Południowy Potok czyli gazowe starcie mocarstw

1

Południowy Potok (ang. South Stream, ros. Южный поток) to projekt wielkiego rurociągu gazowego mającego połączyć Rosję i Unię Europejską biegnącego przez Morze Czarne i Bałkany. Osiem lat zmagań w sprawie jego powstania to okres twardych walk o interesy polityczno-gospodarcze, biznesowych negocjacji, dyplomatycznych zabiegów, gabinetowych nacisków i gróźb, a wszystko to w gustownym medialnym opakowaniu. Fascynujący przykład realizacji strategii gospodarczych i walki o wpływy polityczne.

Ostre trzaśnięcie drzwiami

W czasie wizyty w Turcji 1 grudnia 2014 r. prezydent Władymir Putin ostro trzasnął drzwiami, niespodziewanie ogłaszając zakończenie projektu South Stream. Stwierdził, że „stanowisko Unii Europejskiej jest przeciwne projektowi, mnoży ona przeszkody w jego realizacji, jeśli więc Europa nie chce, uważa, że nie jest to dla niej dobry interes, to rosyjski gaz pójdzie w inne regiony świata. Taki jest wybór naszych europejskich kolegów”.

Według prezydenta Rosji głównym winowajcą jest Bułgaria, która „nie działa jak państwo suwerenne, bo przecież budowa gazociągu leży w jej interesie. Śmieszne byłoby, gdybyśmy doprowadzili go do brzegów Bułgarii i musieli tam zatrzymać cały projekt. To absurd”.

Decyzja prezydenta Putina była całkowitym zaskoczeniem – tak dla polityków, jak i koncernów uczestniczących w projekcie. Rozpoczęcie budowy było już prawie przesądzone … Rosjanie uroczyście rozpoczęli prace budowlane 7 grudnia 2012, zbudowali już swoją część rurociągów i nową stację kompresorów „Russkaja”, mającą tłoczyć gaz na drugi brzeg. Rury były już zgromadzone w Rosji i Bułgarii, na Morze Czarne miał wpłynąć, układający je, włoski statek Castoro Sei. I trzasnęło. Odgłos zatrzaskiwanych drzwi do przepastnych zasobów rosyjskiego gazu wzmocnił jeszcze Aleksiej Miller, szef Gazpromu, mówiąc: „to koniec, projekt jest zamknięty”.

Co wywołało tak zdecydowaną decyzję i zerwanie jednego z największych projektów infrastrukturalnych o strategicznym znaczeniu dla południowo-wschodniej Europy? Aby to wyjaśnić, skupimy się na geopolitycznych starciach Moskwy, Waszyngtonu i Brukseli, konflikcie mocarstw rozgrywającym się na Bałkanach, a także próbie realizacji własnych interesów przez państwa Europy Południowej.

Co miało powstać?

Cały projekt zakładał 2380 kilometrów rurociągów, z czego 1455 km miało biec przez Bałkany do granicy Włoch, a 922 kilometry to odcinek morski.

Trasa przesyłu zmieniała się w miarę postępu negocjacji. Przeprawa przez Morze Czarne była blokowana przez Ukrainę, jednak Turcja zgodziła się na przeprowadzenie rurociągu przez jej strefę ekonomiczną. Z bułgarskiego brzegu przewidywano początkowo dwie nitki: jedną na północ – Węgry i Austria, drugą na południe – do Włoch. W pierwszej wersji Austria miała być punktem docelowym rurociągu, jednak brak zgody Komisji Europejskiej na udział Gazpromu w węźle gazowym Baumgarten spowodował, że rurociąg Austrię ominął. Ostatecznie przyjęto trasę przez Bułgarię, Serbię, Węgry i Słowenię do włoskiego Tarvisio. Odnogi rurociągu planowano doprowadzić do Bośni i Hercegowiny, Chorwacji i Austrii.

mapa South Stream

Utworzono cztery spółki, w których Gazprom i narodowi operatorzy (Bulgarian Energy Holding, Srbijagas, Magyar Villamos Művek, Plinovodi) mieli po 50% udziałów (oprócz Serbii, gdzie rosyjski gigant posiadał 51%). W 2012 r. wszystkie zainteresowane kraje państwa podjęły ostateczne decyzje inwestycyjne, zwróciły się także do Komisji Europejskiej o wymagane pozwolenia. Według ówczesnego scenariusza rurociąg morski powinien przesłać pierwszy gaz pod koniec 2015 r.

Gazociąg miał się składać z czterech, 32-calowych (813 mm), nitek rur, które na długości 925 km zostałyby ułożone w 12-metrowych odcinkach na dnie Morza Czarnego. Największym wyzwaniem technicznym była głębokość – miejscami aż 2240 metrów poniżej poziomu morza. To tak, jakby najpierw poprowadzić rury na najwyższy polski szczyt Rysy tylko że w dół, a następnie z tych głębin wyprowadzić je na brzeg. Warunki były dużo trudniejsze niż w przypadku Nord Stream przez Bałtyk, który zanurza się maksymalnie na 210 metrów. Jednak technologie rurociągowe rozwijają się bardzo szybko, dzięki czemu gaz i ropa transportowane są obecnie na coraz większych głębokościach. Włosi i Rosjanie mają na koncie sukces budowy i eksploatacji rurociągu Blue Stream do Turcji, który również biegnie przez najgłębsze odmęty Morza Czarnego.

Błyskawiczny początek

Patrząc na mapę rurociągów gazowych, łączących Rosję z Europą, widzimy największy, najbardziej skomplikowany i najstarszy (jeszcze z czasów Związku Radzieckiego) układ przesyłowy na Zachód przez Ukrainę, którym można dostarczyć ponad 120 mld m3 gazu. Biegnie on najgrubszą nitką ze Słowacji, innymi nitkami na Węgry i przez Rumunię do Bułgarii (a dalej do Turcji i Grecji). Polityczną niestabilność w Ukrainie i jej konflikt z Rosją również stały się przyczyną budowy kolejnych rurociągów. Powstała w 1990-tych latach „rura jamalska” przebiegająca przez Białoruś i Polskę posiada jednak zaledwie 1/3 przepustowości ukraińskiego korytarza – 33 mld m3 rocznie. Później wybudowano rurociąg przez Morze Czarne do Turcji – Blue Stream, przesyłający 16 mld m3 surowca. Najnowszy, zakończony w 2011 r., Nord Stream przez Bałtyk może przesyłać 55 mld m3 gazu, jednak pracuje jedynie na połowę swoich możliwości. Dostawy do Europy Środkowej przeniesiono na Jamał i Nord Stream. Natomiast dostawy do krajów bałkańskich i Turcji pozostawały narażone na zakłócenia w dostawach.

Plan budowy Południowego Potoku został ogłoszony w czerwcu 2007 r. jako wspólne przedsięwzięcie Gazpromu i włoskiego ENI, które utworzyły w szwajcarskim Zug spółkę dla jego realizacji. Wcześniej,  w listopadzie 2006 r., firmy zawiązały partnerstwo strategiczne.

