Europejscy populiści – na lewo czy na prawo?

2

Mamy obecnie do czynienia z bardzo charakterystycznym i w pełni świadomym zastępowaniem pojęć: Europa utożsamiana jest z Unią Europejską, z zasadami jakie nią rządzą i biurokracją, która nią kieruje. W konsekwencji wszyscy niezadowoleni z Unii Europejskiej , ogłaszani są „przeciwnikami Europy” lub, w najlepszym wypadku, „eurosceptykami”. Demagogia ta – jak pokazują wydarzenia ostatnich lat – przestaje działać. Przykładem tego, że w krajach zachodnich nikt już nie boi się tego typu etykietek, są losy terminu „antyglobalizm”, wymyślonego przez neoliberalnych dziennikarzy w celu dyskredytacji ruchu protestu, a który obecnie używany jest w pozytywnym znaczeniu.

Brukselscy urzędnicy i „afiliowani” dziennikarze, dostrzegając wzrost krytycznych nastrojów w społeczeństwie zachodnim, aktywnie dyskutują o tym, jak je zwalczać. Jednak nikt nie próbuje nawet zastanowić się nad tym, co robić z problemami, leżącymi u źródeł niezadowolenia. Tymczasem procesy zachodzące w Europie mają charakter całkowicie obiektywny i nie są rezultatem wyłącznie kryzysu ekonomicznego w jaki popadł model neoliberalny, narzucany mieszkańcom Starego Świata za pośrednictwem instytucji unijnych.

Otóż w imię dotrzymania przyjętych w Unii zobowiązań demontuje się struktury państwa socjalnego, ogranicza ochronę miejsc pracy, a tym samym obniża jakość i poziom życia obywateli. Towarzyszy temu kryzys demokracji związany z kompromitacją istniejących partii politycznych. A wszystko zaczęło się w latach dziewięćdziesiątych, kiedy to partie lewicowe, zdemoralizowane upadkiem Związku Radzieckiego, zostały de facto dokooptowane do projektu liberalnego. Najpierw partie socjaldemokratyczne, a następnie także bardziej radykalne organizacje lewicowe, często wywodzące się z tradycji komunistycznej, stały się uczestnikami „procesu europejskiego”, rezygnując z własnych poglądów, idei i celów (w pierwszej kolejności z opozycji wobec kapitalizmu rynkowego i orientacji na jakościową zmianę społeczeństwa). Miejsce idei przebudowy społecznej zajęły problemy związane z indywidualnym i grupowym stylem życia oraz drugo-, a często nawet trzecioplanowe kwestie kulturowe, świadomie nadmuchiwane do wymiaru najważniejszych problemów współczesności – a wszystko to w celu unikania dyskusji o rzeczywistych problemach.

Idee polityczne zastąpiono poprawnością polityczną, a zamiast o prawie do pracy i sposobach walki z bezrobociem zaczęto dyskutować o prawach zwierząt, bądź ochronie interesów społeczności homoseksualnych. Nawet naprawdę ważne zagadnienia, takie jak sytuacja ekologiczna czy równouprawnienie kobiet, zostały sprowadzone do zestawu demagogicznych schematów, które można powtarzać nie ryzykując, że trzeba będzie poruszyć strukturalne problemy ekonomiczne i społeczne. Na przykład uwagę londyńskich feministek przykuła kiedyś nierówna liczba toalet męskich i damskich w parlamencie brytyjskim. Naprawa tej „niesprawiedliwości” stała się w ich oczach najważniejszym osiągnięciem rządu Tony’ego Blaira. We Francji wprowadzono zakaz używania słowa „mademoiselle”, ponieważ uznano, że wskazując na panieński stan młodych kobiet, urąga ono ich godności. Teraz do kobiety można zwracać się wyłącznie „madame”. Same Francuzki nie odczuły dzięki temu jakiejś znaczącej poprawy swego losu, a ponieważ większość obywateli republiki uporczywie ignoruje zakaz, instytucje rządowe muszą wydawać coraz to nowe okólniki w celu położenia kresu tym masowym wykroczeniom.

Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, partie lewicowe, zajmujące się głównie tego typu zagadnieniami, zaczynają tracić swoich zwolenników. Jednak nic nie jest w stanie naruszyć ich lojalności wobec Unii Europejskiej. Dopuszczalne jest co najwyżej ostrożne napomknienie, że organizacja ta ma pewne „drobne niedoskonałości”. Jednak od razu należy przy tym zastrzec, że wszystkie pojawiające się problemy powinno się rozwiązywać w ramach UE i na podstawie przyjętych w niej układów i regulacji.

Dla milionów obywateli państw zachodnioeuropejskich praktyka życia we „wspólnej” Europie oznacza systematyczne obniżanie poziomu życia, likwidację dotychczasowych służb socjalnych, wzrost bezrobocia i wyższy wiek emerytalny bez proporcjonalnego wzrostu emerytury. Ponadto coraz wyraźniej widać, iż jedność kontynentu wiąże się z hegemonią rządu niemieckiego na poziomie politycznym oraz niemieckich korporacji na poziomie ekonomicznym.

