Od walk na Majdanie do wojny w rodzinie

0

W roku 1981 mój ojciec, Aleksander, urodzony w małej wsi Troickoje, na południu ówczesnej Ukraińskiej SRR, przyjechał do Moskwy zdawać egzamin wstępny na uniwersytet. Tutaj, trzy lata później, już jako student Akademii Polityczno-Wojskowej imienia W.I. Lenina spotkał moją matkę, Margeritę, moskwiankę w czwartym pokoleniu. Po trzech miesiącach wyprawili wesele. Zgodnie z tradycją rodzinna wieś ojca, gdzie odbywała się uroczystość, hulała przez trzy dni; zgodnie z tradycją państwo młodzi także trzy dni myli naczynia po 150 gościach.

Latem 2014 roku rodzice mieli świętować perłowe gody – trzydziestą rocznicę wspólnego życia. Jednak planu zebrania całej rodziny – ukraińskiej oraz rosyjskiej– i wspominania młodości nie udało się zrealizować. I rzecz nie w tym, że wzajemne odwiedzanie się jest obecnie o wiele trudniejsze i droższe niż w roku 1984. Powodem jest fakt, że ich wspólnej ojczyzny już od ponad dwudziestu lat nie ma na mapie. Realizację planów spotkania wielkiej rodziny pokrzyżowała wielka polityka.

Zniknięcie wspólnej ojczyzny

Moi ukraińscy krewni mieszkają na południowym wschodzie kraju – w obwodzie nikołajewskim i odeskim – co najmniej od początku XX wieku. O ile mi wiadomo, większa część moich przodków była chłopami żyjącymi w jednej z najbiedniejszych gmin Imperium Rosyjskiego – szczerbanowskiej. Według danych z 1890 r., spośród 543 domostw ponad 300 zamieszkiwała biedota, około 70 rodzin nie posiadało ani kawałka ziemi. Z powodu niskich plonów i biedy miejscowi często nie byli w stanie płacić podatków. A za niezapłacenie podatków odbierano im bydło i mienie. Interesujące, że nawet Włodzimierz Lenin, w swojej pracy Rozwój kapitalizmu w Rosji, pisząc o ciężkim położeniu gospodarstw chłopskich w kraju, jako przykład przytaczał między innymi właśnie gminę szczerbanowską.

Toteż nic dziwnego, że moi przodkowie powitali z entuzjazmem nadejście władzy sowieckiej. W lutym 1920 r. chłopom przydzielono ziemię – po około 2 hektary na jednego zjadacza chleba. Pod koniec tegoż roku w Szczerbaniach został otwarty pierwszy w tym regionie szpital. W 1921 roku zaczęła działać szkoła likwidacji analfabetyzmu; 1925 r. zwykła szkoła, już siedmioklasowa, liczyła ponad 200 uczniów.

Wiele lat później, kiedy niektórzy politycy, już w suwerennej Ukrainie, wprowadzili modę na przedstawianie Związku Radzieckiego, a następnie współczesnej Rosji, wyłącznie jako agresora, a o wszystkie problemy narodu ukraińskiego oskarżali Moskwę, moja rodzina dość sceptycznie odnosząca się do tego typu deklaracji, należała do prorosyjsko nastawionej części ludności. Anegdoty opowiadano tutaj nie o Rosjanach, lecz o Amerykanach i zachodnich Ukraińcach. Ponadto moi krewni mówili nie w czystym języku ukraińskim, lecz posługiwali się „surżykiem” – mieszaniną ukraińskiego i rosyjskiego.

Podpisanie w 1991 r. Porozumień Białowieskich i rozpad Związku Radzieckiego było dla moich rodziców ogromnym szokiem. Początkowo, podobnie jak rodzina, która pozostała w Rosji, uważali to jedynie za terytorialną przebudowę kraju. Nikt nie wprowadzał wiz i odwiedzać się nawzajem nie było trudno. Na przykład ja z bratem spędzaliśmy u babci i dziadka każde lato. WNP wydawało się takim samym ZSRR, tylko pod inną nazwą. I nikt w rodzinie nawet nie przeczuwał, że kiedyś pojawi się konieczność wyboru między tak bliską Rosją a tak daleką Europą.

Do Rosji z miłością

Do listopada 2013 roku moi Ukraińcy w ogóle się nie interesowali się Unią Europejską. Natomiast dotykały ich do żywego, podobnie jak większą część ludzi z południowego wschodu, antyrosyjskie kroki prozachodnio nastawionego rządu. Tak było z niektórymi posunięciami byłego prezydenta Wiktora Juszczenki, który w 2005 roku ogłosił strategicznym celem Ukrainy przystąpienie do UE w charakterze pełnoprawnego członka, a rok później utworzył Międzyresortową Komisję ds. Przygotowania Kraju do Wstąpienia do Paktu Północnoatlantyckiego oraz Narodowe Centrum ds. Integracji Euroatlantyckiej.

I tak mojego dziadka Pawła, który przeprowadził się w latach pięćdziesiątych do wsi Troickoje, 80 km od Szczerbani, i stał się tam głównym agronomem, oburzała polityka Juszczenki odnośnie pamięci historycznej. W roku 2006 prezydent złożył w parlamencie ukraińskim projekt ustawy, przewidującej karę 15 lat więzienia dla osób negujących fakt „gołodomoru” i ludobójstwa popełnionego przez Moskwę na narodzie ukraińskim. Mój dziadek przyzwyczaił się uznawać głód lat trzydziestych za rezultat straszliwych konfiskat ziarna na terenach, które w ówczesny ZSRR specjalizowały się w produkcji zbóż, i za wspólną tragedię całego narodu radzieckiego będącą rezultatem błędów ówczesnego kierownictwa politycznego kraju.