Pierwotnie projekt przewidywał przesył 30 miliardów m3 gazu (porównywalna ilość z rurociągiem jamalskim przez Polskę – 33 mld m3), jednak w maju 2009 r. w Soczi, w obecności premierów Rosji i Włoch, podpisano umowę dotyczącą budowy South Stream, zawierającą klauzulę o dwukrotnym zwiększeniu przepustowości do 63 mld m3 rocznie (równej 4-krotnemu zużyciu gazu w Polsce i 2-krotnie więcej niż rurociąg jamalski biegnący przez Polskę).

Po sfinalizowaniu projektu bałtyckiego prezydent Putin rozpoczął zabiegi o kolejny gazowy strumień na zachód. Fundamenty wydawały się solidne: zapotrzebowanie na gaz w UE będzie rósł, jej własna produkcja będzie maleć, Europie potrzebny jest więc zwiększony import gazu. Rosnąca luka między potrzebami a produkcją była zatem szansą dla Gazpromu, szczególnie w Europie południowej, gdzie zużycie surowca gwałtownie rośnie, dostawy znad Morza Kaspijskiego są wątpliwe, a jedynym szlakiem dla dostaw rosyjskich jest Ukraina.

Prace nad rurociągiem przebiegały najintensywniej w latach 2007 -2008, kiedy to przeanalizowano, wynegocjowano i podpisano szereg dokumentów rządowych oraz powołano spółki wykonawcze, zarządzające projektami krajowymi. Opracowano też strategię łączenia Rosji i Europy rurociągami, umożliwiającymi eksport rosyjskiego gazu niezakłócony sporami z Ukrainą.

W 2008 r. zakończono wszystkie formalności. 18 stycznia Bułgaria podpisała umowę z Rosją o powołaniu joint-venture (50:50), określającą bułgarskie przychody z tranzytu surowca na 400 mln euro rocznie. 25 stycznia Austria zgodziła się na utworzenie węzła gazowego Baumgarten jako wspólnego (50:50) przedsięwzięcia Gazpromu i austriackiego OMV. 27 stycznia Serbia podpisała porozumienie o rurociągu i przesyle 10 mld m3 gazu rocznie, a także budowie magazynów gazu na 1 miliard m3 surowca. 28 lutego Węgry podpisały z Rosją porozumienie przewidujące przesył 10 miliardów m3 gazu i budowę magazynu na 1 miliard m3. W kwietniu dołączyła do tego grona Grecja, dodatkowo zawierając z Gazpromem kontrakt długoterminowy od 2013 r. Dodatkowe porozumienia z Rosją podpisała dwa lata później Słowenia, Chorwacja i Austria.

Dla odcinka morskiego, podobnie jak przy Nord Stream, utworzono specjalną spółkę, rozpoczynając od najbardziej zainteresowanej firmy – włoskiego ENI. Później nastąpiła „europeizacja” przedsięwzięcia, czyli dołączanie się do niego kolejnych europejskich uczestników. Zrównoważony układ silnych graczy z blokującym udziałem Gazpromu (50% wymuszającym zrównoważenie interesów) wykrystalizował się w listopadzie 2009 r., gdy prezydent Sarkozy zgodził się na udział w projekcie koncernu energetycznego EdF. Rurociąg przez morze miała budować powołana w 2011 r. spółka South Stream Transport B.V. – z udziałem Gazpromu (50%), włoskiego ENI (20%), francuskiego EdF (15%) i niemieckiego Wintershall (15%). Do końca 2008 r. przeprowadzono studium wykonalności projektu. Pierwsze dostawy przewidywano na rok  2013. Tak się oczywiście nie stało, gdyż zakładano 3-letni okres budowy po otrzymaniu wszystkich zezwoleń europejskich. Do końca 2014 r. jednak żadna zgoda nie została wydana.

Rosja – powrót na Bałkany

Dla Rosji rurociąg South Stream miał być kolejnym strumieniem gazu ziemnego omijającym Ukrainę. Strategicznym zadaniem było zabezpieczenie eksportu gazu jako drugiego (po ropie naftowej) źródła eksportowych dochodów Rosji. Rosjanie na długo przed dzisiejszą wojną na Ukrainie przewidywali, że będzie to region konfliktów, losy Ukrainy są niepewne, a realnym jest scenariusz jej podziału. W takiej sytuacji zachodnia Ukraina, posiadająca strategiczne elementy systemu przesyłowego (łącznie z potężnymi magazynami o pojemności 31 miliardów m3 gazu tj.10-krotnie większymi niż polskie i 2-krotnie większymi niż całe polskie zużycie gazu), mogłaby zażądać do Moskwy ogromnych opłat za tranzyt. Prognoza ta po części się zrealizowała – Ukraina weszła do obozu państw zachodnich i jest na krawędzi wojny z Rosją, domaga się wyższych opłat za tranzyt, a jej katastrofalna sytuacja finansowa może sprzyjać kolejnym kryzysom gazowym.

Program budowy nowych gazociągów jest bardzo kosztowny i rozpisany na dziesięciolecia dostaw. Gazprom jako dostawca gazu do Europy buduje sobie, poprzez elastyczność dostaw, pozycję analogiczną do tej, jaką na światowym rynku ropy naftowej posiada Arabia Saudyjska. W Europie Gazprom mógłby odgrywać podobną rolę „swing producera”, tj. bilansować europejski rynek gazowy i w razie kryzysu dostarczać większe ilości surowca, a przy nadmiarze produkcji – ograniczać swoje wydobycie. Gazprom posiada takie możliwości, gdyż ma największe na świecie złoża – 35,7 tysięcy miliardów m3 gazu (dwa tysiące lat polskich potrzeb) i odpowiada za 13% światowej produkcji surowca. Posiada też strategiczne zapasy mocy wydobywczych gazu (spare capacity) i odgrywa taką właśnie rolę na rynku rosyjskim (równoważy rynek latem i zimą dostosowując produkcję do potrzeb) – w okresie zimowym zwiększa on swoje dzienne wydobycie o 300 milionów m3 gazu (odpowiednik 90 miliardów m3/rok). Analogiczną rolę mógłby odgrywać na europejskim rynku gazu, wykorzystując ogromne i tanie zasoby oraz sieci rurociągów eksportowych, które po realizacji nowych inwestycji znacząco przekraczałyby zapotrzebowanie w ramach dostaw kontraktowych. Atuty te uzupełniają magazyny w Rosji i Europie, będące ważnym buforem bezpieczeństwa dostaw.