Reakcja obywateli na te zjawiska wyrażała się w głosowaniu przeciwko każdemu następnemu ogólnoeuropejskiemu aktowi, który poddawany był pod referendum. Jednakże urzędnicy Unii Europejskiej i związane z nimi elity polityczne zmuszali ludzi do kolejnych głosowań, aż do „złamania” wyborcy. Albo po prostu od razu nadawali umowom siłę prawną, tak jak w przypadku Konstytucji Europejskiej, którą mimo fiaska referendów przyjęto pod nazwą Traktatu Lizbońskiego.

Taka praktyka wzmocniła tylko przekonanie milionów ludzi, że Unia Europejska i demokracja są rozłączne: albo rozwój UE doprowadzi do stłamszenia instytucji i praktyk demokratycznych, albo sama Unia zostanie zniszczona w imię ochrony suwerenności obywatelskiej Europejczyków. Tymczasem oficjalna polityka, zarówno prawicy, jak i lewicy, pozostaje niewrażliwa na tę głęboką zmianę stosunku opinii publicznej do UE. Poparcie wewnątrz klasy politycznej znaczy dla jej przedstawicieli więcej niż interesy wyborców. Tym bardziej, że system reprezentacji proporcjonalnej i list partyjnych, zaszczepiony w większości państw, zwiększa przepaść pomiędzy politykami a wyborcami. Sukces i kariera polityka zależą obecnie w większym stopniu od aparatu partyjnego, decydującego miejscach na listach wyborczych, niż od ludzi, którzy na niego zagłosują w wyborach.

Odpowiedzią na ugodowość lewicy stał się gwałtowny wzrost popularności wszelkich ruchów populistycznych, niezwiązanych z wewnętrznymi układami elitarnej polityki parlamentarnej. Jeśli chodzi o orientację ideologiczną, ruchy te reprezentują wszelkie możliwe kierunki: od lewicowego w swojej retoryce Włocha Beppe Grilla do prawicowej, choć bardzo ostrożnej w wypowiedziach, Francuzki Marine Le Pen, od zdecydowanie odideologizowanych zwolenników Alternatywy dla Niemiec, której do wejścia do Bundestagu zabrakło jedynie 0,3% głosów, po jawną ultraprawicę w Norwegii, Holandii i Austrii.

Należy przy okazji zauważyć, że w krajach, gdzie istnieją organizacje lewicowe, które nie boją się mówić otwarcie o problemach społecznych, ruchy populistyczne nie odnoszą takich sukcesów, znajdując poparcie wyłącznie na skrajnie prawicowym skrzydle. I tak, na przykład w Grecji największy wzrost poparcia odnotowała radykalnie lewicowa koalicja SYRIZA. Ultraprawicowy Złoty Świt, chociaż w ostatnich wyborach umocnił swoją pozycję, to jednak pozostał z tyłu. A niemal jawne związki tej partii z nazistowskim podziemiem przesądziły o dalszym rozwoju wydarzeń, kiedy to śledztwo w sprawie zabójstwa doprowadziło do aresztowania parlamentarzystów Złotego Świtu i zamknięcia biur tego ugrupowania.

Z drugiej strony Marine Le Pen we Francji stara się dystansować od ultraprawicy, odwołując się nie tyle do ideologii, ile do zdrowego rozsądku. W jakim stopniu ten polityczny manewr przyniesie skutek, to już inna kwestia – przecież jako lider Frontu Narodowego musi zmagać się ze spuścizną ojca, która w sposób oczywisty ciągnie ją dalej na prawo. Sojusznicy Beppe Grilla deklarują otwartość na współpracę z organizacjami lewicy, tyle że sama lewica ciągle wymyśla powody, żeby od „populistów” się odgrodzić.

Główny zarzut wysuwany pod adresem ruchów populistycznych dotyczy ich negatywnego stosunku do rosnącej imigracji, który zbliża je do radykalnej prawicy. Jednak motywy i uzasadnienie takiego stanowiska wobec imigracji diametralnie się od siebie różnią. O ile partie radykalnej prawicy kierują się wyłącznie wrogością rasową wobec „muzułmanów” i „Słowian” – „spuścizna słowiańska” stanowi jeden z ważniejszych tematów podnoszonych przez nacjonalistów na Zachodzie – o tyle umiarkowani populiści mówią o społecznych skutkach migracji i konieczności stworzenia warunków do skutecznej integracji tych, którzy już przyjechali. I tak na przykład w wystąpieniach Marine Le Pen i przemówieniach Beppe Grilla powtarza się bardzo prosta myśl: nie ma sensu sprowadzać do kraju większej liczby ludzi niż ta, jakiej możemy zapewnić mieszkanie i pracę. W przeciwnym wypadku wzrost imigracji okaże się źródłem nieszczęść dla wszystkich, łącznie z samymi migrantami.