Mój dziadek, którego dwóch starszych braci zginęło w czasie II wojny światowej, wyzwalając swoją ziemię spod niemieckiej okupacji, nie zgadzał się, by walczących po stronie nazistowskich Niemiec Ukraińców uważać za bohaterów, pragnących oswobodzić swój kraj od władzy bolszewików. Tym bardziej był przeciwny nadaniu tytułu Bohatera Ukrainy przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, kolaborantowi wojsk hitlerowskich Stepanowi Banderze, którego imię jest nierozerwalnie związane z dziesiątkami krwawych aktów terrorystycznych – w większości skierowanych przeciwko Rosjanom i Polakom.

Taka polityka proeuropejskiego Juszczenki była przyczyną jego przegranej w wyborach prezydenckich 2010 roku. Moi krewni, podobnie jak wielu innych mieszkańców, chociażby z południa i wschodu Ukrainy, niemal jednogłośnie poparli Wiktora Janukowycza. Prezentował się on wówczas mniej jako proeuropejski, a bardziej prorosyjski kandydat i, jak im się wydawało, mógł przywrócić tradycyjne wartości, w znacznej mierze wspólne z rosyjskimi.

Rodzinne niesnaski

Jednak do listopada 2013 roku poparcie dla prezydenta – w tym również wśród moich krewnych – wyraźnie spadło. Obawy budziła fatalna polityka wewnętrzna Janukowycza np. korupcja w strukturach państwowych, która za jego rządów osiągnęła wręcz niewyobrażalne rozmiary. Według danych Federacji Pracodawców Ukrainy biznes oddawał na łapówki urzędnikom ponad 12 mld dolarów rocznie, a w 2013 roku pieniądze „odessane” z przetargów publicznych wynosiły od 15% do 50%, tj. od 3 do 10,5 mld dolarów.

Do tego niejasna polityka wewnętrzna nie dawała pewności co do dnia jutrzejszego. Główną jej zasadą okazał się brak zasad i kurs wedle reguły: „i waszym, i naszym”, czyli nieustanne lawirowanie między Moskwą a Europą, zniżkami cen na gaz a eurointegracją. Do listopada 2013 r., kiedy kierownictwo kraju kolejny raz złamało dane wcześniej obietnice i zatrzymało przygotowania do podpisania umowy stowarzyszeniowej między Ukrainą i Unią Europejską, moja rodzina w pełni podzielała nastroje tych, którzy wyszli na ulice protestować, co nazwano później Euromajdanem. Jednakże sam Euromajdan też budził w niej wątpliwości.

Zachwytu z powodu wzrostu samoświadomości narodu ukraińskiego, który jakoby samodzielnie zdecydował się wziąć swój los we własne ręce, w mojej rodzinie nie było. Za to panowało ogólne rozdrażnienie z powodu ingerencji zewnętrznych sił w wydarzenia zachodzące w kraju.

I tak moi krewniacy z jednej strony oskarżali Moskwę o naciskanie na Kijów, by zrezygnował z eurointegracji, a z drugiej – Unię Europejską i USA o rozniecanie konfliktu społecznego i wywieranie presji na Ukrainę, by eurointegracja jednak doszła do skutku.

– To nasze problemy, idźcie wszyscy precz – oburzał się mój wujek Dmitrij, agronom ze wsi Doroszowka w obwodzie nikołajewskim – Sami jeszcze nie wiemy, czego chcemy! A wszyscy już zlecieli się jak sępy…

Według badań Research & Branding Group w grudniu 2013 roku integrację europejską popierało 46% Ukraińców, 36% było za integracją ze stworzoną przez Rosję Unią Celną. Co więcej, co piąty mieszkaniec kraju nie był w stanie dokonać jednoznacznego wyboru, ponieważ nie wiedział, która droga jest lepsza. Według wyliczeń Naukowo-Badawczego Instytutu Gospodarczego przy Ministerstwie Rozwoju Gospodarczego i Handlu Ukrainy, przystąpienie do Unii Celnej dałoby Kijowowi dodatkowy wzrost PKB o 1,8-2,2% w pierwszym roku i 1,5-1,7% w latach kolejnych. Natomiast w przypadku przystąpienia do strefy wolnego handlu z UE Ukraina, według tychże wyliczeń, mogłaby się pochwalić zaledwie dodatkowymi 0,8-0,9% wzrostu.

Jednomyślności nie było również w stosunku do Euromajdanu. Mieszkańcy zachodniej i centralnej części Ukrainy w większości popierali protesty (odpowiednio 84% i 66%). Jednak 81% mieszkańców wschodu i 60% południa kraju było przeciw[1]. Moi Ukraińcy zaliczali się do tych ostatnich. Ich obawy w stosunku do Euromajdanu były spowodowane choćby tym, że, według ich słów, niemożliwe było zrozumienie, co rzeczywiście się dzieje i kto występuje na wiecach.