Oprócz ominięcia Ukrainy i bilansowania rynku dla Moskwy kluczowy był także wymiar geopolityczny. Strategicznym celem South Streamu było rozbudowanie wpływów Rosji na Bałkanach tj. w tradycyjnym regionie swojego oddziaływania. Moskwa ma tam rozległe interesy, a obszar ten jest jej bliski historycznie, kulturowo i religijnie. W regionie tym mieszkają Słowianie, prawosławie jest wyznaniem dominującym, a państwa (szczególnie Bułgaria i Serbia) tradycyjnie łączy z Rosją przyjaźń i bliskość kulturowa. Do dziś żywe pozostają tam wspomnienia bezsilności Rosji w obliczu wojny w Jugosławii i bombardowań Serbii w latach 1990. Część lokalnych elit politycznych – nastawionych bardziej tradycyjnie, czasami lewicowo, a często antyeuropejsko – liczy na współpracę polityczną i gospodarczą z Moskwą, dla której bazą może być obszar energii, w którym Rosja pozostaje bardzo mocnym graczem. Mając te oczekiwania na uwadze, W. Putin gwarantował państwom bałkańskim bezpieczeństwo dostaw i zachęcał do „zaufania Rosji”, gdy „wraca” ona do regionu.

Zgoda krajów współpracujących z Gazpromem przy South Stream na odgrywanie przez Moskwę ważnej rolę na ich rynkach energetycznych była wyzwaniem dla Waszyngtonu i Brukseli. Budują one jednolity rynek energii, włożyły zatem wiele wysiłku, by „rosyjski projekt” utrącić. Za tak ogromną inwestycją w infrastrukturę szły przecież wpływy i więzi polityczne, podążali za nimi nowi rosyjscy inwestorzy, którzy zyskiwali bazę do konkurowania z Zachodem.

Najsilniejszym przeciwnikiem, z którym starli się Rosjanie przy South Stream byli Amerykanie. Europa Środkowa jest polem intensywnej konkurencji między nimi, natomiast Bałkany są strategicznym punktem ograniczania przez Waszyngton współpracy między Europą a Rosją. Właśnie ta rywalizacja kryje się za rozpowszechnioną w mediach tezą o nadmiernym uzależnieniu Europy od rosyjskiego gazu, zagrożeniach z tego płynących, konieczności dywersyfikacji. Zawsze gdy więzi energetyczne między Rosją a państwami europejskimi są nawiązywane, USA przeciwdziałają temu procesowi, używając swoich wpływów. Amerykanie ratują bezpieczeństwo energetyczne Europy tak jak je postrzegają, czyli ratują ją przed Rosją.

Włochy, czyli przyjaciel pod presją

Pierwszym partnerem Rosjan byli Włosi. Fundamentem tego partnerstwa była przyjaźń oparta na historycznej sympatii, wspólnych geopolitycznych kalkulacjach, interesach gospodarczych oraz braku poważnych konfliktów interesów. Jak określił to Romano Prodi, „Rosja i UE pasują do siebie jak wódka do kawioru”. Dlatego włoskie ENI było pierwszym i najważniejszym partnerem przedsięwzięcia, obejmując z Gazpromem na początku 50% udziałów w odcinku morskim rurociągu. Włoska spółka liczyła także na przesył tą drogą gazu z Kazachstanu, gdzie była zaangażowana w złoże Kaszagan – największą światową inwestycję naftową. Ważny był także dostęp do rosyjskich złóż ropy i gazu, strategiczny sojusz umożliwił ENI zakup w kwietniu 2007 r. syberyjskich producentów ArcticGaz i Urengoil. W ramach projektu South Stream spółka inżynierska Saipem, która już była wykonawcą rurociągu Blue Stream, miała wykonać prace morskie.

Włosi uważali, że rosyjski gaz jest niezbędny Europie. Paolo Scaroni, szef ENI, twierdził, że mamy do wyboru albo setki tysięcy odwiertów w poszukiwaniu gazu łupkowego albo dostawy Gazpromu. Oceniał on sytuację podobnie jak Rosjanie – to Ukraina jest głównym zagrożeniem jako państwo szantażujące przerwaniem tranzytu i podbierającym w razie potrzeby gaz z rurociągów. Ta ocena wywoływała oburzenie amerykańskich dyplomatów, określających ją jako „sowieckie dwójmyślenie”. Dyplomatyczne depesze, które wyciekły z Departamentu Stanu, dają ciekawy obraz działań i nacisków, a nawet szantażu, jakim posługiwali się Amerykanie wobec Włochów.

Przedmiotem intensywnych działań USA była strategiczna współpraca ENI z Gazpromem. Starając się jej zapobiec amerykańscy politycy odwoływali się do dywersyfikacji, co w przypadku Włoch, które importują gaz z wielu źródeł (a udział rosyjskich dostaw wynosi 30%), jasno pokazuje, że nie chodzi o zróżnicowanie dostaw lecz o osłabianie stosunków z Rosją. Ostrej presji poddano samego prezesa ENI – Paolo Scaroni. Podczas wizyty w Waszyngtonie w maju 2008 r. dowiedział się on, że USA będą przeciwdziałały współpracy z Iranem wszystkimi dostępnymi sposobami oraz, że zaniepokojone są rosnącą współpracą energetyczną Europy z Rosją. Rząd amerykański zakomunikował, że jest bardzo niezadowolony ze współpracy ENI z Gazpromem, gdyż jest to sprzeczne z amerykańską polityką dywersyfikacji dostaw gazu i że taka współpraca zagraża bezpieczeństwu energetycznemu Europy. Te oskarżenia wspomagały amerykańskie media, czego ciekawym przykładem był artykuł w „Forbes” pt. „Adwokat diabła” („The Devil’s Advocate”, lipiec 2007 r.), gdzie diabłem był Putin, a jego europejskim adwokatem – ENI i Paolo Scaroni. Włosi mają jednak długie doświadczenie w radzeniu sobie w świecie zdominowanym przez międzynarodowe koncerny naftowe. Już samo stworzenie ENI przez legendarnego Enrico Mattei, było wyzwaniem dla anglosaskich potentatów nafty.

Sytuację komplikowała także malownicza osobowość premiera Berlusconiego (ps. „Il Cavaliere”). Dyplomacja amerykańska i media oskarżały go o prywatne interesy z Rosją, chociaż ten zaprzeczał, zaklinając się, że „nie ma absolutnie żadnych osobistych interesów za granicą i służy jedynie interesom kraju i jego obywateli”. Natowscy sojusznicy Włoch bardzo krytycznie oceniali starania Berlusconiego o utrzymanie przyjacielskich stosunków z W. Putinem. Nie mogli być spokojni, zwłaszcza kiedy świat obiegały zdjęcia Berlusconiego przylatującego w 2009 r. do Soczi, gdzie  W. Putin osobiście prowadził limuzynę, odbierającą włoskiego premiera z lotniska. Świat zobaczył medialnie atrakcyjny obrazek dwóch przywódców, w najlepszej komitywie, a na dodatek kreujących się na macho.

