Tolkien, czyli „mitologia dla Anglii”

0

3 stycznia 1892 r. w zakurzonym przygranicznym miasteczku Bloemfotein, w afrykanerskiej republice Oranje Vrystaat, żona angielskiego emigranta-bankowca powiła swe pierwsze dziecię. W sto lat później jej potomek, John Ronald Reuel Tolkien był poważany w całym europejskim, szczególnie zaś w anglojęzycznym, świecie. Poważany zwłaszcza za swój epicki romans heroiczny „Władca Pierścieni”, który od chwili wydania w połowie lat 50-tych stał się dla milionów ludzi źródłem radości i inspiracji. Radości i inspiracji o rozmiarach, jakie nie stały się udziałem jego XX-wiecznych poprzedników w gatunku heroicznego romansu – takich jak Lord Dunsany, E. R. Eddison, James Branch Cabell, czy David Lindsay – ani nie były dane rzeszy następców (a czasem – imitatorów), których zainspirował. Oni oferowali jedynie „eskapizm”, ucieczkę w fantasy zawsze przyjemniejszą niźli rzeczywistość XX stulecia. Jak Tolkien sam powiedział, nie ma nic niewłaściwego w ucieczce, kiedy siedzi się w więzieniu, a on to właśnie był pierwszym, który zdemaskował nasze czasy jako jedno z najgorszych duchowych więzień w historii ludzkości. Lecz żaden z pisarzy proponujących sam jeno eskapizm nie był w stanie konkurować z ogromem wpływu Tolkiena. Bezspornie, Tolkien dotknął głębszego nerwu w psyche naszej nowoczesnej „zachodniej” cywilizacji. Lecz dzięki czemu? Cóż jest sekretem jego sukcesu?

Przede wszystkim ofiarował swym czytelnikom wyraziste poczucie kulturowej i etnicznej tożsamości, odzwierciedlające jego własne poczucie tożsamości i dumę z niej. Opisywał to swym amerykańskim wydawcom w ten sposób: „Właściwie jestem, wedle angielskich pojęć, mieszkańcem Anglii Środkowo-Zachodniej, (w oryg.: „West-Midlander”) zadomowionym tylko w hrabstwach sąsiadujących z Marchią Walijską; sprawiło to, jak sądzę, tak me pochodzenie jak okoliczność, iż języki staro-angielski i zachodni średnio-angielski oraz wiersz aliteracyjny były zarówno atrakcją mego dzieciństwa, jak i zasadniczym przedmiotem mojego zawodu”. Tolkien przyznawał się do XVIII-wiecznych niemieckich przodków (którym zawdzięczał swe nie-angielskie nazwisko[1]), lecz dodawał, że jego rodzina była „głęboko angielska (nie brytyjska)”.

W liście do W. H. Audena Tolkien podkreśla, że jest „z pochodzenia mieszkańcem Środkowo-Zachodniej Anglii, i kiedy zetknął się z wczesnym środkowo-zachodnim dialektem średnioangielskiego, od razu go rozpoznał”. W liście do swego syna Christophera przypomina mu, że „pomijając rodowód Tolkienów (który już dawno musiał stać się wątłą niteczką) jesteś Mercyjczykieni [2] lub Hwiccianinem (z Wychwood) i po mieczu, i po kądzieli”. Do innego z synów, Michaela pisze: „każdy zakątek tego hrabstwa” – Worcestershire, skąd wyrasta dziedzictwo jego matki – „jest dla mnie w pewien niewypowiedziany sposób domem, jak żadna inna część świata”. Owa duma ze swej tożsamości pobudzała jego głęboką miłość ojczyzny: „Kocham Anglię”, powiedział swemu synowi, „lecz nie Wielką Brytanię i na pewno nie Wspólnotę Brytyjską (tfu!)”.

