Dlaczego rosyjskie czołgi nie weszły do Kijowa. Fiodor Szełow-Kowiediajew i sekrety MSZ-u Andrieja Kozyriewa.

0

I.

– Kiedy wiosną1992 roku rozpoczął się spór z Ukrainą na temat podziału majątku byłego ZSRR, Paweł Graczow proponował wprowadzenie wojsk na jej teren, zajęcie Kijowa i przyłączenie Ukrainy do Rosji. Mówił, że trzeba zachowywać się jak bolszewicy, najpierw ustąpić, a potem od razu ponownie zabrać. Andriej [Kozyriew, minister spraw zagranicznych Rosji – przyp. O.K.] nie chciał osobiście kłócić się z Graczowem, więc na zebranie do Jelcyna wysłał mnie, mówi Fiodor Szełow-Kowiediajew, który w pierwszym roku poradzieckiego okresu odpowiadał w rosyjskim MSZ-ecie za relacje z byłymi republikami radzieckimi. Do grona wiceministrów Andrieja Kozyriewa trafił z parlamentu, gdzie jako starszy pracownik naukowy Instytutu Historii Akademii Nauk ZSRR kierował komitetem ds. relacji między republikami.

– Panował wówczas straszny deficyt kadrowy we wszystkich sferach – wyjaśnia – a ja jako archeolog przemierzyłem swego czasu cały Związek Radziecki i miałem jakieś wyobrażenie o tym, w jaki sposób życie w republikach różni się od życia w Rosji, dlatego też powierzono mi obowiązki związane z sąsiedzkimi republikami.

„MSZ czasów Kozyriewa” to obecnie nie gorszy straszak niż „chaos lat dziewięćdziesiątych” i „największa katastrofa geopolityczna”. Obecnie w Rosji przyjęto uważać Andrieja Kozyriewa, który po dojściu do władzy Borysa Jelcyna stał na czele rosyjskiej polityki zagranicznej w ramach radzieckiej republiki, a następnie Federacji Rosyjskiej, jeśli nie za szkodnika i dywersanta, to już na pewno za agenta obcych wpływów, działającego, świadomie lub nie, na szkodę interesów Rosji.

– Nie demonizowałbym Andrieja – mówi Szełow-Kowiediajew. – Jest niezłym dyplomatą, z tradycjami rodzinnymi (nawet urodził się za granicą), pracować umiał, złego słowa pod tym względem o nim powiedzieć nie można. Jednak brakowało mu charakteru, i to nawet nie tyle w stosunkach z Amerykanami, ile w relacjach dotyczących spraw wewnętrznych. W relacjach z armią, z wiceprezydentem Aleksandrem Ruckim, a także z bardziej doświadczonymi od siebie aparatczykami.

Szełow-Kowiediajew nie mówi o tym wprost, jednak oczywiste jest, że gdyby na zebranie w kwestii ukraińskiej do Jelcyna wybrał się Kozyriew, historia postsowieckiej Rosji mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Szełow-Kowiediajew twierdzi, że pomysł operacji wojskowej przeciwko Ukrainie nie budził bezwzględnego sprzeciwu kierownictwa kraju – ktoś był za, ktoś inny przeciw. Kiedy zakończyła się wymiana opinii, w gabinecie pozostała trójka – Jelcyn, Graczow i Szełow-Kowiediajew.

– Żadna decyzja nie została jeszcze podjęta, Borys Nikołajewicz się wahał. Wówczas spytałem Graczowa: „Powiedz, jak wyobrażasz sobie Rosjan strzelających do Rosjan?”. Nim Graczow zdążył odpowiedzieć, wtrącił się Jelcyn: „To już wszystko, nie ma tematu”.

II.