Bułgaria – energetyczny szlem

Bułgaria miała kluczowe znaczenie dla Południowego Potoku, gdyż tutaj rurociąg miał wyjść na brzeg i stąd 63 mld m3 gazu miały być rozprowadzane na całą południową Europę. W styczniu 2008 r. Gazprom i Bulgargaz podpisały porozumienie o przeprowadzeniu dwóch odnóg rurociągu – na południowy i północny zachód.

Rosja jest powiązana z Bułgarią wieloma nitkami energetycznymi. Podstawą zasilania w energię elektryczną jest jeszcze radziecka elektrownia nuklearna w Kozłoduju. Bułgaria już dzisiaj odbiera ponad 3 mld m3 gazu z Rosji, użyczając jej tranzytu przez rurociąg bałkański, którym rocznie płynie 17,8 mld m3 surowca do Turcji. Fundamentalnym zagrożeniem dla Bułgarów jest zależność od tranzytu przez Ukrainę – 90% zużywanego gazu pochodzi z tego kierunku. To właśnie Bułgarzy najbardziej ucierpieli w czasie ukraińskiego kryzysu w styczniu 2009 r. Brak gazu w środku zimy odczuli indywidualni odbiorcy, szkoły, szpitale i cała gospodarka. South Stream mógł rozwiązać ten problem, a jednocześnie przynosił duże korzyści gospodarcze –stabilne dochody za przesył, inwestycje i miejsca pracy dla bułgarskich firm, a także niższe ceny gazu.

Dla Bułgarii rosyjska inicjatywa była szansą na przekształcenie się w europejski węzeł gazowy i naftowy. Kraj, zużywający ponad 3 mld m3 gazu, mógł czuć się bezpiecznie dzięki tranzytowi przez swoje terytorium 63 mld m3 surowca. Tę szansę miał na myśli poprzedni bułgarski prezydent G. Pyrwanow, kiedy twierdził, że „Bułgaria wygrała wielkiego szlema w energetyce”. Do tego szlema zaliczyć można również nową elektrownię jądrową w Belene (czy rozbudowę Kozłoduju) oraz rurociąg naftowy Burgas-Aleksandroupolis, a dodatkowo obniżenie cen gazu i pozbycie się pośredników, którzy opanowali import gazu.

Bułgarski projekt miał także w tle historyczne i kulturowe związki między narodami – szczególnie pamiętane wyzwolenie z niewoli tureckiej przez rosyjską armię pod wodzą cara Aleksandra II w 1878 r. Jednak nacisk ze strony niechętnych projektowi mediów oraz organizacji pozarządowych był tak duży, że prezydent Plewnieliew musiał tłumaczyć się publicznie, że „nie jest rosyjskim koniem trojańskim” w Europie. Zapewniał emigrację bułgarską w Ameryce, że Bułgaria jest „mostem współpracy i handlu między Europą i Rosją”.

Budowa rurociągu w Bułgarii rozpoczęła się wiosną 2014 r.

Bułgaria – nacisk na najsłabsze ogniwo

Bułgaria od samego początku była poddana potężnym naciskom ze strony Waszyngtonu i Brukseli. Kolejne rządy zmieniały decyzje poprzedników, zrywały kontrakty i nie realizowały umów, nie mogąc zdecydować się, co jest ważniejsze – korzyści z udziału w projekcie czy dobre rady sojuszników, naciskających na ograniczanie związków energetycznych z Rosją. Słabość decyzyjna młodej bałkańskiej demokracji ujawniała się w całej krasie.

Amerykanie mówili o dywersyfikacji i niezależności energetycznej, czyli próbowali wypchnąć Rosjan, w zamian oferując własne źródła energii: gaz łupkowy, wydobywany przez Chevron, oraz energię jądrową Westinghouse’a. Nacisk Waszyngtonu ukierunkowany był na wyłączenie energii ze sfery zwykłej gospodarki, w której liczą się wyniki finansowe, i przeniesienie jej w sferę relacji strategicznych, gdzie decydują sojusze polityczne, a rachunek ekonomiczny odgrywa drugorzędną rolę. Bułgaria w końcu zgodziła się na taki ruch, co potwierdził rzecznik bułgarskiego prezydenta, stwierdzając: „W dzisiejszym świecie energia jest częścią bezpieczeństwa narodowego. Strategiczne relacje Bułgarii z USA uwzględniają również sektor energetyczny”.

Amerykańska dyplomacja w Sofii aktywnie naciskała, by negocjacji nie prowadziły kraje członkowskie lecz Unia Europejska, albo wszystkie kraje razem. Urzędnikom, ministrom oraz doradcom rządowym Amerykanie przedstawiali swoją negatywną ocenę projektu, proponując utworzenie specjalnej grupy doradczej, złożonej z opłacanych przez siebie prawników. Taka strategia pełnej kontroli nad procesem decyzyjnym określana była w dyplomatycznych depeszach jako „krycie wszystkich baz”.

W stosunku do Bułgarii działano bardzo otwarcie, co było nie do pomyślenia w relacjach z Berlinem. Tam nie można było sobie pozwolić na jawne ingerencje w wewnętrzne sprawy Niemiec – jedna uwaga amerykańskiego ambasadora w Szwecji na temat Nord Stream zakończyła się protestem niemieckiego MSZ. Natomiast w Sofii ambasador John Beyrle w styczniu 2008 r., w przeddzień wizyty prezydenta Putina i uroczystości podpisania umów rządowych, publicznie zachęcał bułgarskie władze do przejęcia „w interesie narodowym Bułgarii” większościowego pakietu w przedsięwzięciu i zwiększenia opłaty za przesył. Matthew Bryza (zastępca sekretarza stanu ds. energii) stwierdził, że „rurociąg jest dla Bułgarii za drogi”. Podnoszono poprzeczkę, podgrzewano nastroje opinii społecznej, utrudniając wypracowanie kompromisu.

Po przeprowadzeniu przetargów na budowę rurociągu nowa amerykańska ambasador, Marcie Ries, w dzienniku „Dnewnik” zagroziła Bułgarii sankcjami, stwierdzając, że „Stany Zjednoczone są głęboko zaniepokojone, iż konsorcjum, którego właścicielem jest osoba podlegająca sankcjom w USA, jest wykonawcą tego rurociągu. Firmy i osoby fizyczne, które udzielają materialnego wsparcia Strojtransgazowi, mogą być również objęte sankcjami ze strony USA”. Również na facebookowym profilu ambasady amerykańskiej zarekomendowała bułgarskim władzom, by „unikały współpracy z firmami i osobami, na których ciążą amerykańskie sankcje”.