Ta głęboka duma i świadomość angielskości, a dokładniej – mercyjskości, przepełnia powieści Tolkiena, przede wszystkim „Władcę Pierścieni”, lecz również „Hobbita” oraz – bardziej subtelnie, jak zobaczymy – „Sillmarilliona”. I tak, jak twórca tychże z naciskiem powtarzał, (szczególnie w kilku notatkach na temat dokonanej w 1956 r. przez W. H. Audena recenzji III tomu „Władcy Pierścieni”), jego „Śródziemie” nie jest wyimaginowanym światem”. Śródziemie to nie tylko znakomita część naszego świata, „Północny-zachód Starego Świata, na wschód od Morza”, ale, co się tyczy Shire, tej wyidealizowanej ojczyzny hobbicich bohaterów, jest to Tolkiena własna część owego świata. „Shire”, pisał jego twórca do wydawcy, Raynera Unwina w 1956 r., „odzwierciedla wiejską Anglię, nie zaś jakikolwiek inny kraj na świecie”. Co więcej, ów Tolkienowy obszar wiejskiej Anglii – Shire, „jest faktycznie w mniejszym lub większym stopniu wioską Warwickshire w dobie Diamentowego Jubileuszu” [3].

Subkreacja Tolkiena była tak ściśle zakotwiczona w poczuciu lokalnej tożsamości, iż postrzegał swe dzieciństwo spędzone w Sarehole, położonej na południe od Bristolu, rolniczej (wówczas) miejscowości hrabstwa Warwickshire (jego rodzina wróciła do Anglii, gdy miał cztery lata) jakby „żył przez swoje wczesne lata w «Shire» w erze przedmechanicznej”. Toponomastyka Shire, odnotował Tolkien nieco później, „jest wymyślona zgodnie ze stylem, genezą, i sposobem tworzenia angielskich (a zwłaszcza środkowo-angielskich) nazw miejsc”. Nawet dom Bilba i Froda znajduje się w Mercji: „Bag End to miejscowa nazwa gospodarstwa mojej ciotki w Worcestershire, które było końcem polnej drogi wiodącej do niego i tam się kończącej”. Jak kraj z serca „Władcy Pierścieni” był jego krajem, tak i ludzie będący bohaterami opowieści są „jego” ludźmi – pochodzącymi z Anglii, szczególnie z Anglii Mercyjskiej. Tolkien powiedział w jednym z wywiadów: „Hobbici są ni mniej ni więcej tylko angielskimi wieśniakami, których niewielkie rozmiary odzwierciedlają ich niewielką wyobraźnię – lecz nie odwagę czy utajoną siłę”.

Tą odwagę i siłę ukrytą w głębi duszy angielskiego ludu Tolkien miał okazję zobaczyć obudzoną, gdy jako podporucznik fizylierów Lancashire walczył w morderczej bitwie nad Sommą w 1916 r., w której zginęła większość jego szkolnych kolegów. Tej odwadze i sile pisarz starał się oddać sprawiedliwość tworząc jedną z najulubieńszych postaci trylogii – lojalnego towarzysza Froda, Sama Gamgee. Bowiem, jak Tolkien później wyjawił, „Mój «Sam Gamgee» jest odbiciem angielskiego żołnierza, szeregowców i ordynansów, których poznałem podczas wojny 1914 r., dostrzegając jak dalece mnie przewyższają”. I poczuł dumę z „angielskości tego klejnotu między hobbitami”. Lecz nie tylko postacie hobbitów zaczerpnął Tolkien z głębokiej studni swej angielskości. Enigmatycznego Toma Bombadila widział jako „ducha zanikającej krainy Oxfordu i Berkshire”.

Jeźdźcy Rohanu nie mówili zwyczajnym staroangielskim – „anglosaskim” – lecz, jak to zaobserwował T. A. Shippley (następca Tolkiena w roli wykładowcy języka angielskiego i literatury średniowiecznej na uniwersytecie w Leeds), specyficznie mercyjskim staroangielskim – mową mercyjskich przodków Tolkiena: „Saruman, Hasufel, Herugrim zamiast «zwykłych» Seatuman, Heasufel, Herugrim. Nazwa, jaką nadawali sami Jeźdźcy swojemu krajowi – „Marchia” – jest tą samą nazwą, którą przodkowie Tolkiena określali jego ukochaną ojczyznę, Środkowo-Zachodnią Anglię; nazwę zlatynizowaną przez mnichów z Wessex, wymawiających raczej «Mearc» niż «Mark»”. Inni bohaterowie Tolkienowej epoki takoż namacalnie zakorzenieni są w angielskiej ziemi i angielskim duchu lub, jak Gandalf, którego Tolkien wymyślił jako „podobnego Odynowi wędrowcę”[4], wywodzą się z równie umiłowanego przez niego dziedzictwa Północy.