– Nieopatrznie obejrzałam wiadomości w rosyjskim kanale telewizyjnym – lustrzane odbicie naszych wiadomości. I kto kłamie? – pytała moja cioteczna siostra Tatiana, zootechnik z Ilczewska w obwodzie odeskim. Wówczas jeszcze na Ukrainie można było oglądać nie tylko krajowe, lecz również rosyjskie kanały telewizyjne. Obecnie, zgodnie z postanowieniem Obwodowego Sądu Administracyjnego Miasta Kijowa z dnia 9 września na podstawie powództwa Narodowej Rady ds. Telewizji i Radia zakazano rejestracji w sieciach kablowych piętnastu rosyjskich kanałów telewizyjnych, oskarżonych o wzywanie do obalenia siłą konstytucyjnego ustroju Ukrainy i rozpowszechnianie kłamliwych informacji. Trudno było nie zauważyć, w jak skrajnie odmienny sposób media po obu stronach relacjonują bieżące wydarzenia.

Rzeczywiście, rosyjskie media szczególnie upierały się przy tym, że manifestacje w najmniejszym stopniu nie są spontanicznym zrywem narodu. Wskazywano na częste wizyty na Euromajdanie gości z Unii Europejskiej i USA, czyli na organizację i wsparcie protestów z zewnątrz, a tym samym ingerencję Zachodu w wewnętrzne sprawy państwa. A w którymś momencie wszyscy uczestnicy wieców zostali zakwalifikowani jako radykałowie, bandyci i terroryści dążący do rozpętania w kraju wojny domowej. Szczególnie często wskazywano na aktywną rolę w protestach agresywnie nastawionych grup nacjonalistycznych w rodzaju działaczy „Prawego Sektora”. O tych ostatnich ukraińskie media przeważnie milczały. Ich przekaz do mas był następujący: Euromajdan niesie pozytywne, demokratyczne przemiany w kraju; 200 tys. protestujących mówi w imieniu 48-milionowej Ukrainy, która zgodnie popiera eurointegrację. Wokół Janukowycza od początku tworzono atmosferę niechęci, zarzucając mu, że nie wsłuchuje się w głos narodu i nie podejmuje jedynej słusznej decyzji na rzecz eurointegracji. Jego twarz pojawiała się na ekranach nieporównanie rzadziej niż twarze opozycjonistów: Witalija Kliczki, Arsenija Jaceniuka i Olega Tiagniboka.

W pełni naturalne jest to, że w pewnym momencie moi Ukraińcy zmęczyli się napływającymi informacjami i, chcąc się od nich odseparować, zdecydowali, że „kłamią” jednak zagraniczne, rosyjskie media. Tak zrodził się pierwszy spór podczas rozmowy przez Skype z krewnymi z Moskwy.

– Putinowi nie dość było u siebie wydarzeń na Placu Błotnym, postanowił użyć swoich metod wobec Ukrainy. Rosyjskie kanały właśnie trąbią, że uczestnicy Euromajdanu chcą zrobić rewolucję. I to za «ciasteczka», które im rozdają na mrozie «zagraniczni interwenci». A przecież kto by tego protestu nie zaczął, ci, którzy wyszli protestować, chcą tylko zmienić kraj na lepsze, obudzić sumienie władzy! – twierdziła siostra mojego ojca ze wsi Doroszowka w obwodzie nikołajewskim.

Moja rosyjska rodzina, która w swoim czasie nie pałała entuzjazmem wobec protestów na Błotnym, obraziła się za oskarżenia pod adresem Moskwy.

– Sumienia nie obudzi się «koktajlami Mołtowa» i barykadami z opon. Wasi banderowcy chcą tylko zachwiać państwem i zaprowadzić anarchię. Jeśli władza, choćby nawet złodziejska, odejdzie, to kto zajmie jej miejsce? Po każdej rewolucji przychodzi jeszcze więcej kryminalistów, którzy w odróżnieniu od poprzedników jeszcze nie zdążyli się nakraść. Niedługo zapanuje u was zupełny chaos! – odpowiadał mój wujek Roman, bardzo religijny pracownik bankowy z Moskwy. – Kto jest u was lepszy od Janukowycza – bokser, który umie tylko machać pięścią, czy siedząca za kratkami «kobieta-warkocz?» Opozycja co do jednego jest kupiona przez Waszyngton, który myśli tylko o tym, jak by tu prawosławną Moskwę skłócić z prawosławnym Kijowem.

W każdym razie pierwsze międzynarodowe spory – jeszcze nie na poziomie oficjalnym, lecz rodzinnym – już się zaczęły. Mimo wszystko jednak wielu miało nadzieję, że po Nowym Roku i Bożym Narodzeniu wszystko jakoś ułoży się samo. Cieszono się również z dwudziestostopniowych mrozów, które miały ostudzić żarliwość zebranych na Euromajdanie.

Ofiary woli ludu

Wyczekiwana poprawa nie nadeszła. Moment, w którym na Euromajdanie zginęli ludzie, stworzył prawdziwą linię podziału między moimi krewnymi po dwóch stronach granicy. Skończyły się filozoficzne rozmowy o rewolucji i przyszłości. W sporach pojawiły się konkrety i pierwsze osobiste urazy.

Starcie manifestantów z organami porządkowymi w „krwawy wtorek” 18 lutego. Strzały snajperskie do ludzi z obu stron barykad 20 lutego. Ogłoszenie przez rząd operacji antyterrorystycznej. W tamtych dniach zginęło ponad sto osób. Dla moich krewnych, śledzących z Moskwy najnowsze wydarzenia, to wszystko stało się mocnym argumentem przeciwko manifestacjom.

– No i doigrali się wasi buntownicy! Zaczęła się wojna domowa – a to tylko pierwsze ofiary – gorączkowała się moja babcia Ludmiła.

