Kryzys finansowy – niekończąca się historia

0

Od upadku banku Lehman Brothers i wybuchu światowego kryzysu upłynie w tym roku siedem lat. Już siedem lat! Kryzys przechodził różne fazy i odsłony, ale nie widać wśród ekspertów konsensusu co do tego, czy, kiedy i w jakich okolicznościach mógłby się zakończyć. W przestrzeni publicznej nie ma nawet jednej, w miarę jednolitej odpowiedzi na pytanie, co jest jego przyczyną, są natomiast zapowiedzi dalszych, mających różne źródła, zagrożeń obecnego, kruchego i tymczasowego porządku. Oczywiście cały czas pojawiają się pozytywne spostrzeżenia, że w różnych krajach pojawia się lekki wzrost gospodarczy, zmniejsza się bezrobocie. Ale z drugiej strony są i miejsca, z których dochodzą sygnały dokładnie odwrotne. Nadziei nie budzą nawet dane z giełd notujących wysokie, często historycznie rekordowe notowania, ponieważ nie przekładają się one na pozytywne procesy w realnej gospodarce.

Wniosek, który wyciągam z tego przedłużającego się stanu niepewności i dezorientacji (także ekspertów), nie jest optymistyczny: obecny kryzys nie nosi znamion przejściowego, znanego z teorii ekonomicznych, dołka kolejnego cyklu koniunkturalnego. Stan światowej gospodarki boleśnie dotykający również Polskę i Europę jest naznaczony głębokim defektem strukturalnym. Spróbuję więc odpowiedzieć na pytania: gdzie są zlokalizowane fundamenty kryzysu? Na czym polegają zagrożenia? Jakie podejmuje się próby jego rozwiązania? Jakie są perspektywy zakończenia kryzysu? Zacznijmy więc od zdefiniowania podstawy, sceny, na której toczy się dzisiejszy dramat.

Pieniądz jako obietnica

Słowo „pieniądze” odmieniane jest na wszystkie możliwe sposoby, kiedy poruszana jest kwestia kryzysu. To samo dotyczy pojęć z tym słowem stowarzyszonych: inflacja, deflacja, stopy procentowe, ceny, zyski, straty, inwestycje. Pieniądze stały się czymś, na czym wszyscy się znają, i wyrażają o tym złożone nieraz opinie. Ale jeżeli zaczynam drążyć temat, to pojęcie pieniądza ginie w gąszczu fachowych określeń niedających się w sposób zrozumiały dla przeciętnie wykształconego odbiorcy uchwycić.

Klarowną odpowiedź na pytanie o istotę pieniądza można znaleźć w książce J. K. Galbraitha Pieniądz, pochodzenie i losy. Omawiając powstanie pierwszego banku centralnego na świecie, autor ów pisze, że banknoty Bank of England są emitowane pod zabezpieczenie obligacji rządu Wielkiej Brytanii. A obligacje rządowe z kolei to dług zaciągnięty przez rząd a konto przyszłych podatków. Podsumowując – podstawą wartości pieniądza jest dług. Generalnie im większy dług – państw, firm, obywateli czy jakichkolwiek podmiotów mających zdolność do pożyczania i deponowania pieniędzy – tym więcej pieniędzy znajduje się w obiegu. Dotyczy to zarówno ich postaci fizycznej – monet i banknotów – jak i postaci zapisów bankowych.

I tu docieramy do podstaw tego, czym dzisiaj są właściwie pieniądze – pieniądz jest zmonetaryzowanym długiem: rządu, obywateli, przedsiębiorstw. Monetaryzacja oznacza, że dane dobro staje się podstawą emisji monet i banknotów. A więc pieniądz jest współcześnie obietnicą, że w określonej przyszłości będą fizycznie istnieć jacyś ludzie, którzy swoimi zarobkami, swoją gotowością do płacenia podatków, swoją wolą dokonywania transakcji wymiany, swoimi oszczędnościami będą w stanie ten niekończący się łańcuch zależności dłużnych podtrzymywać.

Demografia, głupcze!

