Polityczno-prawne tradycje Europy a Unia Europejska

1
Tęsknota za jednością Europy … nieco odmienną

Unia Europejska to część europejskiej tradycji prawnopolitycznej – funkcjonuje na Starym Kontynencie, została powołana do życia przez takich przedstawicieli jej elity, o których nie można powiedzieć, że ewidentnie odcięli się od przeszłości. Niemniej jednak otwartą pozostaje kwestia relacji między UE a tym, co możemy nazwać mainstreamem eurodziejów – podstawową linią rozwojową; przy założeniu, że takowa istnieje. Najprostszym jej ujęciem byłaby wizja brukselsko-strasbursko-luksemburskiej Unii jako wytęsknionego powrotu do mitologizowanego Imperium Romanum [1]. Po stuleciach chaosu i wewnętrznych wojen wkraczamy w przywróconą epokę Wielkiej Jedności, która winna stać się naszym Końcem Historii, heglowską – logiczną i ostateczną – Całościową Syntezą, oznaczającą finalne zwycięstwo Rozumu nad Ciemnymi Wiekami. Jednak owe długie czasy pełne zamętu stanowią istotny problem, gdyż wydaje się, iż to właśnie one stanowią europrzeciętną, występującą w najrozmaitszych odmianach przez prawie całe Średniowiecze i Nowożytność.

Europa przez wiele stuleci była podzielona, co nie przeszkodziło jej bynajmniej w dokonaniu dzieła podbicia olbrzymich połaci ziemskiego globu. Po ich utracie, po dwóch samobójczych wojnach światowych, blade cienie niegdysiejszych potencji postanowiły się połączyć, aby pod osłoną USA dać odpór bolszewikom, „przezwyciężyć upiory przeszłości” i wzajemnie się podtrzymywać w kulawym i nieśmiałym marszu w mocno niepewną przyszłość [2]. Wspólne wysiłki drugoplanowych na światowej scenie graczy mają przynieść efekt w postaci ponownego zajęcia pozycji w pierwszym szeregu, odzyskania godziwego „miejsca pod Słońcem, które nareszcie pokaże się w pełnej krasie również na naszej ulicy”. Viribus unitis Europejczycy mają udowodnić sobie i zadziwionej ludzkości, że nie zapomnieli o swoich dawnych cnotach i że stać ich na heroiczne czyny.

Tyle tylko, że owe cnoty i czyny mają mieć antyrasistowski, antyseksistowski, antynacjonalistyczny, antyfundamentalistyczny i antytradycjonalistyczny charakter, gdyż domagają się tego współcześni kowale Jedynie Słusznego Europaradygmatu. Jeśli ma on stać się ideową treścią kontynentalnej rzeczywistości społeczno-politycznej, to trzeba skutecznie usunąć z niej relikty po politycznie niepoprawnej przeszłości, przeszkadzające w konstruowaniu Nowego Wspaniałego Euroświata. Owa liberalno-socjalistyczna utopia, jak każda, domaga się rozległego przekształcenia zarówno bazy, jak i nadbudowy. Jeśli założymy, że istnieje taki zamiar, a wiele na to wskazuje, wówczas wymarzony Europejski Wspólny Dom będzie stać na fundamencie w postaci zmielonej do imentu Starej Europy. Na jej truchle inżynierowie dusz i sumień wzniosą szklane domy dla pozbawionych zabobonów i przesądów Europejczyków Nowej Generacji, a „Staruszek Świat wstrzyma oddech z zachwytu, gdy ujrzy ich Świetlisty Marsz w Bezchmurne Jutro”.

Owa próba zmiany europejskiego paradygmatu cywilizacyjnego, gdyby się powiodła, stanowiłaby największe wydarzenie w eurodziejach od czasu chrystianizacji Starego Kontynentu. Tamten odległy, wiekopomny tryumf „szaleńczej sekty bliskowschodniej” do dziś spędza sen z powiek wyznawcom Religii Rozumu, którzy co jakiś czas próbują przezwyciężyć na zawsze „barbarzyński zabobon”. Spektakularną manifestacją ich zamiarów były Wielka Rewolucja Francuska oraz Wielka Socjalistyczna Rewolucja Październikowa. Laickie hasła głoszone przez ówczesnych rewolucjonistów do dziś cieszą się sporą popularnością w kierowniczych kręgach UE, jednak zwolennicy obecności chrześcijaństwa w życiu publicznym nie złożyli jeszcze broni, o czym świadczą np. wybuchające od czasu do czasu bitwy o zdjęcie lub pozostawienie krzyży wiszących w szkołach czy urzędach [3].

Dla radykalnych wolnomyślicieli oficjalne pozbycie się „wielowiekowego balastu ćmiących rozum przesądów” oznaczałoby ostateczne zerwanie sojuszu, zawartego z papiestwem przez archetypicznego Europejczyka, Karola Wielkiego. Wymagała tego ówczesna „mądrość etapu”. Na aktualnym etapie rozwoju papiestwo nie jest już –według postępowców – do niczego potrzebne. Wszak lansowana urbi et orbi ideologia praw człowieka ma nowocześniejszych, bardziej trendy propagatorów, których działalność nie jest obciążona ryzykiem powiedzenia czegoś demodé, co wciąż zdarza się następcom św. Piotra. Dlatego też zadawanie się z nimi jest „obciachowe”. Są oni, niezależnie od takich czy innych pijarowskich zagrywek, za bardzo związani z bagażem Ciemnych Wieków. Nie można też zapominać o tym, iż w przeszłości niejednokrotnie nie pałali specjalnym entuzjazmem do podejmowanych przez różnych następców Karola Wielkiego prób politycznego zjednoczenia Europy. Aktualnie ich „obsesyjnego przywiązania” do depozytu Wiary nie można zakwalifikować jako „elastycznego podejścia, niezbędnego w czasach nacechowanych tolerancją, wyjściem naprzeciw racjom i oczekiwaniom innych”. To poczucie rozdrażnienia niezależnością papiestwa nie jest, rzecz jasna, niczym nowym. W wymiarze politycznym najważniejszymi osobami, które go doświadczały, byli cesarze, roszczący sobie pretensje do zjednoczenia pod swoim berłem mieszkańców Europy. Dlatego też Cesarstwo Rzymskie (Narodu Niemieckiego) stanowi najbardziej oczywisty archetyp Unii Europejskiej, twór, na który powoływać się powinien każdy, kto szuka przykładów wcielania idei zjednoczenia Europy w instytucjonalne formy [4].

Cesarstwo czy też Imperium to byt nie tylko polityczny, lecz także metapolityczny, noszący w sobie potężny ładunek cywilizacyjno-kulturowy, w którym w przeszłości europejskość wyrażała się dobitniej niż w papiestwie, mającym wymiar bardziej globalny. Wcielił się on również w „nie znające nocy Imperium Habsburgów”. Ostatecznie jednak okazał się zjawiskiem znacznie bardziej ograniczonym w czasie niż wszechświatowy tron biskupów Rzymu. Genius loci tego Wiecznego Miasta został wykorzystany przez architektów Novus Ordo Europae, gdy podpisywano nad Tybrem w 1957 r. Traktat Rzymski, jednakowoż Kościół Rzymsko-Katolicki, pomimo trapiącego go kryzysu, jest wciąż jeszcze funkcjonującą instytucją, wzbudzającą większe zaufanie niż Eurounia.

UE przypomina nie tyle usadowione w Germanii Cesarstwo, które przetrwało 1000 lat (Tysiącletnia Rzesza), co efemeryczny twór stworzony przez Napoleona. Jego system kontynentalny ogarnął całą „właściwą Europę” na zachód od rosyjskich rubieży i wyrażał się w pasji uniformizacji, przymusowego zaszczepiania francuskich wynalazków europejskim ludom [5]. Wraz z lokalnymi systemami miar i wag Mały Kapral likwidował niemieckie i włoskie państewka, przygotowując w ten sposób grunt pod silne państwa narodowe, które wypróbowały swe możliwości w ogniu dwóch wojen światowych.

Odwrócona kolonizacja

Jak na razie nie wiemy, co wyniknie z posiewu „brukselskich panów”, ale historia poucza, że wszelkie wyzbyte organiczności twory polityczne pozostawiają w spadku dziedzictwo zupełnie nieprzewidziane przez ich twórców. Na naszych oczach rozkręca się Europejska Wojna Domowa między starymi ludami a przybyszami z innych kontynentów, której towarzyszą konflikty między tymi ostatnimi, przeniesione z ich pierwotnych siedzib. Być może te „wojny antykolonialne” będą największym problemem aktualnego stulecia. Ustanawiają one nową jakość w zestawieniu z dominującymi wcześniej większymi i mniejszymi wojnami wywoływanymi przez kolonizatorów, którzy podbijali zamorskie obszary i strzelali do siebie w trakcie ustalania komu się one należą. „Rozliczanie się z przeszłością ” przez Europejczyków (z wydatnym udziałem unijnych grantów i projektów) stworzyło powoli urzeczywistniającą się perspektywę przeniesienia międzyplemiennych rzezi z różnych „Jąder Ciemności” nad Sekwanę, Tamizę czy Hawelę.