Presja nie ustawała. W lutym 2012 r. do Sofii przyjechała sekretarz stanu Hillary Clinton, która również starała się skłonić Bułgarów do ograniczenia współpracy z Rosją. Przedstawiła swoją ofertę energetyczną amerykańskich firm gotowych wejść na bułgarski rynek energetyczny (np. Westinghouse). Naciskała na zniesienie zakazu szczelinowania hydraulicznego, uniemożliwiającego poszukiwania gazu łupkowego przez Chevron. Mimo tego zaraz po tej wizycie Bułgarzy pojechali do Moskwy, by negocjować warunki budowy South Streamu oraz elektrowni nuklearnej. Kilka dni później do Sofii przyjechał Richard Morningstar – specjalny przedstawiciel USA do spraw energii w rejonie Euroazji. Naciskał on na podjęcie przez Bułgarię działań „uwzględniających dywersyfikację nuklearną, energetyczną, rozwój odnawialnej energii oraz jej alternatywnych źródeł”. W tym samym czasie z rządem bułgarskim negocjował szef Gazpromu Aleksiej Miller. Na tym etapie rosyjska oferta wygrała, prace nad rurociągiem były kontynuowane.

Decydujące starcie odbyło się 8 czerwca 2014 r., gdy Bułgarię odwiedzili trzej senatorowie z USA – John McCain, znany z ostrej antyrosyjskiej retoryki, Ron Johnson i Christopher Murphy. W niedzielę politycy spotkali się z premierem Płamenem Oreszarskim, który po rozmowach, na konferencji prasowej zwołanej ad hoc, ogłosił  że „wstrzymuje wszystkie prace przy gazociągu, a jego dalszy los rozstrzygnie się po konsultacjach z Komisją Europejską”. Ujawnił, że przedmiotem rozmów była „sprawa rurociągu South Stream i żądania Komisji Europejskiej”. Zadeklarował, że „Bułgaria chce również uczestniczyć w projekcie Shah Deniz, zapewniającym gaz ziemny z Azerbejdżanu”. Uczestniczący w konferencji prasowej senator McCain stwierdził, że „w projekcie South Stream powinno być mniej rosyjskich udziałów”, a swoje problemy Bułgaria powinna rozwiązywać wspólnie z europejskimi partnerami. Senator Murphy wyraził nadzieję na wspólne stanowisko Europy w sprawach Ukrainy, dodając, że cieszy się z wycofania przez Bułgarię sprzeciwu wobec „starań o zablokowanie rurociągu South Stream”.

Jest oczywiste, że premier Oreszarski działał w pośpiechu – jeszcze kilka dni wcześniej zapewniał, że nie ugnie się pod naciskiem Brukseli i rurociąg powstanie, gdyż jest inwestycją bardzo korzystną dla bułgarskiej gospodarki. O swojej decyzji nie poinformował ani partii, ani rządu. Ogłoszenie tak ważnej decyzji po rozmowie i w towarzystwie amerykańskich senatorów opozycja uznała za „żenujące”.

W Brukseli strat nie pokryją

Amerykanie bardzo skutecznie naciskali na Bułgarów, jednak główną siłą blokującą projekt była Komisja Europejska – sam prezydent Barroso zagroził blokadą działań, komisarz ds. energii wielokrotnie żądał zaprzestania prac nad rurociągiem. Nacisk narastał wraz zaawansowaniem prac, w sierpniu 2013 r. Komisja dopominała się, by Bułgaria nie stosowała preferencji dla rosyjsko-bułgarskich wykonawców. Czarę goryczy przepełnił przetarg na budowę, który wygrała rosyjska firma Strojtransgaz w konsorcjum z bułgarskim Gasprojekt Jug. W budowie miało wziąć udział pięć wielkich firm bułgarskich, a prawie sto miało współpracować przy realizacji inwestycji o wartości 3,5 mld Euro. Właścicielem Strojtransgazu jest Giennadij Timczenko, objęty amerykańskimi sankcjami. Dla Komisji przetarg nie był dość przejrzysty. Nie zostały zachowane w nim procedury konkurencyjne, dlatego złożyła skargę na naruszenie przez Bułgarię regulacji unijnych.

Bułgaria nawet wtedy, gdy Bruksela przejęła negocjacje z Rosją, podjęła próbę przywrócenia możliwości realizacji rurociągu. W marcu 2014 r. bułgarski parlament przyjął ustawę, która uznała rurociąg przez Bułgarię za połączenie z odcinkiem morskim, wyjmując go spod jurysdykcji Brukseli. Jednak możliwość oporu wobec wspólnych nacisków Brukseli i Waszyngtonu przekraczała siły tak małego i słabego państwa. Z tego powodu upadły wszystkie projekty: gazowy, naftowy i nuklearny. Utrata South Stream niesie potężne i długofalowe straty, oceniane na 600 milionów euro rocznie. Jeśli powstanie Turkish Stream, przesył rosyjskiego gazu do Turcji przez Bałkany ustanie, a przynosi on Bułgarii 150 mln euro rocznie.

Ze względów środowiskowych odmówiono zezwolenia na budowę terminalu naftowego w Burgas, dzięki któremu ropa rosyjska i kazachska mogła omijać Bosfor. Rurociąg naftowy Burgas – Aleksandroupolis miał przesyłać 50 mln ton ropy rocznie, umożliwiając przeładunek z niewielkich statków czarnomorskich na supertankowce na Morzu Egejskim. Kontrakt z marca 2007 r. dawał Rosjanom 51%, a Grekom i Bułgarom po 24,5% udziałów. Grecy interweniowali, by Bułgarzy nie blokowali tego przedsięwzięcia, atrakcyjnego dla ich portów i statków, jednak greckie starania spełzły na niczym.

Podobnie stało się z inicjatywami nuklearnymi. Zawarte w styczniu 2008 r. kontrakty na budowę dwóch reaktorów o mocy 1000 megawatów o wartości 6 miliardów dolarów zostały anulowane. W to miejsce chce wejść Westinghouse, choć Bułgarii grożą kary umowne za zerwanie kontraktu z Atomstroj Exportem. UE wymogła na Bułgarach zamknięcie starszych reaktorów elektrowni atomowej w Kozłoduju w 2015 r., Bułgarii grozi więc „katastrofa energetyczna” tj.  podwyżka cen energii elektrycznej i utrata pozycji największego na Bałkanach eksportera.

Żaden z planowanych projektów nie został zrealizowany, podczas gdy Bułgaria miała szansę stać się największym energetycznym ośrodkiem tranzytowym na Bałkanach, być producentem i eksporterem taniego prądu z elektrowni jądrowych, który jest sprawą kluczową także politycznie. W sytuacji, gdy ceny energii zmierzają do „europejskich poziomów”, a zarobki pozostają na poziomie 10-krotnie niższym, koszt energii jest ważnym zagadnieniem politycznym – w lutym 2013 r. podwyższone rachunki doprowadziły do wielodniowych walk i manifestacji ulicznych i w efekcie do obalenia rządu.

