Małe bryllowanie

0

Dawna twórczość Ernesta Brylla, zwłaszcza tomy Twarz nie odsłonięta (1963), Sztuka stosowana (1966), Mazowsze (1967), Muszla (1968), Fraszka na dzień dobry (1969), Piołunie piołunowy (1973), Zwierzątko (1975), Rok polski (1977), Ta rzeka (1977), jest ważnym literackim głosem polskości i o polskości. Wyłowić z niej można wiele patriotycznych wierszy, gorzkich i niepokojących, w dziwny sposób aktualnych. Tak jakby historia – ta wielce złośliwa i przewrotna dama – zrządziła, że czytane po dziesięcioleciach, powstałe w zupełnie innej sytuacji historycznej i politycznej, mogą znowu przemówić do współczesnego czytelnika, nazywając to, co go dręczy i boli, a czego nie potrafi sobie jasno uprzytomnić i wysłowić.

Ojczyzna nasza „przez cieślę sklecona”, jakaś jest „niezdarna w swych granicach jak niezwrotny korab”. Ale to przecież nasza jedyna „ojczyzna-płaszczyzna”, „ojczyzna-jałowizna”. Tutaj „w krainie rzepy”, żyjemy pośród „nieżyczliwości rodzinnych piachów”, na „szerokiej, ciężkiej jak żarno równinie”, w „mydlanej krainie naszej skisłej Arkadii”, pośród „dąsów i pląsów”, „skrzeku morałów” i „idei kumkania”, tutaj toczymy „długie, nocne, jałowe rodaków rozmowy”, męczą nas „długie nocne zmory rodaków”.

Przychodzą nam do głowy „myśli Bóg wie czyje, mżawka niejasna pół-rusko-francuska”. Wszystko tu u nas jakby niedopełnione, „choć z grobu powróceni, ale ciągle w grobie”, jesteśmy „jak ryba na stół wyłożona/wypatroszona/aleć jeszcze żywa”. Nasza egzystencja najlepiej daje się uchwycić przy pomocy siatki takich słów jak „niemoc”, „niedoświt”, „niedpożegananie”, „półstrachy”, „półdomysły”, „półodwaga”, „półprawdy”, półmyśli”, „półpragnienia”, ”półgłupstwa”. My „schłopakróle”, pół-orły, pół-krety, zawsze zawieszeni między pełzaniem a wzlotem; ojczyzna nasza ani taka, ani siaka – „sielanka gorzka”.

Tyle się u nas debatuje o nowoczesności, modernizacji, europeizacji, „westernizacji”; ach, jakże się mozolimy tu „na skraju świata”, aby „przyłatać nasz kawałek pola do brzucha Europy”. No i posiadamy „cnoty byle nowoczesności niby bibeloty w szałasach naszych pucowane”. Jedni innego wyjścia nie widzą, jak naśladować, a nawet imitować, „cudzoziemszczyznę”, drudzy wolą się trzymać rodzimego zaścianka, bo tylko w „swojskości” dusza nasza wyrazić się może, tymczasem poeta – z nutą optymizmu w głosie – postuluje: „Co tam po świecie destylują i my ucedzimy z własnej kartofli”. Byleby tylko udało nam się wyrosnąć „z dziecka małego, skrzywdzonego i zasmarkanego” i przezwyciężyć „ospałość łbów naszych”. Jeszcze tylko jeden wysiłek Polacy, a może „tyle wyłamiemy swobody w ciemności, ile wykruszył robak dusząc się w bursztynie”.

Co tu na naszych peryferiach mamy czynić? Jak przetrwać? Czy zwinąć „się jak robak by znaleźć szczelinę/ by się usadzić między siekaczami”? Czy „grzbiet osłonić, jamę wygrzebać, powietrza nie trwonić, mieć ołów we krwi”? Czy uprawiać „sztukę umykania” „między paluchami świata”? Czy „przez światy płonące jak pijak smykniemy zygzakiem”? Nie ma rady, musimy się „w chytrości edukować”, „mącić tropy pogoni”, oko wyćwiczyć, aby „wypatrzyć dziurę w niewodzie, gdy blisko sieć już nadchodzi na nasze schronisko”, „spokojnie oddychać pod śmieciem/ zwalającym się na nas”. Trzeba nam także na czas powodzi „zbijać swoje wątłe łodzie”, „wybrać sztukę żeglowania”. I zawsze pamiętać, że tutaj „nikogo nie zbawi ni maska błazna, ni kapłańska mina”.