Od czasu wtargnięcia Madziarów na Wielką Nizinę Węgierską Europa nie miała do czynienia z imigracją o porównywalnym zasięgu i znaczeniu. Ugrofiński lud pomimo ewidentnej odrębności językowej zaaprobował wartości swoich nowych sąsiadów i od ponad tysiąca lat stanowi trwały element europejskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, niejednokrotnie wykazując nawet większe przywiązanie do tradycji Starego Kontynentu niż dłużej osiadłe w zachodniej Eurazji narody. Istnieją poważne przesłanki do formułowania hipotezy o niepowtarzalności tego schematu w przypadku Turków, Kurdów czy Marokańczyków, odpornych w swojej masie na nieśmiałe próby asymilacji i uczuciowo związanych z krajami pochodzenia, gdzie pozostali ich krewni. W przeciwieństwie do przodków Ludwika Kossutha i Wiktora Orbana nie przenieśli oni całego etnosu do nowej ojczyzny, a to wywołuje w ich duszach rozdarcie. W poszukiwaniu tożsamości palą samochody i ścierają się z siłami porządkowymi na przedmieściach euroaglomeracji. Dymy z podpalonych opon zasnuwają szarym welonem europrzyszłość, każąc głęboko się zadumać nad perspektywami „Europy Bez Podziałów”, w której międzypaństwowe granice są zastępowane etniczno-cywilizacyjnymi murami, oddzielającymi zamieszkane przez Trzecioświatowców getta od dzielnic coraz bardziej przestraszonych potomków kolonizatorów, sparaliżowanych przez psychiczny gorset politpoprawności.

Cesarsko-papieska Europa wyrażała się w poczuciu wyraźnej odrębności od pozostałego Świata. Nie uległo ono osłabieniu – wręcz przeciwnie, po emancypacji gallikańskiej Francji oraz protestanckich monarchii dokończyły one dzieło podboju innych kontynentów i z całym przekonaniem niosły „brzemię białego człowieka”. Wraz z dokonywanymi podbojami rosło przekonanie o własnej wyższości. Zasadzało się ono na ewidentnej przewadze technicznej i organizacyjnej nad zamorskimi tworami państwowymi, które nie były w stanie przeciwstawić się naporowi „Franków”, względnie „długonosych zamorskich diabłów”. Jeśli któryś z nich został skrzywdzony przez buntujących się tubylców, metropolia wysyłała kanonierki, zmuszające rebeliantów do wypłacenia odszkodowania, złożenia obietnicy posłuszeństwa i nolens volens uznania wyższej sprawności organizacyjnej Europejczyków – prawdziwych Żelaznych Wilków. Natomiast dzisiaj opowieści o ich wyczynach brzmią dla przeciętnych konsumentów medialnych treści jak bajki z mchu i paproci, zwłaszcza kiedy sobie przypomną niderlandzkich wojaków w Srebrenicy, wydających powierzonych im cywilów na śmierć w zamian za własne bezpieczeństwo. Z kolei przedstawiciele sił zbrojnych RP są sądzeni za ostrzelanie afgańskiej wioski pomimo tego, że w epoce demowojen właściwie każdy mieszkaniec pacyfikowanego terytorium jest albo jawnym, albo ukrytym wrogiem. Tyle tylko, że oficjalnym zadaniem interwentów jest krzewienie ludowładztwa. Mają zwalczać terrorystów, a pozostałą ludność wychowywać, co jest zadaniem niewykonalnym, gdyż nawrócić innowierców mogą tylko ludzie pewni swojej tożsamości i nietolerancyjnie głoszący własne racje.

Dzisiejszy europejski amalgamat cywilizacyjno-ideowy nikogo nie jest w stanie naprawdę przyciągnąć, gdyż jest zbyt złożony, niezrozumiały nawet dla samych mieszkańców UE, którzy w związku z tym nie są w stanie przekazać innym w klarownej postaci kilku podstawowych prawd, wyrażających istotę „multikulturalnej posteuropejskości”. Nie może być inaczej, skoro na okrągło się powtarza, że wszystkie cywilizacje mają taką samą wartość. W takim stanie rzeczy Afrykanie czy Azjaci z chęcią wykorzystują europejskie zdobycze techniczne i socjalne, natomiast odrzucają przeniknięty schyłkowością, mętny i do niczego nieprzydatny, przekaz kulturowy [6]. Wolą trwać przy swoich jasnych regułach i trudno im się dziwić. Kierowane do nich jak i do autentycznych Europejczyków, przesłanie grzeszy słabością, brakiem skonkretyzowanego, twardego jądra, które byłoby w stanie wytworzyć prawdziwy, wspaniały imponujący wszystkim sąsiadom Euronaród.

Brukselskie neocesarstwo – wady starego cesarstwa i brak jego zalet

Ideolodzy Unii osiągnęli co prawda pewne sukcesy w osłabianiu świadomości chrześcijańskiej i narodowej mieszkańców „zachodniego przylądka Eurazji”, ale jak na razie próba wytworzenia nowej, europejskiej tożsamości, opartej na negacji starych paradygmatów, nie zakończyła się powodzeniem. Ewidentnie brakuje oryginalnych kamieni węgielnych, na których można by wznieść solidną konstrukcję Eurogmachu, wyróżniającą się urodą oraz odpornością na kryzysy. Trudno za takie kamienie uznać założycielskie mity powojennego globalnego porządku w postaci ludowładztwa i praw człowieka – wypisały je wszak na swoich sztandarach Stany Zjednoczone, ogłaszając się ich krzewicielem aż po najdalsze zakątki świata.

Państwo to jest bardziej przekonujące w tej roli od Starego Kontynentu, gdyż USA nie mają feudalnej przeszłości, która pozostawiła głębokie (niezatarte?) ślady w mentalności Polaków, Niemców czy Hiszpanów. Została ona co nieco przeorana przez masowe rewolucje i wojny, ale wciąż znajdują się w niej poważne „reakcyjne złogi”; w końcu to po naszej stronie Atlantyku pozostawał element bardziej zachowawczy od tego, który podbijał prerie Nowego Świata. Jego zdobywcy uciekli z Europy, bo się w niej dusili, natomiast ci, którzy pozostali oraz ich potomkowie w znacznie mniejszym stopniu uwolnili się od wielowiekowego bagażu Tradycji [7], który permanentnie ciąży i bardzo poważnie utrudnia przekształcenie UE w podmiot stanowiący nową jakość. Organizacja ta posiada rozliczne wady swoich kontynentalnych poprzedniczek, towarzyszące nieuchronnie konstruowaniu i funkcjonowaniu wielkich bytów politycznych, nie posiada natomiast ich zalet, „spulweryzowanych” w wyniku długotrwałego i zmasowanego ostrzału prowadzonego przez postępowców.

Cesarstwo oraz generalnie inne przednowoczesne organizmy państwowe charakteryzowały się mniejszą omnipotencją władzy. Feudalna hierarchia rang powodowała, iż mieliśmy do czynienia ze skomplikowanym systemem checks and balances, w którym królowie, książęta, hrabiowie, biskupi i wolne miasta nie były w stanie na trwałe narzucić innym swojej woli. Wielostopniowe rozczłonkowanie europejskiego systemu politycznego powodowało, że ówczesny naród polityczny żył w stanie permanentnego, złożonego pluralizmu, w porównaniu z którym dzisiejszy stan rzeczy jawi się jako daleko posunięty totalitaryzm. Ukazał się on w całej krasie po I wojnie światowej, gdy nastąpił „złoty okres” państw narodowych, w których elity władzy intensywnie upolityczniały obywateli, zgodnie z leninowskim hasłem: „Kto się nie interesuje polityką, tym zainteresuje się polityka”. Teoretycznie rzecz biorąc, głoszony aktualnie zmierzch państw narodowych i zastąpienie ich przez brukselskie Neocesarstwo, konstruowanie którego jest potwierdzeniem bierdiajewowskiego proroctwa Nowego Średniowiecza, mógłby spowodować nawrót niegdysiejszej, luźniejszej formuły państwowości. Wydaje się jednak, że istnieje zjawisko „praw nabytych przez państwo”, polegające na tym, iż rządzący dobrowolnie nie oddają obszarów zajętych przez ich poprzedników. Oznacza to, że przejmowanie przez eurostruktury kompetencji państw członkowskich nie idzie w parze z liberalizacją ustroju społeczno-politycznego.

Pod hasłem walki z terroryzmem i innymi plagami narasta kontrola nad masami potencjalnych wrogów systemu. Kiedyś francuscy Ludwikowie zakładali, że wystarczy zgromadzić szlachtę w Wersalu, aby móc się zabezpieczyć przed spiskiem. Ponieważ okazało się to niewystarczające, uznano za niezbędne permanentne rozwijanie sieci inwigilacji [8]. Idzie to w parze z pęczniejącą, w zgodzie a Prawem Parkinsona, administracją, która doskonali techniki zachęcania ludzi do „oddawania państwu co państwowe”, a zniechęcania ich do myślenia o ewentualnym oporze. Mają być przekonani, że żyją na najlepszym z kontynentów, którego biurokratyczna nadbudowa organizowana jest według najnowszych osiągnięć nauki i w sposób racjonalny wyraża zbiorową wolę Europejczyków; a jeśli komuś wydaje się inaczej, to znaczy, że powinien niezwykle poważnie się nad sobą zastanowić i podjąć próbę autoreformy w celu osiągnięcia obowiązującej dziś „przeciętnej europejskiej”.

