Wesele w trzech pokoleniach

0
Babcia: od marzeń o Północy do białej sukni

Poznanie

„Miałam 25 lat. I wcale nie wybierałam się za mąż” − tak moja babcia Ludmiła zareagowała na prośbę rozmowy o jej zamążpójściu.

Lata 60. XX w. ZSRR. Moskwa. Pokolenie, które w dzieciństwie przeżyło wojnę i było świadkiem pierwszego lotu Gagarina w kosmos, marzyło o własnych bohaterskich wyczynach.

W rodzinie Ludmiły były same kobiety – matka i trzy siostry. Ojciec zginął na wojnie. Ale młodziutka blondynka, o wzroście nieco ponad półtora metra, pragnie zupełnie niekobiecych przygód. Wstępuje do Moskiewskiego Instytutu Górniczego i marzy o wyjeździe na Północ, by zagospodarować nowe pokłady surowców naturalnych. Jednak szybko przyjdzie jej wycofać z instytutu dokumenty − matka sprzeciwia się, by jej córka „po kolana w wodzie łaziła po kopalniach”. Trzeba było też zarabiać: wynagrodzenie matki, pracującej w fabryce łożysk, ledwie starczało na utrzymanie całej rodziny.

Od siedemnastego roku życia Ludmiła dorabia jako sprzedawczyni w sklepach. W końcu udaje się jej zatrudnić w Centralnym Uniwersalnym Sklepie (CUM), znajdującym się w sąsiedztwie Teatru Wielkiego. Miejsce elitarne − w czasie gdy występował deficyt produktów, tutaj można było kupić praktycznie wszystko, jeśli się tylko miało pieniądze. Jednocześnie dziewczyna zdaje do Zaocznego Technikum Handlu Radzieckiego. A już za kilka lat zupełnie nie po drodze będzie jej na Północ − wyjdzie za mąż.

Najważniejszymi miejscami rozrywek młodzieży były wówczas parki. Przychodziło się tutaj na lodowisko lub na tańce, w zależności od sezonu. Zawierano tu znajomości, zakochiwano się. Historia mojej babci i dziadka nie była więc wyjątkiem.

Lato 1963 rok Ludmiła spędziła w ogrodzie „Ermitaż”, otwartym jeszcze w XIX wieku przez słynnego rosyjskiego mecenasa i twórcy teatru Jakowę Szczukina. Właśnie tutaj po raz pierwszy w Moskwie pokazano kinematograf braci Lumière, odbyły się premiery spektakli: „Czajka” i „Wujek Wania” Antona Czechowa. Ludmiła przychodziła tutaj z innego, bardziej prozaicznego powodu: ogród znajdował się zupełnie blisko jej pracy − zaledwie piętnaście minut piechotą.

Pewnego razu trafił się babci wielbiciel. Przetańczyli cały wieczór. Walc, tango, fokstrot. A potem poszli na spacer po parku. Ale tutaj miły młodzian okazał się nie taki znów przyjemny i zaczął się jej narzucać.  Ludmiła uciekła, ale jej torebka z pieniędzmi i przepustką do pracy została w rękach chuligana.

Nie, ten natarczywy osobnik nie był moim dziadkiem. Jednak właśnie dziadek − zgodnie z najlepszymi tradycjami sowieckiego melodramatu − pomógł babci rozprawić się z nim.

Tydzień po tych wydarzeniach babcia wróciła na parkiet z koleżanką z nadzieją odzyskania utraconych rzeczy. Łobuz był na miejscu. Ale uwagę babci zwrócił ktoś zupełnie inny.

„Widzę jak podchodzi do nas dwójka − jeden blondyn, a drugi krępy z czarną, kręconą czupryną. Koleżanka była Gruzinką, więc myślałam, że ten drugi ją zaprosi, a pierwszy − mnie. Było odwrotnie. W rezultacie byłam tak zaskoczona, że się zgodziłam” − opowiada babcia.

Podczas pierwszego tańca Ludmiła opowiedziała Eugeniuszowi (to właśnie był mój dziadek) nieszczęsną historię i pokazała sprawcę. Kawaler, niewiele myśląc, podszedł do złodzieja, zamienił z nim kilka słów, po czym ten odniósł rzeczy babci. Należy tutaj wyjaśnić, że dziadek pochodził z dzielnicy Marina Roszcza, jednej z najbardziej kryminogennych w Moskwie w tym czasie. I chociaż on sam do żadnej bandy nie należał (może najwyżej w dzieciństwie chodził na bijatyki między dzielnicami), to miał pewnych znajomych. I z nimi chuligan nie chciał mieć do czynienia.