A co robić, kiedy już nas Pan Bóg nie będzie „osłaniał tarczą swej opieki od nieszczęść, które na gnębią”? I na to poeta ma radę: „jak Bóg nie pomoże/zagraj w karty z czartem”. Co począć, kiedy już nas Pan Bóg nie „otacza blaskiem potęgi i chwały”? Czy mamy bezpłodnie wspominać „pola dawnej chwały”, co przeminęła? A „może na tym pęknięciu, na historii bliźnie/ Uprawiać pomidory– tak służąc ojczyźnie?”.  I czekać aż „przeminie czarna pora”, licząc po cichu, że „wszystko co połamane, zdeptane z ziemi jeszcze się podniesie, jeszcze zazieleni”. Bo „choć pod zwałowiskiem coraz duszniej, ciaśniej, wszystko się wypogodzi, ugodzi, wyjaśni”; „Tu się sklei tam skleci/ co złe jak liść obleci/ coś się ulini wreszcie”, „coś tam przyjdzie, zmiele się, ukoi”, „przecież się wszystko utrze, wszystko się uściele… Przemyje wreszcie, oczyści, scedzi i przemiele na kopny piasek”. „No i jakoś się ułoży/Tu się klepnie, tam przyklei”. Wszystko jakoś się ułoży. Wszystko jakoś się… Wszystko….

Pisał Bryll, że pod „płomieniem ciemności” „miłe ciemne wiedziemy zabawy”. Cała nasza nadzieja w tym, że je dalej wieść będziemy mogli. I w tym jeszcze, że

 Co krwawe — zmyte będzie deszczami

Co kłamstwem było — zarośnie trawą

Znów czuwać będzie nad narodami

Niebo źrenicą łzawą, łaskawą…

Tomasz Gabiś

www.tomaszgabis.pl
Napisz do autora na adres: tomasz.gabis@gmail.com

Z wierszy Ernesta Brylla

(powybierał T.G.)

 

Ile pozostało z naszej wielkiej sprawy?

– Resztka świeczki gorejącej, wosk żałobnie czarny

Chleb na stole nam się skrwawił, sól zmieszała

z pleśnią

W popiół się rozwiało co miało być pieśnią

***

Wszystko przecieka przez piach mazowiecki

szary, mysi i bardziej od bagna zdradziecki

Czasem bywa – ostanie się i cień bezbarwny

czegoś co żyło, zbyło… jak skorupa larwy

przez suchość swoją unieśmiertelniona

Jakim płomieniem musi być palona

ta piaskowizna? — zanim z siebie scedzi

choć mały kryształ. Tę łzę gorzkiej wiedzy

– Nową cegiełkę w naszych szklanych domach.

***

Pieśni nasze nie dopłakane

Zamącone jak wody promienie

W które cisnął ktoś ciemnym kamieniem

Pieśni nasze twarde i ubogie

Jakbyś soli sypnął na ranę

Jakbyś nie mógł dogadać się z Bogiem

 

Pieśni nasze drzewo przełamane

Ani krzak to ani liści obłoki

Ani rozlew ani nurt wysoki

Ani gorzkie wódki upragnienie

 

Tylko ciężkie nad ranem trzeźwienie.

***

Ojczyzny naszej popielowe bagna,

gdzie wciąż klaskamy żabimi łapkami,

myśląc, że tylko komar brzęknął albo z nagła

bociek się zbiesił. Tyle prawdy, mocy

w twierdzach i królach, że się przed myszami

nie mogą bronić. Gromadne kumkanie

mglisto-laurowe.

