Człowiek wobec Prawa

0

Zachodzące między Prawem a ludźmi związki traktuje się współcześnie zazwyczaj jako coś oczywistego, gdyż w dość rozpowszechnionym rozumieniu to pierwsze traktowane jest jako jurydyczna normatywność, która jest tworzona przez ludzkość przede wszystkim na jej własne potrzeby. Nie jest to wszakże bezalternatywny model, albowiem nie obowiązuje on od zawsze, z czego wynika, że kiedyś było inaczej i być może w nieodgadnionej dla nas przyszłości również nie będzie tak, jak dzisiaj.

Wynika to z tego, że genetycznie prawo i rodzaj ludzki są niezależnymi od siebie fenomenami, które mogą, ale nie muszą, wchodzić ze sobą w stosunki. Wszak według tradycyjnych przekonań nomokracja (rządy Prawa) przyjmuje pierwotnie postać Ius Divinum, co oznacza, że ma boskie pochodzenie i istniała, zanim mężczyźni i kobiety zaludnili Ziemię. Jeśli dowiadujemy się z Biblii, że „na początku było Słowo”, to możemy z tego wyciągnąć wniosek, że deklaruje się w ten sposób prastary charakter Prawa, gdyż użyte przez św. Jana określenie Λоγоς niejednokrotnie bywa rozumiane, począwszy co najmniej od Heraklita z Efezu, jako Najwyższa Zasada czy też Nadrzędne Prawo Świata, obowiązujące od prawieków niezależnie od ludzkich ambicji i zamiarów, które nie mają żadnego wpływu na jurydyczność najwyższego rzędu, zadowalającą się w zupełności boskimi parantelami.

Według radykalnie nomokratycznego ujęcia nawet one są niepotrzebne, bowiem zgodnie z tym sposobem myślenia Prawo Naturalne powstało samo z siebie czy też, w takim lub innym kształcie, jest odwieczne i karmi się swoją doskonałością, najbardziej widoczną na tle Natury, która nie przeszkadza swoją aktywnością w realizacji Naturalnoprawnego Paradygmatu. Paradygmat ten narażony jest na pewne naruszenia wskutek nieprzemyślanych poczynań błądzącej ludzkości, z upodobaniem przekształcającej środowisko naturalne wskutek pogoni za dobrobytem, będącym wszak wyobrażeniem jak najbardziej sprzecznym z Odwiecznym Porządkiem, nie dopuszczającym przesadnego szczęścia w żadnym wymiarze. Wynika z tego, że, zgodnie z regułą Globalnego Homeostatu, nie jest możliwe zasadnicze naruszenie Niezmiennych Zasad Kosmosu, które prędzej czy później dają o sobie znać, przypominają o swojej władzy, doskonale obojętnej względem ogłaszanych przez antropiczne podmioty podniosłych, w ich mniemaniu, deklaracji, odmieniających przez wszystkie przypadki Wolność w najróżniejszych jej hipostazach. Nie wywiera to jednak wpływu na postać Wszechświata, niewzruszenie bytującego według boskich lub samoistnych prawideł a domniemana anihilacja Ziemian w jakiejś mniej lub bardziej efektownej Apokalipsie nie spowoduje żadnych zmian w ogólnym stanie Kosmosu.

Gdy zastąpimy to metafizyczne ujęcie narracją próbującą oddać stan świadomości zorganizowanych grup społecznych na rozmaitych stadiach jej rozwoju, to niechybnie dojdziemy do wniosku, że nie musi ona być współkształtowana przez przekonanie o niezbędności prawa dla kolektywnego bytowania, choć równocześnie twierdzi się, że żadna społeczność nie może się bez niego obejść. Argumentem na rzecz słuszności tego ostatniego przekonania jest konstatacja konieczności istnienia jakichś zazwyczaj przestrzeganych reguł, pozwalających utrzymać w zbiorowym podmiocie elementarny porządek, bez którego nieuchronnie nastąpiłby rozkład współżycia społecznego. Jednak owe zasady postępowania wcale nie muszą być nasycone jurydycznością, jeśli będziemy przez nią rozumieć zespół tworzonych przez władzę przepisów, których nieprzestrzeganie jest zagrożone egzekwowaną przez aparat przymusu karą. Zdaje się, że zasadniczo schemat ten pojawia się wraz z upowszechnieniem się pisma, gdyż umożliwia ono kodyfikację, będącą conditio sine qua non funkcjonowania zasady dura lex, sed lex, stanowiącej kamień węgielny pozytywizmu prawnego, bez którego – przynajmniej w typowej dla późnej Nowożytności optyce – trudno byłoby być pewnym, że mamy do czynienia z rozpowszechnioną jurydycznością w jej odseparowanym od pozapaństwowych konotacji znaczeniu.