Przyrzeczenie spłaty długu leżące dziś u podstaw światowego systemu pieniężnego ma dwa przenikające się wzajemnie poziomy, na których rozgrywa się przyszłość światowej ekonomii – demograficzny i behawioralny. Aspekt demograficzny to konieczność następstwa pokoleń, bez której maleje zdolność do spłacania długów. Aspekt behawioralny to konieczność wiary w przyszłość – w sens aktywnego działania, zaciągania kredytów, inwestowania w nadziei na przyszłe zyski, konsumowania produktów powstałych w wyniku kreacji długu i inwestycji, w stabilność państw i społeczeństw.

Monetaryzacja długu jako podstawy istnienia pieniądza była pomysłem, który u swojej podstawy milcząco zakładał nieustanne następstwo pokoleń. Rosnące, nadmierne w stosunku do ściąganych podatków wydatki rządowe, generujące – przy braku zrównoważonego budżetu – rosnące zadłużenie, wymagają nieustannego rozwoju, wzrostu PKB, coraz większej ilości płaconych podatków tak, aby państwo było zdolne do obsługi swoich długów, a społeczeństwo – pomimo rosnącego długu rządowego – do samopowielania się.

W system papierowego pieniądza opartego na monetaryzacji długu, a nie na realnych, trudno dostępnych walorach (jak np. złoto), wbudowana jest jednak naturalna skłonność do niekontrolowanego powiększania państwowego zadłużenia. Dopóki jest duży przyrost naturalny i wiara w przyszłość, wzrost zadłużenia rządu nie przynosi bezpośrednich, postrzeganych na bieżąco negatywnych konsekwencji. Ale w miarę systematycznego wzrostu zadłużenia państwa w stosunku do jego PKB rośnie ponadproporcjonalnie ryzyko, że kolejny kryzys wychyli układ społeczny daleko poza punkt, z którego jest możliwy powrót do społecznej równowagi. W każdym razie przy założeniu, że nie prowadzi się wojny w celu „uzupełnienia aktywów”. Wojna niekoniecznie musi mieć wymiar militarny –zob. Wojny walutowe Jamesa Rickardsa .

Czym jest ten punkt społecznej równowagi? Jest nim sytuacja, w której zbyt duża ilość ludzi traci wiarę w możliwość spłaty zadłużenia lub chęć uczestnictwa w tej spłacie. W takiej sytuacji mechanizm społeczny, który umożliwia unoszenie i utrzymanie poziomu zadłużenia, zacina się. Przestaje działać. Kryzys koniunkturalny wynikający z kolejnych cyklów rozwoju gospodarczego staje się kryzysem systemowym, pułapką, z której nie można się wydostać bez zresetowania lub wręcz załamania się systemu.

Niestety społeczeństwa głównych światowych gospodarek – Europy (również jako całości razem z Rosją), Japonii, Stanów Zjednoczonych, mają zasadnicze kłopoty z następstwem pokoleń. Będąc jednocześnie mocno zadłużone. Zatem ze względów zarówno demograficznych, jak i behawioralnych (kryzys podcina wiarę w przyszłość jako sens aktywnych, teraźniejszych działań) trudno będzie udźwignąć dług – i ten indywidualny, i ten państwowy. A to oznacza uderzenie w samo serce systemu kreacji pieniądza. Ten zaś jest smarem i motorem gospodarki. I jednocześnie długiem zaciągniętym a konto działalności przyszłych pokoleń.

Złe odpowiedzi

Budując łańcuch przyczynowo-skutkowy kryzysu, nietrudno dostrzec, że zapalnikiem była bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości. Przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, ale też w Europie, Dubaju i w wielu innych miejscach na świecie. Jego wywoływaczem była ryzykowna inżynieria finansowa prowadzona przez banki. Jednak ostatecznie utrwalaczem kryzysu jest nadmierne zadłużenie społeczeństw i przede wszystkim rządów najbardziej rozwiniętych i zasobnych krajów świata – USA, Unii Europejskiej i Japonii.

Czy istnieje wyjście z tej sytuacji? Jakie wnioski wyciągają i jakie działania proponują elity polityczne i rządy? Pierwszymi, doraźnymi działaniami były programy ratunkowe, przejmowanie firm i banków „zbyt dużych, by upaść”, rządowe gwarancje płynności i wypłacalności systemu finansowego powstrzymujące upadek systemu bankowego, fundusze ratujące państwa przed bankructwem. Wszystkie te działania wygaszały panikę, ale zarazem zwiększały zadłużenie rządów.