Dogmat ludowładztwa

W dawnych czasach można było próbować schronić się przed nie lubianą władzą w sąsiednim państwie. Dzisiaj Europejski Nakaz Aresztowania pozwala na szybkie i łatwe dostarczenie niepokornego osobnika do ojczyzny, którą pokalał i pragnął opuścić. W ten sposób położono kres zbiegostwu i nielegalnej emigracji politycznej. Obywatelom pozostaje dwójmyślenie i sprytne stosowanie ketmanu. Wszak „poważnemu Europejczykowi” nie wypada inaczej postępować i przeszkadzać w wiekopomnej operacji budowania uszczęśliwiającego ogół ustroju. W przypadku niepotrzebnych zawahań należy przypomnieć sobie starą radziecką zasadę им виднее. Po co popadać w herezje, skoro wygodniej jest płynąć wraz z innymi „jak śnięte leszcze” głównym nurtem eurodemofilnej ortodoksji, której wyrazem na płaszczyźnie doktrynalno-instytucjonalnym jest dogmat ludowładztwa obowiązujący na całym obszarze UE [9].

Spełnia on współcześnie taką rolę jak niegdyś zasada monarchiczna. Wprawdzie niektóre państwa członkowskie wciąż formalnie pozostają wierne tej ostatniej, ale została ona dość gruntownie „przemacerowana” w dogmacie ludowładztwa. Brak republikańskiej formy państwa stanowi pewien problem, ponieważ w dzisiejszych europejskich monarchiach obowiązuje pryncyp dziedziczenia w zakresie obsadzania urzędu głowy państwa, co niewątpliwie jest kamieniem obrazy dla szczerych demokratów. Jednak zdecydowana większość klasy politycznej, jak i zwykłych obywateli, traktuje instytucję monarchii jak nieszkodliwy kaprys, nie mający istotnego wpływu na fundamentalne procesy społeczno-polityczne. A zatem, poza królewską czy wielkoksiążęcą fasadą, monarchie wchodzące w skład UE niczym się nie odróżniają od republik. Jedne i drugie są w istocie demokratyczno-liberalne.

Dogmat ludowładztwa wyniesiono na laickie ołtarze, gdzie oddaje mu się cześć wraz z „prawami człowieka”, idole te spełniają rolę „boskich bliźniąt” naszych przedziwnych czasów. W związku z tym błąd herezji oraz crimen laesae maiestatis przybrały postać fundamentalnego oskarżenia o łamanie praw człowieka oraz śmiertelnego grzechu antydemokratyzmu. Wszak vox populi vox dei, przy czym zauważyć należy, że we współczesnej interpretacji sam lud jest potężnym bóstwem, które wypowiada się we własnym imieniu i nie potrzebuje teistycznej sankcji w jej tradycyjnej postaci. W zupełności wystarczy usankcjonowana głosowaniem opinia parlamentarzystów, ewentualnie szacownych sędziów trybunałów konstytucyjnych, umiejętnie wcielających się w rolę demokapłanów.

Legislatywy zaspokajają potrzebę uczestnictwa w wiecach plemiennych, których wspomnienie zachowało się zapewne w podświadomości Europejczyków. Dzięki mediom elektorat może śledzić obrady swoich wybrańców i realizować prastarą potrzebę współuczestniczenia w życiu politycznym bez konieczności osobistego udawania się na zgromadzenia i żmudnego w nich partycypowania. Znacznie wygodniej jest, z pilotem w jednej a puszką piwa w drugiej ręce, kontemplować walki oralnych gladiatorów, dysponując władzą w postaci możliwości przełączenia na inny kanał. Jest to, zdaje się, niezwykle popularna postać pluralizmu, praktykowana przez miliony europoddanych konsumujących eurowartości spływające na nich z ekranów telewizyjnych [10]. Ten całodobowy spektakl stanowi niesamowity fenomen, tworzący z gruntu nową jakość, osiąganą dzięki środkom technicznym niedostępnym dla niegdysiejszych władców. Ich PR wygląda nieporadnie i nieprzekonywująco w zestawieniu z dzisiejszymi zabiegami profesjonalnych inżynierów dusz, służących „Wspólnej, Europejskiej Sprawie”. Ten jedynie słuszny cel ma rozwiewać wszelkie wątpliwości, jakie mogłyby się zrodzić wśród nielicznych „szukających dziury w całym” krytyków medialnych manipulacji. Wszak „w tę stronę idzie i iść musi”.

Stwierdzenie to, według oficjalnej wykładni powojennego trendu rozwojowego na Starym Kontynencie, należy interpretować jako przezwyciężenie niesłusznych wątków eurohistorii [11] po to, aby dla dobra zarówno średnio przeciętnych konsumentów „słusznych medialnych bajeczek”, jak i wszystkich innych, stworzyć system będący bardziej ludowładczy od wszystkiego, co stworzono w przeszłości. Stale ulepszana demokracja naszpikowana prawami człowieka i obywatela, ma być receptą na wszystko. Ma gwarantować zdecydowaną przewagę jakościową współczesnego ustroju nad starymi. Egzystencjalna różnica między nimi wyraża się w tym, że kiedyś uważano, iż wszystko na tym „łez padole” jest naznaczone głęboką ułomnością, będącą pochodną niezmywalnego grzechu pierworodnego. W związku z tym projekty słonecznych miast i szklanych domów traktowano jako aberracyjne utopie, niemożliwe do urzeczywistnienia na tym świecie. Państwo nie miało zbawiać człowieka, tylko pomagać Kościołowi w utrzymaniu grzeszników w ryzach.

Poddany nie oczekiwał od władzy zbyt wiele, ponieważ najistotniejszy, eschatologiczny przekaz otrzymywał z Rzymu (Watykanu). Cesarz i królowie mieli zapewnić jako takie bezpieczeństwo, a jeśli nie wywiązywali się do końca z tego zadania, to wytłumaczenie zawsze można było odnaleźć w nieuniknionej niedoskonałości każdego tworu politycznego. Nie wierzono w postęp, w związku z czym za osiągnięcie uważano utrzymanie poprzedniego stanu rzeczy. W każdej chwili mogła nastąpić Apokalipsa, co nie zachęcało do realizowania wielkich projektów społeczno-politycznych, odciągających uwagę wiernych od przestrzegania Dekalogu. Ich zdecydowana większość nie miała zajmować się polityką, ale pracą, zaś w wolną niedzielę wysłuchiwać padających z ambony pouczeń, bez możliwości przełączenia na inny kanał, gdy kaznodzieja nudził, powtarzając po raz tysięczny te same komunały. Obecnie, pozbawione nadprzyrodzonej sakry, świeckie odpowiedniki tamtych komunałów wbijane są z telewizyjnych ambon w umysły europejskich mas, aby utrzymać je w przekonaniu o słuszności potężnego eksperymentu, w którym uczestniczą.

Ma on udowodnić, iż racjonalni Europejczycy są w stanie, kierując się ustanowionymi samoistnie, bez pomocy czynników nadprzyrodzonych, wytycznymi, skonstruować kontynentalną wspólnotę, gwarantującą, dzięki podejmowanym głosami większości przemyślanym decyzjom, funkcjonowanie systemu, w ramach którego każdy będzie mógł szczęśliwie uprawiać swój ogródek bez obawy recydywy wszelakich nieszczęść, jakimi usłane były tzw. Ciemne Wieki. Oderwanie się od nich było możliwe dzięki temu, że „paradygmat religiancki” został zastąpiony ludowładczym. Tyle tylko, że istotowa prawdziwość lub fałszywość tego pierwszego jest niemożliwa do ustalenia, gdyż opiera się on na fideistycznym, abstrahującym od „szkiełka i oka” fundamencie. Natomiast oświeceniowe fundamenty dzisiejszego porządku zostały położone bez jakiegokolwiek ekwiwalentu „Świętego Świętych” z jerozolimskiej Świątyni.

Wszystko ma być zupełnie jasne, rozumne i oczywiste. UE, podobnie jak USA, ma być inkarnacją czystego Rozumu, przekształcającego planowo rzeczywistość zgodnie z naukowo udowodnionymi spiżowymi prawami rozwoju ekonomiczno-społecznego. Jest to potężny przykład nieśmiertelnej ludzkiej hybris, który prowokuje do krytyki, bardziej uzasadnionej niż w przypadku „mającego papiery z wyższej półki” Systemu Cesarsko-Papieskiego.

Ani świętych ksiąg, ani autorytetów, ani mężów stanu

Stara Europa miała Świętą Księgę oraz dwa formalne Autorytety, z których jeden kojarzony był z żywiołem germańskim, a drugi romańskim, co tworzyło pewną kontynentalną równowagę i dawało możliwość wyboru, opowiedzenia się za którymś z dwóch ośrodków władzy, opartych na innych filozofiach, ale mających tę samą fideistyczno-cywilizacyjną podstawę. Ówcześni Europejczycy mieli zatem wyraźne ośrodki koncentracji władzy duchowo-politycznej, dające możliwość zdecydowanego opowiedzenia się za nimi z powodu łatwości utożsamienia się z reprezentowanymi przez nie wartościami. Dzisiaj nie mamy ani Księgi, ani wyrazistych Autorytetów. Kiedyś ludzie z namaszczeniem czytali Biblię lub słuchali w napięciu księżych wypowiedzi na jej temat. Teraz są zalewani przez morze pisemnych oraz elektronicznych przekazów, wśród których nie są w stanie wyodrębnić jakichś szczególnie istotnych. Z pewnością nie są za nie uważane akty prawne tworzone przez UE – tych prawie nikt nie czyta. Żaden z nich nie istnieje w zbiorowej świadomości jako dokument szczególnie godny uwagi, warty tego, aby dziatwa szkolna uczyła się jego fragmentów na pamięć. W lwiej części są one przejawami maniakalnego paragrafiarstwa, przemożnej żądzy drobiazgowego uregulowania wszystkich istotnych i nieistotnych zagadnień, co skutkuje deszczem dyrektyw, spadających na urzędy i obywateli, którzy dzięki temu uczą się lekceważyć mnożące się jak szarańcza przepisy i rozporządzenia oraz produkujące je w szaleńczym trudzie podmioty. Pomimo ich trudu można iść o zakład, że przeciętny Europejczyk nie jest w stanie powiedzieć paru sensownych zdań na temat Traktatu Lizbońskiego czy Karty Praw Podstawowych, gdyż jawią mu się one jako byty uchwalone przez załatwiających swoje sprawy „onych”. Istnienie tych „osiągnięć europejskiej myśli prawno-politycznej” nie powoduje przyspieszonego bicia serc u Włochów czy Węgrów, ponieważ nie dostrzegają oni jakichś szczególnych związków między nimi a swoimi sprawami. Dzięki temu pogłębia się, znane już z praktyki życia społeczno-politycznego poszczególnych państw członkowskich, zjawisko alienacji nadbudowy prawno-ustrojowej, nabierającej cech samoistnego podmiotu egzystującego we własnym świecie, oddalonego o lata świetlne od egzystencji szarych obywateli, coraz częściej funkcjonujących w szarej strefie, spontanicznie powstającej wówczas, gdy nie można połapać się w gąszczu norm prawnych.