I właśnie to odzwierciedlenie dumy autora, dumy wypływającej z głębokiej wiedzy o własnej kulturowej i etnicznej tożsamości – Tolkien zanotował kiedyś: „jeśli chcesz pisać opowiadania tego rodzaju to musisz sięgnąć do swych korzeni” – odróżnia jego pisarstwo od większości nowoczesnej „heroic fantasy”. Imitatorzy cierpią wyraźnie na brak takowych korzeni, być może dlatego, że częstokroć są to Amerykanie, którzy nie mają do czego sięgać, lub dlatego, że zapomnieli o dziedzictwie przodków. Kulturowe bogactwo i niezmącona różnorodność Tolkienowego Śródziemia, z jego ludami, językami, wiedzą, tysiącleciami pisanej historii – wszystko to jest wspaniałe. Ale to jeszcze nie cały Tolkien. Ofiarowuje on bowiem nie samą tylko wspaniałość wyobraźni wyrosłej ze starożytnej a rzeczywistej kultury, ale też ideę. Mit i manifest. Albowiem duma Tolkiena z tego, kim był (nie jako indywiduum, lecz jako jeden z ludzi, Anglik, Mercyjczyk zwłaszcza), była źródłem nie tylko tego, co pisał, ale również powodem, dla którego pisał. I dlatego to, co pisał, jest nie tylko pięknym opowiadaniem, lecz istotnym przesłaniem.

Otóż Tolkien starał się uczynić coś więcej, niż tylko opowiedzieć jakąś historię. Starał się kłaść podwaliny pod mit. Mit narodowy. „Mitologię dla Anglii”. Jego marzenie zrodziło się w młodości. W 1912 r. jako dwudziestoletni student Exeter College Oxford Tolkien przeczytał w biuletynie akademickiego stowarzyszenia o „Kalevali”, wielkim mitotwórczym eposie fińskim. Ów epos, narodowy mit, odtworzony ze starożytnych opowieści ludowych przez Eliasa Lönnrota w początkach XIX w., odegrał ogromną rolę w przeistoczeniu Finów z apatycznych rosyjskich (a wcześniej szwedzkich) prowincjuszy w odrodzony naród. Tolkien skarżył się: „Gdybyż nam więcej tego zostało – czegoś w tym samym rodzaju, co by przynależało do angielszczyzny”. Z tego narodził się jego wielki projekt, aby, jak to sam sformułował: „uczynić zasadniczy korpus z mniej lub bardziej powiązanych legend, począwszy od tych wielkich i kosmologicznych, aż do poziomu romantycznej baśni – te większe oparte na pomniejszych w styczności z ziemią, mniejsze czerpiące swą wspaniałość z monumentalnych dekoracji – które mógłbym zadedykować po prostu: Anglii mojemu krajowi”.

Swemu krajowi, Anglii, Tolkien dedykował pierwszy epicki mit, wydany później jako „Sillmarillion”, a potem opowieści kolejno z niego wywiedzione: „Władcę Pierścieni” i „Hobbita”. Jak odnotował prof. Shippey: „wielkim pragnieniem czy też zamiarem Tolkiena było oddanie swemu krajowi legend, które utracił on w Mrocznych Czasach przed Najazdem – najazdem normańskim (1066), który, jak zauważył jego biograf, „sprawił mu taki ból, jakby nastąpił za jego życia”. Planem Tolkiena było „w pełni wykończyć kilka wielkich opowieści a pozostałe, umiejscowione w schemacie, zostawić jeno naszkicowanymi. Cykle winny być powiązane w majestatyczną całość acz pozostawiając pole do popisu dla innych umysłów i rąk władających farbą, muzyką, dramatem”. „Absurd” skwitował później swój wielki plan. Lecz żadnej recenzji, być może, nie upodobałby sobie bardziej niż tej z „Guardiana”, który napisał o „Sillmarillionie”, gdy ten ukazał się w cztery lata po śmierci swego twórcy: „Jak, mając niewiele więcej niż pół wieku pracy, jeden człowiek mógł stać się twórczym ekwiwalentem ludu?” Albo inna, z „Financial Times”: „czasami wznosi się do wielkości prawdziwego mitu”.

