Głosy zza Odry (Raum ohne Volk)

0

Punktem wyjścia rozważań Gernota Hüttiga opublikowanych na łamach znakomitego bońskiego „nieregularnika” „Etappe” (nr 20) są dwie książki: Zmierzch Zachodu Oswalda Spenglera i wydana w 1926 r., ciesząca się złą sławą, Volk ohne Raum Hansa Grimma (Grimm pisząc o „przestrzeni dla narodu” miał na myśli kolonie zamorskie). Czy dziś mamy do czynienia z problemem „narodu bez przestrzeni” jak zakładał Grimm w odniesieniu do swojej epoki, czy raczej „przestrzeni bez narodu”, jak przewidywał Spengler. Spojrzeć należy na tę kwestię z szerszej perspektywy, umieszczając Niemcy w kontekście całej Europy z jej pozaeuropejskimi odnogami i z Rosją na jej skraju.

Kiedy Grimm porównywał Niemcy z Rosją, której zresztą w swojej książce nie poświęcał wiele uwagi, chodziło mu o podkreślenie różnicy pomiędzy nimi – o „prawie nieskończoną” przestrzeń Rosji. Dzisiaj Rosja przeżywa głęboki upadek; koniec jej imperialnej roli zbiega się z procesami demograficznymi, które pozbawiają kraj szansy stanięcia na nogi, a tym samym przyszłości. Bilans ludnościowy Rosji polepszył się tylko dlatego, że po upadku ZSRR ok. 11 mln Rosjan z republik postsowieckich zamieszkało na terytorium Federacji Rosyjskiej. W roku 2005 wskaźnik urodzeń spadł do 1,1 narodzin na kobietę. Nawet gdyby do 2050 podniósł się do 1,9, to liczba ludności ze 142 mln w 2005 spadłaby w 2050 do 101 mln; gdyby natomiast wskaźnik urodzeń był taki jak obecnie, spadłaby do 95 mln i byłaby niższa niż liczba ludności Jemenu. Po kolejnych 50 latach skurczyłaby się do 55-80 mln. Znacznie wzrósłby wówczas odsetek ludności muzułmańskiej.

Trwa exodus ludności rosyjskiej z Syberii, z Północy i z Dalekiego Wschodu. Ruch migracyjny odbywa się w kierunku zachodnim, w kierunku Moskwy, Petersburga, Niżnego Nowogrodu, Samary i Biełgorodu. Niektórzy autorzy przypuszczają, że Daleki Wschód i region arktyczny opuściło nawet do 40% ludności rosyjskiej, czyli europejskiej. Okazuje się, że „prawie nieskończona” przestrzeń Rosji stała się zbyt duża dla narodu rosyjskiego. Ponieważ na wschodzie powstaje próżnia, rośnie nacisk demograficzny ze strony Chin i chińskie osadnictwo, co spowoduje, że postępować będzie stopniowa azjatyzacja tamtych obszarów; wpływy rosyjskości będą malały. Ponadto obszar Chin jest zbyt blisko, różnice kulturowe zbyt duże a stosunki rosyjskie nie są na tyle atrakcyjne, żeby możliwa była jakaś rusyfikacja ludności napływowej. Inaczej wygląda sytuacja na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie szybko zwiększa się udział ludności latynoskiej; tam proces przebiega odmiennie– biała ludność nie wycofuje się, lecz zostaje zmajoryzowana w wyniku legalnej i nielegalnej imigracji z Meksyku oraz wyższej dzietności przybyszy.

W Niemczech następuje spadek liczby ludności, dzietność jest na katastrofalnie niskim poziomie. Wskaźnik urodzeń w Niemczech Zachodnich już od 1972 r. był jednym z najniższych na świecie, a po zjednoczeniu trend ten objął także b. NRD. Obecnie w Niemczech na jedną kobietę przypada 1,38 urodzin, przy czym jedna trzecia urodzonych dzieci ma pochodzenie imigranckie. Trwa wewnętrzna migracja z b. NRD na zachód; w Niemczech Zachodnich niektórym rejonom także grozi, choć w mniejszym zakresie, odpływ ludności, np. z Górnego Palatynatu, Północnej Hesji czy Kraju Saary. Tych emigrantów przyciągają silne gospodarczo regiony w Bawarii, Fryburgu, Szwabii, Kolonii i Lüneburgu.