Wśród europejskiej klasy polityczno-urzędniczej radośnie tworzącej tę plątaninę nie widać wybitnych jednostek, które mogłyby zaspokoić obywatelskie tęsknoty za prawdziwymi autorytetami. Są one zastępowane przez eksponowanych w mediach przedstawicieli euroelity, pozbawionych charyzmy i oryginalności, powtarzających automatycznie wyuczone, wciśnięte w gorset poprawności politycznej, frazesy. Stanowią oni udoskonaloną, poddaną odpowiedniej obróbce, wersję polityków funkcjonujących na szczeblu państw członkowskich. W gronie tych ostatnich można jeszcze czasem dostrzec oryginalne osobowości, związane z tradycją swoich krajów i mające czasami coś ciekawego do powiedzenia. Cechy te zanikają jednak w brukselskich salonach, gdzie tłoczą się „euroludzie bez właściwości”, zglajchszaltowani przez reguły rządzące unijną machiną.

Charakterystyczna dla niej, znana nam z okresu realnego socjalizmu, zasada przewagi czynnika kolektywnego nad indywidualnym, powoduje, że nie stwarza się instytucjonalnych warunków dla rozwoju wybitnych jednostek, które mogłyby natchnąć Europejczyków wiarą w słuszność wspólnego dzieła. Taki sukces, łączący się z masową rozpoznawalnością, mógłby zachęcać ulubieńców tłumów do śnienia snu o szpadzie, do podjęcia działań o napoleońskim zacięciu, do ubierania się w dyktatorskie szaty. Ponieważ byłoby to niezgodne z ideowym klimatem epoki, przezornie podejmuje się działania prewencyjne, wybierając zamiast epickiego, imperialnego rozmachu szarzyznę w postaci współczesnej wersji dyrektoriatu. Jego przednapoleoński eponim zarządzał masą spadkową po potężnej francuskiej rewolucji. Dzisiejszy odpowiednik tamtej kliki to ekipa, zarządzająca masą spadkową po mocarstwowej Europie, liżącej rany zostawione przez kilkudziesięcioletnią sowiecko-jankeską okupację.

Euroazjatyckie i amerykańskie imperia dbały o to, aby w ich strefach wpływów nie pojawił się żaden trybun ludowy, mogący zakłócić powojenną równowagę. Stawiano na ulizanych kolaborantów, usłużnie reprezentujących interesy odpowiednio Moskwy czy Waszyngtonu. Obowiązywał ten sam schemat, co na zwasalizowanej przez Tatarów Rusi, gdzie jarłyk dostawał najbardziej usłużny, w lot odgadujący życzenia chana, książę. W poprzednim stuleciu ruscy książęta zostali zastąpieniu przez spętanych postanowieniami Układu Warszawskiego wschodnioeuropejskich genseków oraz zachodnioeuropejskich premierów, wprzęgniętych w NATO-wski rydwan [12]. Temu ostatniemu największe wyzwanie rzucił Charles de Gaulle, gdy wyprowadził Francję z wojskowych struktur Paktu Północnoatlantyckiego, co można uznać za przedostatni (jak na razie) przykład samodzielnej polityki europejskiej, realizowanej przez polityka, lubiącego iść pod prąd, by realizować, bez oglądania się na „międzynarodową opinię publiczną”, rację stanu swojego państwa w sposób, uznany przez siebie za najwłaściwszy. Ostatnim posunięciem w wielkim stylu było urzeczywistnione przez Helmuta Kohla, wbrew protestom Paryża i Londynu, Wiedervereinigung. De Gaulle’a i Kohla możemy uznać za ostatnich reprezentantów starej szkoły europolityki, zdolnych do przeforsowania własnej, wyrazistej linii politycznej. Po nich nastał czas mętniactwa, rutynowych euroszczytów, na zakończenie których gromada przywódców UE wydaje ogólnikowe oświadczenia, z których niewiele wynika. Trudno doprawdy oprzeć się wrażeniu, że drepczą oni w miejscu w takt międlenia wytartych frazesów. Stadność europolityki skazuje ją na bezbarwność i małość.

Te dwie cechy są wszechobecne. Odnajdziemy je w sztuce, kulturze i życiu społecznym. Zastanawiające jest to, że niegdyś kryzys w tych sferach był odbiciem wzmacniającej się państwowości, która wciągała w swoją orbitę i wykorzystywała aktywne jednostki. Te, gdy oddano im do dyspozycji aparat państwowy, wykorzystywały go po to, aby zaprząc rozmaite talenty do służby państwowej, co powodowało, wraz z postępami demokracji, wyjałowienie pozapaństwowej rzeczywistości, nieistotnej z perspektywy wielkiego dzieła jednoczenia narodu w mocarne państwo [13]. Ten schemat po 1945 r. został zastąpiony systemem podwójnej dekadencji. Słabość struktur państwowych kroczy ramię w ramię z anemią społeczeństwa obywatelskiego, tracącego zarówno artystyczną, jak i biologiczną płodność. Żmudne konstruowanie Unii Europejskiej bynajmniej nie powstrzymało tych procesów, podobnie jak montowanie różnych federacji miast-państw nie zapobiegło artystycznemu i politycznemu upadkowi dawnej Hellady, gdy wyczerpały się jej żywotne siły.

Urzędnicy zamiast konkwistadorów

Z kryzysem podobnego rodzaju mamy do czynienia także w dzisiejszej Europie. Nie jest on wieczny, podobnie jak te poprzednie, niejednokrotnie nawiedzające „atlantycko-azjatycki bufor”. Problem tylko, czy Stary Kontynent potrafi uporać się z nim własnymi siłami, jak miało to miejsce np. po wojnie trzydziestoletniej. Możemy śmiało postawić diagnozę, że to nie nastąpi, póki będzie trwała ofensywa ludowładztwa brnącego w nasilający się dogmatyzm. Wyraża się on w walce sekt, roszczących sobie pretensje do posiadania jedynie słusznego paradygmatu, którego realizacja doprowadziłaby do osiągnięcia optymalnej postaci demokracji, brak której według członków danej sekty jest przyczyną wszelakich nieszczęść ludzkości. Ulice europejskich aglomeracji coraz bardziej przypominają zagrożony turecką inwazją Carogród, na placach którego podnieceni mieszkańcy namiętnie rozprawiali o dogmatach chrześcijaństwa. Współcześnie miejsce monofizytów spierających się z nestorianami zajmują bojownicy o prawa homoseksualistów, cyklistów czy zwierząt, święcie przekonani o tym, że hasła konkurencyjnych ekip mają zupełnie trzeciorzędne znaczenie w porównaniu z własnymi. Energia aktywnych Europejczyków wyładowuje się w tych bojach, które są ersatzem niegdysiejszych starć w imię haseł religijnych czy narodowych. Jeśli spektakl ten będzie się nasilał, to globalna pozycja Europy będzie się w dalszym ciągu osłabiać, gdyż chińska, brazylijska czy indyjska konkurencja skupia się na zagadnieniu generowania przyspieszonego rozwoju militarno-ekonomicznego.

Dawne elity przepełnione były wiarą w przyszłość, wiarą, która dawno już wyparowała ze współczesnych eurosalonów, pogrążonych w jałowych dywagacjach, które są równie płodne poznawczo co onegdajsze rozważania na temat ilości diabłów mieszczących się na główce szpilki. Filozofowie zajmują się segmentowaniem ponowoczesności, jako żywo przypominającym deliberacje na temat faz dochodzenia do komunizmu. Różnica polega na tym, że te drugie mieściły się w postępowym paradygmacie, opartym na przeświadczeniu o konieczności dążenia do zbudowania bardziej sprawiedliwego świata. Ponowoczesność natomiast zanurzona jest w klimacie Końca Historii, przepojona przeświadczeniem, że wszystko już było. Nie czekają nas już żadne istotne zmiany, a jedynie nudne szlifowanie społeczno-politycznych szczegółów. Nuda wyziera z każdego kąta i nie pozostaje nic innego jak ją opisać i obłaskawić. Taki nastrój panuje zazwyczaj na obradach Europarlamentu, stanowiącego gorsze wcielenie legislatyw państw członkowskich, w których można jeszcze napotkać niezłych mówców, budzących wrażenie swoimi wystąpieniami. Jeśli tacy trafiają się w Brukseli, to giną w różnojęzycznym tłumie eurodeputowanych, których spora ilość nie przechodzi w nową, dynamiczną jakość.