„Borys Nikołajewicz naturę miał szczodrą” – te słowa o pierwszym prezydencie Rosji chociaż raz wypowiedział każdy, kto pracował z Jelcynem. Oczywiście szczodrą naturę można w równym stopniu uważać za zaletę, jak i za wadę. Fiodor Szełow-Kowiediajew wspomina, jakim zaskoczeniem dla wszystkich pracowników rosyjskiego MSZ-u były dekrety prezydenta o uznaniu niepodległości Estonii, Litwy i Łotwy wydane w pierwszych dniach po aresztowaniu członków Państwowego Komitetu do spraw Stanu Wyjątkowego. [1]

– W Radzie Najwyższej już od pół roku były gotowe projekty dwustronnych umów z republikami bałtyckimi z warunkami dotyczącymi zarówno statusu ludności rosyjskiej, jak i samego języka rosyjskiego. Wszystko zostało zaakceptowane przez odpowiednie komisje parlamentarne w tych krajach . Były one gotowe zapłacić za swoją niepodległość. Były gotowe kupić niepodległość od Moskwy za dowolnie wysoką cenę. A Rosja uznała je dekretami prezydenta – bez żadnych warunków.

Oto jeden z przejawów szczodrej natury Borysa Nikołajewicza. Jednak częściej ta szczodra natura odgrywała rolę zbawienną . Kiedy na Ukrainie odbyło się referendum w sprawie niepodległości i stało się jasne, że poza wojną nie ma już żadnych sposobów, by ocalić Związek Radziecki, zaś walczyć nikt nie chce, decyzja o uznaniu granic w kształcie, jaki miały one wewnątrz ZSRR, nie była prosta. Alternatywa była następująca: albo uznajemy granice, albo mamy tu Jugosławię.

Umowę między Rosją, Ukrainą i Białorusią, którą liderzy trzech republik podpisali 8 grudnia1991 roku w Puszczy Białowieskiej, rosyjski MSZ zaczął przygotowywać na kilka dni przed odjazdem Borysa Nikołajewicza do Mińska – od razu po referendum dotyczącym niepodległości Ukrainy.

– Umowę przygotowywałem ja – opowiada Szełow-Kowiediajew. – Pierwsza jej wersja była trzy – cztery razy dłuższa niż to, co zostało w rezultacie podpisane – wiele istotnych punktów zostało wykreślonych już na miejscu w Wiskulach, w trakcie ostatnich uzgodnień. Warto podkreślić, że w naszej obszerniejszej wersji zostały rozbrojone wszystkie możliwe miny, na które mogliśmy się natknąć w roku 1992. Nawet słowo „Sodrużestwo” (Wspólnota) wykorzystane w nowym dokumencie wymyśliłem ja. A prezydenci naciskali na sformułowanie „niepodległych państw” – dla nich ważne było, żeby nazywać się niezależnymi.

Pierwsze miesiące po rozwiązaniu ZSRR były zadziwiającym czasem. Szełow-Kowiediajew wspomina, jak na pierwszych szczytach WNP prezydenci owych niepodległych państw wzajemnie się krępowali – większość nowych prezydentów znała się z pracy partyjnej, wielu było nawet członkami ostatniego Politbiura KC KPZR, a teraz każde ich spotkanie stanowiło szczyt międzynarodowy.

Najbardziej interesującym przypadkiem był Saparmurat Atajewicz Nijazow. W odróżnieniu od Islama Karimowa, który ożenił się z Rosjanką, czy od Askara Akajewa, który był dobrze wykształconym człowiekiem kultury europejskiej, czy od liderów Tadżykistanu, którzy myśleli tylko o wojnie, Nijazow nie miał absolutnie żadnych hamulców i już latem 1992 roku zmienił się w tego Turkmenbaszę, którego teraz wszyscy znamy; ze zwykłego sekretarza partyjnego – w prawdziwego monarchę. Pozostali przywódcy nie mieli takich „monarchistycznych” skłonności.

Odbywający się w owym czasie kwietniowy szczyt liderów WNP w Kijowie omal nie zakończył się skandalem.