Wynika z tego, że na wczesnym etapie historii ludzkości trudno jest mówić o trudnościach czy korzyściach, jakie przynosi ludziom prawo, bo samo jego istnienie nie jest potwierdzone w dokumentach, nie mogących powstać z powodu powszechnego analfabetyzmu. Pozbawieni możliwości czytania i pisania śmiertelnicy inaczej spoglądają na rzeczywistość niż „uczeni w Piśmie”, mający możliwość porównywania najrozmaitszych zapisów oraz wyciągania z nich wniosków, racjonalizujących sposób postrzegania świata. Bliźni, pozbawieni takiej możliwości, niezwykle łatwo ulegają potędze magii.

W swej zindywidualizowanej, uprawianej gdzieś w domowym zaciszu lub na uroczysku, postaci, wyraża ona dążenie do przekształcania rzeczywistości nadzwyczajnym wysiłkiem psychicznym, sprawiającym, że zrytualizowane gesty i tajemnicze formuły werbalne doprowadzą do pożądanego efektu bez konieczności podejmowania jakichkolwiek działań w sferze społecznej, skłaniających innych per fas et nefas do spełnienia życzeń jednostki względnie grupy. Wystarczy w odpowiednim miejscu i czasie zaczarować rzeczywistość, aby osiągnąć zamierzony efekt bez potrzeby odwoływania się do „prawoczłowieczej ideologii” i jej najrozmaitszych formalnoprawnych osiągnięć, które nie są w stanie zagwarantować takich możliwości, jakie oferuje, wciąż istniejąca w życiu społecznym i zyskująca na popularności w atmosferze narastającej postnowoczesności, prastara magia. Kusi ona trudnymi do ogarnięcia perspektywami, jakich nie może zagwarantować żaden legislator. Zatem wniknięcie w jej arkana oznacza nabycie czegoś w rodzaju „supraprawa realizowania wielu roszczeń”, niezależnego od religijnych, moralnych czy państwowoprawnych ograniczeń. Konsekwentny czarownik ignoruje je, aby nie przeszkadzały mu w dążeniu do narzucaniu swojej woli światu.

Miarą powodzenia w tym przedsięwzięciu jest przekonanie innych co do skuteczności realizowanych praktyk, skutkujące zdobyciem nad nimi władzy. Oznacza to, że współrodowcy, a następnie współplemieńcy i poddani uznają autorytet osoby, która może sprawić, że przyjdzie urodzaj i wrogowie zostaną pognębieni. Używając dzisiejszej terminologii stwierdzimy, że postrzega się w Magu osobę, która dzięki wykorzystywaniu pro publico bono swojego nadprzyrodzonego potencjału, gwarantuje członkom swojej społeczności, że będą mogli realizować „przyrodzone prawo do Szczęścia”. Ich rola sprowadzała się zazwyczaj do cierpliwego oczekiwania na oczekiwane skutki wypowiadanych przez Przywódcę cudownych zaklęć, których treść pozostawała dla postronnych niewiadomą, gdyż profani mogliby je przecież niewłaściwie wykorzystywać, a to groziłoby straszliwymi nieszczęściami spadającymi na nich i na całą społeczność.