Dalej nastały miesiące zalotów − spacery, kino, teatr. Pierwszy pocałunek późnym wieczorem na przystanku tramwajowym. Pierwsza kłótnia, gdy Ludmiła dowiedziała się, że Eugeniusz jest od niej młodszy o półtora roku. Uznając ten fakt za wstydliwy, postanowiła rozstać się z młodzieńcem. Ale wszystko się dobrze ułożyło i rok później krewni dziadka jechali swatać młodych do rodziny babci.

Przygotowania

Na Rusi weselne obrzędy rozpoczynało swatanie. Polegało ono na tym, że wynajęte swatki albo bliscy krewni narzeczonego proponowali rodzicom wybranki wydanie córki za mąż. Proces ten wiązał się z wieloma rytuałami (na przykład, do domu narzeczonej przychodzić należało wyłącznie po zachodzie słońca, aby nie paść ofiarą „złego uroku” ze strony osób postronnych) i powiedzonkami, na przykład „U was towar − u nas kupiec”. Zgoda narzeczonej nie była w zasadzie wymagana.

Oczywiście w Związku Radzieckim większości tych rytuałów już nie było. Jednak swatanie zachowało się jako część przygotowań. Dla krewnych Ludmiły i Eugeniusza to był czas poznawania się i negocjacji dotyczących zorganizowania wesela. Przyjęło się, że opłatę za przyjęcie brali na siebie rodzice, bez względu na to, że ich dzieci już zarabiały. Mama Ludmiły przyrządziła indyka i ciasta. Matka i ojczym Eugeniusza przywieźli butelkę wódki. I negocjacje się zaczęły.

Dopiero następnego dnia, po tym, jak najważniejsze szczegóły były przedyskutowane, babcia z dziadkiem udali się do Urzędu Stanu Cywilnego (ros. ZAGS). To był jedyny formalny sposób zarejestrowania związku. Do rewolucji październikowej to zadanie spełniała Rosyjska Prawosławna Cerkiew. W Związku Radzieckim, którego władza walczyła z wpływem religii na umysły ludzkie, ślub religijny był zakazany. I niewiele osób realizowało ten dość niebezpieczny pomysł. Młodej komsomołce i pracownikowi biura konstruktorskiego „Jutrzenka”, zajmującego się produkcją dla lotnictwa, mogłoby to poważnie zaszkodzić w karierze.

Oboje byli ochrzczeni w dzieciństwie. Potajemnie. W czasie wojny wiele osób, szczególnie babcie i dziadkowie, zapraszało duchownych do siebie do domu. Tam chrzcili dzieci bez żadnych zapisów w cerkiewnych księgach. Tak też było w przypadku moich dziadków. Bez względu na chrzciny, wyedukowani w radzieckich szkołach i wyrósłszy w tym systemie, nie uważali siebie za wierzących. Dlatego też o ślubie religijnym nawet nie myśleli.

Natomiast ZAGS młodzi wybrali znany z historii − Pałac Ślubów Nr 1 (Gribojedowski). Budynek  zbudowano w 1909 roku na zamówienie słynnego kupca A. Rericha, a w radzieckiej Rosji był znacjonalizowany. W 1961 roku Pałac przyjął swoich pierwszych narzeczonych. W 1964 roku − babcię i dziadka. Dzisiaj jest to najbardziej popularny ZAGS w Moskwie i lista chętnych do rejestracji ślubu jest zajęta na wiele miesięcy do przodu.

Po złożeniu wniosku na rejestrację ślubu, Ludmiła i Eugeniusz otrzymali datę uroczystości – piątek 19 września. Na przygotowania do wesela, zgodnie z radzieckim prawem, mieli trzy miesiące.

Państwo starało się pomagać przyszłym małżonkom. W latach 60. w ZAGS-ie narzeczeni otrzymywali specjalne „zaproszenie” do sklepów dla par młodych, gdzie można było kupić towary deficytowe. Na przykład: suknię ślubną, garnitur, pościel, towary spożywcze. Przy czym wszystko było dobrej jakości. Szczególnie ceniono importowane obuwie z Czechosłowacji bądź Polski.

Na jedno wesele przydzielano jedno „zaproszenie”. Ale niektórzy przedsiębiorczy zakochani składali wniosek o rejestrację w kilku urzędach naraz, aby otrzymać możliwość zakupu większej ilości dobrego jakościowo towaru.

