Afrykańska szachownica

0

Zasoby naturalne Afryki są łakomym kąskiem dla wielu. I choć obecnie to Chiny i USA najmocniej dążą do nawiązania bliskich relacji z rządami krajów afrykańskich i skorzystania z ich ropy naftowej, nie należy zapominać, że istnieją państwa, które na Czarnym Lądzie obecne są od wielu lat.

Długoletnie relacje

W ostatnich latach dużo się pisze w afrykańskiej prasie na temat „chińskiej inwazji” czy „chińskiego boomu”. Jednak związki Pekinu z Afryką mają długą historię. Już w latach 50. ubiegłego wieku Chiny przejawiały Afryką duże zainteresowanie motywowane często ideologią i polityką, wspierając, na przykład, ruchy antykolonialne w Algierii i Angoli. W szczytowym okresie Zimnej Wojny Afryka była areną, na której ścierały się interesy Pekinu, Moskwy i Waszyngtonu. To właśnie dzięki wsparciu krajów afrykańskich Chiny odzyskały stałe miejsce w radzie bezpieczeństwa ONZ, zastępując Tajwan.

Po śmierci Mao Tse-tunga w 1976 r. obecność chińska w Afryce stała się bardziej dyskretna i ograniczyła się do wybranych krajów, jak np. Benin, Kamerun czy Togo. Ale Chiny Afryki nigdy nie opuściły, a ich zainteresowanie tym kontynentem po prostu w ostatnich latach tylko wzrosło. Pomiędzy 2000 a 2008 r. wymiana handlowa między ChRL a państwami afrykańskimi rosła średnio o 33,5 proc. rocznie i już w 2009 r. Chiny stały głównym partnerem handlowym Afryki. Wartość chińsko-afrykańskiej wymiany handlowej rośnie wykładniczo: w 2000 r. wyniosła 10,5 mld USD, w 2005 r. – 40 mld USD, a w 2011 r. – 166 mld USD.

Ropa za zapałki i mydło

Zainteresowanie Chin Afryką wynika z jej bogatych złóż naturalnych, potrzebnych Państwu Środka do dynamicznego rozwoju. Afryka stała się skarbnicą paliw kopalnych i surowców mineralnych, a także znakomitym rynkiem zbytu dla produkowanych masowo chińskich towarów.

RPA, Angola, Nigeria, Sudan, Egipt i Algieria są najcenniejszymi partnerami Chin, które generują dwie trzecie wartości całkowitego handlu w Afryce. RPA ma ogromne zasoby cennych surowców kopalnych, jest również dużym rynkiem zbytu – podobnie zresztą jak Egipt i Algieria. Natomiast Angola, Nigeria i Sudan dysponują bogatymi złożami ropy naftowej i gazu ziemnego. W efekcie 71,7 proc. dóbr importowanych z Afryki do Chin to paliwa kopalne, a 14,1 proc. – metale. Ropa naftowa stanowi 94 proc. całkowitego eksportu z Angoli do Chin. W przypadku Sudanu wartość ta wynosi 80 proc.

Produkty made in China zalały rynki Kairu, Johannesburga, Luandy, Lagosu, Dakaru oraz wielu innych afrykańskich miast. Według oenzetowskiego magazynu „Africa Renewal” dobrze sprzedają się tam nawet drobne, tanie artykuły jak zapałki, herbata w torebkach, zabawki czy mydło.

Chińsko-afrykańska współpraca widoczna jest również w budownictwie, przy realizacji przez chińskie firmy dużych projektów budowlanych. We wrześniu 2012 r. China Railway Construction Corporation (CRC) podpisała kontrakt wart 1,5 mld USD na modernizację kolei w zachodniej Nigerii. W tym samym czasie największy producent taboru kolejowego w Chinach, China South Locomotive and Rolling Stock Corporation, uzyskał kontrakt warty 400 mln dolarów na dostawy pociągów dla południowoafrykańskiej spółki Transnet. W lutym 2012 r. CRC ogłosiła, że zamierza zrealizować projekty w Nigerii, Dżibuti i Etiopii o łącznej wartości 1,5 mld USD.

Zachodnie zastrzeżenia

Raporty międzynarodowych instytucji, np. Banku Światowego czy OECD, krytykują Chiny za ich dominującą pozycję w handlu paliwami i innymi surowcami kopalnymi na Czarnym Lądzie, która pogłębiać ma zależność krajów afrykańskich od nieodnawialnych źródeł energii. Ponadto, według autorów tych opracowań, poszukiwanie coraz to nowych złóż zaognia lokalne konflikty, wzmacnia reżimy autorytarne, wzmaga korupcję i działa przeciwko polityce zrównoważonego rozwoju gospodarczego i społecznego krajów afrykańskich. Wycinka drzew, którą na ogromną skalę prowadzą chińskie spółki, coraz bardziej niepokoi afrykańską opinię publiczną i organizacje pozarządowe. Chinom trudno jest pozbyć się reputacji „pasożyta”, który wysysa z Afryki surowce naturalne, nie oferując jej w zamian żadnych szans na rozwój społeczny.