I ten zaduch mocny,

niczym nie zmyty, błotnisty i kisły

z torfów, gdzie gniją i głupstwa i myśli,

a sam Bóg nie wie, co na wierzch dostaniesz…

***

–Ponoć zawsze tak było. Trochę złego bagna

i z tego trzeba stawiać forty. Stąd nieskładna

jak żab kumkanie sztuka tej architektury,

gdzie się z odpadków, dąsów, smrodów lepi,

nogą ugniata, ciepłą śliną krzepi

okrawek wałowiska… Potem znowu dziury

spod palców się rozsypią i wszystko, co mocne,

sklepane było, gdy mgły zejdą nocne,

parcieje

***

My mali, odepchnięci, którym nie zostało

Ani ochłapka z wielkiego podziału

My, koczujący wciąż po przedpokojach (…)

My, cośmy odstali

W krwawym wyścigu świata, będziemy kopali

Po starych grobach znowu duchy budzić

I tak jak się łudzono dawniej – znowu łudzić

Że co dzisiaj oślepia, będzie zaciemnione

Że pęknie to co tylko siłą zaciśnione

***

Wszystkie nasze rozmowy nocne, wszystkie nasze

racyje pordzewiały jak stare pałasze,

które gdzieś, komuś kiedyś do ręki leżały,

a dziś w muzeum idą (…)

Wyleniałe ptaki,

siedzimy kracząc, gdacząc, czekając na znaki

źrenicą w dawnych dymach na wpół zaszłą bielmem

***

Jak europy zmalały, jak zwiędły,

ścisnęły się we wrzodzik, co tam ledwo swędzi

na wyschłej skórze świata…

Lecz dla nas spod Grójca

ciągle to jeszcze wulkan i żar niedosięgły.

I w filozofiach naszych ciągle jeszcze Stwórca

piastuje pod swą dłonią ten okrąg, gdzie moda

paryska żyje.

Ciągle odrzucani,

balansujący na skraju otchłani,

buszujemy w żurnalach, wierzymy, że Boga

mamy jednego kroju z Paryżem…

***

–pozostaniemy tutaj ucząc się oddychać

gęstym od klęsk powietrzem – patrząc , jak znużona

mniejsza od ziarna, drży nasza ojczyzna

pomiędzy młyńskie kamienie wtłoczona.

***

Narody małe — kiedy krzyżowane

Są jako Chrystus czyste. Gdy się urwą z krzyża

Muszą ozdrowieć szybko, zamknąć każdą ranę

Więc jako pies wytrwale krew językiem liżą

I pozostają czasem w tym półpsim ukłonie

Już z dobrawoli czujnie uśmiechnięci

Do tych co mogą kopnąć…

Dawniej jako święci

Dzisiaj już tylko… Boże, czuwaj nad mym krajem

Bo czasem nie wiem czyśmy wielkim bólem zgięci

Czyli też z przypodchlibstwa. Jak wierni lokaje

***

Wszyscy chcą dobrze. Więc Judaszów nie ma

Na żadnej z naszych ostatnich wieczerzy

Przy stole tylko szczerość zęby szczerzy

I łamie kości szczękami obiema

A my za nią. Żujemy z apetytem wielkim

Chociaż chleb trupem cuchnie a wino krwią siną

Smakujemy zdziwienia pierwszego bąbelki

Raczymy się nadziei lepką leguminą.

***

Ziemia moja śpi umęczona

Udręczona nową nadzieją

Szaro już i koguty się śmieją

Bośmy znowu się w sobie zaparli

Bośmy znów się kamienia czepili

I że żyzny jest uwierzyli

I jak mech do niego przywarli.

***

Żebyśmy mogli zapomnieć co trzeba

A zapamiętać to czego nie było

Żebyśmy mogli w ziemię się zagrzebać

I jak robak przeczekać pogodę niemiłą

Żebyśmy mogli potem z tej martwiny

Z ciemnej larwy w motyla nagle się wylinić…

***

Pijmy albo nie pijmy — to już nic nie daje

Gorzałka nie przenosi nas w bujniejsze kraje

Tylko zanurza głębiej w kartoflane dzieje

—  gdzie jest największym szczęściem że się nic nie

dzieje

I tyle trzeba zmęczenia ludzkiego

by się nie stało czasem nic innego

niźli to może pojąć dusza ziemniakowa

piaszczysta

rozłożysta

bulwista

surowa

– Którą choćbyś w obcęgi wziął ognia żywego

odda jeno spirytus

– Ślozę kraju tego –

***

I tak i owak źle. Najlepiej być jak trawa

Niech się pasają – choćby kierdelami

a to nam nic…

Cóż może ciągnąć ponad nami

prócz chmury przeżuwania skołtunionej ciężko?