Nowa jakość nie może powstać, póki nie pojawi się wyraźny Wielki Cel. Jego przeforsowanie nie jest możliwe, póki dusze i umysły euroelity ściska sztywny gorset politpoprawności. Ten system interpretowania świata zamazuje historiozoficzną porażkę Europy, która znalazła się na Marginesie Ważnego Świata. Oficjalne stwierdzenie tego faktu, przyznanie, że na aktualnym etapie rozwoju inni są lepsi i należałoby zapewne skorzystać z ich rozwiązań tak samo jak oni wykorzystali schematy rozwojowe opracowane kiedyś w Europie, nie mieściłoby się w dopuszczalnym kanonie, gdyż nie należy chwalić tych, którzy nie poważają, a w związku z tym nie przestrzegają eurostandardów. Informuje się Europejczyków, że konkurencja nie gra fair, nie znajduje się na naszym poziomie moralnym, w związku z czym nie podejmiemy rywalizacji na ich warunkach, gdyż byłoby to poniżej naszej godności. Wolimy skupić się na walce o utrzymanie „sprawdzonego modelu państwa dobrobytu”, przedstawianego jako fundamentalne euroosiągnięcie. Jest to przejaw typowej schyłkowej, emeryckiej mentalności, zaskorupionej w zabezpieczaniu nagromadzonego przez poprzednie pokolenia majątku bez nadziei na jego pomnożenie dzięki śmiałym przedsiewzięciom. Europa nie wysyła już karaweli po zaoceaniczne skarby. Zamiast nich płyną w eter, nie poparte realną siłą, „skarby europejskiej nowomowy”, które nie są w stanie wzruszyć mocarzy tego świata, traktujących nasz kontynent jak muzeum pogrążające się w bezradności i bezsilności.

Europrzesłanie, wysyłane z jego omszałych murów na inne kontynenty, ma wybitnie urzędniczo-defensywny charakter, oddający stan ducha elity UE. Nie ma ona mentalności konkwistadorów, gdyż składa się z kustoszów europejskiej masy upadłościowej, drżącymi rękami niezdarnie klajstrujących popękane ściany Festung Europa. Nie wzmocni ich wszechobecne narzekanie, w jakie zamieniły się bojowe okrzyki przodków. Europa nie walczy, bo woli powtarzać ad nauseam usypiające, rozmywające jej tożsamość mantry i przepraszać za winy poprzednich pokoleń, które walczyły albo o uzyskanie prymatu na Kontynencie, albo o utrzymanie na nim równowagi sił. To drugie hasło stanowiło idée fixe perfidnego Albionu. Brytyjscy mężowie stanu byli przekonani, że dzięki utrzymywaniu takiego stanu rzeczy za Kanałem będą mogli skutecznie realizować starorzymską zasadę divide et impera.

Eurosceptyczne narody

Teoretycznie „postępująca integracja europejska” w fundamentalny sposób utrudnia wrogom posługiwanie się tą starożytną dyrektywą. Jej wykonywanie rzeczywiście napotkałoby trudne do pokonania przeszkody, gdyby rzeczona integracja skutecznie zniwelowała stare podziały. Najważniejszy z nich to geograficzno-cywilizacyjna dystynkcja zdeterminowana istnieniem akwenu La Manche. O jego nieprzemijającym znaczeniu był głęboko przekonany de Gaulle, konsekwentnie sprzeciwiający się pomysłowi poszerzenia EWG o Wielką Brytanię. Jej atlantycka orientacja determinowała, według twórcy V Republiki, spełnianie przez Londyn roli konia trojańskiego, realizującego przede wszystkim interesy swoje i Waszyngtonu. Klasycy geopolityki, tacy jak Kjellen, Ratzel, Haushofer czy Mahan zgodnie stwierdzali, że interesy morskich mocarstw są przeciwstawne tym, które są egzystencjalne dla potencji o lądowym charakterze. W historii politycznej Europy owa sprzeczność przejawiała się w stałym zwalczaniu przez Anglię, w zgodzie z maksymą zachowania równowagi sił na kontynencie, państwa przekształcającego europejski stały ląd w swój protektorat. Właśnie dlatego Brytyjczycy zwalczali najpierw Hiszpanię, potem Francję, a w następnej kolejności Niemcy.

Po 1945 r. dzięki francusko-niemieckiemu pojednaniu zarysował się geostrategiczny twór, będący reinkarnacją europejskiego „karolińskiego jądra”. W realiach dwublokowego świata nie było warunków dla clausewitzowskiego skorzystania z wojny jako przedłużenia polityki, w związku z czym nad Tamizą wybrano opcję oficjalnego przyłączenia się, zgodnie ze starą dewizą: „Nie możesz kogoś pokonać, to zostań jego przyjacielem”. Generał de Gaulle nie chciał tej przyjaźni, ale po jego ustąpieniu została ona przeforsowana. W efekcie, po powiększeniu UE o kolejne monarchie i republiki, zarysował się podział na państwa bardziej zaangażowane w integrację i na takie, które pomimo formalnej partycypacji w Unii wykazują względem niej średni entuzjazm.

W gronie państw „starej Unii”, nieobejmującej republik „postkomunistycznych”, na zbliżonych do brytyjskich, sceptycznych pozycjach, znajdują się skandynawskie monarchie. Podobnie jak Zjednoczone Królestwo, nie zdecydowały się na wprowadzenie u siebie euro, której to odmowy trudno nie interpretować jako niechęci do pozbywania się istotnego atrybutu suwerenności i braku wiary w sensowność postępującej unifikacji Europy. Po odrobinie namysłu dostrzeżemy w tej linii politycznej kontynuację anglikańsko-protestanckiego zerwania, do którego doszło w XVI wieku. Spowodowało ono, że zachodnie i północne obrzeża czy też skraje Europy znalazły się poza systemem cesarsko-papieskim. Brytyjski i skandynawscy monarchowie skupili w swoich osobach pełnię władzy zarówno duchownej, jak i świeckiej. Dla nich i dla ich poddanych eurointegracja kojarzyła się z zagrożeniem w postaci znienawidzonego katolicyzmu, którego awangarda w postaci złowieszczych jezuitów śniła o fideistycznej uniformizacji europejskiego chrześcijaństwa.

Aktualnie, w zasadniczo postchrześcijańskiej zachodniej Europie ten problem już nie występuje, niemniej jednak zakorzeniona w Skandynawii i Wielkiej Brytanii nieufność wobec imperialnych pomysłów rodem z „właściwej Europy” utrzymuje się przez cały czas. Fizyczno-geograficzny dystans oddzielający północno-zachodnich Germanów od pozostałych Germanów i narodów romańskich wciąż wiąże się z innym rozumieniem własnych interesów. Wydaje się, iż stanowi to zasadniczą przeszkodę w realizacji zamysłu przekształcenia EWG w Stany Zjednoczone Europy, które miałyby zająć „należne im miejsce pod Słońcem”. Wewnątrzeuropejskie różnice są ewidentnie większe od tych, które dzielą w USA Północ od Południa. Tam wystarczyła jedna wojna, aby poskromić niesfornych i wprząc ich do mocarstwowego rydwanu. W Europie pomimo wielu wojen wciąż nie można mówić o skutecznym podporządkowaniu sobie przez kontynentalną elitę „rozbijaczy eurojedności”. Ilość ich rośnie wraz z geograficznym poszerzaniem UE.

Niepewny Wschód

W ich gronie jak najbardziej można umieścić RP. Polacy są skomplikowanym i trudnym przypadkiem, co powinno spowodować, że walec eurointegracji będzie miał istotne trudności w przerobieniu Lechitów na wzorcowych, posłusznych entuzjastów, karnie stąpających w zwartych szeregach bojowników Wielkiej Europy. Nietypowość Polaków wyraża się w tym, że są słowiańskimi katolikami pozbawionymi cesarskiej tradycji, zamiast której mamy do czynienia ze świadomością istnienia własnego, oryginalnego mocarstwa, rozebranego przez bezwzględnych sąsiadów. Złożona, zaburzona tożsamość „polactwa” [14] i nie wystygłe aspiracje, biorące się z przekonania o „powołaniu do wielkich czynów”, powodują, iż polskie niziny stanowią niewdzięczny teren dla każdej państwowotwórczej działalności. Przekonały się o tym trzy rozbiorcze mocarstwa, które „nie zdołały przetrawić polskiego łupu” i w efekcie się rozpadły. Podobny los spotkał III Rzeszę, która z powodu RP wdała się w wojnę światową i też się rozpadła (została rozkawałkowana)..

Po jej zakończeniu PRL była najważniejszym sojusznikiem ZSRR w Układzie Warszawskim, który według polskiej megalomańskiej mitologii narodowej rozpadł się po strajkowym Sierpniu. Pomimo przesady tego stwierdzenia kryje się w nim racjonalne jądro, istnienie którego potwierdził sam Stalin, gdy zauważył, że budowa socjalizmu nad Wisłą jest tak samo karkołomnym przedsięwzięciem jak osiodłanie krowy. Te „skrzydlate słowa” „Kaukaskiego Orła” można odnieść do współczesnej operacji instalowania między Odrą a Bugiem „Eurokołchozu”. Początkowy euroentuzjazm sporej części urobionego propagandowo społeczeństwa najprawdopodobniej przekształci się w zniechęcenie i poczucie krzywdy [15], które to uczucia, głęboko gorzkie jak każda nieodwzajemniona miłość, przysporzą multum kłopotów sternikom euronawy. Bodajże Churchill mówił o spowodowanym „kwestią polską” bólu głowy, występującym u wielkomocarstwowych aktorów, i uczucie to, prędzej czy później, pojawi się zapewne w rozszerzonej Unii. Jako jego pierwszy objaw można interpretować przedstawianie przed kilku laty Polski w euromediach jako „osła trojańskiego ” wiadomych mocodawców.