Produkcja podróbek znanych marek tekstylnych na Wybrzeżu Kości Słoniowej czy japońskich motocykli w Kamerunie negatywnie odbija się na życiu lokalnych społeczności. Początkowo uboga lokalna ludność dobrze przyjmowała tanie chińskie produkty, jednakże dość szybko problemem stała się ich niską jakość oraz fakt, że podrabiane produkty są niebezpieczne, zawodne, a czasami wręcz toksyczne, jak np. niektóre leki.

Jak można się spodziewać, sposób prowadzenia chińskich interesów w Afryce głośno skrytykował m.in. Paul Wolfowitz, były prezes Banku Światowego. Do dyskusji włączył się także Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW), który ostrzegł rządy państw afrykańskich przed „zakusami chińskich kapitalistów”, którzy „bez skrupułów” stosują pożyczki pod zastaw. Zachodowi przeszkadza też, że Chiny z powodzeniem udzielają krajom afrykańskim wielomiliardowych kredytów w zamian za prawa do kopalń i terenów leśnych. Budzi to również sprzeciw części afrykańskich elit – na przykład, podczas Forum Chińsko-Afrykańskiego w Pekinie w lipcu 2012 r., prezydent RPA Jacob Zuma powiedział, iż struktura bilateralnego handlu między Państwem Środka a Afryką nie ma przyszłości.

Chińska telewizja po francusku

Aby skuteczniej bronić się przed międzynarodową krytyką, Chiny pracują nad swoim wizerunkiem i robią to z typowym dla siebie rozmachem. Na przykład Pekin ufundował budowę potężnego dwudziestopiętrowego gmachu w Addis-Abebie, będącego nową siedzibą główną Unii Afrykańskiej wartą 200 mln USD. Ten ultranowoczesny kompleks jest najwyższym budynkiem w Etiopii, wyposażonym m.in. w salę konferencyjną na 2,5 tys. osób. Szczodry dar Pekinu wywołał w Afryce mieszane reakcje.  Zdaniem komentatorki politycznej, Chiki Ezeanya fakt, że „tak ważny i symboliczny budynek został zaprojektowany, zbudowany i jest utrzymywany przez obcy kraj, znieważa Unię Afrykańską i wszystkich mieszkańców Afryki”. Natomiast władze tych państw, których firmy pracowały przy budowie kompleksu, prześcigały się w podziękowaniach dla swoich chińskich „przyjaciół”.

Chiny są hojne względem Afryki nie od dziś. W latach 2000- 2009 Pekin zainwestował 9,3 mld USD w afrykańskie rolnictwo i przemysł wydobywczy. Ponadto umorzył długi 35 krajów o łącznej wartości 2,9 mld USD. Tego typu gesty miały zresztą miejsce już wcześniej – Chińczycy zbudowali szpital w Luandzie w Angoli, stadiony sportowe w Sierra Leone i Beninie, czy rafinerie cukru i plantacje trzciny cukrowej w Mali. Podczas obrad V Forum Współpracy Chińsko-Afrykańskiej urzędujący wtedy przewodniczący ChRL, Hu Jintao, wspomniał również takich projektach jak budowa 100 szkół, 30 szpitali, 30 ośrodków walki z malarią i 20 ośrodków rozwoju rolnictwa.

Rosnące wpływy chińskie w Afryce uderzają w interesy dawnych mocarstw kolonialnych i, co ciekawe, Chińczycy te historyczne uwarunkowania biorą pod uwagę: jeżeli prowadzą interesy w Zachodniej Afryce, będącej niegdyś francuską strefą wpływów, to w pierwszej kolejności wysyłają tam dyplomatów i inżynierów władających językiem francuskim. Telewizja CCTVF, dostępna w Internecie oraz za pośrednictwem satelitów, właśnie po francusku przybliża lokalnej ludności politykę i kulturę Chin.