W okresie od 1990 do 2006 r. z b. NRD wywędrowało 1,7 mln ludzi, przede wszystkim młodych, wśród nich było więcej kobiet niż mężczyzn. Ta wewnętrzna migracja pozostawia puste przestrzenie: do 2030 r. liczba ludności na tamtych terenach skurczy się o 1/3, a w niektórych rejonach np. w saksońskiej Hoyswerddzie o ponad połowę. Demograficznie ustabilizują się Lipsk, Drezno, Jena, ale tylko dzięki temu, że wysysają otaczające je regiony. To że wieś i prowincja zasilają mieszkańcami centra, odpowiada regule; nowością obecnej sytuacji jest to, że migracja do miast oznacza wyludnienie prowincji, ponieważ wskaźnik urodzin spada poniżej wartości niezbędnej do utrzymania liczby ludności.

Szczególnie bolesne jest zmniejszanie się liczby ludzi w tzw. wieku produkcyjnym. Połowa z tych, którzy wyjechali, miała mniej niż 30 lat. Do 2030 r. grupa ludzi w wieku produkcyjnym zmniejszy się w nowych landach o 30%, w starych – o 10%. Według szacunków ekspertów w Brandenburgii w roku 2050 45% ludności będzie miało ponad 65 lat. Niewykluczone, że koszty utrzymania infrastruktury i usług publicznych w niektórych wyludnionych regionach staną się w przyszłości tak wysokie, ze będzie się płacić tamtejszym mieszkańcom premie za przeprowadzkę; pozostanie „Niemandsland”.

Obecna migracja wewnątrz Niemiec na zachód (proces ten obserwujemy także wewnątrz innych państw i pomiędzy państwami europejskimi) nie wynika z nacisku demograficznego, ale z siły przyciągania niektórych centrów; ruchy te nie rodzą się z nadmiaru ludności poszukującej „pustej przestrzeni” do zasiedlenia, lecz tę pustkę zostawiają po sobie, zamiast „narodu bez przestrzeni” mamy „przestrzeń bez narodu”. Według znanego demografa prof. Herwiga Birga obszar dawnego NRD będzie w roku 2050 wyłącznie pojęciem geograficznym.

Negatywne trendy demograficzne i wewnętrzna migracja to zjawiska, które występują nie tylko w Rosji i w Niemczech, lecz – oczywiście w większym lub mniejszym stopniu – we wszystkich krajach europejskich. Wszędzie w Europie, gdzie demograficzne trendy są szczególne niepokojące, najsilniej przyciągają nieliczne centra, najczęściej są to stolice. Wyjątkiem jest Berlin, bowiem w Niemczech większą od niego siłę przyciągania mają południowo-zachodnie centra gospodarcze.

Migracja wewnątrz państw spowoduje wyludnianie się prowincji, natomiast migracja ponad granicami sprawi, że całe kraje i grupy krajów staną się wyludnioną prowincją. W Europie ruchy migracyjne odbywają się zgodnie z różnicą poziomów: ze wschodu na zachód, z południa na północ, ze świata prawosławnego i katolickiego do protestanckiego.

Obecnie strumienie migracji w Europie wyglądają następująco: Wielka Brytania zaopatruje się w ludzi czerpiąc z rezerwuaru Polski, Łotwy i Litwy, Niemcy z rezerwuaru Polski, Litwy i Rumunii, Hiszpania z rezerwuaru Rumunii i Bułgarii, Włochy z rezerwuaru Rumunii i Polski, Szwajcaria, Austria i Norwegia z rezerwuaru Niemiec, Europa Środkowa z rezerwuaru Ukrainy i Mołdawii, Łotwa z rezerwuaru Rosji i Białorusi. Kraje Europy Wschodniej mają do dyspozycji tylko rezerwuar azjatycki i islamski. Państwa położone najdalej na północny zachód przyciągają najlepiej wykształconych i wykwalifikowanych, im bardziej na wschód i na południe leżą państwa przyjmujące imigrantów, tym bardziej muszą zaniżać kryteria kwalifikacji, ponieważ zmuszone są sięgać po imigrantów będących coraz dalej od europejskiej kultury i europejskich metod gospodarczych.