 

Najlepiej być jak trawa

podścielić się miękko

I nie myśleć czy kiedy dźwignie się pastwisko

czy też ubiją nas w twarde klepisko?

***

I tak się śmicha, chicha na wpół uduszona

Ojczyzna moja – ciągle zmartwychwstając

Choć po raz setny do trumny złożona

Ciągle wystawia swój łeb – i zmyślając

Przekleństwa i przyśpiewki – podźwiga od nowa

Swe dzieje ciężkie jak płyta grobowa.

***

Śnił mi się ptak, co leciał i jak krwi kroplami

Po zmarzłym polu gubił swoimi piórami

I coraz bliżej ziemi dyszał — a z dyszenia

Jego skrzydła sczerniałe zaczęły się zmieniać

W pazury krecie…

Jeszcze umiał wzlecieć

Jeszcze piszcząc odbijał silnymi łapami

Frunął, zawisał chwilę nad bruzdami

I znów nurkował głębiej, ciemniej, tam gdzie niemi

Gdzie się umarli uczą milczenia tej ziemi

***

Może kiedyś byliśmy śmieszni, rozkrzyczani

Jak Duchem Bożym — nową nadzieją pijani

Może potrafiliśmy góry przenosić oddechem

Chmury, mury rozwalać piosenką i śmiechem

Może naiwność nasza jako powódź grzmiąca

Równała wszystko od końca do końca

Ale się rozpłynęły legendy i pieśni

I każdy siedzi trzeźwo — aż mu w zębach trzeszczy

***

Tam, w samym sercu gówna, w gnojowisku

Najlepiej jest przeczekać niedobrą godzinę

Kiedy się skończy — wyleźć. Sprawdzić czy na pysku

Jakiś smród nie pozostał. Splunąć starą ślinę

I oddychać szeroko piersiami wolnymi

I ulecieć wysoko nad pokonanymi

Co nie umieli w larwy się przewinąć

Zatonąć, zmilknąć i znowu wypłynąć

I dostąpić w zaduchu brzęczenia, trąbienia

Wspólnoty stada i wtajemniczenia

Wśród nowych much, co huczą nad swojską padliną

***

W samym wnętrzu ciemności, w jej sennym ośrodku

Jest zawsze tajna rana — iskra zadławiona

Ścisła, twarda jak pestka

I z tego zarodku

Dźwignie się kiedyś drzewa zielona korona

Zakwitnie i dojrzeje

Aby w jej owocu

Skryta w zgniliźnie, w miąższu — jak w głębinie nocy

Płonęła zadra prawdy niczym nie zgaszona

***

Mowo — trawo nasza tratowana

Kopytami w pył rozwiewana

Piołun, szalej, szczaw zajęczy, sporysz

Perz, komosa i blekotu gorycz

Piach podmiejski, karłowata brzoza

I wychudła na postronku koza

***

Przyjdzie czas — zasiądziemy jak nad stołem pustym

Nad naszą ziemią cichą, zadymką okrytą

I nikt nie wstanie, żeby nas powitać

I nic nie będzie widać — tylko śniegu chustę

Weźmiemy musztardówki — jak zawsze braliśmy

I wypijemy na zdrowie tej ziemi

I otrząśniemy resztę — jak to przywykliśmy

Aż się obrus przed nami krwawo zaczerwieni

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułTolkien, czyli „mitologia dla Anglii”
Następny artykułDlaczego rosyjskie czołgi nie weszły do Kijowa. Fiodor Szełow-Kowiediajew i sekrety MSZ-u Andrieja Kozyriewa.
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here