Po upadku projektu Bułgaria przyznała, że stało się tak z jej winy, gdyż rząd nie wydał pozwoleń na budowę. Z jednej strony chciał to naprawić, z drugiej prosił Komisję Europejska o rekompensatę za korzyści utracone wskutek jej działań. Gdy premier Borisow zwrócił się z tym do Brukseli, proponując by sfinansowała budowę gazowego węzła na brzegu Morza Czarnego, uzyskał uprzejmą odpowiedź, by złożył szczegółowy projekt, który powinien być dostosowany do europejskiej polityki energetycznej wobec Rosji. Tym samym Bułgaria przegrała swojego „wielkiego energetycznego szlema”.

Przegrali także i Węgrzy, choć ich gra wyglądała zupełnie inaczej.

Węgierski Dawid przeciw Goliatowi

Dla Węgier gaz ziemny jest ważnym surowcem importowanym z Rosji, zapewniającym prawie 40% energii (dla porównania w Polsce – 13%). Problemem jest przesył całości dostaw gazu przez Ukrainę. Związki gospodarcze między Węgrami i Rosją są mocne – Moskwa to drugi największy partner handlowy Budapesztu.

Początkowo priorytetem dla Węgrów było rurociąg Nabucco, w którym uczestniczył wegierskiej MOL. Jednak już w styczniu 2008 r. węgierski premier Ferenc Gyurcsany, w rozmowie z W. Putinem,  stwierdził, że „Nabucco to dawne marzenie i stary plan. A my nie chcemy marzeń, my potrzebujemy projektów. Jesteście szybsi niż Nabucco”. W lutym tego roku uzgodniono umowę międzyrządową, a w miesiąc później szefowie Gazpromu i MOL-a, w obecności władz, podpisali porozumienie (MoU) dotyczące prac przy rurociągu i magazynie gazu. Jednak we wspólnym przedsięwzięciu (udziały 50/50) stronę węgierską reprezentował nie sprywatyzowany MOL, lecz państwowy bank rozwoju (HDB).

Działania Węgier były dużo bardziej konsekwentne niż Bułgarii. Gdy władzę przejął Wiktor Orban, spodziewano się zwrotu w sojuszach – przecież, gdy premier Gyurcsány podpisywał pierwsze porozumienie o budowie gazociągu, będąc w opozycji Orban rzucał oskarżenia o „konstytucyjnym zamachu stanu”. Jednak jego rząd, wręcz przeciwnie, rozwinął współpracę energetyczną z Rosją na dużą skalę, a jej uwieńczeniem było podpisanie 31 stycznia 2014 r. porozumienia z RosAtomem o budowie dwóch nowych bloków elektrowni jądrowej Paks, zaspokajającej 40% węgierskiego zapotrzebowania  na energię elektryczną. Dzięki temu Węgry zdołają utrzymać niskie ceny energii, co jest istotne przy niskiej sile nabywczej społeczeństwa i konieczne jest dla zachowania konkurencyjności węgierskiego przemysłu. Kluczową zaletę kontraktu stanowi długoterminowe finansowanie przez Rosjan kwotą 10 miliardów euro na znacznie korzystniejszych warunkach niż rynkowe.

Rurociąg, elektrownia atomowa i dobre stosunki z Rosją przyczyniły się do powszechnej na Zachodzie krytyki Orbana, próbującego poprawić sytuację negocjacyjną Węgier w sieci unijnych i globalnych zależności. Węgrzy odbierali zachodnim bankom i koncernom kolejne źródła zysków, stawiając  na gospodarkę narodową i zwiększając dochody państwa. Współpraca z Rosją była także związana z nacjonalizacją sektora energetycznego i rynku mediów poprzez wykup przedsiębiorstw, sprzedanych wcześniej zagranicznym inwestorom. Premier Orban postawił sobie za zadanie zapewnienie Węgrom jak najtańszej energię, gazu i wody.

W tym czasie Amerykanie zaczęli oskarżać węgierskiego premiera o bycie „koniem trojańskim Putina” i przekształcanie Węgier w kraj autorytarny. Senator McCain posunął się do twierdzenia, że Orban jest „neofaszystowskim dyktatorem, sypiającym z Putinem”. Ataki słowne i kuluarowe zabiegi zawiodły, więc USA posunęły się do kroku wyjątkowego wśród NATO-wskich sojuszników – nałożyły sankcje personalne na 6 węgierskich polityków, którym zarzucono korupcję lecz bez przedstawienia dowodów. Zastrzeżenia do współpracy energetycznej z Rosją Amerykanie wyłożyli jednak klarownie, protestując szczególnie przeciw sprzedaży Gazpromowi przez MOL 49% akcji chorwackiej spółki naftowej INA, a tym samym oddaniu rosyjskiemu koncernowi kolejnego przyczółku w Unii.

Węgierski premier otwarcie mówił o działaniach Waszyngtonu, który „wywierał na Węgry ogromną presję, obawiając się ich zbliżenia z Rosją”. Na oskarżenia i sankcje odpowiadał wprost: „Nie prowadzimy polityki prorosyjskiej, ale politykę prowęgierską”. Dla Węgier liczyły się przede wszystkim interesy – zmniejszenie zależności od zewnętrznych źródeł energii dzięki elektrowni jądrowej oraz dywersyfikacja dostaw gazu przez South Stream.

Próbując ratować projekt przed blokadą Brukseli, węgierski parlament  uchwalił w listopadzie 2014 r. ustawę, wyjmującą przedsięwzięcie spod jurysdykcji Unii. Orban powoływał się na fakt, że „Niemcy zbudowali Nord Stream, co sprawia, że mogą ominąć Ukrainę jako źródło potencjalnego zagrożenia. Nie chcemy większych korzyści niż te, których pragną Niemcy”. Jednak siła głosu tych krajów ma w Brukseli różną moc. Komisja Europejska wezwała Budapeszt do złożenia wyjaśnień. Péter Szijjártó, minister spraw zagranicznych i handlu, odpowiedział wówczas zdecydowanie, że „Unia nie powinna nam mówić, jaką mamy prowadzić politykę energetyczną”. Przypomniał, że polityka energetyczna należy do kompetencji państw członkowskich, a nie Komisji.

Po upadku projektu Orban oskarżył Brukselę o ciągłe blokowanie rurociągu i porównał starania Węgier o energetyczną samodzielność w Unii do walki Dawida z Goliatem.

Unia blokuje

Włochy, Bułgaria i Węgry, wraz z pozostałymi uczestnikami projektu (Austria, Grecja, Serbia), dążyły do zbudowania Południowego Potoku, licząc na znaczące korzyści. Bruksela natomiast od początku przedsięwzięcie to blokowała. Już we wrześniu 2007 r. komisarz ds. energii Andris Piebalgs oceniał przyszłość projektu jako „niepewną”, zniechęcając zainteresowane państwa do angażowanie się w to przedsięwzięcie. Komisja Europejska, popierała, także finansowo, plany dostaw gazu z Azerbejdżanu przez Turcję rurociągiem Nabucco, który przegrał konkurencję o zasoby Azerbejdżanu z projektem TAP. Takie konflikty jak wojna gruzińska w 2008 r., czy przerwanie dostaw gazu przez Ukrainę w styczniu 2009 r., również czasowo blokowały realizację South Stream.