Przyłączenie do Unii krajów Europy Środkowo-Wschodniej, porzuconych przez radzieckiego hegemona, oznacza raptowne powiększenie jej terytorium i ludności, narażające całą konstrukcję na nieobecne do tej pory napięcia. Historia uczy, iż każde z europejskich mocarstw, które uskuteczniało Drang nach Osten, nie wytrzymywało problemów z tym związanych, czego spektakularnym przykładem są imperia Napoleona i Hitlera [16]. Zachodnia Europa pod wieloma względami istotnie różni się od „wschodniego płuca” Kontynentu, co powoduje, że polityczna „harmonizacja” tych dwóch obszarów jest niezwykle ambitnym i najeżonym trudnościami przedsięwzięciem. Zmierza ono do pokonania za pomocą eurofunduszy i brukselskich dyrektyw podziałów, jaki pozostawiła po sobie Żelazna Kurtyna oraz inne cywilizacyjno-mocarstwowe rubieże. Mamy kilka Europ [17] i próba ich stopienia w prężny organizm jest zadaniem raczej na miarę gigantów sprzymierzonych z tytanami niż ustawiających się do rutynowych zbiorowych fotek ponowoczesnych europrzywódców, wyglądających jak gromada przypadkowych statystów, czujących się niezbyt pewnie w swoich zglobalizowanych marynarkowo-krawatowych ubrankach. Nie wyglądają oni na ludzi, zdolnych do przekształcić Unię w podmiot siły, który przywróciłby Europie jej niegdysiejszą rangę.

Od liberalnej monarchii do demokratycznego socjalizmu

Rzecz jasna prawie wszystkie początki są trudne i tak może być także w tym przypadku UE, tyle tylko, że istnieją poważne obawy co do tego, czy obrana strategia jest słuszna. Polega ona na mozolnym konstruowaniu przez panie i panów ze zbiorowych fotografii oraz ich pomocników gigantycznego mechanizmu, biurokratycznego Molocha, pożerającego ogromne środki, co nie przekłada się niestety na oszałamiającą skuteczność. Europa w dalszym ciągu nie podniosła się z kolan po dwóch samobójczych wojnach i znajduje się w rosnącym cieniu globalnych gigantów. Padła ofiarą przekształcenia dziewiętnastowiecznego monarchistyczno-liberalnego wzorca rozwoju w typowy dla XX stulecia paradygmat demokratyczno-socjalistyczny, dzięki któremu „lud wszedł do śródmieścia” i przekształcił je na swój obraz i podobieństwo. Уравниловка doprowadziła do zaniku starych, stanowych cnót, zastąpionych przez pokraczne demoliberalne ersatze. Pozostają one w permanentnym, zasadniczym konflikcie ze staroeuropejskimi wartościami. Te ostatnie ożywiono po obaleniu Napoleona, co spowodowało odrodzenie w skali kontynentu oraz dokończenie europejskiego podboju globu ziemskiego. Kiedy ponownie doszły do głosu hasła burzycieli Bastylii, Europa wkroczyła na równię pochyłą. Póki ponownie nie zostaną one odrzucone, Stary Kontynent nie ma szans na wielkie sukcesy. Skrajne ludowładztwo wyraźnie mu nie służy. Wysoki stopień sprawności osiągnęło ono w Szwajcarii, czyli w państwie, którego istnienie od początku zostało oparte na odrzuceniu czynnika monarchiczno-arystokratycznego. Ale jego pierwotna i konsekwentna, konserwatywna republikańskość nie wyzbyła się jeszcze tradycyjnych antydemokratycznych cnót, nieprzystawalnych do eurostandardów; podobnie można ocenić casus San Marino. Obie te republiki nie musiały pokonywać esencjonalnych przeszkód na drodze do rozszerzonej wersji demokracji obowiązującej w UE, która to idea od początku tkwiła w fundamencie założycielskim tego organizmu politycznego.

Fakt, że żadna z tych dwóch republik nie należy do UE, oznacza, że grupuje ona państwa, w których zasada ludowładcza, może z wyjątkiem Polski z jej szlachecką demokracją, była narzucana siłą przez nowe elity kontestujące feudalne porządki. Po zwycięstwie zabezpieczyły one dzięki prawnym rozwiązaniom swoją szczególną pozycję ustrojową, co pozwalało im realizować dynamiczną i skuteczną politykę bez potrzeby marnowania czasu na przekupywanie mas nieuświadomionego elektoratu, którym trzeba mówić „proste i słodkie kłamstwa”, aby osiągnąć sukces wyborczy. Ta praktyka psuje zarówno korpus wyborczy, jak i klasę polityczną, funkcjonującą od wyborów do wyborów w poczuciu głębokiej niepewności, czy pozostanie u władzy po elekcji i będzie mogła kontynuować rozpoczęty kurs.

Na szczeblu państw członkowskich Unii tę systemową chorobę łagodzą wytworzone przez tradycję nawyki, instynktowne, przekazywane z pokolenia na pokolenie, rozumienie racji stanu, które choć przytłumiane jest dziś przez demokratyczne rytuały, wciąż daje znać o sobie. Inaczej jest na szczeblu unijnym, gdzie nie mamy do czynienia z tradycją wspólnej europolityki. Oznacza to, iż jest ona w znacznej mierze wypadkową trendów danego sezonu, efektem skomplikowanych i długich ustaleń dokonywanych przez rozmaite czynniki polityczne i biurokratyczne. Brak jednolitego przywództwa sprawia, że trzeba brać pod uwagę fluktuacje społeczno-polityczne w kluczowych państwach członkowskich, wciąż dbających przede wszystkim o interesy swoich własnych społeczeństw. Te ostatnie są w stanie dostrzec pewien związek między własnymi decyzjami wyborczymi a kształtem przywództwa państwowego. Nie widzą natomiast takiej relacji na euroszczeblu pomimo odbywających się regularnie wyborów do zgromadzenia przedstawicielskiego.

Ogromne cielsko Parlamentu Europejskiego trudno nazwać inaczej niż fasadą, mającą stanowić przykrywką dla dość nieudolnych machinacji dokonywanych przez eurodecydentów, którzy zazwyczaj nie muszą przejmować się gadaniną deputowanych [18]. Parlamentarzyści dysponują co prawda demokratyczną legitymizacją, ale zasadniczo mają mniejszą możliwość korygowania posunięć egzekutywy niż przedrewolucyjni członkowie paryskiego parlamentu. Efekt jest taki, że w organie przedstawicielskim nie wytwarza się tradycja europolityki, gdyż nie ma takich instytucjonalnych możliwości. Dlatego też każdy głos oddany w wyborach do europarlamentu jest głosem straconym – z takiej lub innej decyzji euroelektoratu niewiele wynika. Niską frekwencję wyborczą należy więc uznać za wyraz braku zaufania zwykłych eurowyborców do zinstytucjonalizowanej unijnej klasy politycznej.

W europejskiej tradycji politycznej bez trudu odnajdziemy zasadę elekcyjności stosowaną na najwyższych szczeblach władzy; według tej procedury obsadzano zarówno papieski, jak i cesarski urząd. Jednak, w przeciwieństwie do polskiej demokracji szlacheckiej, nie łączyła się ona z wyborem o charakterze powszechnym. Doświadczona grupa najważniejszych polityków wyznaczała głowę państwa na podstawie raczej wytrawnej analizy zalet i wad kandydatów niż ich medialnego emploi, co w epoce medialnej promocji politycznego towaru staje się czynnikiem rozstrzygającym. Nie ma się zatem co dziwić, że papieże wyłaniani w tradycyjny sposób są nadal lepiej przygotowani do sprawowania swojego urzedu niż świeccy ulubieńcy tłumów, nachalnie nakłanianych przez oficjalną propagandę do partycypowania w elekcyjnym „święcie ludowładztwa”. Rzesze profanów nie mają wprawdzie zielonego pojęcia o zawiłościach europolityki, ale ją legitymizują. Prawie cały elektorat kieruje się nie chłodną kalkulacją, lecz namiętnościami, co przypomina przedparlamentarne czasy plemiennych wieców. Powróciły one w postaci medialnych kampanii wyborczych: na współczesnych arenach (w studiach telewizyjnych) występują partyjni gladiatorzy potrafiący efektownie „przywalić” przeciwnikowi ku uciesze publiczności zasiadającej przed telewizorami. Żadnych innych cnót i umiejętności się od nich nie wymaga. Polityka uprawiana dla rozrywki mas z natury rzeczy skazana jest na niski poziom.