– Dzielili potencjał jądrowy ZSRR. Umówili się, że jedynym jego spadkobiercą stanie się Rosja, a pozostałe republiki rezygnują ze statusu jądrowego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa. Jednak Krawczuk i Nazarbajew już po wszystkich ustaleniach, a bezpośrednio przed rozpoczęciem ceremonii podmienili w umowie kilka stron. Włożyli nowe kartki zawierające zapisy, z których można było wnioskować, że Kazachstan i Ukraina również stają się państwami atomowymi. Przekartkowałem umowę i już miałem położyć ją na stole do podpisania, kiedy przypadkowo zauważyłem podmianę. Borys Nikołajewicz stał obok, a Krawczuk i Nazarbajew tuż koło niego. Rzuciłem się na stół: „Proszę o wybaczenie, Borysie Nikołajewiczu”. Jelcyn popatrzył – tak, rzeczywiście, to nie to, jakaś pomyłka. Wydrukowali jeszcze jeden egzemplarz, już prawidłowy, który został podpisany. Krawczuk i Nazarbajew byli czerwoni jak raki. Od tego czasu zaczęli mi dogryzać, w tej atmosferze dalej pracować się już nie dało.

III.

Fiodor Szełow-Kowiediajew mówi o sobie, że ponieważ jego przodkowie „przez 800 lat budowali imperium”, w tym również obaj dziadowie, z którymi zdążył mieć wystarczająco długi kontakt w świadomym wieku, został wychowany na zagorzałego monarchistę. Rozumiejąc jak funkcjonuje polityka światowa, zawsze sceptycznie odnosił się do „ogólnoludzkiego” idealizmu Andrieja Kozyriewa.

– Andriej należał do licznej wówczas grupy ludzi, którzy szczerze i naiwnie zakładali, że Ameryka będzie postępować zgodnie z pięknymi słowami o wolności i demokracji, a w konsekwencji dbać o nasze interesy. Na tym właśnie, z grubsza rzecz ujmując, przejechał się Gorbaczow, który nabrał kredytów i poszedł na wiele politycznych ustępstw w zamian za ustne obietnice, które zachowały się tylko w protokołach jego pomocników – czyli nie miały żadnej mocy. Kiedy rozpadł się ZSRR, Rosja nie miała niczego, skarbce Banku Centralnego stały puste. Mówiąc obrazowo, zamiast sztabek złota i paczek pieniędzy mieszkały w nich szczury. Z powodu długów i braku środków bardzo łatwo mogliśmy się znaleźć w międzynarodowej izolacji – nikt nie chciałby przecież prowadzić interesów z państwem-bankrutem. Mieliśmy wówczas bardzo mały margines błędu i do dzisiaj uważam za cud, że znaczną część długu wewnętrznego w początkach lat dziewięćdziesiątych udało się Rosji jeśli nie oddać, to chociaż restrukturyzować. Nasze złudzenia dotyczące miejsca Rosji w świecie szybko prysły.

IV.

Oczywiście Rosja początków lat dziewięćdziesiątych przestała (może na zawsze) być globalnym supermocarstwem, jednak pozostała mocarstwem regionalnym – niezależnie od tego, jak niepodległe by nie były państwa poradzieckie, nikt nie kwestionował jej wiodącego statusu i nie negował rosyjskich interesów na obszarze poradzieckim. Jak podkreśla Szełow-Kowiediajew, polegało to na tym, że postsowieccy liderzy psychologicznie odbierali Borysa Jelcyna jako swojego lidera i rozszerzali szacunek jakim go darzyli na całą Rosję. Jednak Rosja nie była w stanie tego wykorzystać .

