Prymusi „antyfaszyzmu”

1

Rozmowa z Tomaszem Gabisiem. Pierwodruk: Plus Minus. Tygodnik „Rzeczpospolitej”, sobota-niedziela, 25-26 stycznia 2014.

Kim są dzisiejsi Niemcy: wciąż ceniącymi ład i porządek Prusakami czy może już postnarodowymi liberałami wychowanymi w rzeczywistości multikulti?

Na pewno są po trochu i jednym, i drugim. Dawna tradycja, mentalność, wzory zachowań są bardzo trwałe i rzadko się zdarza, by zupełnie ginęły. Jednak jeśli spojrzymy na płaszczyznę kulturową, łatwo zauważyć, że w Niemczech od lat następuje odejście od starej, pruskiej, typowo niemieckiej tradycji. Spójrzmy na przykład, jakie imiona Niemcy nadają swoimi dzieciom.

Adolfa tam nie znajdziemy…

To na pewno, zresztą nigdy nie było to imię szczególnie popularne, nawet w latach 30′ i 40′. Kiedy cofniemy się do lat 50′, przekonamy się, że najpopularniejszymi męskimi imionami były wówczas: Peter, Hans, Wolfgang, Jürgen, Uwe, Günter – tradycyjne, typowe niemieckie. To samo dotyczy dziewcząt: mamy tu Helgę, Ingrid czy Giselę. Jednakże z upływem dziesięcioleci, spotykamy je coraz rzadziej i dziś próżno ich szukać w rankingach najpopularniejszych imion. W pierwszej dziesiątce są za to: Mia, Lea, Emma, Anna, Lena, oraz Ben, Lucas, Finn, Leon, Louis czy Jonas. Nie ma wśród nich ani jednego tradycyjnego imienia, popularnego w latach 60′. To nie oznacza oczywiście, że Niemcy zupełnie utracili typowe dla siebie cechy i cnoty.

O jakich cechach mowa?

Przede wszystkim o umiejętność dobrej organizacji. Także o niemieckim zamiłowaniu do porządku, obowiązkowości etc. Najlepiej widać to w prężnie działających niemieckich przedsiębiorstwach. Ale nie wszystkim Niemcom cnoty te się podobają, niektórym wręcz ciążą, dlatego dowodzą, że to przecież dzięki nim sprawnie funkcjonował kompleks wojskowo-przemysłowy Rzeszy Niemieckiej lat 1939-45. Są zatem niebezpieczne. Dlatego RFN, jako pewien projekt polityczny, jest kontr-Trzecią Rzeszą . Stoi w opozycji do wszelkich wartości, które są kojarzone z narodowym socjalizmem, w tym nacjonalizmu, i związanej z nim martyrologiczno-heroicznej wersji historii. Dlatego w RFN obowiązuje historiografia krytyczna: antymartyrologiczna i antyheroiczna.

Pojawia się więc problem tożsamości historycznej.

W ostatnich latach zmienia się nawet nazwy ulic, noszących imiona ważnych postaci z historii narodowej Niemiec. Niedawno w Kilonii z mapy miasta zniknął Paul von Hinderburg. W innych miastach też prowadzi się podobną politykę. W Heidelbergu i w Berlinie zmieniono nazwy ulic upamiętniających XIX-wiecznego historyka Heinricha von Treitschkego. Wielu patronów ulic i szkół jest weryfikowanych pod kątem zgodności ich poglądów i działań z „wartościami antyfaszystowskimi”. Jednak zwykli Niemcy często przeciwko temu protestują.

A co z nazwami komunistycznymi i sowieckimi?

Wystarczy powiedzieć, że Ernst Thälmann, przewodniczący Komunistycznej Partii Niemiec, czczony jako bohater i męczennik w NRD, jest wszechobecny w pejzażu wschodnich landów Republiki Federalnej; ma swoje place i ulice, a w berlińskiej dzielnicy Prenzlauer Berg stoi jego potężny pomnik. Ale był „antyfaszystą”, a to wymazuje wszystkie inne jego grzechy.

Czyli tradycje komunistyczne mogą stanowić część tożsamości współczesnego Niemca?

Jak najbardziej, podobnie jak inne tradycje lewicowo-postępowe począwszy od wojen chłopskich. Poza tym Hitler był antykomunistą, zatem antykomunizm z definicji nie może być częścią niemieckiej tożsamości politycznej.

Czy kwestie narodowe kompletnie wyrzucono poza dyskurs publiczny?

Oczywiście nie, to byłoby zresztą niemożliwe, rzeczywistość jest zawsze bardziej złożona niż ideologiczno-polityczne schematy. Co jakiś czas pojawia się jakiś ważny dla niemieckiej tożsamości historycznej temat. Kilkanaście lat temu była to kwestia tzw. wypędzeń. Historia martyrologiczna więc cały czas powraca, ponieważ Niemcy tak jak inne narody odczuwają psychologiczną potrzebę posiadania własnej historii w wersji martyrologicznej i heroicznej. Tymczasem historii w wersji heroicznej nie wolno im posiadać, a od końca lat 60. do końca lat 90., także wersja martyrologiczna, jak wypędzenia czy bombardowania miast niemieckich, była zepchnięta na margines sfery publicznej. Reakcją był boom w literaturze i mediach na tematykę przymusowych wysiedleń, zapoczątkowany przez opublikowana w 2002 roku powieść Grassa Idąc rakiem, osnutą wokół zatopienia „Wilhelma Gustloffa”. Widzimy więc, że niemiecka kultura pamięci jest niejednorodna i zawiera w sobie przeciwstawne trendy.