W przypadku Unii Europejskiej zarzut ten może być odparty przypomnieniem specyfiki tego tworu, polegającej na tym, że najważniejsze instytucje UE nie pochodzą z wyboru, co sugerowałoby, że są one „bardziej merytoryczne niż polityczne”. Jednak nie do końca tak jest, ponieważ tworzący zinstytucjonalizowaną elitę Unii politycy reprezentujący egzekutywy państw członkowskich mają swoje krajowe legitymacje, a więc są produktami demoprocedur, i jako przeciętniacy potrafią jedynie powtarzać usypiające euromantry. Ich zgromadzenie w jednym miejscu nie stwarza żadnej nowej jakości, gdyż posiedzenie w takim gronie nie daje dużych szans na to, że będzie przeniknięte nastrojem długofalowego, obliczonego na pokolenia, myślenia. O takie planowanie można posądzać monarchów pozostawiających trony swoim potomkom, ale oni nie uczestniczą w „eurospędach”. Premierzy nolens volens muszą myśleć przede wszystkim o wyborach i o tym, żeby nie dostarczać swoim zachowaniem amunicji krytykom, piętnującym unijny „deficyt demokracji”. Wszak do tego już doszło, że, wbrew wielowiekowej antydemokratycznej eurotradycji, wszyscy liczący się gracze polityczni muszą składać rytualne hołdy bożkowi ludowładztwa. Odmowa bowiem oznaczałaby wystawienie się na żer telewizyjnych kapłanów demoprzesądu, urządzających z upodobaniem medialne lincze nad tymi z prominentnych reprezentantów klasy politycznej, którzy dali jakiekolwiek podstawy do oskarżania ich o „faszyzm”, stanowiący największą herezję powojennej Europy.

Amerykańska cudzoziemszczyzna albo swojska europejskość

Tzw. skrajne, eurosceptyczne ergo faszystoidalne partie są odpowiednikami radykalnych sekt, kwestionujących oficjalną linię Watykanu i protestanckich książąt, rzucających wyzwanie cesarzowi. Klątwy powinni rzucać wyborcy, odmawiając poparcia niesystemowym ugrupowaniom, ale nie zawsze stają na wysokości zadania. Zaniepokojeni stanem europejskich umysłów i duchów szczerzy demokraci mają szansę oczyścić się dzięki pielgrzymce do Nowego Jorku, który ze swoją Statuą Wolności i ONZ-em odgrywa rolę Jerozolimy, stanowiąc oficjalne centrum globalnej parareligii prawoczłowieczej. Ewentualna dalsza emancypacja Europy, oddalająca ją od północnoamerykańskiego hegemona, da się porównać ze schizmą, podważającą tezę o istnieniu cywilizacji północnoatlantyckiej czy też euroamerykańskiej, jak kto woli. W tym wymiarze UE stanowiłaby narzędzie powrotu do tradycji samodzielnej polityki europejskiej, nie ulegającej zbytnio napływającym z zewnątrz ideom. Większy nacisk kładziony po tej stronie Atlantyku na zagadnienia socjalne stanowi przesłankę, uprawdopodobniającą kroczenie po własnej drodze, coraz bardziej oddalającej się od American Way of Life, na wzór chrześcijaństwa, które, po początkowym okresie niepewności, zdecydowanie oddaliło się od starozakonnych, dzięki czemu papiestwo i cesarstwo mogły przybrać znany nam z historii charakter.

Trwająca od połowy XX wieku ideologiczna inwazja USA stanowił, od czasów opanowania jej przez chrześcijaństwo, największe wyzwanie dla Europy, której elity częściowo zinternalizowały już ideologię „najeźdźcy-wyzwoliciela”, przynoszącego demokrację na bagnetach w 1945 roku. Europa albo mu ulegnie, jak onegdaj Cesarstwo podporządkowało się wyznawcom Chrystusa, albo wybierze alternatywny, bardziej swojski model. Można go określić jako ideowo-ustrojowy paradygmat, oparty na połączeniu pierwiastka indywidualnego z kolektywnym, będący Trzecią Drogą względnie kompromisem między skrajnie indywidualistycznym modelem północnoamerykańskim i tradycyjnie mającym zdecydowane kolektywistyczne odchylenie systemem azjatyckim. W niejednokrotnie szaleńczym propagowaniu przez UE rozmaitych mniejszości można się doszukać próby podążenia właśnie takim szlakiem, niezależnym od wschodniego kolektywizmu i zachodniego liberalizmu. Intelektualny klimat ponowoczesności skłania do sięgania po przednowoczesne wzorce. W przypadku społeczno-politycznej Europy wyrażają się one przede wszystkim w korporacyjności i w regionalizmie. Te dwa średniowieczne fenomeny zostały przygniecione przez porewolucyjny demonacjonalizm, który podarował naszemu kontynentowi tragiczne XX stulecie [19]. Gdyby Unia przyczyniła się do odwrócenia trendu i zanurzenia się w Neośredniowieczu, odtwarzającym na wyższym etapie technorozwoju duchowy klimat „Starej, Wesołej Europy”, to odegrałaby wielką historiozoficzną rolę. Tak należałoby ocenić zawrócenie z błędnej drogi i przywrócenie dzięki temu przynajmniej części tego cywilizacyjno-kulturowego paradygmatu, który stanowił o zadziwiającej europejskiej odrębności, zalewanej dzisiaj przez bałwany globalizacji.

Bóg pisze prosto po krzywych liniach, a zatem być może dosyć pokraczna w dzisiejszym instytucjonalnym kształcie UE stanie się, po swoim rozpadzie lub przekształceniu w konstrukt bardziej przypominający śp. EWG, czynnikiem sprzyjającym przezwyciężeniu Europejskiego Wielkiego Kryzysu. Niewykluczone jednak, że będzie w tym kryzysie łagodnie trwać, pogrążając się z wolna w ponowoczesnych Ciemnych Stuleciach, kiedy to acquis communataire będzie obiektem zainteresowania jedynie maleńkiej garstki archeologów prawa.

Istotne jest to, czy inni archeolodzy odnajdą ślady wielkich zaburzeń społeczno-politycznych czy raczej łagodnego schyłku. Realizacja tej drugiej opcji oznaczałaby, że udało się przeprowadzić Europę w bezbolesny sposób przez proces akomodacji do nowych warunków. Nie można nawet wykluczyć, że w jakiejś postaci przetrwa w nich poddana głębokim zmianom Unia, przekształcona w podmiot pozbawiony jej dzisiejszej prawniczo-urzędniczej bezduszności. Spiritus flat ubi vult, z czego wynika, że nie można wykluczyć opcji transformacji współczesnej nam ponurej poczwarki w powabnego motyla, roztaczającego czar, będący natchnieniem dla poetów i mistyków, podobnie jak przez wiele wieków było nim Cesarstwo. Ta wiekopomna idea jest przez aktualną Unię realizowana w sposób, na jaki stać Euroelitę naszych czasów. Nie można jednak wykluczyć, że kiedyś, gdy zwycięzcy napiszą swoją Historię, okaże się, że w Brukseli, Luksemburgu i Strasburgu prawnopolityczna Eurotradycja przejawiała się w swoich najpiękniejszych czynach i dziełach, dostrzegalnych dopiero dla hagiografów, którzy jeszcze się nie narodzili. Pod ich piórem przeszłość – jak to już wielokrotnie bywało – wypięknieje i wyszlachetnieje. W końcu to, co ładnie wymyślone, jest znacznie ciekawsze od siermiężnej prawdy. Jeśli zatem upiększona Eurounia będzie w odległej przyszłości krzepić serca i dodawać otuchy, to stanie się fundamentalnym elementem Wielkiej Europejskiej Tradycji Prawnopolitycznej, swobodnie ignorującej kwękania w rodzaju tego, które właśnie dobiega końca.

Artur Ławniczak  

PRZYPISY:

[1] Tęsknota za eurojednością nigdy nie wygasła. Np. w okresie międzywojennym zamanifestowała się w paneuropejskiej wizji hrabiego Ryszarda Coudenhove-Calergiego. Wykształceni Europejczycy w II połowie XX wieku pamiętali o projekcie Unii Paneuropejskiej, mającej być Neocesarstwem: „Koncepcja Paneuropy (…) to jest koncepcja stara. (…) Coś podobnego, podobne dążenia do stabilizacji i pokoju, przeżywała Europa po wędrówkach ludów. Ówczesna ludność Europy też miała dość wojen. Chciała spać spokojnie, odpocząć. I wtedy właśnie przyszła, podsunięta przez Kościół, dawna koncepcja Imperium Rzymskiego: stworzenie cesarstwa nowego, cesarstwa obejmującego wszystkich chrześcijan Europy” (M. Maliński, Cesarstwo, w: Eseje na wybrane tematy z historii Kościoła, Poznań – Warszawa – Lublin 1973, s. 118-119).

[2] Atakująca nas w dzień i w nocy obsesyjna propaganda eurojedności wydaje się oddawać stan głębokiej niepewności jej animatorów, którzy głośnymi zawołaniami starają się przekonywać zarówno konsumentów medialnej nawałnicy, jak i samych siebie. Idea „kupą, mości Panowie!” ma być hasłem, którego ulękną się wrogowie i, drżąc ze strachu, pochowają się w swoich ponurych jamach, nad którymi po wsze czasy będzie dźwięczał równy krok zwycięskich eurokohort. To taki sobie Eurosen o Szpadzie, który, przynajmniej na razie, nie zamierza się ziścić.

[3] Stanowi ona współczesną wersję sporu protestantów z katolikami o sens ozdabiania ścian kościołów obrazami przedstawiającymi świętych, co jest sprzeczne z duchem Starego Testamentu. Ideowi następcy obrazoburców również, świadomie lub nie, realizują „wytyczne” mozaizmu, dla którego wszak Krzyż jest „znakiem obrazy”. Ma go zastąpić „pusta, piękna w swej dziewiczości biała ściana, wyrażająca bezmiar europejskiej tolerancji”.