Rosjanie podejmowali różne inicjatywy polityczne pod adresem UE na rzecz realizacji South Stream. Minister energetyki A. Nowak w 2012 r. dwa razy składał projekty porozumień między Unią a Rosją, próbując rozwiązać spory i proponując by lądowe rurociągi sprowadzające gaz przez Morze Czarne i Bałtyckie potraktować jako przedłużenie ich morskich odcinków. Inicjatywa jednak nie spotkała się z żadnym odzewem Brukseli.

W grudniu 2013 r., gdy już wszystkie przygotowania były zakończone, Komisja Europejska uznała umowy rządowe między uczestnikami projektu i Rosją za sprzeczne z prawem unijnym. Zagroziła, że banki europejskie nie będą finansować takiego projektu. Zastrzeżenia Komisji uderzały w kluczowe parametry: kontrolę właścicielską nad rurociągiem (unbundling), możliwość wykorzystania całej mocy przesyłu (dostęp stron trzecich) i koszty przesyłu (taryfy ustalane przez regulatora). Wszystkie kraje (oprócz Węgier) pod naciskiem Komisji zaprzestały współpracy z Rosją i upoważniły Komisję do negocjacji dostosowujących projekt do wymogów unijnych.

Od początku 2014 r. spór między Brukselą a Moskwą narastał z powodu zaostrzania się wojny na Ukrainie. Unia nałożyła sankcje na Rosję, ta odpowiedziała kontrsankcjami, a rurociąg South Stream stał się ofiarą eskalacji konfliktu. 10 marca Komisja zawiesiła rozmowy i prace grup roboczych, które miały rozwiązać problemy Południowego i Północnego Potoku. Wrogie nastroje wobec inwestycji wyrażał także Parlament Europejski, który przytłaczającą większością przyjął 16 kwietnia uchwałę, żądającą zablokowania rurociągu. Kolejna uchwała, podjęta we wrześniu tego roku, wzywała do unieważnienia międzyrządowych umów dotyczących projektu. Groźba zablokowania South Stream została również otwarcie użyta przez Komisję Europejską jako narzędzie politycznego szantażu. W maju 2014 r. komisarz Oettinger w wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” stwierdził, że budowa może być kontynuowana pod warunkiem, że Rosja zmieni swoje stanowisko wobec Ukrainy, uzna jej władze, a także dostosuje się do unijnego prawa. Ponadto Bruksela trzymała w zanadrzu sprawę antymonopolową przeciwko Gazpromowi, rozpoczętą 4 września 2012 r., a także w połowie zakręcony kurek na Nord Stream.

Pomimo przeszkód spółki rurociągowe prowadziły prace, podpisywały kontrakty na zakup i układanie rur na dnie morskim i na lądzie. Budowa w Bułgarii i Serbii uroczyście się rozpoczęła i trwała aż do 1 grudnia 2014 r., kiedy to W. Putin. ogłaszając zamknięcie projektu, nazwał działania Brukseli „wkładaniem kija w szprychy”. Jednak to nie chęć zepsucia czyjejś pracy miała decydujące znaczenie. Działania Unii Europejskiej mają głębsze uzasadnienie.

Chcąc zbudować jednolity europejski rynek gazu, UE nie może dopuścić do powstawania niepasujących do niego elementów i wzmacniania pozycji krajów członkowskich, czemu sprzyja współpraca z Gazpromem, będącym konkurentem zachodnioeuropejskich firm w Europie Wschodniej. Z tego względu Komisja Europejska cieszy się w swoich działaniach wsparciem międzynarodowych koncernów, chcących budowy wspólnego europejskiego rynku i złamania krajowych monopoli. Szef Shella, Jeroen Van der Veer, wzywał komisarza europejskiego do poskromienia państw członkowskich w ich zapędach zawierania dwustronnych umów z Gazpromem, gdyż takie rynki pozostawały niedostępne dla międzynarodowych graczy. Fundamentem strategii Brukseli  jest liberalizacja, czyli otwarcie dostępu do rynków krajowych, wręcz przygotowanie infrastruktury dla tego celu. Unia, broniąc własnych inwestorów, zdecydowanie sprzeciwia się także rosyjskim akwizycjom w sektorze energetycznym, protestując przeciwko większościowym udziałom rosyjskim w krajowych odcinkach South Stream. W przypadku bankrutującej Grecji nie zgodziła się na sprzedaż Gazpromowi operatora gazowego.

Unia Europejska przyjęła w III Pakiecie Gazowym system, który jest tak skonstruowany, by o możliwościach przeprowadzenia dużych projektów decydowała Bruksela. Rosjanie chcieli to ominąć, zawierając porozumienia z rządami. Unia nie może ich unieważnić czy zabronić, lecz może wszcząć długotrwałe kontrole zgodności z unijnym prawem, które w przypadku takich inwestycji polegają na… udzieleniu zwolnień od wymogów. Długa lista wyjątków od wymogów III pakietu jest dowodem, jak silna jest kontrola Brukseli. Nawet krótki łącznik między Turcją a Grecją (296 kilometrów i 7 miliardów m3 rocznie) wymagał zgody komisarza Piebalgsa na uchylenie wymogów prawa energetycznej konkurencji. Bez nich inwestycje w importową infrastrukturę są nieopłacalne, gdyż inwestor nie może wykorzystać całych mocy rurociągu. Konkurencyjne projekty – zarówno Nabucco, jak i TAP – taką zgodę na wyjątkowe traktowanie otrzymały. South Stream ich nie uzyskał, nie znajdował się bowiem na liście projektów priorytetowych.

Istotnym czynnikiem polityki UE jest także układ sił w Brukseli.  W oczy rzuca się bowiem różnica w traktowaniu rurociągów South i Nord Stream, gdzie silne kraje Unii, przede wszystkim Niemcy, nie pozwoliły sobie na ingerencję ze strony Komisji Europejskiej. Wręcz przeciwnie, komisarze unijni deklarowali, że jest to „projekt europejski, unijny”. Dotyczyło to zarówno przewodniczącego Barroso („Europa potrzebuje Nord Stream”), jak i pani komisarz ds. stosunków zewnętrznych, Benita Ferrero-Waldner , która zadeklarowała, iż „gazociąg północny jest projektem bezpiecznym z ekologicznego punktu widzenia, wniesie ogromny wkład w urzeczywistnienie bezpiecznych, nieszkodliwych dla środowiska dostaw gazu do UE”.

Kto zyskał, kto stracił?