Stany Zjednoczone w natarciu

Chiny nie są jednak w Afryce same. Stany Zjednoczone również chcą mieć tam swój kawałek tortu, czego dowodem była chociażby wizyta Sekretarz Stanu Hillary Clinton w sierpniu 2012 r. Jedenaście dni, które tam spędziła, to wyjątkowo długo jak na szefową dyplomacji najpotężniejszego państwa świata. Clinton, która przyjechała do Afryki w towarzystwie amerykańskich firm działających na Czarnym Lądzie, podkreślała, że USA nie zapomniały o Afryce. Na uwagę zasługuje fakt, że odwiedziła aż siedem krajów, w tym Sudan i RPA będące bliskimi partnerami Chin.

To jednak nie wszystko. Między 25 czerwca a 3 lipca 2013 r Afrykę odwiedził prezydent Barack Obama. Na jego trasie znalazły się RPA, Senegal i Tanzania. A jaki był cel wizyty? Wspieranie rozwoju gospodarczego, inwestycje i handel, rozwój instytucji demokratycznych i pomoc nowemu pokoleniu rządzących w Afryce – czytamy w oficjalnym komunikacie prezydenta.

W trakcie Zimnej Wojny „szeryfem Afryki” miała być Europa, a w szczególności – Francja, jednak po upadku ZSRR administracja Billa Clintona postanowiła przejąć inicjatywę w regionie. Dość szybko okazało się, że Afryka jest gigantycznym rynkiem zbytu, który lokalna produkcja zaspokaja jedynie w 7 proc. Amerykanom trudno było zatem oprzeć się pokusie opanowania rynku 700 mln konsumentów.

Aby zmaksymalizować korzyści z wejścia na afrykańskie rynki, USA przeprowadziły zmasowaną ofensywę dyplomatyczną i ekonomiczną. W 1993 r. prezydent Clinton zniósł cło na wybrane grupy produktów importowanych z Afryki. Inspirował się przy tym konwencjami z Lome, które łączą państwa europejskie i afrykańskie. W czerwcu 1997 r. podczas szczytu G8 w Denver przyjęto „amerykańską inicjatywę na rzecz Afryki”, którą dawne państwa kolonialne odebrały jako akt wypowiedzenia wojny gospodarczej. Jacques Santer, ówczesny przewodniczący Komisji Europejskiej, powiedział wówczas, że Europa może zaoferować Afryce coś więcej, niż tylko „inicjatywę”. Francja, której interesy nowa polityka USA naruszała najbardziej, ostro skrytykowała „chciwość” Amerykanów.

Promując „zasady liberalizmu” Stany Zjednoczone zachęcały swoich afrykańskich partnerów do wprowadzania zasad gospodarki wolnorynkowej w zamian za wsparcie polityczne i finansowe. Naturalnie, celem Amerykanów było przełamanie monopolu handlowego dawnych państw kolonialnych.

Od początku swojej kadencji w 2001 r. George W. Bush podkreślał wolę Waszyngtonu wywierania większego wpływu na sytuację geopolityczną w Afryce. W swoim przemówieniu powiedział: „My, Amerykanie, chcemy być kimś więcej, niż tylko widzami postępu dokonującego się w Afryce”. Niedługo później miał miejsce zamach na World Trade Center.

Geopolityka po 11 września

Nazajutrz po tragicznych wydarzeniach z 11 września 2001 r. interes gospodarczy USA w Afryce stał się również interesem strategicznym. Zamachy obnażyły zależność Ameryki od arabskiej ropy – w 2001 r. Arabia Saudyjska była źródłem 15 proc. ropy naftowej importowanej do USA. Gdy śledztwo prowadzone po zamachach na WTC wykazało, że uznawany za ich organizatora – Osama bin Laden – był bliskim współpracownikiem saudyjskich służb specjalnych, USA musiały przemyśleć swoją politykę energetyczną w całym regionie. Wtedy właśnie powstała African Oil Policy Initiative Group (AOPIG) – ośrodek lobbujący w USA na rzecz afrykańskiej ropy naftowej. Jego pierwszą publikacją była biała księga zatytułowana „African Oil: A priority for US National Security & African Development”. Autorzy przestrzegali w niej rząd amerykański, że import ropy z Bliskiego Wschodu obarczony jest ryzykiem finansowania terrorystów i rekomendowali przeniesienie strefy strategicznej w stronę Zatoki Gwinejskiej.