Zauważamy w tym schemacie odwrócenie prawniczej paremii ignorantia iuris nocet, jako że szczególna znajomość mających ogólnospołeczne znaczenie i brzemiennych w skutki tekstów jest zastrzeżona dla bardzo wąskiego kręgu wtajemniczonych, zobowiązanych do zachowania w tajemnicy „szczególnie wrażliwych przesłań”, będących odpowiednikami dzisiejszych „zastrzeżonych danych”, dostępnych jedynie dla najważniejszych dygnitarzy państwowych. Współcześnie traktuje się takie rozwiązanie jako wyjątek od obowiązującej podobno w niezwykle szerokim zakresie przejrzystości, podczas gdy przed wiekami uważano ją za zgubną. Gdybyśmy koniecznie pragnęli rozwiązanie to opisać przy użyciu nowoczesnych pojęć, to wypadałoby uznać, że w systemie tym zapewniano zwykłym członkom społeczności „prawo do błogosławionej niewiedzy”, dające przeciętnym ludziom szansę na pogodną akceptację darów Losu, na który większy wpływ mają jedynie ci, которым виднее, budujący Świetlaną Przyszłość dzięki znajomości kreatywnych arkanów Sztuki Tajemnej.

Jej refleksem w naszych czasach są przysięgi, wciąż składane przez osoby, zmieniające oficjalny status społeczny lub udzielające oficjalnie informacji instytucjom państwowym dążącym do ustalenia Prawdy. W takich sytuacjach wciąż wymaga się wypowiedzenia formułki, mechanicznie, bez większego namysłu recytowanej przez człowieka, wypełniającego obowiązek wynikający z sytuacji, w jakiej się znalazł. Ponieważ sens składania przysięgi staje coraz mniej zrozumiały, pojawiają się postulaty zrezygnowania z tego wymogu, traktowanego jako zbędny w demokratyczno-liberalnej państwowości z typowym dla niej poglądem o konieczności mnożenia praw obywatelskich i likwidowania obowiązków, szczególnie takich, które jawią się jako „uciążliwa pozostałość dawno minionej przeszłości”, kiedy to w sferze publicznej padało mniej słów, co w znakomity sposób przyczyniało się do podniesienia ich znaczenia, rozmytego dzisiaj w werbalnych potokach, lejących się z najrozmaitszych publikatorów. W Wiekach Średnich, kiedy przywiązywano większą wagę do słowa, wymagano od tych, którzy składali przysięgi, żeby brzmiały one dokładnie tak jak kanoniczny wzorzec, nie dopuszczający najmniejszych odstępstw, a wystąpienie takowych skutkowało nieważnością przysięgi. Inaczej dzieje się w epoce, w jakiej przyszło nam żyć, kiedy to przechodzi się do porządku dziennego nad pomyłkami (przypadek aktualnego Prezydenta RP) lub co najwyżej zarządza się powtórzenie procedury (casus urzędującego Prezydenta USA; przy czym znamienne jest to, że ponowna przysięga nie miała już publicznego charakteru, co z pewnością ułatwiło ukrycie ewentualnych kolejnych uchybień, których nie można przecież wykluczyć).

Zauważamy, że formuły legitymizujące działania w sferze publicznej, niegdyś traktowane jako magiczne zaklęcia, utraciły dziś – w powszechnym odczuciu – swoją mistyczną aurę. Wynika to z tego, że ich treść jest ogólnie znana, co uwalnia profanów od pokusy snucia domysłów na temat treści potężnych zaklęć, obdarzonych według niegdysiejszych przekonań kreatywnością wyższego rzędu, jeśli były wypowiadane w nieskażonej, niczym nie odbiegającej od niezmiennego wzorca, postaci. Jego powtarzanie przez wtajemniczonych nadaje się do tego, aby uznać je za prejurydyczność, będącą podstawą autorytetu, przypisywanemu tym, którzy wiedzą w jaki sposób dbać o dobro wspólne. Do takich jednostek zalicza się stojący na czele monarchii, w jej magicznej odmianie, przywódca, względnie – gdy mamy do czynienia z podziałem władzy – czarownik. Czymś typowym dla takiej formy państwowości jest rytualne poświęcanie władcy w imię przekonania, że uroczysta śmierć osoby o szczególnym statusie przyniesie błogosławione skutki dla społeczności.