Oczywiście nie wszyscy imigranci pozostaną na stałe, ale dojadą kolejni. Powtarza się, że Wschód stanie na nogi, że się rozwinie itd., ale do tego nie dojdzie, właśnie dlatego, że ci najbardziej przedsiębiorczy i wykwalifikowani wyjeżdżają. Dobrze ilustruje tę trudność przykład b. NRD, która miała przecież o wiele lepsze przesłanki rozwoju niż jej wschodni sąsiedzi. Kto wie, być może dziesięciolecia panowania sowieckiego na obszarach Europy Środkowo-Wschodniej i Południowo-Wschodniej na zawsze zamieniło je w „magazyny ludzkiego materiału” dla Zachodu. Związek Sowiecki, którego historyczna rola była rolą Zapoletów z Utopii Tomasz Morusa – wykonywanie za parę groszy brudnej roboty dla zachodnich sojuszników– zastąpił wyeliminowane w XX w. Niemcy, a zamiana ta nie dla wszystkich okazała się korzystna.

Obecna imigracja jest rodzajem odwróconego kolonializmu. Stary kolonializm polegał na wtargnięciu kolonizatorów do przestrzeni ludu kolonizowanego; przyciągała ich ziemia, praca, surowce, ale także przestrzeń jako taka, jako przestrzeń działania, osiedlenia i strategiczna rezerwa. Dzisiaj, kiedy własna przestrzeń nie jest zapełniona, zawłaszczanie obcej nie ma najmniejszego sensu; dawne sposoby opanowania i wykorzystania kolonizowanych wraz z ich przestrzenią są już nieaktualne. Teraz chodzi głównie o zasysanie obcej ludności do własnej przestrzeni, aby wyrównać deficyty demograficzne, wypełnić stary teren osiedleńczy i zapewnić mu funkcjonowanie. Klasyczny kolonializm polegał na wprawieniu w ruch własnych ludzi, nowy kolonializm to wprawienie w ruch kolonizowanych. Stary kolonializm rabował ludom skolonizowanym, w najgorszym przypadku, część ich kulturalnej tożsamości narzucając im własny język, ale ponieważ tworzyły one zwartą masę ludnościową w danej przestrzeni, zwykle zachowywały własną kulturę i sposób życia.

Kiedy Hans Grimm pisał swoją książkę, klasyczny europejski kolonializm wszedł w fazę schyłku, wraz z demograficznym zmierzchem narodów-kolonizatorów. Współczesny „odwrócony kolonializm” jest rodzajem „kanibalizmu”, pożeraniem narodów kolonizowanych; przy nim klasyczny kolonializm okazuje się błahostką. Oczywiście granice pomiędzy kolonizatorami i kolonizowanym są dziś płynne, Niemcy w stosunku do USA, Anglii i Szwajcarii są narodem kolonizowanym, bo oddają tam swoich ludzi, ale w stosunku do Polski i Turcji kolonizatorami, bo ludzi im zabierają.

Odwrócony kolonializm to śmiertelne zagrożenie dla krajów oddających swoich mieszkańców; małe narody, jak Estończycy, mogą w ciągu niedługiego czasu zostać całkowicie zaabsorbowane. Większe, jak np. Polacy, tracą swoich najbardziej wykwalifikowanych i przedsiębiorczych obywateli, czyli takich, którzy decydują o przyszłości narodu. Od momentu przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, w latach 2004 do 2008, wywędrowało z Polski ponad 1,2 mln ludzi, głównie do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Francji, Finlandii, Holandii i Niemiec. Dla tych krajów Polska jest kolonią, rezerwuarem ludzi. Z punktu widzenia Polski i innych krajów leżących od niej dalej na wschód Brytyjczycy, Irlandczycy itd. to narody-kanibale.

Kwestie demograficzne i kwestie imigracji są kwestiami władzy. Po pierwsze górą będą ci, którym uda się zachować wysoki wskaźnik urodzeń i zachować demograficzny potencjał, co pozwoli zminimalizować napływ obcych. Po drugie, spośród narodów zmuszonych do czerpania z rezerwuaru ludnościowego innych narodów, górą będą te, które przyciągną ludzi najbliższych im przestrzennie i kulturowo, czyli najwyżej wykształconych i wykwalifikowanych, najłatwiej integrujących się i asymilujących. Tak jak klasyczny kolonializm nakierowany był na najbogatsze źródła surowców naturalnych, tak „odwrócony kolonializm” celuje na najcenniejszy surowiec dzisiaj, czyli „kapitał ludzki”, który, podobnie jak surowce, jest różnej ilości i jakości. Chodzi więc o przyciągnięcie tego najcenniejszego „kapitału”, a zahamowanie przyjazdu grup niezdolnych do integracji lub jej niechętnych, ciągnących do krajów o najhojniejszym systemie świadczeń socjalnych i o najniższej sile kulturowo-psychologicznego oporu.