Natomiast długofalową odpowiedzią na kryzys strukturalny (a nie tylko cykliczny) są dwa, prowadzone na ogromną skalę, działania rządów – tzw. luzowanie ilościowe oraz polityka imigracyjna (prowadzona od dłuższego czasu). „Luzowanie ilościowe” (Quantitative Easing, czyli tzw. QE) oznacza takie działania banku centralnego, które prowadzą do zwiększenia ilości pieniądza w obiegu (czyli powiększenia opisanej wyżej bazy monetarnej). Amerykański FED i Bank Japonii skupują obligacje rządowe na otwartym rynku, przyjmując je do swojego bilansu i drukując za to na rynek pieniądze (USA skończyły właśnie QE3, Japonia w ramach tzw. abenomiki jest właśnie w trakcie skupu aktywów). EBC prowadzi operacje LTRO (Long Term Refinancing Operations), czyli pożycza bankom świeżo wydrukowane pieniądze na niski procent jako zachętę do dalszego pożyczania konsumentom i inwestorom. Aby zrozumieć, po co i w jaki sposób te działania są prowadzone, musimy się odwołać nieco do teorii.

Dość prostym, a jednocześnie wartościowym przybliżeniem relacji pomiędzy pieniądzem a gospodarką jest odkrycie dokonane przez Miltona Friedmana, że wielkość PKB danego państwa jest równa podaży (ilości) pieniądza pomnożonej przez prędkość, z którą przechodzi z rąk do rąk, z konta na konto. W jaki sposób wykorzystuje się to twierdzenie w praktyce? Otóż rządy i banki centralne usiłują, wykorzystując wnioski z niego wynikające, wpływać na zachowania konsumentów i przedsiębiorstw. Próbują tchnąć w nich wiarę w to, że system gospodarczy działa i funkcjonuje normalnie.

Jak to konkretnie robią? Otóż jeżeli maleje ilość pieniądza w obiegu i jednocześnie jeżeli spada prędkość obiegu pieniądza – to musi spaść PKB. Ilość pieniądza w obiegu maleje, ponieważ w kryzysie zadłużenie – poza zadłużeniem państwowym – spada. Ludzie i firmy spłacają kredyty i starają się oszczędzać, a gdy spłacają długi, to dokonuje się demonetaryzacja, a więc spada ilość pieniądza w obiegu. Natomiast prędkość obiegu pieniądza spada, bo w kryzysie ludzie oszczędzają i wydają ostrożnie. Zatem zgodnie ze wzorem Friedmana spada PKB. A wraz z nim – obniża się zdolność państwa do obsługi zadłużenia i rosną obawy konsumentów. W efekcie zaczyna się nakręcać spirala sprzężenia zwrotnego niekorzystna dla rządów i pogłębiająca kryzys.

Receptą na zablokowanie tego sprzężenia zwrotnego i wywołanie wrażenia, że kryzys jest pod kontrolą a nawet być może się skończył, jest właśnie luzowanie ilościowe, czyli zwiększanie ilości pieniądza, aby zgodnie z teorią utrzymać lub powiększyć PKB. Oczywiście limitem luzowania jest inflacja – PKB może w tym przypadku nominalnie rosnąć, ale tylko dzięki wzrostowi cen – podatnicy w tym przypadku szybko zorientują się, że coś jest nie tak, i zacznie się nakręcać spirala ograniczania konsumpcji i niewiary w przyszłość. Na razie jednak wydaje się, że cel został częściowo osiągnięty – PKB osiąga wzrosty, może niewielkie, ale zawsze, a inflację obserwuje się na minimalnym poziomie (poza ewidentnym wzrostem cen aktywów giełdowych i cen surowców – nieprzypadkową zbieżnością jest to, że po zakończeniu QE3 przez FED gwałtowanie zaczynają spadać ceny ropy).