– Nie, to władze przesadziły, jeśli już zaczęły strzelać do swoich! Teraz nastąpi ich koniec – mordercy nie mogą rządzić krajem – w odpowiedzi krzyczał mój dziadek Paweł z Ukrainy.

– Kto jest mordercą? Przecież jeszcze nie wiadomo, kto dał rozkaz snajperom, a zabici są zarówno ludzie z Majdanu, jak i z resortów siłowych. Wygląda to na prowokację przeciwko władzom – zastanawiała się moja matka, która chyba jako jedyna spośród biorących udział w rozmowie próbowała trzymać się środka i nie popadać w skrajności.

– Co za różnica, kto dał rozkaz? Kto w ogóle doprowadził kraj do takiego kryzysu? To siedzący z założonymi rękami Janukowycz, który postanowił tańczyć tak, jak Kreml mu zagra. Teraz my też widzimy, że lepiej już być bliżej Europy niż was – bezlitosnych barbarzyńców, gotowych dla swojej korzyści zabijać nasze dzieci!

W ten sposób po raz pierwszy, dzięki pochopnej decyzji opozycji, która od razu, bez żadnych dowodów, oskarżyła o strzały Janukowycza, moja ukraińska rodzina zmieniła swoje poglądy i na Euromajdan, i na eurointegrację, i, w ostatecznym rozrachunku, również na rodzinę z Moskwy. Śledztwo ciągle trwa, jednak jeśli nawet domysły o prowokacji pozostaną tylko domysłami, to jej cel został osiągnięty. Ofiary w ludziach pomogły opozycji zyskać wsparcie wątpiącej dotąd części ludności i usprawiedliwić dalsze działania prowadzące do zmiany władzy.

Zamach stanu i „pomoc” wojskowa

21 lutego władze i opozycja ukraińska, przy pośrednictwie UE, podpisały porozumienie o uregulowaniu kryzysu politycznego. Cała moja liczna rodzina po obu stronach granicy ucieszyła się z niego niewypowiedzianie; uwierzyła w szybką normalizację nie tylko sytuacji w kraju, lecz również własnych napiętych stosunków. Porozumienie zakładało między innymi przedterminowe wybory prezydenckie do końca roku 2014. Odejście Janukowycza było z góry przesądzone.

Jednak perspektywa stopniowego wyjścia z kryzysu i przeciągającego się odebrania Janukowyczowi pełnomocnictw prezydenckich nie wszystkim pasowała. Rada Najwyższa, nie bacząc na ustalenia między Janukowyczem a liderami opozycji, zmieniła konstytucję, zmieniła kierownictwo parlamentu, odsunęła prezydenta od władzy i samodzielnie wyznaczyła nowe wybory na 25 maja. Szef państwa zbiegł za granicę do Rostowa nad Donem, gdzie na konferencji prasowej ogłosił, że nowe władze są nielegalne. Swoją ucieczkę wyjaśnił zagrożeniem własnego życia. Podczas gdy większość zachodnich polityków i mediów upierała się, że na Ukrainie wreszcie zakwitła i przejawiła się w całej swojej krasie demokracja, moja rodzina, chociaż pozytywnie oceniła ucieczkę Janukowycza, widziała w tym wydarzeniu coś innego.

– No i jak wam się podoba nasz zamach stanu? – pytała mnie, z promieniującą z radości twarzą, moja cioteczna siostra Jelena, ekonomistka z Nikołajewa.

Rzeczywiście, z prawnego punktu widzenia, jak zauważa przewodniczący moskiewskiej kancelarii adwokackiej Nikołajew i Partnerzy, specjalista z zakresu prawa międzynarodowego Jurij Nikołajew, „w konstytucji Ukrainy założono mechanizm powtórnego wyboru prezydenta, a nie jego odwołania. Natomiast w kodeksie karnym jest artykuł o terroryzmie i zagarnięciu władzy. Janukowycz, legalnie wybrany w swoim czasie prezydent, nie podpisywał żadnych oficjalnych dokumentów o swojej rezygnacji, a to znaczy, że pozostawał urzędującym szefem państwa”.

Ta dość niejasna sytuacja prawna zbiegłego prezydenta i nowych władz Ukrainy kolejny raz podzieliła moich krewnych według kryterium narodowościowego. U Ukraińców wcale a wcale nie budziła wątpliwości:

– Oczywiście, wszyscy oni – i poprzednie władze, i nowe – są po jednych pieniądzach. Gwarancji, że coś się teraz zmieni, nie ma – mówiła między innymi moja cioteczna siostra Tatiana. – Jednak żal ludzi, którzy zginęli na Majdanie z wiarą w świetlaną przyszłość. Bardzo chciałabym wierzyć, że się mylę i wszystko, co zdarzyło się w Kijowie, nie było na próżno.

W tym samym czasie, dzięki wytężonej pracy rosyjskich mediów, które otrzymały z Kremla polecenie włączenia na pełną moc machiny propagandowej, u moich moskiewskich krewnych powstawało zupełnie przeciwstawne wyobrażenie przyszłego rozwoju wydarzeń.