Jak wygląda na tym tle sytuacja Niemiec? Przez dziesięciolecia Niemcy bezczynnie przyglądały się swojemu bezprzykładnemu schyłkowi demograficznemu a wskutek liberalnego prawa imigracyjnego i obfitego zaopatrzenia socjalnego ich pozycja jako kraju przyjmującego imigrantów z europejskiego kręgu kulturowego spadła. Zamiast tego stały się krajem przyjmującym coraz więcej imigrantów z coraz odleglejszych kręgów kulturowych. Ponadto sporo ludzi dobrze wykształconych i wysoko wykwalifikowanych z Niemiec wyjeżdża.

Hüttig przypomina, że w 1900 roku znaczna część naukowo i artystycznie najwyżej uzdolnionych Europejczyków ustawiała się w kolejce, aby kształcić się w Niemczech; tutaj zdobywali wiedzę i doświadczenia, tutaj stawiali pierwsze kroki w karierze. Dzisiaj każda liberalizacja przepisów imigracyjnych powoduje zwiększony napływ ludzi o najniższych kompetencjach kulturowych i językowych, zwłaszcza z Azji Mniejszej i Bliskiego Wschodu. Imigranci przybywający obecnie do Niemiec, jeśli znają jakiś obcy język na podstawowym poziomie, to jest to angielski. A przecież do 1914 r. lingua franca świata kulturalnego Europy Środkowo-Wschodniej był język niemiecki. Jego wpływ sięgał od Amsterdamu i Strasburga przez Triest, Wiedeń, Budapeszt, Pragę, Lwów i Kijów do Petersburga i Moskwy. Na III Światowym Kongresie Międzynarodówki Komunistycznej językami zjazdu były rosyjski i niemiecki. Dziś po tym nie ma śladu a niemiecka polityka kulturalna po II wojnie światowej też nie zrobiła wiele żeby – oczywiście w ramach możliwości– coś z tego stanu zachować. Wspomniany demograf prof. Herwig Birg przewiduje, że w 2050 r. w niemieckich firmach nie będzie się mówiło po niemiecku, a jeśli ktoś będzie mówił, to zostanie zwolniony.

Skutkiem wypędzenia (terminologia autora – TG) Niemców z dawnych niemieckich prowincji wschodnich było zgromadzenie przez zachodnie mocarstwa okupacyjne na zajętych przez siebie terenach Niemiec większości tego „kapitału ludzkiego”; pewna jego część kontynuowała (nie zawsze dobrowolnie) drogę dalej na zachód, na metropolitalne terytoria zwycięzców – tak jakby już wówczas przeczuwano, że w przyszłości nie zdobycie przestrzeni będzie najważniejsze, ale akumulacja ludzi z własnego kręgu kulturowego.

Prowincje wschodnie Niemiec przypadły głównie Polsce i Czechom, co oznaczało, pozostawiając na boku inne aspekty tych wydarzeń, przesunięcie tych państw na zachód. Narody dokonujące wypędzenia podlegały temu samemu historycznemu przymusowi, który dzisiaj każe np. europejskim mieszkańcom Syberii wyruszać w drogę na zachód. Zapewne można utrzymywać, że wypędzenia Niemców ze Wschodu było czymś bezprecedensowym w historii, jednak prawda jest taka, że należały one do pewnego ciągu wydarzeń i procesów historycznych. Ostflucht Niemców trwał już od początków XX wieku. Po 1918 ok. miliona Niemców opuściło tereny przypadłe nowopowstałemu państwu polskiemu na mocy traktatu wersalskiego; w łagodniejszej formie spotkało to także Niemców sudeckich. Trzecia Rzesza tylko przejściowo zahamowała tę tendencję, która osiągnęła kulminację w wypędzeniu Niemców wschodnich z Polski i Czechosłowacji. Jednocześnie trwała emigracja na zachód z sowieckiej strefy okupacyjnej. Do chwili budowy muru berlińskiego z NRD odpłynęło na zachód 3,45 mln ludzi, w tym 1,2 mln „wypędzonych”. Nawet po wybudowaniu muru NRD, do 1988 r. utraciła na rzecz RFN dalsze 400 000 obywateli. Ponadto wewnątrz NRD także odbywała się ucieczka na zachód – ze wschodnich terenów emigrowano w kierunku Berlina – osiedlenie przemysłowe (Schwedt, Eisenhüttenstadt, Guben i Hoyerswerda) wzdłuż słabo zaludnionej granicy wschodniej były próbą zatrzymania tego trendu.