Czy takie pochwały były w pełni zasłużone, czy Tolkien rzeczywiście tworzył zręby „mitologii dla Anglii”, to kwestia dyskusyjna, którą rozstrzygnie przyszłość. Całkiem możliwe, że narodowe mitologie są stwarzane przez same narody, a nie przez wyalienowane jednostki, jak ubolewał Tolkien, „w Epoce Ciemności, poza odpowiednim czasem”. Ale mitologia ta była źródłem „Władcy Pierścieni”, a jej trwałe oddziaływanie na miliony mogło, na swój własny subtelny sposób, przyczynić się do kulturowego odrodzenia angielskości, któremu właśnie miał służyć stworzony przez niego „narodowy mit”.

Kulturowe odrodzenie Anglików – „których główną wadą jest lenistwo”, jak odnotował – było w opinii Tolkiena diabelnie konieczne. Konieczne, nim Anglia utraci swą tożsamość i utonie w tym, co nazywał on „amerykanokosmopolityzmem”. To zagrożenie zauważał już w 1943 r., pisząc w liście do swego służącego w RAF-ie, syna Christophera, że

to co było większe, mniejszym się teraz staje, a świat cały matowieje czy spłyca się. Przeobraża się cały w jedno przeklęte, małe, prowincjonalne przedmieście. Kiedy już amerykańska higiena, dziarskość, feminizm i produkcja masowa rozprzestrzeni się na cały Bliski Wschód, Daleki Wschód, Środkowy Wschód, ZSRR, Pampę, Gran Chaco, Nizinę Dunajską, Afrykę Równikową, Bliższy, Dalszy i Średni Mumboland, Gondwanę, Lhasę i najbardziej zapadłe wiochy Berkshire, jacyż wtedy będziemy szczęśliwi! W każdym razie powinno to położyć kres podróżom. Nie będzie dokąd pojechać(…). Płk. Knox powiada, że jedna ósma ludzkości mówi po „angielsku” i że jest to największa grupa językowa. Zgroza! jeśli to prawda ja na to. Niechby, jak przy wieży Babel, pokarało ich wszystkich pomieszaniem języków, aż by umieli powiedzieć tylko „ple, ple”. Byłoby to to samo. Zdaje się, że będę musiał mówić tylko po staromercjańsku. Ale poważnie: znajduję ten amerykanokosmopolityzm nader okropnym. Tak w umyśle jak w duszy… Nie jestem wcale pewien, czy jego zwycięstwo okaże się dla świata jako całość i na dłuższą metę czymś wyraźnie lepszym od zwycięstwa. Nie przypuszczam, by zamknięte listy cenzurowano. Ale, jakkolwiek by było, stanowczo muszę Ci dopowiedzieć, że sercem jest z nimi całkiem sporo ludzi – i nie oznacza to braku patriotyzmu.

„Amerykanokosmopolityzm” nie był jedynym aspektem otaczającego świata kontestowanym przez Tolkiena – miłośnika swej ziemi, ludu, kultury i tradycji. Jak zaobserwował krytyk Roger Sale, „Tolkien zwykł był mawiać (…) że tylko głupcy mogą przyglądać się XX stuleciu bez zgrozy”. W rezultacie, jak to przedstawia inny krytyk, Colin Wilson,

„Władca Pierścieni” jest krytyką nowoczesnego świata i wartości charakterystycznych dla cywilizacji technologicznej. Broni własnych wartości i stara się przekonać czytelnika, że są one lepsze od obowiązujących współcześnie. Nawet „poezja”, co do której wszyscy są zgodni, że jest co najwyżej przeciętna, podkreśla nastrój powagi, i nawet jeśli krajobraz czy przygody niosą powierzchowne podobieństwo do marsjańskich opowieści Edgara Rice’a Burroughsa, to zamysł sięga głębiej. W tym, jak sądzę, tkwi istota zjawiska, którego moi pierwsi przewodnicy po owym dziele nie potrafili wyjaśnić: dlaczego można je traktować tak poważnie. W istocie rzeczy jest to, podobnie jak „Ziemia jałowa”, atak na nowoczesny świat, credo, manifest.