– To katastrofa! Do władzy doszli «zapadnicy» – naziści i rusofobi z zachodniej Ukrainy! – rozprawiała z sąsiadkami moja babcia Ludmiła, osoba oglądająca w rodzinie najwięcej telewizji, a przez ostatnie pół roku nieopuszczająca ani jednego programu o wydarzeniach na Ukrainie. Wiedziała już dobrze, jakie zagrożenie dla Rosji stanowi „nazistowskie kierownictwo Kijowa”. Pierwsza i główna obawa – ryzyko zachodniej agresji na ojczyznę. Kiedy tylko ktoś próbował ją uspokoić i namówić, aby oglądała mniej programów telewizyjnych, bo wzrośnie jej ciśnienie, w odpowiedzi padały słowa w rodzaju: „Wstyd mi za was!”, „Nie jesteście patriotami!”, „Nienawidzicie ojczyzny!”

Generalnie ostatnie wydarzenia na Ukrainie obudziły u osób starszych żywe zainteresowanie polityką. Wiele z nich z satysfakcją wspominało wydarzenia polityczne swojej młodości, budowało paralele i dyskutowało, jak tu teraz dać odpór Zachodowi.

– Nie można pozwolić im osaczyć Rosji! – powtarzała zwłaszcza babcia.

Nie było w tym czasie dnia, żeby w telewizji nie nadawano materiału o Stanach Zjednoczonych, które powoli, ale konsekwentnie okrążają Rosję swoimi systemami obrony przeciwrakietowej. Odmowa Waszyngtonu stworzenia ogólnoeuropejskiego systemu bezpieczeństwa wspólnie z Moskwą dawała się logicznie wyjaśnić: system skierowany jest przeciwko samej Federacji Rosyjskiej.

– Obecne władze w Kijowie na pewno rozmieszczą na swoim terytorium amerykańskie bazy systemu obrony antyrakietowej – przeciwko nam! – przekonywała babcia.

Mój ojciec, pracujący w branży wojskowo-przemysłowej, dostrzegał ponadto poważne zagrożenie wynikające z zerwania współpracy gospodarczej między Ukrainą a Rosją.

– Nienawidząca Moskwy opozycja na pewno od razu zerwie nasze stosunki, żeby podlizać się Zachodowi i odwdzięczyć za udaną akcję przejęcia władzy. Jednak ucierpi na tym i Rosja, i sama Ukraina – mówił.

Jeśli średnio na całą Europę w latach 2000 – 2013 przypadało około 28,1% ukraińskiego eksportu towarów, to na samą tylko Rosję – aż 23,5% (główna część tego eksportu to maszyny). Z uwzględnieniem zaś eksportu usług, a konkretnie transportu gazu, udział rynku rosyjskiego był jeszcze wyższy: 28% wobec 26% UE. Zresztą główny dochód krajowy Kijowa pochodził z tranzytu gazu do Europy przez terytorium Ukrainy. W 2013 roku wyniósł 3,6 mld dolarów.

Nota bene, dostawy towarów samego sektora przemysłu wojskowego Ukrainy do Rosji wynosiły około 0,5 mld dolarów rocznie. Według wyliczeń niektórych specjalistów, jeśli zostanie zerwana współpraca w tej sferze, Moskwa będzie potrzebować kilku lat i około 20 mld dolarów na zorganizowanie własnej produkcji.

Te dwie obawy mojej moskiewskiej rodziny wykorzystał Kreml, żeby – korzystając z prawnych i konstytucyjnych niejasności wokół zmiany władzy – rozkręcić własną „aferę”. Federacja Rosyjska zaproponowała Janukowyczowi azyl, deklarując wsparcie jako prawomocnej głowie państwa. Teraz mógł zwrócić się do Rosji o pomoc – nawet wojskową. Oczywiście, zgodnie z prawem ukraińskim, Janukowycz powinien najpierw uzyskać zgodę parlamentu, a dopiero potem zwracać się z podobną prośbą do Moskwy. Jednak do tego czasu, wybrana zgodnie z prawem, Rada Najwyższa Ukrainy już nie istniała.

Janukowycz spełnił wolę Kremla i 1 marca Rada Federacji zezwoliła Władimirowi Putinowi na wykorzystanie wojsk na terytorium Ukrainy w celu ochrony obywateli rosyjskich do czasu normalizacji sytuacji społeczno-politycznej. Zgodziła się na to – w każdym razie moralnie – również moja rodzina w Moskwie. Zachód, jak zwykle, dostrzegł w tym kroku kolejne przejawy imperializmu Władimira Putina. Natomiast wielu Rosjan odebrało to jak realny powrót Rosji do światowej polityki. Przy czym Rosja nie wywołuje regionalnego konfliktu np. z powodu ropy naftowej, lecz zgodnie ze słowami mojej babci, która przeżyła II wojnę światową, „jest przygotowana do wojny, koniecznej dla osiągnięcia pokoju i przywrócenia sprawiedliwości”.

Święty obowiązek

Postrzeganiu przez Rosjan wojny jako świętego obowiązku sprzyjały również całkiem konkretne działania nowych władz w Kijowie. Jedną z pierwszych decyzji nowej Rady, już 23 lutego, było zniesienie regionalnego statusu języka rosyjskiego.

– Oto masz pierwsze potwierdzenie tego, że Kijów nie rzuca gróźb na wiatr, lecz planuje konkretne działania. Zamiast podjąć rzeczywiście niezbędne kroki w celu stymulowania gospodarki, uderza w Rosjan. Rosyjskojęzyczni Ukraińcy nie są winni temu, że po rozpadzie Związku Radzieckiego znaleźli się w innym państwie. Teraz mamy obowiązek ich bronić – mówił mój ojciec.