– Już pod koniec lat dziewięćdziesiątych w Moskwie zaczęło dominować podejście do byłych republik, które daje się streścić w słowach: „A gdzież one się bez nas podzieją?”. A przecież zawsze jest gdzie się podziać. Dla Gruzji, krajów nadbałtyckich, czyli dla państw, które zawsze były kartą przetargową w stosunkach między wielkimi sąsiadami, bardzo kuszące okazało się poszukiwanie protektorów za oceanem, choćby dlatego, że Ameryka jest daleko. Oczywiście ta protekcja jest chimerą, a elity polityczne, zwłaszcza gruzińskie, które są zorientowane na poszukiwanie pomocy zewnętrznej, oczekują za swoją lojalność wielkich pieniędzy, których nikt im dawać nie zechce. Jednak z powodu naszego podejścia na zasadzie „a gdzież oni mogą się podziać?”, straciliśmy już niemal wszystko. Szewardnadze, a nawet Saakaszwili dochodzili do władzy przy wyraźnym wsparciu z Rosji. Teraz Nino Burdżanadze wyrasta na czołowego polityka naszego udziału – okazuje się, że można się bez niego obyć.

Dojście do władzy w Gruzji w 1992 roku Eduarda Szewardnadze, niemożliwe bez wsparcia z Moskwy, było prawdopodobnie największą porażką „jelcyńskiej” polityki zagranicznej.

– Borys Nikołajewicz żywił iluzję, że z Szewardnadze, jego kolegą z pracy w komitecie obwodowym, będzie mu się łatwiej dogadać. Że była to mrzonka, okazało się całkiem szybko. Borys Nikołajewicz, o ile mi wiadomo, bardzo to przeżywał, chociaż rozczarowanie nie przekładało się na żadne działania – kiedy było trzeba, umiał nad sobą panować.

Mówiąc o opanowaniu Jelcyna w stosunku do Gruzji, Szełow-Kowiediajew ma na myśli walkę Abchazji o niepodległość. Rosyjski MSZ występował przeciwko okazywaniu wsparcia stronie abchaskiej, zakładając, że osłabi to pozycję Rosji w polityce międzynarodowej, Ministerstwo Obrony odwrotnie – naciskało na maksymalne wsparcie Abchazów, zarówno militarne, jak i polityczne.

– To, co wyszło w rezultacie, stanowiło kompromis. W działaniach wojennych ze strony Rosji uczestniczyli tylko ochotnicy, dlatego Abchazja pozostała niezależna i Rosja w żaden sposób z tego powodu nie ucierpiała – mówi Fiodor Szełow-Kowiediajew.

V.

Ogólnie rzecz biorąc, w polityce i służbie urzędniczej Szełow-Kowiediajew był człowiekiem przypadkowym. Specjalista z zakresu filologii klasycznej, zafascynowany falą demonstracji końca lat osiemdziesiątych („Do polityki wezwała mnie Galina Wasiliewna Starowojtowa, ja po prostu chciałem omawiać zachodzące wydarzenia i właśnie dlatego pojawiłem się w Demokratycznej Rosji), został wybrany do parlamentu z Obwodu Sokolniczeskiego (wyprzedził w drugiej turze Władimira Szachidżaniana, którego również popierała Demokratyczna Rosja), a następnie przeszedł do pracy w MSZ, gdzie w roli urzędnika pracował przez rok.

– W sierpniu 1992 przyszedłem do Burbulisa [Gienadija- przyp. ND] i powiedziałem: „Wiesz, bardzo mnie niepokoi, że duża część naszych ludzi zaczęła zajmować się nie tym, co trzeba. Próbują uczestniczyć w partyjnych grach, nie rozumiejąc, że grają przeciwko intrygantom z komitetów obwodowych, którzy zjedzą, kogo tylko zechcą. Zobaczysz, w listopadzie zjedzą ciebie, a potem Jegora [Gajdara – przyp. O.K.]. Jest to proces nieodwracalny”. Burbulis nie zgodził się ze mną, a przecież pomyliłem się tylko w kolejności – najpierw zjedli Gajdara, a dopiero potem Giennadija. Teraz pracuje w Radzie Federacji, a Szachraj [Siergiej- przyp. ND] – w aparacie Izby Rozrachunkowej, chociaż przy ich zdolnościach nie jest to kariera, której można się było spodziewać. Ja wniosek o dymisję złożyłem sam. Po co trzymać się stołka, skoro wiesz, czym się to wszystko skończy?