Jest to manifest na rzecz świata tak bardzo różnego od wartości „amerykanokosmopolityzmu”, jak tylko można to sobie wyobrazić. Świata tożsamości i hierarchii, szlachetności, piękna i heroizmu. Świata, w którym każdy z Wolnych Ludów, Elfów, Krasnoludów, Hobbitów, Entów i rozmaitych narodów człowieczych, miał swą własną kulturę, ziemię i historię – a stąd i poczucie wartości. Wszystkie ludy chronią, bez wzajemnej wszakże wrogości, swą własną mowę, narodowość i sposób życia. Jak wyjaśnia prof. Paul Kocher z uniwersytetu Stanford, ”Tolkien nie tęskni bynajmniej za wymieszaniem gatunków, które mogłoby zerodować odrębną tożsamość każdego z nich (…). Współżycie wolnych ludów Śródziemia oparte jest na wzajemnym szacunku i współpracy”. To świat, jak stwierdza prof. Shippey, wzorem „Beowulfa” [5] i nordyckich sag oparty „na przekonaniu, że ludzie są tym, co dziedziczą”.

Wynika to stąd, iż – jak skomentował prof. Walter Scheps – „jedyny powiew egalitaryzmu, jaki porusza delikatnymi drzewami Śródziemia, nadchodzi ze Wschodu, a egalitaryzm, którego zapowiedź przynosi, polega na nikczemnym niewolnictwie”. We „Władcy Pierścieni” najbliższe demokracji typu zachodniego jest to, co Tolkien nazwał „pół-republiką, pół-arystokracją Shire”, a co w rzeczywistości prawie wcale nie posiada rządu. Zwycięstwo Zachodu to nie „świat uchroniony dla demokracji”, lecz, jak głosi tytuł ostatniego tomu „Władcy Pierścieni” – „Powrót Króla”. Restauracja tradycyjnej, dziedzicznej władzy w osobie predestynowanej do rządzenia przez pochodzenie, wrodzone zdolności, charakter i doświadczenie.

Tolkien, jak sam się jasno określił, nie był „demokratą w żadnym z aktualnych znaczeń”. Ale Aragorn, Król Elessar, nie jest tyranem ani führerem, lecz mądrym, dobroczynnym zwierzchnikiem respektującym lokalne tradycje samorządu i niepodległości. To nie żaden komisarz ani gauleiter przysłany z Minas Tirith rządzi w Shire, zarezerwowanym dla hobbitów „Wolnym Kraju pod opieką Północnego Berła”, lecz swojak Sam Gamgee, wybrany burmistrzem na uczciwym, wolnym zgromadzeniu ludowym. Wolne Ludy Śródziemia nie są demokracjami. Lecz, jak to wykazuje prof. Shipper, „wolność nie jest przywilejem demokracji”. Niewolnictwo natomiast jest główną cechą superpotężnego Państwa, egzemplifikowanego w Śródziemiu przez totalitarną tyranię Pana Ciemności. Echo nowoczesnego faszyzmu i komunizmu, którymi Tolkien się brzydzi, słychać w meldunkach Orków podających swoje „imię i numer Nazgulowi”. Natomiast prości ludzie Śródziemia, dalecy od tego, by być uciemiężonymi przez Wolnych Panów, są tymi, do których Wielcy i Mądrzy muszą się zwrócić w godzinie próby. To nie królewski Aragorn ani czarodziej Gandalf, ale Frodo Baggins, bojaźliwy hobbit z Shire jest głównym bohaterem „Władcy Pierścieni”.

Śródziemie jest również światem „mniejszego hałasu i bujniejszej zieleni”, w którym na przykład lasy i drzewa traktowane są jako wartość sama w sobie, a niejako „zasoby drewna”. Biograf Tolkiena odkrywa, że twórca odmówił korzystania z samochodu, gdy zobaczył, jakie szkody czyni on w krajobrazie. Tolkien nawet wtedy, gdy dzięki honorariom za „Władcę Pierścieni” stał się już człowiekiem zamożnym, nie miał w swym domu telewizora, pralki ani zmywarki. W tolkienowskim świecie honor i przyzwoitość liczą się daleko, daleko bardziej niż materialny dobrobyt. W nim to właśnie Pierwszy Pierścień dokonuje zemsty przez materialistyczną chciwość, chęć posiadania i żądzę bodaj chwilowej władzy.