Takie stanowisko nie było w Rosji czymś rzadkim. Według danych Centrum Lewady 62% Rosjan uważało, że działania rosyjskich władz w stosunku do Kijowa podyktowane były właśnie dążeniem do obrony życia i dobrobytu rodaków przed zagrożeniem ze strony ukraińskich nacjonalistów.

Wypowiedziawszy się w podobnym tonie podczas rozmowy przez Skype z rodzoną siostrą i ojcem, mój ojciec skłócił się z nimi nie na żarty. Co jest w pełni zrozumiałe – wątpliwe, by komuś spodobało się określenie jego kraju jako strefy wpływów innego państwa – wygrała duma narodowa. I mój dziadek po raz pierwszy nadał swojemu synowi miano „zdrajcy ojczyzny”, który akceptuje wkroczenie obcych wojsk na ojczystą ziemię. Od tej pory, podczas internetowych rozmów z moim ojcem tylko się witał i natychmiast wychodził do drugiego pokoju. Przekonywać do swoich racji syna zakazała mu córka, ponieważ ostatnimi czasy niemal codziennie wzywano lekarza z powodu wysokiego ciśnienia krwi na tle nerwowym. Z tego powodu dziadek pokłócił się również z córką.

„Podarunek” Chruszczowa i antyputinowskie demotywatory

Ojciec zresztą, podobnie jak większa część moich moskwian, zaaprobował nie tylko ewentualną inwazję wojskową, lecz również całkiem realne oddzielenie części terytorium Ukrainy i jej wejście w skład Federacji Rosyjskiej.

16 marca rosyjskie media poinformowały o przeprowadzonym na Krymie referendum, w którym, według oficjalnych danych, większość głosujących wypowiedziała się za przyłączeniem do Rosji. Dla moich moskwian, podobnie jak dla 88% Rosjan (według danych Centrum Lewady), było to radosne wydarzenie i akt dziejowej sprawiedliwości. Babcia Ludmiła ze łzami szczęścia w oczach oglądała w telewizji podpisanie odpowiedniej stosownych dokumentów przez prezydenta Putina. Dla niej, oraz dla wielu moich rodaków, oznaczało to odzyskanie rosyjskich ziem.

W tym przypadku wielu Rosjan zamknęło oczy na naruszenie prawa międzynarodowego – chociażby obecność w czasie referendum rosyjskich żołnierzy na terenie półwyspu (fakt potwierdzony przez prezydenta Putina dopiero miesiąc później) i brak w konstytucji Ukrainy i Krymu zapisów, pozwalających Radzie Najwyższej półwyspu przeprowadzać referenda o statusie autonomii.

Nawet moja siedemdziesięciopięcioletnia babcia Ludmiła przytaczała kontrargument, zasłyszany w rosyjskiej telewizji, wobec deklaracji Komisji Weneckiej, zwracającej uwagę na podobne problemy prawne:

– Jeśli Zachód mógł oderwać Kosowo od Serbii, to dlaczego tego samego nie może zrobić Moskwa? – pytała.
– Tak, ale Kosowo w rezultacie uzyskało samodzielność, a nie stało się częścią trzeciego kraju – oponowała ciocia Larysa.
– Krym też samodzielnie zdecydował o przyłączeniu się do Rosji, sam o to prosił! – gorączkowała się babcia.
– Ale Kosowo, zanim «poprosiło», przeżyło wieloletni konflikt. Tam nie było innego wyjścia.
– I co proponujecie – czekać aż ludziom na Krymie będzie tak samo źle? Ludobójstwo ze strony obecnych nazistowskich władz to tylko kwestia czasu…

Natomiast mój ojciec był dumny z działań Moskwy jeszcze z innego powodu.

– Jest to krok prewencyjny, który pomoże otrzeźwić Zachód. Do tej pory ani USA, ani kraje UE nawet nie spróbowały postawić paraleli z własnymi interwencjami w wewnętrzne sprawy innych państw, do których już się przyzwyczajono – Iraku, Libii, a teraz Syrii. Może rzeczywiście Putin postąpił ostro, za to teraz Zachód ujrzał Moskwę jako silną i zdolną do obrony własnych interesów na arenie międzynarodowej. Wystarczy już, że postrzegają nas jako pokonanych w zimnej wojnie i tylko krzyczących o byłej potędze. Osiągnęliśmy właśnie całkiem konkretną rzecz – jednym ruchem rozwiązaliśmy problem bazy w Sewastopolu.

W warunkach radykalnej zmiany kursu politycznego Kijowa nikt nie mógł zagwarantować, że umowy z poprzednim kierownictwem o przedłużeniu stacjonowania tam rosyjskiej floty nie zostaną zerwane. Ukraińska opozycja nieraz wyrażała niezadowolenie z powodu podpisania przez prezydentów Dmitrija Miedwiediewa i Wiktora Janukowycza w kwietniu 2010 roku porozumienia o przedłużeniu obecności Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu do 2042 r.

Jednak podobne rozważania napełniały zgrozą moich krewnych z Ukrainy. Starsze pokolenie też się oburzało, jednak nie zapomniało jeszcze o dwustuletniej historii rosyjskiego Krymu, który zaledwie w roku 1954 został „podarowany” Ukraińskiej SRR przez genseka Nikitę Chruszczowa, Ukraińca z pochodzenia. Pamiętali również oburzenie mieszkańców Krymu, kiedy po rozpadzie ZSRR nie przeprowadzono tam referendum o pozostawieniu półwyspu w składzie wychodzącej ze Związku Radzieckiego republiki. Z tego powodu ciocia Larysa starała się w ogóle nie rozmawiać na ten temat. Jednak młodsze pokolenie, którego świadome życie toczyło się już w suwerennej Ukrainie, sypało oskarżeniami pod adresem rosyjskiego „agresora”.