Często dochodziło do kuriozalnych sytuacji w staraniach o jeden z najważniejszych produktów potrzebnych na weselu − wódkę. Także ją wydawano na podstawie talonu z urzędu kilka dni przed weselem. Na takim talonie wskazywano adres sklepu i ilość alkoholu  − zwykle była to skrzynka wódki. Jednak w pewnym momencie urzędnicy zaniepokoili się sytuacją, w której narzeczeni składali wniosek o rejestrację ślubu, zabierali alkohol, po czym, w ostatnim momencie, rezygnowali z rejestracji związku. Aby uniknąć takiej pogoni za wódką, radzieccy urzędnicy zaczęli wydawać talon na alkohol razem ze świadectwem małżeństwa. Odtąd, ktoś z gości pędził do klepu po alkohol, by zdążyć przed rozpoczęciem wesela. Jednak zwykle do tego czasu wódka w sklepie się kończyła i uroczystość zamieniała się w bezalkoholową, co przeczyło wielowiekowej tradycji i znacząco psuło wesele. Chcieli jak najlepiej, wyszło jak zwykle.

Jednak nie wszyscy mogli skorzystać z usług specjalnych sklepów, kupując coś z deficytowych towarów. Tylko ci, którzy mieli pieniądze. To nie dotyczyło babci i dziadka.

Ludmiła pożyczyła suknię od starszej siostry, która wyszła za mąż dwa lata wcześniej. Suknię szyła mama. W ZSRR była moda na prostotę, dlatego suknia była dosyć skromna: do kolan, bez rękawów, bez dodatków. Welon i rękawiczki znalazły się u koleżanki. A pantofle − własne, jeszcze ze szkolnego balu.

Eugeniusz wdział swój jedyny uroczysty, czarny garnitur.

Na szczęście państwo pomagało i zwracało pieniądze za obrączki. W tym czasie kosztowały 120−150 rubli, co stanowiło mniej więcej równowartość miesięcznego dochodu robotnika radzieckiego, zatem większości nie było na nie stać.

Z bukietem także sytuacja była prosta. Wybór kwiatów we wrześniu na moskiewskich straganach był niewielki: goździki, astry i mieczyki. I to właśnie z białymi mieczykami moja babcia pojechała na ślub.

Wesele

Pieniędzy na specjalny uroczysty orszak nie było, dlatego Ludmiła w noc poprzedzającą ślub spała u Eugeniusza, który mieszkał w samym centrum stolicy – w Zaułku Kamergerskim naprzeciwko Moskiewskiego Teatru Artystycznego im. Czechowa. Rano zakochani zwyczajnie wyszli z domu, złapali taksówkę i pojechali do Pałacu Ślubów za niecałego rubla. Dla porównania − wynajem najbardziej luksusowej w tym czasie w ZSRR, czarnej wołgi kosztował 25 rubli.

W urzędzie na młodych czekali krewni i przyjaciele (rodzice w tym czasie przygotowywali świąteczny stół w domu). Po mniej więcej godzinie czekania weszli do ustrojonej sali ślubów, gdzie urzędniczka wygłosiła przemówienie o zobowiązaniach wobec komunistycznego społeczeństwa pary młodej, która tworzy nową komórkę społeczną. Ludmiła i Eugeniusz powiedzieli „tak”, wymienili się obrączkami, podpisali w księdze, gdzie swoje parafki postawili również świadkowie. Tak powstała nowa rodzina.

Dalej było fotografowanie i szampan (sprzedawany był w samym urzędzie). Na ulicy pojawił się deszcz − dobry znak, na szczęście (choć zniszczył babci fryzurę). Ponownie wzięli taksówkę i pojechali do domu. Wesele właśnie tutaj miało się odbyć. Na restaurację nie starczyło pieniędzy.

„Ale tak nawet było weselej, rodzinnie, przecież to była komunałka − mówi babcia. – Rodzina dziadka (mama, ojczym, siostra i on) mieszkała w jednym pokoju mierzącym 16 metrów kwadratowych.  Całe mieszkanie zajmowało sześć rodzin. I wszyscy mieszkańcy nam pomagali − ustroić mieszkanie, przygotować posiłki, nakryć stół, a potem posprzątać. I oczywiście świętowali razem z nami”.

Stoły ustawili w ogromnym korytarzu, z którego wynieśli meble. Pośród dań postawili dwa wiadra pełne kwiatów. Jedna z sąsiadek, ciocia Marusia, pracowała w cukierni i przyniosła tort. A poza tym podano dziesiątki sałatek, mięso w galarecie, ciasta, a jako danie główne − kurczaka z ziemniakami. Z alkoholi − wódkę i wino.