Projekt upadł, warto więc podsumować, kto na tej klęsce skorzystał, a kto stracił. Z pewnością największe straty poniosły kraje południowo-wschodniej Europy, próbujące zwiększyć bezpieczeństwo dostaw i zabezpieczyć się przed konsekwencjami kryzysu na Ukrainie. Nie spełniły się nadzieje na stworzenie nowych miejsc pracy, niższe ceny gazu i stałe dochody z tranzytu. Ich interesy gospodarcze i polityczne doznały uszczerbku, a region, pozbawiony alternatywnych dostaw gazu, staje się zakładnikiem konfliktu na Ukrainie.

Oferta Brukseli, by kraje południowo-wschodniej Europy otwierały dostęp do rynku dla wielkich graczy, jest mało przekonująca w świetle perspektywy stabilnych dostaw i dochodów z tranzytu rosyjskiego gazu.

Zwycięzcą jest USA – jedyny gracz, który osiąga swoje strategiczne cele. Waszyngton skutecznie osłabia współpracę energetyczną Europy z Rosją i nie ponosi przy tym żadnych kosztó1)w. Wręcz odwrotnie, ogranicza samodzielność krajów europejskich w polityce energetycznej i znosi przeszkody w tworzeniu jednego europejskiego rynku energii, który mógłby być miejscem ekspansji amerykańskich firm. Westinghouse jest blisko wejścia na rynek Bułgarii, a amerykańskie pomysły eksportu LNG do Europy stają coraz bardziej realne.

Europa poważnie nadwyrężyła stosunki z głównym dostawcą gazu, strategicznie odwracając się od najbliższego geograficznie i największego na świecie źródła gazu ziemnego (prawie 50 bilionów m3, czyli 3 tysiące lat polskich potrzeb, a 100 lat całego zużycia Europy). Starania o gaz z Turkmenistanu, którego rezerwy są o wiele mniejsze od rosyjskich (17 bilionów m3), Europa przegrała z Chińczykami . Powstaje pytanie, czy przegra także konkurencję o zasoby rosyjskie? W najbliższym czasie zagrożenie to nie jest poważne – konsumpcja gazu zmniejsza się, więc nowe inwestycje doprowadzające gaz do Unii nie stanowią pilnej potrzeby. Jedynie katastrofa na Ukrainie może doprowadzić do kryzysów gazowych na Bałkanach. Straty europejskich przedsiębiorstw, szacowane na 2,5 miliarda euro, nie stanowią również poważnego uderzenia w gospodarkę Unii.

Co ważniejsze, fiasko South Stream jest uderzeniem w handel i inwestycje w Rosji, gdyż w ramach wymiany energetycznej Unia otworzyła niegdyś rosyjski rynek dla swych produktów, kapitału, a dzisiaj  go traci. Najgorsze jest jednak to, że na wschodzie i południu rysuje się coraz bardziej niebezpieczny obraz: Europa jest otoczona szeregiem wojen domowych i konfliktów zbrojnych, blokad i sankcji gospodarczych. Już od Ukrainy zaczyna się strefa konfliktów, która przez Bliski Wschód (Irak, Syria), ciągnie się do Afryki Północnej (Libia). Jeśli do tego zestawu wrogich sił dodać Rosję, sytuacja Europy zaczyna przypominać oblężoną twierdzę otoczoną przez nieprzyjaciół.

Traci również Rosja. Niepowodzeniem zakończyła się próba powrotu na Bałkany, podobnie jak strategia budowania stabilnych powiązań gazowych i gospodarczych w Europie, zmniejszających ryzyko konfliktów. Nie udała się podobna do Nord Streamu próba bezpośredniego połączenia dostawcy z odbiorcą. Rosja, zależna od tranzytu przez Ukrainę, może jedynie przenieść tę zależność na Turcję – silne państwo, z elitami potrafiącymi dbać o narodowe interesy, czasami posuwającymi się do stanowczych posunięć. Z pewnością dla Rosji (ale też dla Europy) jest to dużo mniej korzystny wariant, niż bezpośrednie połączenie.

Zwycięzcą tego rozdania jest też Turcja. Stary projekt natychmiast zastąpiono nowym – Turkish Stream. Przez Morze Czarne i Turcję gaz doprowadzony ma być tą drogą do granicy z Grecją, gdzie powstać ma hub sprzedażowy. Nowy potok transportować ma 63 mld m3 gazu, z czego 14 mld m3 dla Turcji. Pozostała ilość oferowana ma być dotychczasowym odbiorcom gazu przez Ukrainę. Turcy dostali już swoją nagrodę – wyższe dostawy o 3 miliardy m3 przez Blue Stream, i o 11% niższą cenę gazu. Zaspokoili własne potrzeby energetyczne i przejęli kontrolę nad szlakiem dostaw dla Europy.

Czy projekt zastąpiony zostanie przez Turkish Stream? Rosjanie od początku zabezpieczali sobie alternatywne rozwiązania. Kiedy mieli kłopoty z Bułgarią, zaczynali negocjować z Rumunią, a przy badaniu warunków dla morskiego odcinka przeanalizowali dwie trasy rurociągu. Po wycofaniu się  z Południowego Potoku, nie zaprzestano ani produkcji rur, ani ich dostawy na wybrzeże. W końcu 4 mld dolarów, wydane na rosyjską infrastrukturę, nie może pójść na marne.

Andrzej Szczęśniak

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułDwie Jadwigi Staniszkis, czyli fiasko procesualnej teorii władzy
Następny artykułDlaczego nie kupię „Kapitału w XXI wieku” Thomasa Piketty`ego
Ekspert rynku ropy naftowej i paliw, gazu ziemnego i energii oraz bezpieczeństwa energetycznego. Lat 55. Prowadzi ekspercki portal branżowy NaftaGaz.pl (www.NaftaGaz.pl) poświęcony sprawom sektora oil&gas oraz bezpieczeństwa energetycznego oraz blog www.szczesniak.pl "Paliwa, Energia, Polityka". Od 1991 roku w sektorze naftowym, prezes Polskiej Izby Paliw Płynnych w latach 1995 – 2001. Jako prezes zarządu Konsorcjum Gdańskiego SA 1999 – 2002 brał udział w prywatyzacji Rafinerii Gdańskiej. W latach 2002 - 2006 w Polskiej Organizacji Gazu Płynnego. 2006 - 2007 r. prezes zarządu Lotos Partner w Grupie Lotos S.A. Obecnie analityk sektora naftowego i gazowego i wydawca serwisów branżowych. Często komentujący bieżące wydarzenia w mediach.

1 KOMENTARZ

  1. Doskonały art. o gazie . Czarno widzę jednak przyszłość Europy w obliczu działań USA . Przykład – lawina uchodżców z krajów rozbitych przez „demokrację” made by USA – Irak , Syrię , Libię . Póki co , UE udaje , że nie wie skąd się wzięła to lawina i zamiata sprawę pod dywan . Brak nacisku Zachodu na Kijów podsyca konflikt . Nasi rządzący cieszą się z amerykańskich czołgów na polskiej ziemi , a Niemcy …podpisały memorandum na budowę nowej nitki NS !

ZOSTAW ODPOWIEDŹ