Z kolei receptą na zagrożenia demograficzne jest, prowadzone od wielu lat, akceptowanie na dużą skalę imigrantów. Wędrują oni z krajów biednych, mających problemy z ustanowieniem trwałego, produktywnego i nieopresywnego systemu społecznego, do krajów bogatych o stabilnej gospodarce i elementarnym bezpieczeństwie politycznym i socjalnym. Uzupełniają oni brakujących pracowników, podatników i konsumentów. Zapewnić mają ciągłość kreacji pieniądza i wypłacalność zadłużonych państw. Pojawiają się jednak w ślad za nimi problemy behawioralne – słaba lub żadna inkulturacja oraz swoiste „przeciwciała”, czyli narastająca (nie tylko w Europie) niechęć wobec obcych rasowo, kulturowo, a nawet tylko językowo (jak Polacy w Anglii) przybyszów. Zarówno imigranci, jak i społeczeństwa, które ich przyjmują, mają ograniczoną zdolność do wzięcia udziału w płynnym następstwie pokoleń. A to prowadzi do korzystania z systemów socjalnych krajów gospodarzy bardziej niż do zajmowania miejsc w produktywnej sztafecie ludzkich generacji.

Czy działania powiększające ilość i dostępność pieniądza oraz przyzwolenie na uzupełnianie podstawy demograficznej (czytaj – bazy podatkowej) imigrantami wystarczą, aby społeczeństwa uwierzyły w to, że kryzys się zakończył i wszystko zaczęło działać po staremu? Nie sądzę. Jak wszystkie działania doraźne nie dotykają podstawy, na której rozwija się kryzys. Przedłużają tylko czas jego trwania.

Nieuchronna zemsta demografii

Podsumowując: kryzys jest strukturalny i głęboki. Jego źródło tkwi w sposobie kreacji pieniądza opartym na długu, który prowadzi do nadmiernego zadłużenia, trudnego lub wręcz niemożliwego do spłacenia ze względów demograficznych i behawioralnych. Właśnie: trudnego czy niemożliwego? Tutaj ponownie odwołam się do konsekwencji sytuacji demograficznej. Song Hongbing w swojej książce Wojna o pieniądz 2 (Wydawnictwo Wektory) zwraca uwagę na dwa nakładające się czynniki związane z populacją rozwiniętych krajów kapitalistycznych (podaje je na przykładzie USA): krzywą kluczowych wydatków konsumpcyjnych i strukturę demograficzną.

Kluczowa jest, według Hongbinga, struktura demograficzna. Powojenny boom demograficzny trwał od 1946 do 1964 r., osiągając swój szczyt w roku 1962. Od 1982 r., kiedy 20-latkowie urodzeni w roku 1962 zaczęli swoją konsumpcją i inwestycjami podkręcać popyt, wskaźniki giełdowe poza drobnymi kryzysami notowały nieustający boom. To pod naporem powojennego wyżu demograficznego spektakularnie rozwijały się zabawki, kreskówki, nastąpiła inwazja rocka, rozkwit branży motoryzacyjnej, a w końcu rynku nieruchomości.

I w tym momencie jest czas, aby wskazać na drugi czynnik – krzywą kluczowych wydatków konsumpcyjnych. Otóż jeżeli zobrazować poziom wydatków w ciągu całego ludzkiego życia, to narasta on początkowo powoli – zgodnie z możliwościami zarabiania i wydawania pieniędzy przez młodych ludzi na dorobku – osiągając swój szczyt statystycznie około 47. roku życia. Potem dość gwałtownie spada, osiągając swoje minimum po przekroczeniu wieku emerytalnego. Ludzie starsi są oszczędni, zapobiegliwi, ostrożni. Ich udział w tworzeniu PKB jest znacznie mniejszy niż ludzi w sile wieku. A warto w tym momencie dodać, że PKB w USA i w Europie ma dość podobną strukturę – ponad 70 proc. stanowi konsumpcja, poniżej 15 proc. inwestycje rządowe i powyżej 15 proc. inwestycje prywatne. A zatem dominująca w niemożliwy do zastąpienia sposób jest konsumpcja i związane z nią inwestycje prywatne służące przede wszystkim produkcji dóbr konsumpcyjnych.