Z takim właśnie postępowaniem mieliśmy do czynienia u Azteków, gdzie wybrańców uśmiercano na szczytach piramid, aby Słońce mogło nakarmić się ich krwią i zapewniać Indianom życiodajne światło i ciepło. Pozbawiani życia w imię tej idei, byli, jak się zdaje, uważani za szczególnie wyróżnienionych, ponieważ przypadł im w udziale zaszczyt przepełnionego Wyższą Koniecznością rozstania z życiem; otrzymali „prawo do uszlachetniającej i szlachetnej śmierci”, w którym nietrudno dostrzec zapowiedź zbanalizowanej – jeśli patrzeć z tej perspektywy – kary śmierci, interpretowanej raczej jako napiętnowanie niż wywyższenie, choć często była wykonywana na górującym nad widzami podeście, potrzebnym do tego, aby zaprezentować tryumf, znanego – jak zakładano– wszystkim w podstawowym zakresie, Prawa nad naruszającymi ziemski Porządek występkami. Wraz z oficjalnym przezwyciężaniem dominacji Magii w coraz większym stopniu opierał się on na Religii, zakładającej w swojej dojrzałej postaci istnienie pozaziemskiej teistyczności, której podlega cały ród ludzki, oddający jej cześć podczas religijnych obrządków. Prowadzący je kapłani charakteryzują się tym, że znają Scriptura Sancta, zasadniczo dostępne dla wszystkich wykształconych, czyli biegłych w piśmie, których uprzednio było niewielu choćby z tego powodu, że opanowanie skomplikowanych hieroglifów było sztuką wymagającą wieloletniego wytężonego wysiłku. Ci, którzy zwieńczyli powodzeniem ten trud, podczas obrządków zwracali się publicznie do zgromadzonych wiernych z konfesyjnymi przesłaniami. Oznaczało to, że Słowo przestało być ukrywane przed maluczkimi, wydostało się z magicznego zamknięcia i rozlegało donośnie w sanktuariach, rozbrzmiewających modlitwami wyznawców, przyrzekających skrupulatne przestrzeganie przykazań. Dokonywane na terenie świątyni obrządki przewidują zatem dialog świeckich z hierokratami, nie występujący w podczas magicznych procedur, które nie przewidywały współudziału obserwatorów, mających jedynie z bezpiecznej odległości biernie podziwiać wyczyny szamana. W konfesyjnym schemacie zostaje on zastąpiony przez duchownego, wypowiadającego kanoniczne teksty w stronę wiernych, odpowiadających na nie wymaganymi przez niezmienny scenariusz formułami, niezbędnymi do tego, aby uroczystość osiągnęła zamierzone skutki.

Spoglądając zatem z perspektywy społeczeństwa obywatelskiego we wczesnej fazie rozwoju uznamy, że niegdysiejszy obowiązek pokornego milczenia zastąpiony zostaje prawem do wypowiadania brzemiennych w efekty tekstów, docierających, w założeniu, równolegle z kapłańskimi przesłaniami do bogów, którzy wysłuchają częściowo, względnie całkowicie próśb; albo i nie. Sprawia to, że osoby mające zinstytucjonalizowany kontakt z ponadziemskimi bytami są pozbawione paranormalnej otoczki, znikającej wraz z wypchnięciem magiczności ze sfery publicznej, w której coraz większego znaczenia nabierają, zapowiadające pojawienie się kodeksów, święte teksty. Zawierają one prawdy i wskazania, mające wiernym pomóc w prowadzeniu bogobojnego życia. Uczeni w Piśmie mają dawać przykład oraz czytać i interpretować Święte Księgi, które właśnie oni powinni szczególnie czcić, pedantycznie przestrzegając zawartych w nich wskazań, dobitnie przypominanych podczas świątynnych zgromadzeń.

Istotne jest to, że, przynajmniej w pozbawionych kastowości społeczeństwach, religijne nakazy mają walor erga omnes, są powszechnie obowiązujące, co stanowi ewidentny przejaw kształtowania się zasady wszechobejmującej jurydyczności. W najmniejszym stopniu odnosiła się ona do monarchy z powodu przypisywania mu boskich paranteli, skutkujących wzbudzającymi nieopisany respekt taumaturgicznymi zdolnościami, zachęcającymi do szczególnego traktowania tak obdarzonej osoby. Skutkowało to tym, że więcej jej wybaczano, jednakże, szczególnie w kręgu religii monoteistycznych, nie formułowano tezy o bezwzględnym konfesyjnym immunitecie, zwalniającym króla lub kogokolwiek innego od konieczności przestrzegania przykazań.