USA potrzebowały zatem partnera, który zmniejszyłby ich zależność od niepewnego Bliskiego Wschodu i wybór padł na Afrykę. Wielkość znajdujących się tam złóż naftowej oceniane są na 100 mld baryłek. Pod koniec 2001 r. dzienna produkcja czarnego złota wynosiła 9 mln baryłek dziennie. Co więcej, kraje Zatoki Gwinejskiej produkują łącznie 5 mln baryłek dziennie, czyli ponad połowę całej produkcji afrykańskiej. W 2002 r. USA, które importują 60 proc. potrzebnej im ropy, postawiły sobie ambitny cel: do 2015 r. 25 proc. sprowadzanej ropy naftowej ma pochodzić z Czarnego Lądu. I choć odkrycie złóż gazu łupkowego mogłoby zwrócić Ameryce niezależność energetyczną, Waszyngton wcale nie zamierza się wycofywać argumentując to koniecznością powstrzymywania Chiny przed całkowitym zdominowaniem afrykańskiej gospodarki.

Ideologiczne narzędzia sukcesu

W swojej polityce USA chętnie posiłkują się ideologią. W latach 2000-2011 zainwestowały w Afryce 90 mld USD, podczas gdy Chiny – tylko 74 mld USD. Ponadto administracja George’a W. Busha opracowała szeroko zakrojony plan walki z AIDS. Barack Obama zaproponował członkom G8 udział w inicjatywie mającej na celu sfinansowanie projektów rolniczych w Afryce. Na ten cel zebrał 3,5 mld USD z sektora prywatnego.

W latach 90., kiedy USA rozpoczęły swój powrót do Afryki, podstawowym argumentem dyplomacji amerykańskiej była krytyka monopolu dawnych państw kolonialnych. Waszyngton wytykał Europie wspieranie reżimów autorytarnych na kontynencie. Główną osią ofensywy miała być obrona demokracji i egzekwowanie zobowiązań afrykańskich elit względem społeczeństwa.

Poza promocją demokracji USA obiecywały integrację gospodarek krajów afrykańskich z gospodarką światową. W tym celu miały wzrosnąć inwestycje amerykańskiego sektora prywatnego w Afryce, a rząd miał umarzać długi poszczególnych krajów w miarę liberalizacji ich gospodarek. Jednym z celów tej inicjatywy było uderzenie w zmonopolizowane rynki, z których korzystała m.in. Francja. Podobnie jak w przeszłości względem Europy, obecnie Waszyngton zasadza swoją krytykę wobec Chin na neokolonialnym podejściu do kontynentu.

Jednym z dowodów na rosnące znaczenie USA w Afryce jest wielkość eksportu płynących tam szerokim strumieniem amerykańskich towarów. W 2011 r. jego wartość wyniosła 21,1 mld USD, co stanowiło wzrost o 23 proc. względem roku poprzedniego. Według statystyk  rządu USA produkty eksportowane do Afryki to głównie maszyny (4 mld USD, wzrost o 15 proc. względem 2010 r.), samochody i części zamienne (3,5 mld USD, wzrost o 42 proc.), rafinowane paliwa (1,8 mld dolarów, wzrost o 30 proc.) i zboże (1,7 mld USD,  wzrost o 31 proc.).

Francja nie śpi

Chiny i Stany Zjednoczone są obecnie głównymi partnerami handlowymi państw afrykańskich. Jednak Unia Europejska i jej niektórzy członkowie, czyli dawne państwa kolonialne, nie śpią. Francja kontynuuje swoją politykę zarysowaną w 1958 r przez Charles’a de Gaulle’a, który próbował ratować mocarstwową pozycję Francji m.in. poprzez zapewnienie jej niezależności energetycznej. W tym celu od początku lat 60. Francja pomagała afrykańskim dyktatorom obejmować władzę w zamian za wyłączność na prawo do eksploatacji złóż przez francuskie spółki. To znany mechanizm, który nawet doczekał się własnego terminu: „françafrique” – sprzężenie interesów ekonomicznych i politycznych Francji w Afryce.

„Plany energetyczne kreśli się na długie lata. Kiedy decydujemy się na wydobycie ropy w jakimś miejscu, eksploatacja zaczyna się dopiero 10 lat później. Potrzebujemy gwarancji stabilności kraju, w którym chcemy rozpocząć inwestycję. Chodzi przede wszystkim o stabilność polityczną” – mówił Loïk Le Floch-Prigent, dyrektor generalny koncernu naftowego Elf w latach 1989-1993, w filmie dokumentalnym Patricka Benqueta z 2010 r. pt. „Françafrique”.