Ku przerażeniu poprawnej politycznie lewicy podejście to coraz częściej budzi aprobatę samych „Nowych Europejczyków”. Przecież niekontrolowana imigracja z największą siłą uderza w doły społeczne, również w tych, którym udało się przyjechać i urządzić na Zachodzie podczas poprzednich fal migracyjnych. Jednocześnie to właśnie ruchy populistyczne mówią o problemach bezrobocia, otwarcie występują przeciwko neoliberalnym krokom Unii Europejskiej, żądają ochrony rynku wewnętrznego, a często mówią także o nacjonalizacji. Jak zauważają eksperci, najbardziej lewicowy program podczas ostatnich włoskich wyborów miał właśnie ruch Beppe Grilla. Co więcej, jeśli przeanalizujemy deklaracje francuskiego Frontu Narodowego, to okaże się, że są one bardzo podobne do postulatów, z jakimi dwadzieścia lat temu występowała Francuska Partia Komunistyczna. To sami komuniści, współpracując z liberalnymi socjalistami, w ciągu tych lat odeszli od swojego własnego programu.

Nie dziwi zatem, że ruchy populistyczne zaczęły masowo odbierać elektorat partiom lewicowym. Przewiduje się, że w najbliższych wyborach parlamentarnych we Francji część wyborców lewicy przejdzie na stronę Marine Le Pen. Kolejna ich część, nie chcąc oddawać głosu na siłę obcą im ideologicznie, po prostu zostanie w domu. Analogicznej erozji podlega także elektorat tradycyjnej prawicy. O ile wcześniej niezdecydowani wyborcy zagłosowali na socjalistów – co zresztą przesądziło o zwycięstwie François Hollande’a podczas ostatnich wyborów prezydenckich, o tyle obecnie istnieje równie wysokie prawdopodobieństwo, że przejdą na stronę Marine Le Pen jako polityka „unikającego skrajności”.

Ruchy populistyczne nie doszły jak dotąd do władzy w żadnym kraju europejskim. Wydaje się, że mogą rozhuśtać łódkę, ale jej kursu raczej nie są w stanie zmienić. Ponieważ stanowią w rzeczywistości niespójne koalicje, to nie można wykluczać, że w momencie, kiedy nadejdzie pora podejmowania naprawdę ważnych decyzji, rozpadną się na części składowe. Tym bardziej nie ma podstaw do wiary, że nastąpią zmiany na lepsze – można raczej stwierdzić, że wzrost populizmu i umocnienie się „eurosceptyków” to jedynie symptomy kryzysu, jaki przeżywa neoliberalny „projekt europejski”. Jednak dopóki same elity rządzące nie zrezygnują ze swojego kursu, dopóty podobne tendencje będą narastać – niezależnie od tego, jakie działania propagandowe podejmą obrońcy obecnego porządku, by je powstrzymać.

Partie populistyczne mogą okazać się instrumentem przemian demokratycznych, jednak jest też wysoce prawdopodobne, że mogą stać się żyzną glebą dla polityki autorytarnej. Z jednej strony mają potencjał do bycia nośnikiem idei lewicowych, z drugiej jednak mogą równie dobrze skręcić w prawo, ku otwartemu faszyzmowi. W końcu w latach trzydziestych faszystowskie programy ekonomiczne na poziomie „technicznym” w znaczącym stopniu pokrywały się z propozycjami formułowanymi przez partie Frontu Ludowego. Różnica polega na tym, że wówczas istniała autentyczna konkurencja pomiędzy prawicą a lewicą, natomiast dzisiejsza eurolewica po prostu unika omawiania ważnych społecznie problemów.

Kryzys dotyka gospodarki Europy, kryzys przechodzi jej polityka, kryzys zaufania podmywa stare partie polityczne. I nie ma widoków na świetlaną przyszłość. Pewne jest tylko jedno: powstała sytuacja nie może utrzymywać się w nieskończoność, a zachowawcza polityka prowadzi wyłącznie do pogłębienia kryzysu. W najbliższym czasie ruchy tektoniczne w polityce zachodnioeuropejskiej będą nieuniknione.

Borys Kagarlickij 

Źródło: stoletie.ru, przekład z j. ros. – r.s.

Boris Juljewicz Kagarlickij, (ur. 1958 w Moskwie), radziecki dysydent, publicysta socjalistyczny, dyrektor Instytutu Globalizacji i Ruchów Społecznych, autor książki pt. Imperium Peryferii. Rosja i system światowy, wydanej w Polsce nakładem Krytyki Politycznej (Warszawa 2012).

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

2 KOMENTARZE

  1. Demontaż państwa socjalnego? UE jest największą grupą państw które wydaje tak dużo na cele polityki społecznej. Stąd kryzys UE.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