„Ze starych tradycji pozostały chyba jedynie wielokrotne toasty i «gorzko!»” − wspomina babcia. Co prawda, ten zwyczaj w radzieckich czasach zupełnie stracił swój sens. Wcześniej, panna młoda chodziła wokół gości z tacą, na której stały kieliszki z wódką. Gość kładł na tacę prezent albo pieniądze i opróżniał kieliszek. Następnie wykrzykiwał „gorzko!” na dowód, że ugościli go prawdziwą wódką, a nie wodą. Wszyscy byli niewymownie radzi.

Jednak w czasach wesela Ludmiły i Eugeniusza, „gorzko!” przemieniło się w żartobliwe żądanie gości, by młoda para się pocałowała. Wówczas wszyscy się cieszyli i mówili, że teraz w końcu, w obliczu takiej miłości, zrobiło im się słodko.

W jednym z pokoi przygotowali parkiet taneczny. Spośród muzyków był saksofonista (mąż siostry), gitarzysta i perkusista. Tańczyli potępianego w społeczeństwie rock and rolla, a śpiewali stare pieśni.

Czterdzieści osób – tyle było gości. Połowa z nich została na noc. Ułożono ich w różnych pokojach, większość spała na podłodze. Tym samym, o nocy poślubnej nie mogło być mowy: w pokoju z parą młodą spało osiem osób. Na jednej kanapie wraz z młodymi spał kuzyn Ludmiły.

W tych czasach o miesiącu miodowym nawet nikt nie słyszał. Na wesele babcia z dziadkiem dostali wolne tylko w piątek. A po weekendzie poszli do pracy.

Małżeńskie przywileje

W jednym pokoju, razem z krewnymi dziadka, młoda rodzina mieszkała jeszcze siedem lat. W tym czasie, jakimś cudem, przyszła na świat moja mama. W przerwach między pracą i nauką, a także na egzaminy w technikum, siostra Eugeniusza przynosiła Ludmile córkę do karmienia.

W zasadzie ślub dawał obywatelom radzieckim prawo do otrzymania mieszkania. Jednak w tym celu należało latami stać w kolejce. Dopiero w 1971 roku babcia i dziadek przenieśli się do własnego pokoju w komunałce, bez ciepłej wody, na dzisiejszej Bolszoj Dmitrowce. A następnie w 1975 roku osiedli w trzypokojowym mieszkaniu, co prawda, w Biriulowie. Z tej dzielnicy do centrum Moskwy dociera się w godzinę. Oprócz metrów kwadratowych, małżeństwo w Związku Radzieckim dawało wiele przywilejów w osiąganiu określonych celów. Przyzwoitemu obywatelowi, przywiązanemu do rodziny, pozostającemu w pierwszym małżeństwie, z dziećmi, łatwiej było wspinać się po drabinie kariery i miał szansę na wysłanie w długoterminową podróż służbową za granicę. Tym samym małżeństwo traktowano nie tylko jako zobowiązanie wobec tradycji i sposób organizacji społeczeństwa, ale także jako poważną konieczność. Odzwierciedlają to również statystyki: w 60. latach XX w., 83 % kobiet w wieku do 25 lat wstępowało w związek małżeński (Rosja, Ukraina, Białoruś)[1].

Ludmiła i Eugeniusz nie zrobili kariery. I nawet za granicą ani razu w życiu nie byli. Za to pobrali się i po urodzeniu mojej mamy byli zwolnieni od tzw. podatku kawalerskiego, który był pobierany w ZSRR od 1941 r. do rozpadu państwa.

Osoby od 18 roku życia niechętne do zarejestrowania związku oraz bezdzietne małżeństwa wpłacały do budżetu państwa 6 % swojego wynagrodzenia. Przy czym małżeństwom naliczano podatek już następnego dnia po ślubie, dlatego młode żony żartowały, że należy koniecznie urodzić dziecko następnego dnia po rejestracji związku. To jednak przeczyło srogim obyczajom i jakoby nieobecności seksu w ZSRR.

Tym samym państwo realizowało konkretny cel − poprawę sytuacji demograficznej kraju. Winna temu była druga wojna światowa, podczas której poniesiono ogromne straty w ludziach − według oficjalnych danych zginęło wówczas ponad 26 mln osób.

Zatem zwolnienie z „kawalerskiego” podatku to jedyne, co otrzymali babcia i dziadek w wyniku rejestracji małżeństwa. Oprócz miłości i przyszłych pokoleń naszej rodziny, oczywiście.

Mama: Od peonii Lenina do brudnych naczyń

Poznanie

„Moja ciocia wywróżyła mi w kartach, że lada dzień wyjdę za mąż. Nie wierzyłam w to − nie miałam nawet 18 lat. Jak się okazało później, myliłam się − wspomina mama.