Ten antymaterialistyczny „Manifest” wyrażony we „Władcy Pierścieni” spotkał się z możliwymi do przewidzenia atakami z pozycji „politycznej poprawności”. Pewien amerykański profesor college’u ubolewał wręcz, że „jeśli spróbujemy odnieść moralne wartości tkwiące w trylogii do «świata rzeczywistego» to okaże się, że będziemy mogli je nazwać paternalistycznymi, reakcyjnymi, antyintelektualnymi, rasistowskimi, faszystowskimi i” ­– najgorszy chyba z używanych dziś terminów – „niestosownymi” (w oryg: „irrelevant”) [6].

Ta sama antologia poświęconych Tolkienowi recenzji, w której znajdziemy ów wyskok, zawiera jednakowoż także pracę innego uczonego z USA, wychwalającego Tolkiena za jego „antyfaszyzm”. I ten bliższy jest prawdy. Tolkiena pogląd na faszyzm możemy poznać czytając jego list do syna Michaela z 1941 r.: „Mam w tej wojnie swoją prywatną, piekącą wściekłość (…) na cholernego małego nieuka Adolfa Hitlera” – który, jak to uzasadnia bez cienia koniunkturalizmu Tolkien – „rujnuje, deprawuje, nadużywa, czyni przeklętym na zawsze szlachetny duch Północy, ten najwspanialszy składnik Europy, który ja zawsze kochałem i starałem się prezentować w prawdziwym świetle”. W tym samym liście znajdujemy jeszcze bardziej nonkonformistyczną uwagę: „ludzie w kraju zdają się nie uświadamiać sobie jeszcze, iż w Niemcach mamy wrogów, których zalety (a to są zalety!) posłuszeństwa i patriotyzmu są większe niż w naszych masach. Którzy są odważni tak samo jak nasi”.

Polityczne oblicze Tolkiena odsłania jeszcze bardziej inny z jego wojennych listów, do syna Christophera:

Moje polityczne poglądy skłaniają się coraz bardziej ku Anarchii (rozumianej filozoficznie nie, oznaczającej zniesienie kontroli a nie brodatych facetów z bombami) – lub ku „niekonstytucyjnej” Monarchii. Skłonny byłbym zamknąć każdego, kto używa słowa „państwo” w innym znaczeniu niż nieożywiona dziedzina Anglii i jej mieszkańców – bez władzy, praw ni woli (…). Właściwym podmiotem ludzkich badań jest tylko sam człowiek, a najbardziej niewłaściwym zadaniem dla kogokolwiek, nawet dla świętych (którzy w każdym razie nie zamierzali się go podejmować), jest przewodzenie innym ludziom. Ni jeden z miliona nie nadaje się do tego, a już najmniej ci, którzy szukają sposobności.. Największą grozą obecnego świata jest to, że cała ta przeklęta rzecz znajduje się w jednej sakwie. Nie ma dokąd polecieć. Nawet najszczęśliwsi mali Samojedzi mają, jak przypuszczam, puszkowaną żywność i wioskowy głośnik opowiadający na dobranoc bajki Stalina o demokracji i niegodziwych faszystach, którzy jedzą dzieci i kradną psy zaprzęgowe. Widzę tylko jeden jasny punkt, a jest nim utwierdzający się zwyczaj wysadzania fabryk i siłowni przez zawiedzionych ludzi; mam nadzieję, że ten zwyczaj, zalecany teraz jako „patriotyczny” ma szanse się utrzymać! Ale na nic się nie zda, jeżeli nie stanie się powszechny.

Ale nikt nie podsumował twórczości Tolkiena lepiej niż prof. Shippey, jego bratnia dusza, filolog i badacz starożytnej mowy angielskiego ludu. W sercu wszystkiego, co Tolkien napisał, zauważa Shippey, kryje się „angielska tradycja, choć Tolkien skłonny był zaakceptować swe pokrewieństwo z Islandią lub Saksonią albo Ameryką, a w ostrożniejszy sposób – z Irlandczykami czy nawet Finami. Tolkiena moglibyśmy nazwać dziś «pisarzem etnicznym», jakkolwiek istota «etniczności» wydaje się leżeć w zasadzie, że każdy może być «etniczny» z wyjątkiem Anglosasów” (notabene, jako katolik „Tolkien nie był stuprocentowym WASP-em”) [7].