– Krym jest nasz – my od dzieciństwa jeździmy tam odpoczywać każdego lata. Przez ostatnich siedem lat wożę tam również swoje dzieci. Jak to tak – jednym ruchem pióra prezydent obcego kraju zdecydował o moim losie i losie całego półwyspu? – płakała moja cioteczna siostra Tatiana. Niezależnie od swoich planów, tego lata nie mogła pojechać do „okupowanego i znajdującego się w centrum konfliktu militarno-politycznego” terytorium. Znalazła sobie natomiast nowe hobby – publikowanie na portalach społecznościowych demotywatorów z obraźliwymi przesłaniami pod adresem Putina. A listy pisała wyłącznie czystym ukraińskim. W szczególności przekazywała mi ostatnie straszne, masowo rozpowszechniane plotki o półwyspie:

– «Zielone ludziki» już nie ukrywają rosyjskich znaków i w ogóle jest ich na Krymie 30 tysięcy. A do tego zaminowali pola w obwodzie chersońskim w pobliżu drogi na Krym… Chciałoby się powiedzieć ludziom z Rosji – emerytom, młodym osobom, prostym robotnikom – nie trzeba z nami walczyć, jesteśmy dobrzy! Mam nadzieję, że pozostaniemy rodziną niezależnie od wszystkiego…

Przy tym byłam jedyną osobą z Moskwy, z którą do tego czasu jeszcze utrzymywała kontakty.

 „Zabłąkani” pogranicznicy

Po wydarzeniach wokół Krymu kontakty między krewnymi po dwóch stronach granicy niemal zamarły; o ich poglądach na dalsze wydarzenia dowiadywałam się z listów sióstr.

W lutym na południowym wschodzie kraju zaczęły się początkowo pokojowe manifestacje przeciwników opozycji, która doszła do władzy. Jednak protesty zostały uznane przez Kijów za przejaw dążeń separatystycznych stanowiących jedynie przykrywką dla działań rosyjskich żołnierzy oraz zagrożenie dla jedności Ukrainy. Manifestantów przedstawiono jako radykałów, bandytów i terrorystów. Po deklaracjach aktywistów tzw. Donieckiej Republiki Ludowej o planach przeprowadzenia referendum na wzór Krymu, pełniący obowiązki prezydenta Ukrainy Ołeksandr Turczyn ogłosił 7 kwietnia początek „operacji antyterrorystycznej”.

Do jednego z oddziałów armii ukraińskiej poszedł jako ochotnik również dwudziestoletni bratanek mojego ojca, Taras z Kijowa. W wersji oficjalnej – tłumić powstanie separatystów, według jego własnej – „walczyć przeciwko Moskalom”. Jego krok, razem z innymi krewnymi, poparł również mój dziadek, w pełni urobiony przez antyrosyjską propagandę, prowadzoną w ukraińskich mediach, oskarżającą Moskwę o chęć odrodzenia Związku Radzieckiego; nawet po tym, jak Rosja nie poparła obwodu ługańskiego i donieckiego, które ogłosiły w trakcie referendum swoją samodzielność.

A w to, że Rosja w ogóle nie uczestniczy w konflikcie i nie wysyła regularnych wojsk do południowo-wschodniej Ukrainy, aby wspomóc pospolite ruszenie, o czym zapewnia moja rodzina w Moskwie, na Ukrainie nie wierzy nikt:

– Sami powstańcy w żaden sposób nie mogą mieć takiej ilości sprzętu wojskowego i broni – więcej nawet niż armia ukraińska. A hipotezy o «zabłąkanych» rosyjskich pogranicznikach nie da się obronić… Zresztą Putin swego czasu mówił, że na Krymie nie ma ani jednego rosyjskiego żołnierza, a potem sam sobie zaprzeczył… W to, że rosyjscy chłopcy służby zasadniczej przyszli do Donbasu dobrowolnie, też nikt nie wierzy – mówiła cioteczna siostra Tatiana.

Według słów drugiej siostry, Jeleny, negatywne uczucia Ukraińców skierowane są przede wszystkim przeciwko rosyjskim politykom, a nie ogółowi Rosjan – wielu ma przecież w Federacji Rosyjskiej krewnych. Chociaż ci ostatni podzielają w większości punkt widzenia swoich polityków – znowuż dzięki rodzimym mediom.

Kiedy 28 lipca nad wschodem Ukrainy został zestrzelony samolot malezyjskich linii lotniczych i śmierć poniosło jego 298 pasażerów, moi rosyjscy krewni ocenili to jako zbrodnię wojenną będącą dziełem fajtłapowatych ukraińskich żołnierzy. Rosyjskie media zapewniały, że siły pospolitego ruszenia po prostu nie posiadały sprzętu rakietowego zdolnego do zestrzelenia samolotu. Z kolei znalezione we wrześniu masowe miejsca pochówku lokalnych mieszkańców określiły, jeszcze przed oficjalnym śledztwem, jako wzorowaną na nazistach zbrodnię armii ukraińskiej. Rosjanie w to wierzą, choćby dlatego, że przez wszystkie ostatnie miesiące co najmniej dwie trzecie każdego programu informacyjnego na państwowych kanałach zajmowały reportaże o tym, jak armia ukraińska prowadzi ostrzał tej czy innej wsi na południowym wschodzie Ukrainy.