Ustanawiają one wzorzec moralnego, właściwego względem Boga i bliźnich, postępowania poprzez sformułowanie szeregu nakazów i zakazów, ewidentnie ograniczających swobodę poczynań jednostki, zachęcanej postępującym wskutek cywilizacyjnego rozwoju rozluźnieniem ciasnych więzów, spajających oparte na rodowości i plemienności skupiska ludzkie. Wchodząca w dojrzałe stadium religia przetwarza i zastępuje obowiązujące w nich pierwotne normy uwznioślonymi regułami wyższego rzędu, przestrzeganie których ma ułatwić współżycie w wychodzących z trybalności społeczeństwach, gdzie oparta na więzach krwi rudymentarna solidarność traci na znaczeniu. Natomiast zyskuje znaczenie rodzina oraz pojedynczy człowiek, mający prawo zagubić się w odmienionej rzeczywistości. Powstaje więc potrzeba dostarczenia im punktów orientacyjnych czy też kamieni milowych albo latarni morskich, oświetlających szlak, jakim podążają przez krainę jakże często pociemniałą wskutek nagromadzenia burzowych chmur. Taką właśnie rolę mają spełniać przykazania.

Najbardziej znaną w naszym kręgu cywilizacyjnym ich postać stanowi Dekalog, natomiast gdzie indziej jego odpowiednikami jest 5 islamskich nakazów lub powstałe w ramach buddyzmu Pięć Zasad (Pańcza Sila). Kryjąca się za tymi katalogami filozofia stanowi zaprzeczenie najprzeróżniejszych współczesnych deklaracji praw, albowiem na wyznawców nakłada się obowiązki, spełnianie których ma potwierdzić przynależność jednostki do konfesyjnej wspólnoty. Jej (prze)trwanie nadaje ludzkiemu życiu znamię współudziału w Wielkiej Sprawie, na tyle znaczącej, że warto dla niej podejmować codzienne wysiłki w celu zwalczania hedonistycznych pokus, uleganie którym stanowi obrazę zbiorowej aksjologii, mającej nadać zarówno kolektywnemu, jak i zindywidualizowanemu bytowaniu wyższy sens. Jest on ściśle związany z moralnością, która co prawda nie jest obca również ateizmowi, który jednak ex definitione odwołuje się do pojęć typowo religijnych, dlatego jego aksjomaty siłą rzeczy mają wtórny charakter – stanowią reakcję na konfesyjne dogmaty, za jakie wypada uznać również przykazania. Te sformułowane są w jednoznaczny, nie podlegający dyskusji sposób, dzięki czemu ich adresaci winni wiedzieć w jaki sposób przyczyniać się do kształtowania Wspólnego Dobra, konstytuowanego wysiłkami braci w wierze. Z założenia jest ona wymagająca, co powinno skłaniać wiernych do myślenia w kategorii: „Nie pytaj, co Bóg i bliźni mogliby zrobić dla ciebie, natomiast staraj się dać jak najwięcej z siebie dla Boga i innych”. Ludzie są intensywnie nakłaniani do rozliczania samych siebie w myśl hasła „życie to wytrwałe spełnianie powinności”.

Przy takim nastawieniu nie ma miejsca na wyciąganie z faktu pojawienia się spisanego Prawa wniosku o ewentualności powiązania go z prawami podmiotowymi poddanych mu jednostek. Powinny się one skupiać na pokornym spełnianiu obdarzonych teistyczną sankcją norm, tworzących Ius Divinum. Skoro jurydyczność ma boski charakter, nadający mu niebotyczną wzniosłość, to drobne ludzkie roszczenia ewidentnie zakłócałyby jej boską tożsamość, nakazującą podziwianie jej, a nie wykorzystywanie dla partykularnych drobnych interesów. Na straży tego przekonania stoją teologowie, przypominający laikom o znikomości żywota na tym łez padole, gdzie najwłaściwszą postawą jest ora et labora, przy czym formuła ta bynajmniej nie obejmuje trudu zeświecczonych jurystów, żerujących na ludzkich słabościach, które winny być przezwyciężane, a nie rozbudzane nadzieją na procesową wygraną, będącą pochodną przesłania homo homini lupus. Przesłanie owo akcentuje nieuchronność stałego ujawniania negatywnych cech ludzkiej natury, konsekwentnie zwalczanych przez bogobojne kazania, wzywające do nawrócenia, a nie do zawziętego dochodzenia swoich racji, mało istotnych w obliczu wygłaszanego z ambony nauczania o konieczności głębokiego wniknięcia w samego siebie i zwalczania we własnej duszy diabelskich pokus. Wytrwałe poszukiwanie belki we własnych oczach nie skłania do wynoszenia na forum publicum doznanych uraz i domagania się za nie odszkodowania, co stanowi istotną przesłankę opartej zasadniczo na roszczeniowości doktryny praw człowieka w jej porewolucyjnej postaci.