[4] Tęsknota za Cesarstwem przenika serca oraz umysły „współczesnych dyplomatów i analityków polityki zagranicznej, ubolewających nad nieobecnością «transnarodowych instytucji», zdolnych prowadzić światowe interesy z zimną krwią starego Cesarstwa Rzymskiego. W obliczu chaosu nieuregulowanych rynków kapitałowych – wraz z nieuczciwymi państwami i renegackimi ideologiami (…) niedoszli twórcy postmodernistycznego pokoju marzą o wyśnionym przez Gibbona «najwyższym dostojniku, któremu, dzięki rozwojowi wiedzy i pochlebstw, stopniowo przypisywano by wzniosłą doskonałość Wieczystego Ojca i Wszechmogącego Monarchy». Oktawian August wysłuchałby ich z radością” (L.H. Lapham, „Furor Teutonicus”. Las Teutoborski, 9 rok n.e., w: Gdyby…Całkiem inna historia świata. Historia kontrfaktyczna, Warszawa 2008, s. 77). Wizja całkiem pociągająca, tylko skąd wziąć odpowiedniego Najwyższego Dostojnika? Nowożytne europejskie wcielenia tego ideału w osobach Napoleona i Hitlera uległy naporowi wrogów, a na dodatek ten ostatni nie ma ostatnio zbyt dobrej prasy, choć w przyszłości może to się zmienić. Zatem, aby zapobiec dyktaturze realizowanej przez jakiegoś hitleroida, w eurostrukturach lansuje się kolegialność, w której jednak Duch Imperium się nie zmaterializuje, bo „Wieczysty Ojciec” nie przyjmie przecież postaci Komisji Europejskiej.

[5] Najzabawniejsza jest historia zaordynowania we wszystkich zajętych krajach ruchu prawostronnego. Twierdzi się, że Korsykański Potwór dzięki tej regulacji zamierzał rozpoznawać angielskich szpiegów, odruchowo poruszających się lewą stroną traktów. Czy był to prawdziwy powód czy też wymysł propagandy angielskiej, aby ośmieszyć Cesarza Francuzów, trudno po latach rozstrzygnąć.

[6] Wiele do myślenia daje obrazek z monachijskiego Parku Angielskiego. Nad spienioną Izarą wylegują się obnażone gromady euronudystów, pogrążonych w rytuale powrotu do stanu szczęśliwej dzikości. Wśród nich przechadzają się zapięci po szyję synowie dzikiej Afryki, zapewne ze zdziwieniem obserwujący, że kiplingowskie brzemię spadło z białego człowieka wraz z ubraniem.

[7] Prowokuje to do formułowania tak zdecydowanych osądów, że „po dwóch stronach Atlantyku znajdują się dwa różne światy”. Jankeska Ameryka i Europa nie są całkiem różne, ponieważ Europa zajmuje stanowisko pośrednie między Nowym Światem a azjatycką częścią Wielkiej Wyspy Światowej. Stary Kontynent jest co nieco zamerykanizowany, ale z drugiej strony spora część jego mieszkańców wciąż w swojej mentalności i sposobie życia jest bliższa Azjatom i Afrykańczykom niż Amerykanom.

[8] Nikogo już nie dziwią stada kamer na miejskich ulicach, tabuny fotoradarów na szosach, dowody osobiste z odciskami palców i zdjęciami siatkówki oka. Do tego należy dodać zwyczajowe podsłuchiwanie rozmów telefonicznych, sprawdzanie zawartości komputerowych twardych dysków oraz szybujące w przestworzach satelity, koordynujące prowadzone na powierzchni planety antyterrorystyczne działania zabezpieczające. Wielki Brat coraz mocniej obejmuje nas swoim miłosnym uściskiem, przygarniając przestraszone i spragnione bezpieczeństwa masy, zagubione w „samotnym tłumie”.

[9] W Europie poza UE napotkamy jeszcze takie państwa jak Watykan czy Zakon Maltański, w których zasada demokratyczna odgrywa drugorzędną rolę, dlatego uważa się je za dziwaczne archaizmy.

[10] Telewidzowie namiętnie uprawiający zapping często wyrażają opinię, że pomiędzy przekazami oferowanymi przez, formalnie różne, kanały brak jest głębszych różnic. Ów brak różnic świadczy o osiągnięciu wysokiego poziomu jedności moralno-politycznej. Ujednolicony przekaz pomaga w kształtowaniu osobowości wzorcowego Europejczyka, przyzwyczajonego od kolebki do treści poddanych wewnętrznej cenzurze redakcyjnej i zakwalifikowanych jako nieszkodliwe dla ustroju. Magia szklanego ekranu stanowi potężny czynnik w długofalowej operacji urabiania świadomości mas mediotów w kierunku „ostatecznego rozwiązania zagadnienia faszystowskich wirusów”. Mają one być raz na zawsze zalane rzekami demopropagandy, zostawiającymi w duszach adresatów muł na tyle jednorodny i głęboki, że nie przebije się przez niego żadne oryginalne ziarno.

[11] Jak na razie jest to wyłącznie pobożne życzenie, albowiem „traktaty integracyjne nie skasowały spuścizny historycznej” (Michael Stürmer).

[12] We Włoszech istniał narzucony przez USA, niepisany antykomunistyczny „zapis”. Zgodnie z jego brzmieniem Włoska Partia Komunistyczna, pomimo regularnego uzyskiwania w wyborach ponad 30% ważnie oddanych głosów, nie miała szans na wprowadzenie swoich przedstawicieli do rządu.

[13] Najbardziej wyrazistymi przykładami tego zjawiska są Niemcy i Włochy. Przed zjednoczeniem na konkurujących ze sobą dworach kwitły ośrodki artystyczne, cieszące się względną swobodą ekspresji. Unifikacja narodowa doprowadziła do spłaszczenia gustów. Nakazano tworzyć proste w wymowie dzieła, które będą zrozumiałe dla mas. Artyści poczuli się urażeni i po upadku wiadomych reżimów „poszli w abstrakcję”, nie wytrzymując konkurencji fotografii i oper mydlanych. Masowość oraz postęp techniczny wykopały grób sztuce ambitnej, pragnącej odtwarzać rzeczywistość i rozbudzać wrażliwość odbiorców

[14] Jest ona trwale rozdarta między kozackopodobną (w końcu to uciekinierzy z Polski stanowili istotny element konstytuujący Sicz) tęsknotą za przygodą na bezbrzeżnym stepie a pożądaniem spokojnego żywota na zachodni wzór w domku wśród wyrównanych grządek pilnowanych przez poczciwego krasnala z gipsu. Każdy z tych życiowych modeli ma swoje zalety, ale ma też wady, obniżające jego atrakcyjność. Polska jest krajem cywilizacyjnie rozdartym, co dobrze oddaje anegdota o dwóch pasażerach, z których pierwszy jechał z Paryża do Moskwy, a drugi odwrotnie. Przez pomyłkę obaj wysiedli w Warszawie i obydwaj myśleli, że dojechali już do celu podróży.

[15] Ten schemat został już przerobiony w Kongresówce po Kongresie Wiedeńskim. Początkowo warszawskie salony były zachwycone osobą liberalnego i przystojnego Aleksandra. Później szara rzeczywistość dała znać o sobie. Rzeczywiste i wyimaginowane problemy zaczęły coraz intensywniej przesłaniać pożytki płynące z polsko-rosyjskiej współpracy, co skończyło się powstaniem.

[16] Podobny los spotkał, borykające się z Germanami, Cesarstwo Karola Wielkiego oraz Austro-Węgry, które nie przeżyły intensyfikacji swojego zaangażowania na Bałkanach.

[17] Oprócz romańskiej, germańskiej i słowiańskiej jest jeszcze budząca się Europa celtycka. Poza świeżym podziałem na atlantycką i postkomunistyczną nie należy zapominać o starszych różnicach między bardziej kapitalistyczną i liberalną zachodnią częścią Kontynentu oraz jego wschodnią częścią skłaniającą się ku feudalizmowi i konserwatyzmowi. Następne dystynkcje są konfesyjne i dzielą „skrajnie zachodnią Eurazję” na katolicką, protestancką, prawosławną i islamską.

[18] Przypomina się powiedzenie Lenina o gadających po próżnicy burżuazyjnych legislatywach. Pasuje ono jak ulał właśnie do organu, którego członkowie permanentnie błąkają się między Brukselą a Strasburgiem i macierzystymi krajami. Spora część z nich myśli przede wszystkim o tym, aby podpisać listę obecności i możliwie szybko wrócić do siebie.

[19] To właśnie jego efekty skłaniają do pesymistycznych konstatacji w rodzaju następującej: „Nigdy więcej żadnych wielkich projektów. (…) Trudno jest Europejczykom poradzić sobie z własną przeszłością, której zapewne jest za dużo, aby obecne pokolenia mogły wyciągnąć z niej korzyść” (Michael Stürmer). Skoro nie ma być żadnych wielkich projektów, to w pierwszej kolejności należałoby porzucić wielki projekt realizowany obecnie w Europie, przeniknięty epickim patosem Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej, która dokonała demontażu Eurotradycji. Mozolna próba „odkręcenia Historii” jest reakcyjnym, pozbawionym aureoli Wielkiego Dzieła pomysłem, który jednak nie powinien być z góry odrzucany dlatego tylko, że brak mu rozmachu charakterystycznego dla wielkich projektów politycznych.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPrymusi „antyfaszyzmu”
Następny artykułO Stanisławie Barańczaku
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

1 KOMENTARZ

  1. Niezwykle ciekawy tekst pokazujący niezmienność wyborów stojących przed Europą i faktyczne powtarzanie się historii.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