Nadrzędnym celem polityki Francji na Czarnym Lądzie jest stabilizowanie sytuacji, gdyż jest to warunek niezbędny do zabezpieczania tam francuskich interesów gospodarczych. Doskonałym przykładem jej realizacji w praktyce była niedawna interwencja wojsk francuskich w Mali. W wyniku trwającego tam konfliktu zagrożony był Niger, który dostarcza 33 proc. uranu do francuskich elektrowni atomowych. Światowy lider energetyki nuklearnej, francuska grupa Areva, ma w Nigrze dwie działające kopalnie (Arlit i Akokan) i trzecią w budowie (Imuraren), która do 2020 r. ma wydobywać 5 tys. ton skał i zostać się największą kopalnią uranu w Afryce. Niger stanie się wtedy drugim producentem uranu na świecie i dostawcą połowy paliwa nuklearnego do Francji. Celem interwencji w Mali była więc ochrona interesów wartych wiele miliardów dolarów prowadzonych w sąsiednim kraju.

 Jedna piąta gospodarki dla Paryża

„Od kilku lat Afryka przeżywa dynamiczny rozwój gospodarczy. To kontynent młody, z perspektywami, który chce zająć należne mu miejsce. To kontynent przyszłości, ponieważ światowe spółki zakładają tu swoje oddziały i ponieważ w jego rozwój angażują się największe mocarstwa, w tym Chiny i Stany Zjednoczone” – mówił francuski prezydent François Hollande w przeddzień wylotu do Dakaru w październiku 2012 r. Następnie dodał, że Francja chciałaby być częścią tej „wspaniałej przygody”.

Zainteresowanie, jakie prezydent Francji okazuje afrykańskiej dynamice gospodarczej, jest o tyle zrozumiałe, że Paryż był ostatnio marginalizowany przez niektóre kraje Czarnego Lądu. Jego udział w rynku afrykańskim w latach 2000-2010 spadł z 16,2 do 8,9 proc. na korzyść nowych graczy. Zważywszy, że spółki francuskie uczestniczą w 20 proc. gospodarki afrykańskiej, jak podkreślał prezydent Hollande, można się spodziewać, że Francja zrobi wszystko, by utrzymać swoją pozycję na kontynencie.

Polityczne lawirowanie

Nieusprawiedliwionym wydaje się więc mówienie o chińskiej czy amerykańskiej „inwazji w Afryce”. Tym bardziej, że Afrykańczycy zrozumieli, iż oni również mogą korzystać z rosnącej konkurencji na swoim podwórku. Na przykład, Nigeria, największy producent ropy naftowej w Afryce Subsaharyjskiej, dostarcza tylko niewielkie ilości ropy Chinom, które od lat próbują zwiększyć swój udział w tamtejszym rynku. Nigeria utrzymuje za to ścisłe relacje ze Stanami Zjednoczonymi, do których eksportuje 44 proc. swojej produkcji (dane z 2008 r.). Algieria, czwarty pod względem znaczenie partner gospodarczy Chin w Afryce, manifestuje swoje bliskie związki z USA przez udział w manewrach wojskowych NATO. Władze kraju lawirują między wpływami Waszyngtonu, Paryża, Moskwy i Pekinu. USA mają być gwarantem stabilności i długofalowego bezpieczeństwa kraju. Francja to jego tradycyjny partner handlowy i kulturalny. Rosja jest dostawcą broni i ważnym inwestorem w sektorze paliwowym, a Chiny oferują wsparcie dyplomatyczne i handlowe. Prezydent Algierii, Abdelaziz Bouteflika, uważa Chiny za sojusznika, którego zaangażowanie może przyspieszyć rozwój kraju bez nakładania na niego nadmiernych ograniczeń i współzależności.

Afryka zrozumiała, że konkurencja działa na jej korzyść, czego przykładem są relacje z Pekinem i Delhi. Indie również mają duże zapotrzebowanie na surowce naturalne, a ponadto pragną zwiększyć swoje znaczenie w świecie, by uzyskać stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Konkurują z Chinami promując wymianę technologii ze swoimi partnerami i poprawiając warunki życia lokalnej ludności. Są głównym dostawcą surowców medycznych w Afryce – koncerny farmaceutyczne krajów zachodnich zrezygnowały z rynku afrykańskiego ze względu na jego niską rentowność. Również Brazylia interesuje się Afryką – wartość handlu między Brazylią a Czarnym Lądem od 2002 r. wzrosła czterokrotnie.

Nie ma więc czym się niepokoić – Chiny i USA nie są jedynymi figurami na afrykańskiej szachownicy.

Benjamin Hutter

przekład z j. francuskiego – j. b.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułZielony chiński smok
Następny artykułCiało i dusza
Francuski dziennikarz, z wykształcenia historyk zajmujący się historią współczesną. W przeszłości pracował jako dziennikarz śledczy w licznych mediach regionalnych. Obecnie mieszka w Moskwie, pisze dla Ria Novosti, Le Figaro (Francja) i Le Soir (Belgia). Specjalizuje się w polityce i geopolityce francuskiej.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