Do wsi moich krewnych wojna nie doszła. Przynajmniej na razie. Jednak, według słów Tatiany, jest to tylko przypadek:

– W noc, gdy ogłoszono zawieszenie broni, 20 września, mieli bombardować wieś w obwodzie ługańskim, gdzie mieszkają moi teściowie. Było tam wówczas dużo ukraińskiego sprzętu wojskowego i żołnierzy. I żołnierze z dobrego serca radzili, by wyjeżdżać lub chować się do piwnic…

Ukraińcy oskarżają bynajmniej nie armię, ale bojowników pospolitego ruszenia, którzy – jak wierzą– są rosyjskimi żołnierzami, tyle że bez wojskowych dystynkcji. Krewnych z Moskwy uważają za ofiary „zombie-pudeł”[2], nie zdające sobie sprawy z tego, co się w rzeczywistości dzieje.

Walka „dobra ze złem”

Dokładnie takie same oskarżenia ślą im w odpowiedzi z Moskwy – tylko w sensie przenośnym: ani przez telefon, ani przez Skype moja rodzina już się nie kontaktuje. Nawet życzenia z okazji urodzin przekazywane są – za moim pośrednictwem– w formie pisemnej.

Jednocześnie moi rosyjscy krewni zachwycają się absolutnym kontrastem pomiędzy działaniami Federacji Rosyjskiej a działaniami władz w Kijowie. One, według nich, tylko zabijają, zaś Rosja przyjęła już, według oficjalnych danych, około miliona uchodźców z Ukrainy. Dodatkowo dziesiątki tysięcy ludzi przyjechały do swoich krewnych, by przeczekać konflikt. Jak informuje Rosyjski Czerwony Krzyż, ponad 30 regionów w Rosji udzieliło schronienia i niezbędnej pomocy humanitarnej dziesiątkom tysięcy przymusowych migrantów z Ukrainy.

Zdaniem mojej babci z Moskwy, wprowadzenie przez UE i USA sankcji ekonomicznych i personalnych przeciwko Rosji jest wyłącznie potwierdzeniem słuszności działań Kremla.

– Chociaż z powodu wieku nie mogę walczyć z nazistami, mogę zrezygnować z serów i konserw wroga, na które Putin nałożył sankcje – oto, jak moja babcia dołącza do „walki dobra ze złem”.

Dla niej Putin nie jest diabłem wcielonym, jak go przeważnie przedstawiają zachodni politycy i dziennikarze, a teraz również moja rodzina na Ukrainie. Odwrotnie, on z powodzeniem „przeciwstawia się zachodniemu dyktatowi” i „broni swojego narodu – na każdej ziemi”.

I to nie są po prostu słowa starego człowieka, który przyzwyczaił się oceniać głowę państwa po ciężkości ręki. Jest to odbicie dzisiejszych poglądów statystycznego Rosjanina, w którego oczach postać Putina rośnie. Bezpośrednio po przyłączeniu Krymu poziom akceptacji prezydenta według danych Centrum Lewady wyniósł 80%, a w początkach sierpnia – aż 87%.

Można odnieść wrażenie, że gorące spory o zimną wojnę do dziś nie utraciły nic ze swojej aktualności. Wielu z tych, którzy ją przeżyli, nie potrafi się z nią rozstać w obawie, że utracą ważny element wspierający, także dzisiaj, ich dumę narodową. Podobną perspektywę przyjmują także ci, którzy byli zbyt młodzi, by pamiętać zimną wojnę. No a politycy to ci właśnie ludzie.

Można dziś powiedzieć, że moja ukraińsko-rosyjska rodzina nie przetrzymała próby, na jaką wystawiła ją polityka. Obie jej gałęzie odgrodziły się od siebie murem, za którym już samo wysłuchanie kontrargumentów drugiej strony zaczęło oznaczać zdradę własnej ojczyzny. Z jakiegoś powodu «władza» i «system polityczny» zastąpiły w ich świadomości słowo „ojczyzna” i bliskie mu, według mnie, pojęcie «rodzina».

Ogólnie rzecz ujmując, na tle kryzysu ukraińskiego ujawniły się problemy z pamięcią całych narodów: ktoś zapomina o prawie międzynarodowym, ktoś – o własnych słowach wypowiedzianych pół roku wcześniej, ktoś – o idolach pokoleń pokroju Andrieja Makariewicza, którego pieśni nagle okazują się nie na miejscu. A jeśli rozpadają się ideały, to cóż dopiero mówić o zwyczajnej rodzinie?

Maria Gorkowskaja

przekład z j. rosyjskiego – p.w.

[1] http://rb.com.ua/rus/projects/omnibus/8836
[2] Określenie na telewizor, z którego płynie propaganda zamieniająca widzów w „zombie”. Przyp. red.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPonowoczesny kryzys i postkonserwatywna rekonstrukcja
Następny artykułRaport o Szekspirze (rozdział VI): „dowody” na autorstwo Willa Szakspera ze Stratfordu
Maria Gorkowskaja (Мария Горковская) - dziennikarka- freelancerka, publikuje w rosyjskich i zachodnich mediach. Wcześniej korespondentka działu międzynarodowego dziennika „Izwiestia”. Z wykształcenia prawnik, absolwentka Université Panthéon-Assas w zakresie prawa międzynarodowego, zajmuje się współczesną polityką zagraniczną Federacji Rosyjskiej, zwłaszcza wobec Europy oraz krajów byłego Związku Radzieckiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