Po dymisji Szełow-Kowiediajew wrócił do Rady Najwyższej, a potem wspólnie z tymi deputowanymi, którzy nie sprzeciwiali się jelcynowskiemu dekretowi 1400, pracował w komisji ustawodawczej przy prezydencie. Następnie znalazł zatrudnienie w strukturach komercyjnych, z których najbardziej znana to handlująca artykułami spożywczymi Razguliaj UkrRos. Obecnie pracuje (czy, jak sam mówi, „przechowuje książeczkę pracy”) w Wyższej Szkole Ekonomii, wykładając na wydziale gospodarki światowej i polityki międzynarodowej. Ma dopiero pięćdziesiąt trzy lata, więc mógłby jeszcze dużo zrobić, jednak mówi, że nie czuje się niepotrzebny: „Mam dwoje małych dzieci i jeszcze troje dorosłych, jak tu można być niepotrzebnym”.

– Proszę sobie przypomnieć, jak to w 1947 roku de Gaulle, który uratował Francję i jej honor, żył po cichu w swojej siedzibie, pisał pamiętniki, prowadził program radiowy i nie snuł żadnych wielkich planów.

Przygotowałem się już na to, że usłyszę, jak Szełow-Kowiediajew porównuje swoje malutkie mieszkanko położone 15 minut pieszo od metra Siemienowskaja z siedzibą de Gaulle’a, kiedy nieoczekiwanie przeszedł na temat Demokratycznej Rosji, która pokazała, że „polityka nie jest miejscem dla osób o słabych nerwach, które łatwo się obrażają”, a potem obecnej „Solidarności”, która „nie rozumie, że obrzucanie obelgami władzy do niczego nie doprowadzi”. Potem z ożywieniem mówił o kolejnych symptomach liberalizacji we władzach, np. o tym, jak na pogrzebie Aleksieja Gołowkowa wiecepremier Żukow nieoczekiwanie powiedział coś o wolności, co zwiastuje rychłe zmiany na lepsze.

– Ze smutkiem patrzę na naszych liberałów i widzę, że nie biorą na siebie wystarczającej odpowiedzialności. Nikt nie rozumie, że jeśli chce się coś osiągnąć, trzeba wejść w struktury władzy i oddziaływać na nią od środka.

Ja również myślę dużo na ten temat i mam już gotową odpowiedź dla Fiodora Szełowa-Kowiediajewa: a jak by zareagował, na przykład, profesor Sacharow, gdyby mu powiedzieli – idź pracować w KC KPZR i oddziaływuj na partię od środka. Lub gdyby powiedzieli coś takiego Sołżenicynowi – co on by odpowiedział?

– W tym właśnie rzecz – odpowiada Szełow-Kowiediajew – że nie mamy w opozycji ani Sacharowów, ani Sołżenicynów.

Weterani ruchu demokratycznego są różni, jednak zdaje się, że łączy ich ta sama umiejętność wynajdowania dla siebie usprawiedliwień.

Oleg Kaszyn

przekład z j. rosyjskiego – t.w.; pierwodruk: Русская жизнь”

[*] Państwowy Komitet do spraw Stanu Wyjątkowego – samozwańczy organ władz radzieckich w sierpniu 1991 składający się z najbardziej wpływowych członków rządu ZSRR, występujący przeciwko polityce Gorbaczowa, zmierzającej do transformacji ZSRR w Związek Suwerennych Państw – przyp. tłum.

Oleg Kaszyn (ur. 1980) – rosyjski dziennikarz, m.in. gazety „Kommiersant”. Krytykował powiązania ekonomii z polityką, korupcję, odnosił się krytycznie do rządzących polityków i prokremlowskich organizacji młodzieżowych, opisywał wystąpienia opozycji. Został zaatakowany i ciężko pobity przez nieznanych sprawców w nocy z 5 na 6 listopada w Moskwie. Czytaj więcej.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