Zastrzeżenie to jest karą za sukces: od czasu, gdy angielski stał się językiem międzynarodowym, w naturalny sposób zmalał narodowy doń sentyment. Jednakże Tolkien był świadom, że za tym sukcesem kryje się wiele stuleci zniechęcania, które przytłumiły rodzimą tradycję w Anglii szybciej być może, niż w jakimkolwiek innym kraju europejskim. To, co odeszło, cenił bardzo wysoko. W tym, co pisał i czytał, można odnaleźć człowieka usiłującego powrócić do czasów sprzed Pomieszania, kiedy to tradycje Shire i Mark „nie były jeszcze zepsute”.

Niezepsutych, jak się zdaje, są miliony w naszym nowoczesnym świecie rozkładu i chaosu. Stąd stanowczy nacisk Tolkiena na tożsamość kulturalną, jego „mitologia dla Anglii” i ulotna wizja świata, którego wartości są antytezą nowoczesnego „amerykanokosmopolityzmu” tak powszechnie się rozprzestrzeniły i w tylu sercach trwale poruszyły struny. Skoro tak się dzieje i skoro dochodząca do głosu kontestacja naszego upadłego społeczeństwa konsumpcyjnego może zostać podchwycona przez miliony, to widocznie w najgłębszym Cieniu naszego nowoczesnego Mordoru żyje jeszcze nadzieja. Być może nasz Cień, jak i Sauronowy będzie „tylko małą i przemijającą rzeczą”, bowiem Tolkien pokazał, że w sercach wielu ludzi nawet pod szlamem współczesnej antykultury żyje „wysokie i lekkie piękno na zawsze poza jej zasięgiem”.

Elwin Fairburn

tłum. Jarosław Tomasiewicz

Artykuł Elwina Fairburna „J.R.R. Tolkien: A Mythology for England” opublikowany został na łamach „Perspectives. European identities, autonomies and initiatives”, 1992 nr 3. Powyższy przekład ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów” ” nr 20 (1994).

Przypisy tłumacza

[1] „Tolkien” może pochodzić od niemieckiego słowa „tollkühn” (odważny do szaleństwa).

[2] Mercja – jedno z ośmiu anglosaskich królestw VI-IX wieku rozpościerające się mniej więcej na obszarze dzisiejszych hrabstw: South Yorkshire, Bedfordshire, Buckinghamshire, Cheshire, Derbyshire, Glouestershire, Worcaster, Leistershire, Lincolnshire, Northaptonshire, Nottinghamshire, Staffordshire i Warwickshire.

[3] „Diamentowy Jubileusz” to sześćdziesiąta rocznica panowania królowej Wiktorii władającej imperium brytyjskim od 1837 roku.

[4] Odyn to wedle Asatru – the Ancestral Religion of Northern European Folk najważniejszy z bogów Asgardu, kojarzony z mądrością, ekstazą i magią; wszechwiedny dawca miodu i pisma runicznego, Wódz Wojowników.

[5] „Boewulf” – angloskandynawski epicki poemat heroiczny z VI w.

[6] Polityczna Poprawność („political correctnes”) – ironiczne określenie systemu lewicowych tabu związanych z rasą, płcią, narodowością przestrzeganych w zachodnim świecie intelektualnym.

[7] WASP – White Anglo-Saxon Protestant (biały anglosaski protestant) – potoczna nazwa typowego Anglika lub Amerykanina angielskiego pochodzenia.

Bibliografia:

Humprey Carpenter, J. R. R. Tolkien – A Biography, Londyn 1977.

Paul Kocher, Master of Middle-Earth: the Achievement of J. R. R. Tolkien, Londyn 1973.

Tenże, A Readers Guide to the Sillmarillion, Boston 1980.

Letters of J. R. R. Tolkien, pod red. H. Carpentera, Londyn 1981.

T. A. Shippey, The Road to Middle-Earth, Londyn 1982.

A Tolkien Compass, pod red. Jareda Lobdella, La Salle (Illinois) 1975.

The Tolkien Scrapbook, pod red. Alidy Becker, Filadelfia 1978.

J. R. R. Tolkien, The Lord of the Rings, Londyn 1966 (II wyd. 2).

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