Na mocy porozumienia RFN z państwami Europy Wschodniej umożliwiono wyjazd z ZSRR, Polski i Rumunii w sumie 4 milionom Niemców. Po upadku muru berlińskiego emigracja na zachód zwiększyła się do tego stopnia, że landy b. NRD nabiorą za jakiś czas charakteru parków narodowych i rezerwatów.

Próby zahamowania odpływu Niemców na zachód podejmowane zarówno przez Rzeszę Hitlera, jak i NRD poniosły klęskę. Odpływ ludności ze Wschodu nie był rezultatem przypadkowej konstelacji politycznej, bowiem stosunki władzy to nie wynik przypadku: czyż zwycięstwa i klęski nie są wyrokami sądu nad światem, na mocy których zwyciężone narody są skazane ? A Niemcy przegrały dwie, następujące niedługo po sobie, wojny doświadczając – co dostrzegł zaraz po II wojnie światowej Ernst Jünger – tego rodzaju klęski, po której naród nigdy już nie odzyska dawnych sił. Stąd zaakceptowanie nieodwracalności strat, brak zainteresowania dawnymi prowincjami wschodnimi, obojętna akceptacja, graniczącej z kretynizmem, polityki, utrzymywanego przy życiu przez jedną z partii, Związku Wypędzonych. W ciągu jednego pokolenia pamięć o „niemieckich kresach wschodnich” de facto się rozmyła. Najwidoczniej oddanie tych ziem stało na dziejowym porządku dnia. Przy innym przebiegu wojny ucieczka ze wschodu także miałaby miejsce, tyle że w odmiennej formie i w dłuższym okresie czasu; podobnie wschodnioniemieckie dialekty zanikły w ciągu jednego pokolenia, a tak zajęłoby to dwa lub więcej. Kto patrzy na stare mapy z rozrzuconymi po Europie Środkowo-Wschodniej terenami osiedleńczymi Niemców, temu muszą się one jawić jako kotwice – kiedy kotwice zostały odcięte, statek ruszył na zachód.

Spengler za przejawy „zmierzchu Zachodu” uznał m.in. niską dzietność,, wysysanie prowincji przez metropolie, imigrację grup obcych kulturowo. Przewidywał, że stare narody Europy znikną fizycznie. Mogą jednak swój język i istotne elementy swojej kultury przekazać napływającym masom, przyszłym „fellachom”, złagodzić, zamortyzować to przejście. Dla narodu wymierającego, dla tych, którzy mimo wszystko pragną przekazać dziedzictwo, ważne jest, kto przyjdzie po nich: czy kulturowo pokrewni, w pewnej mierze podobni do niego, czy też ludzie z odległych kręgów kulturowych, którzy się nie integrują i nie asymilują, a zatem nie przejmują dziedzictwa poprzedników. Naród, zamierzający wypełnić swoje demograficzne luki imigrantami, którzy nie potrafią lub nie chcą się integrować i asymilować, pozostanie bez następców i spadnie do roli przypisu w annałach historii. Gdyż na tym polega – pozostawiając na boku możliwą finalną wojnę domową – ostatnie zwycięstwo, testament żegnających się narodów: wycisnąć swoje piętno na przychodzącej po nich cywilizacji. Ze względu na swoją geograficzną i historyczną bliskość ze środkowo-wschodnią Europą naród niemiecki był powołany do tego, aby swoją demograficzną lukę wypełnić bliską mu kulturowo ludnością ze wschodu i trwać nadal w szczątkowej postaci. Jednakże – pisze w konkluzji swojego artykułu Gernot Hüttig – nawet temu ostatniemu kolonialnemu zadaniu nie sprostał. W Volk ohne Raum Hans Grimm dotknął tego problemu, jednak jego mieszczański sposób myślenia sprawił, że nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji narodów europejskich ukazującej się jako przestrzeń bez narodu. Jego powieść można interpretować jako spóźnione świadectwo klasycznego kolonializmu, w który nie powinna wdawać się dalekowzroczna, spoglądająca w przyszłość polityka, która musiała zmierzyć się z problemem przestrzeni bez narodu. Grimm dostrzegał znaki, jednak, w przeciwieństwie do Spenglera, nie potrafił ich zinterpretować. Znaki, których fatalny sens odsłania się w całej swojej grozie dopiero teraz.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułUkryta hiperinflacja. Jak narodowi socjaliści zniszczyli system finansów państwa
Następny artykułWesele w trzech pokoleniach
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