Przesłanką wszechogarniającej popularności tego przejawu antropocentrycznej pychy jest oderwanie legislacji od nadprzyrodzonych konotacji. Onegdaj sprawiały one, że ludzie czuli się w fundamentalny sposób uzależnieni od Stwórcy, ciesząc się z tego, że obdarzył ich istnieniem i martwiąc z powodu własnej niedoskonałości, wymagającej stałej pracy nad sobą z perspektywą otrzymania nagrody w życiu pozagrobowym, która to wizja deprecjonowała ziemski żywot, zniechęcając do jakichś szczególnych starań w kierunku zasadniczego polepszenia zarówno swojej doli, jak i zbiorowego losu ludzkości, pozbawionej nęcącej wizji Permanentnego Postępu, roztaczanej przez dzisiejsze autorytety. Opierają się one na przekonaniu o ontologicznej samodzielności wyewoluowanych hominidów, zasługujących na to, aby „wziąć sprawy w swoje ręce” bez oglądania się na „przebrzmiałe, nietolerancyjne zawołania”, w jakie wsłuchani byli niegdyś prorocy, pozbawieni wiary w Rozum, w przeciwieństwie do oświeceniowych encyklopedystów, skutecznie przekonujących siebie i innych o konieczności zaprowadzenia autarkicznej antropokracji w postaci dążącego do zapanowania nad całą planetą Doskonałego Państwa. Dojdzie w nim do syntezy ludowładztwa z, mającą czysto człowieczy rodowód, nomokracją.

Aby to się dokonało, trzeba było zlikwidować międzystanowe bariery, uniemożliwiające osiągnięcie ogólnospołecznej jedności wykoncypowaną przez nowożytnych filozofów.

Zrealizowanie tego zamierzenia sprawiło, że duchowieństwo straciło swój szczególny status, ułatwiający mu przypominanie o konieczności przestrzegania obdarzonych nadprzyrodzoną sankcją przykazań, zaakceptowanych według biblijnego opisu przez zawierający Przymierze z Adonajem bogobojny Naród Wybrany. Owo starotestamentowe wybraństwo zostało przekształcone w autopromocję, polegającą na ogłaszaniu niepodległości Ludu od wszelkich zewnętrznych względem niego bytów. Jurydyczną zaporą przed ich uroszczeniami stały się dokumenty pozbawione innej niż społeczna legitymizacji, którą uznano za alternatywę lepszą wobec odgórnego uprawomocniania starego prawnopolitycznego paradygmatu, przekreślonego wraz z „absurdalną niewolniczo-feudalną przeszłością”, z rozmachem, przynajmniej w werbalnym wymiarze, rzucaną na „śmietnik Historii”. Przeszłość oskarżaną o przesycenie uciskiem, czy też niesprawiedliwością, z emfazą odkreślano od teraźniejszości Grubą Linią po to, by wkroczyć na szeroki gościniec Nowych Czasów, wiodący w kierunku wyznaczonym przez treści wyrażone w Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela mającej zastąpić Dekalog. Chrześcijańskie obowiązki zostały zapędzone do kruchty, aby nie przeszkadzały w upajaniu się Nową Prawdą, przedstawiającą, odmienną od średniowiecznej, wizję sensu ludzkich działań, mających prowadzić w stronę fatamorgany zwanej Szczęściem.

Artur Ławniczak

Obraz: The Crazy Party Suite – Nothing is as it Seems, Hans Georg Rauch, 1978 r.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułOpcja niemiecka Piotra Zychowicza
Następny artykułSkąd się wzięli „naziści”
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