Można je jakoś wyodrębnić?

W elicie polityczno-kulturalnej nadal silnie obecna jest tendencja antymartyrologiczna – o heroizacji historii nie może być mowy z oczywistych względów – wynikająca z obawy, że martyrologia wzmocni tendencje konserwatywno-narodowe. Jako przykład przytoczyć można znaczące skorygowanie w dół liczby ofiar bombardowania Drezna, które jest jednym z symboli niemieckiej martyrologii. Kilka lat temu specjalna komisja historyków ustaliła, że zginęło wtedy maksymalnie 25 tys. ludzi, a dotychczasowe najwyższe szacunki mówiły nawet o 250 tys. ofiar! Inaczej do historii podchodzą zwykli ludzie. To oni czytają masowo książki poświęcone martyrologii wypędzenia. Inny przykład to czytelniczy sukces książki australijskiego historyka Christophera Clarka pt. „The Sleepwalkers: How Europe Went to War in 1914 („Lunatycy. Jak Europa ruszyła na I wojną światową”). A nie jest to żadna popularyzatorska książeczka, ale prawie 900-stronicowe, oparte na źródłach, dzieło historyczne.

Dlaczego więc stała się bestsellerem?

Oficjalnie nad Renem od lat 60. mówi się, że to Niemcy były państwem odpowiedzialnym za wybuch tej wojny. Tymczasem Clark rozkłada odpowiedzialność także na Paryż, Londyn i Petersburg. Świetna sprzedaż tej książki dowodzi, że zwykli Niemcy mają silną potrzebę bardziej wyważonego podejścia do narodowej historii, nie chcą by ich stale piętnowano jako „szwarccharaktery”. Jest to furtka do wprowadzenia historii heroicznej, bo jeśli nie byliśmy gorsi od innych, to i nam wolno w sferze publicznej uczcić uroczyście i godnie pamięć naszych bohaterskich żołnierzy.

Niemcy mają więc cały czas problem z tożsamością historyczną i narodową. Jakie są tego skutki?

W większym stopniu niż inne narody podlegają ogólnym przemianom kulturowo-politycznym, obejmującym cały świat zachodni. Z uwagi na swoją przeszłość podlegają im także w specyficzny sposób. Dlatego w Niemczech tak radykalny był ruch 68 roku, ponieważ tutaj walczono z pokoleniem wojennym, uznanym en bloc za faszystowskie. A ono z kolei, podatne na szantaż moralno-polityczny, dość łatwo ustępowało pola. Stąd takie przesunięcie na lewo całego spektrum polityczno-ideologicznego. Pozwolę tu sobie zacytować znanego filozofa Petera Sloterdijka: „To, czy ktoś przyznaje się do socjaldemokracji czy też nie, już od dawna nie ma żadnego znaczenia, ponieważ nie-socjaldemokraci nie mogą u nas w ogóle istnieć, społeczeństwo jest strukturalnie socjaldemokratyczne, i kto nie jest socjaldemokratą ląduje albo w szpitalu psychiatrycznym, albo za granicą“.

Czyli słuszne są przypuszczenia, że CDU to prawe skrzydło niemieckiej socjaldemokracji?

Jak najbardziej. Niemiecka CDU nadal ma w nazwie przymiotnik „chrześcijański”, choć równie dobrze mogłaby zostawić z nazwy tylko „Unia Demokratyczna” i nikt by tego nie zauważył. Gdyby Adenauer chciał się dziś zapisać do CDU, to by go nie przyjęto.

Dlaczego w Niemczech tak modna jest ideologia wielokulturowości?

Po prostu jest ona wymierzona w koncepcję jednorodnej kultury narodowej i narodowej homogeniczności, noszących w sobie zalążki „faszyzmu”. Daje się tu zauważyć pewien, typowy być może dla Niemców, radykalizm – kłania się pruska gruntowność i pasja doprowadzania zaczętej sprawy do końca. A także ambicja, by zawsze być prymusem; kiedyś Niemcy przodowali w ideach i koncepcjach „faszystowskich”, dziś – „antyfaszystowskich”, z punktu widzenia których wszystkie wartości konserwatywne i narodowe są w gruncie rzeczy „faszystowskie”.

Rozmawiał Michał Płociński.

Tomasz Gabiś jest publicystą, germanista, redaktorem portalu „Nowa Debata”, autorem książki „Gry imperialne”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym pisma „Stańczyk”.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułHarry Elmer Barnes: „Hiroszima – atak na pokonanego wroga?”
Następny artykułPolityczno-prawne tradycje Europy a Unia Europejska
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

1 KOMENTARZ

  1. //„To, czy ktoś przyznaje się do socjaldemokracji czy też nie, już od dawna nie ma żadnego znaczenia, ponieważ nie-socjaldemokraci nie mogą u nas w ogóle istnieć, społeczeństwo jest strukturalnie socjaldemokratyczne, i kto nie jest socjaldemokratą ląduje albo w szpitalu psychiatrycznym, albo za granicą“.//

    .. albo w więzieniach (w Austrii jest podobno ok 600 więźniów sumienia, a w Niemczech już można mówić o tysiącach)

    Nie wszyscy się tak zdegenrowali

ZOSTAW ODPOWIEDŹ