Teraz wróćmy do szczytu demograficznego z 1962 r. Co będzie, jeżeli dodamy do tej liczby owe 47 lat wskazujące na osiągnięcie przez pokolenie wyżowe życiowego szczytu możliwości konsumpcyjnych? Rok 2009! Wtedy jednak na dobre rozgościł się kryzys. Do roku 2024 wydatki konsumpcyjne pokolenia powojennego wyżu demograficznego będą maleć w stopniu, który w zasadzie uniemożliwi jego uzupełnienie przez następne pokolenia. System pieniądza opartego na długu i skażonego nadmiernym zadłużeniem publicznym jest dzisiaj wystawiany na próbę, która może się dla niego okazać śmiertelna.

Zwróćmy uwagę na to, że przyrost demograficzny silny jest w tych krajach, które mają wewnętrzny problem z uformowaniem stabilnego, wolnego, nakierowanego na rozwój samopodtrzymującego się społeczeństwa. Dług jest tam, gdzie słaba podstawa demograficzna stawia pod znakiem zapytania zdolność do jego spłacenia. Pieniądze są tam, gdzie trudno lub wręcz nie da się ich zaabsorbować bez społecznej rewolucji. Wielkość długu nagromadzona w dzisiejszym świecie, jego rozmieszczenie i możliwości jego spłaty będą determinować to czy uda się zakończyć kryzys, w jaki sposób i kiedy to nastąpi. Dzisiaj panuje bardzo krucha równowaga pomiędzy wiarą w przyszłość, w zdolność i sens dalszego rozwoju państw i społeczeństw – a jej utratą, dalszą recesją i pogłębianiem kryzysu. Natomiast bez redukcji zadłużenia do poziomu możliwego do udźwignięcia przez przyszłe pokolenia zakończenie kryzysu nie jest możliwe.

Na zakończenie warto się zastanowić, jak opisane powyżej problemy związane z kreacją pieniądza i demografią przełożyć na działania w Polsce. Wydaje się to dość proste, choć pewnie niełatwe do wykonania ze względu na rozpowszechnione również w naszym kraju przekonania o omnipotencji i obowiązkach państwa. Polska powinna stopniowo zmniejszać swoje zadłużenie, zwiększyć swoje rezerwy złota kosztem wielkości rezerw dolarowych oraz stwarzać jak najlepsze warunki dla następstwa pokoleń. Łatwość i bezpieczeństwo życia, zakładania rodzin i przedsiębiorstw – tak banalnie i po prostu – może dać nam szansę na odwrócenie niekorzystnej tendencji demograficznej, dopóki wyż demograficzny stanu wojennego może nas wzbogacić o nowych obywateli – i przyszłych podatników.

Róbmy swoje

Powód, dla którego opisałem swój sposób rozumienia fundamentalnych przyczyn światowego kryzysu gospodarczego, wiąże się ze świadomością, jak płytki i powierzchowny jest odbiór tego huraganu kryzysowego w Polsce. W przestrzeni publicznej krzyżują się koncepcje stymulacji polskiej gospodarki powiększaniem długu publicznego i traktowania Unii Europejskiej jako worka pieniędzy do wyciśnięcia. Odległość powszechnie dostępnych w mediach i powielanych w politycznych dyskusjach idei od najnowszych ustaleń w miejscach, gdzie panuje zrozumienie tego, czym jest pieniądz, o jaką stawkę i na jakich polach toczą się zmagania najbardziej wpływowych graczy, jest tak duża, że uniemożliwia nam na razie podmiotowe branie udziału w porządku, który się wyłoni po wybrzmieniu ostatnich kryzysowych akordów. Jesteśmy dziś łupiną miotaną przez kapitał nagromadzony przez lata w najzasobniejszych państwach świata.

Ale „róbmy swoje” – dążmy do bycia oazą stabilności, niskiego zadłużenia publicznego i krajem, w którym warto założyć rodzinę i własny biznes. Dobrze byłoby, abyśmy jako bardziej świadomi tego, co się wokół nas dzieje, mogli nie tylko czekać na zakończenie światowej zawieruchy, lecz i na miarę naszych sił i możliwości wpłynęli na to, gdzie znajdziemy się w ramach nadchodzącego powoli pokryzysowego porządku.

Przemysław Gębala

Publikujemy za: Nowa Konfederacja

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here