha odgrywa ważną rolę. To, że wysłał list w sprawie zasieków pokazuje, że także dla niego pewne kwestie są niezrozumiałe. Myślę, że nie pozostawiono go bez odpowiedzi. Uważam, że rosyjskie MSZ i administracja są zadowoleni ze współdziałania Rosji i Gruzji właśnie dzięki patriarsze Katolikosowi. Był on „żołnierzem pokoju” w kontekście konfliktu w 2008 r. We wrześniu tamtego roku przyjechał z cerkiewną delegacją do Moskwy. Jego działania można rozpatrywać jako dwutorową dyplomację.

Jak głos patriarchów Katolikosa Ilii i Kiryła może przełożyć się na decyzje polityczne? Na ile mówimy tutaj o symbolicznym, a na ile o realnym wpływie?

Ten głos nie ma bezpośredniego przełożenia ani w Rosji, ani w Gruzji, ale nie można go ignorować, ponieważ reprezentuje większość prawosławnej ludności. Można patriarchów postrzegać jako lobbystów, i w Rosji, i w Gruzji. Należą do najbardziej znaczących osób i myślę, że dzięki temu obaj mogą osiągnąć spore rezultaty.

Temat relacji z Rosją stanowi ważne tło kampanii przedwyborczych w Gruzji. Z kolei Gruzja wypadła z kontekstu priorytetowego kierunku w rosyjskiej polityce, jakim jest Wspólnota Niepodległych Państw (Tbilisi wystąpiło z niej w 2008 r. – red.). Jakie zatem miejsce w rosyjskiej polityce obecnie zajmuje?

Gruzja zajmuje w polityce Rosji zauważalne miejsce. Nie stanowi kwestii numer jeden, ale jest ważna dlatego, że była jedynym państwem, z którym Rosja wojowała we współczesnej historii – i to państwem, którego za przeciwnika nie chciała uważać. Do wojny Gruzja nie znajdowała się na liście wrogów Rosji. Ale w rezultacie do tego doszło i to ją wyróżnia na tle innych państw WNP. Fakt, że wiceminister spraw zagranicznych jest odpowiedzialny za relacje rosyjsko-gruzińskie, podkreśla znaczenie, jakie Moskwa nadaje temu problemowi. Zauważalne jest, że pewne zasoby mobilizuje się po to, by wysłać Gruzji sygnały. Poświęca się jej specjalną uwagę, chociażby ze strony MGIMO, jak żadnemu innemu  państwu WNP – to Gruzja jest tematem całego raportu i przedmiotem całego badania. To bardzo rzadka sytuacja. Dlatego tak, Gruzja jest zauważalnym zjawiskiem w kontekście WNP.

Czy Rosja będzie sprzyjać temu, by Gruzja powróciła do WNP? Czy z punktu widzenia Moskwy to jeszcze możliwe?

Prawie od razu, gdy pojawiła się idea normalizacji relacji rosyjsko-gruzińskich, Tbilisi zaczęło się bać, że będzie wciągane do Wspólnoty. Jak wyjaśnili mi Gruzini, ta pieśń „Gruzja w WNP” uważana jest za poniżający przykład tego, jak Rosja zmusiła Tbilisi do wstąpienia w szeregi tej organizacji w 1993 r. Nieco dziwna koncepcja, biorąc pod uwagę, że Gruzja po wyjściu z WNP spełnia wszelkie normy, do których się zobowiązała w wielostronnych umowach tej organizacji. W czym WNP Gruzję ogranicza – trudno mi sobie wyobrazić. Rosja Gruzji obecnie żadnych propozycji nie składa, dlatego, że brakuje bazy, jaką stanowią dobre stosunki dyplomatyczne. Tych kontaktów nie ma i nie będzie dość długo, dlatego trudno mówić o integracji Gruzji z jakimikolwiek strukturami. Ta sprawa nie znajduje się i w najbliższym czasie nie trafi na agendę rosyjskiej polityki wobec Gruzji. Mamy stos innych problemów w naszych relacjach, które wymagają szczególnej uwagi, a pierwszy z nich to bezpieczeństwo granic.

Czy planujecie w najbliższym czasie prowadzić inne badania i przedsięwzięcia w ramach projektów rosyjsko-gruzińskich?

Tak, kontynuujemy badania na temat gruzińskiej polityki i gospodarki. Szykujemy kolejne raporty na ten temat. Być może w ramach wspólnej grupy pojawi się analityczny projekt i badania. Idealnym finałem byłby rezultat, który osiągnęła grupa rosyjsko-polska, czyli publikacja „Czarne plany, białe plamy”. W rosyjski-gruzińskiej historii sporo jest takich problemów, które wymagają dyskusji. I jeśli uda nam się osiągnąć konsensus, to będzie duży sukces.

Dziękuję za rozmowę. 

Rozmawiała Aleksandra Kowalczuk

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku i TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykuł„Nikt nie wie, czym dokładnie jest tzw. choroba Alzheimera”. Rozmowa z Cornelią Stolze.
Następny artykułZielony chiński smok
Autorka jest absolwentką stosunków międzynarodowych oraz studiów wschodnich na Uniwersytecie Warszawskim. Obroniła doktorat z politologii w Moskiewskim Państwowym Instytucie Stosunków Międzynarodowych. Uczestniczyła w szeregu konferencji naukowych organizowanych w Rosji, Ukrainie i w Polsce oraz projektach przygotowanych przez rosyjski ośrodek analityczny „PIR-Center” oraz Centrum Studiów Regionalnych i Międzynarodowych „CIRP” z Sankt Petersburga. W przeszłości odbyła praktyki i staże w Państwowym Uniwersytecie im. Iwane Dżawachaszwili w Tbilisi, Fundacji im. Stefana Batorego, Wydziale Prasowym Ambasady RP w Kijowie oraz Polskiej Akcji Humanitarnej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