Lata 80. XX w. ZSRR. Moskwa. Okres stagnacji − „względnego dobrobytu materialnego i masowej obojętności” − jak pisał radziecki fizyk i obrońca praw człowieka Andriej Sacharow.

Margarita, młoda studentka Moskiewskiej Szkoły Bankowej, śladami swojej mamy, idzie w maju 1984 roku z koleżankami na dyskotekę. W tym czasie regularnie organizowano tańce dla studentów instytutów „męskich” (przyszłych milicjantów, wojskowych) i „kobiecych” (przyszłych nauczycielek, pracownic banków). Tym razem dyskoteka odbywa się w Wojskowo-Politycznej Akademii im. W.I. Lenina. Zaprasza wydział tłumaczy. Na stołówce studenckiej grupa muzyczna rozgrzewa atmosferę. W repertuarze muzyka folk-rock białoruskiego zespołu „Pieśniary” oraz pop będącego wówczas na szczycie popularności Jurija Antonowa.

„Wciąż jeden i ten sam mnie zapraszał − jeden taniec, dwa, trzy i nikogo więcej do mnie nie dopuszcza. Nie podobał mi się. Kiedy zaczął się kolejny wolny kawałek do tańca, postanowiłam uciec. A tu nagle znów ktoś mnie za łokieć bierze. Już się rozzłościłam, odwracam się − a to ktoś inny: stoi na baczność, w mundurze wojskowym, z wąsami. Może być, pomyślałam − i poszłam tańczyć” − opowiada mama jak po raz pierwszy zobaczyła Aleksandra, mojego przyszłego ojca.

Po dyskotece odprowadził mamę do domu − do samego Birliulowa. Przy czym ojca w instytucie obowiązywały takie zasady jak w koszarach wojskowych, więc dla mamy złamał zakaz samowolnego opuszczania instytutu.

Następnego dnia zakochani znów się spotkali, spacerowali po centrum Moskwy. Ojciec, pochodzący z ukraińskiej małej wsi, stolicę i jej historię znał lepiej niż mama, rodowita moskwianka. „Swoimi opowieściami mnie zawojował” − mówi mama.

Bo więcej nie było czym zawojować. Student wojskowej akademii pieniędzy nie miał – małe stypendium ledwo mu starczało na wyżywienie i komunikację.

Nawet, żeby mamie kupić kwiaty, musiał kombinować. Na jej 18 urodziny, z braku innych możliwości, zerwał białe peonie pod pomnikiem Lenina.

„Zamierzałam przedstawić go swoim rodzicom, przyjaciołom. A zjawił się w granatowych welwetowych spodniach z gumką w kostkach, sportowych butach, kraciastej zielonej koszuli, krawacie − i ten jego szybki wojskowy chód. Przez ten jego brak gustu o mało nie zrezygnowałam z naszej znajomości!” − wspomina mama.

Ale już po dwóch miesiącach ojciec zaproponował mamie, żeby pojechała na wakacje do niego na wieś, do Troickoje (mikołajewskiego okręgu) na Ukrainie. Dziewczyna z miasta nie mogła sobie nawet wyobrazić, w co zamienią się te wakacje. Chlewik, mycie naczyń w miskach, toaleta w stylu „dziura na polu”. A także − wesele.

Kilka dni po przyjeździe rodzice ojca zorganizowali na jego cześć przyjęcie. Na podwórzu ustawili stoły, zgodnie z miejscowym zwyczajem zaprosili pół wsi . Kiedy pytano się ojca jak przedstawiać gościa z Moskwy, on wprost odrzekł: „Narzeczona, ożenię się z nią”. Z mamą na ten temat jeszcze wtedy ani słowa nie zamienił.

Pewnego wieczoru, pod ukraińskim niebem, przy furtce tata mimochodem rzucił do mamy: „Jest możliwość wziąć ślub”. W Związku Radzieckim nie było wówczas romantycznych wyobrażeń o pobieraniu się młodych. Zachodnie filmy nie zdążyły jeszcze przynieść do kraju zwyczaju z klękaniem, czy pierścionkiem w kieliszku szampana. Mama się zgodziła.

Przygotowanie

Następnego dnia złożyli wniosek do Urzędu Stanu Cywilnego w sąsiedniej wsi Szczerbany. Datę ślubu naznaczono im za tydzień, 18 sierpnia (trzy miesiące po zawarciu znajomości).

Wojskowych traktowano wówczas pobłażliwie: za zgodą komisji wojskowej mogli przystąpić do ślubu w ciągu trzech dni od zgłoszenia. Rodzice zdecydowali się na tydzień, by mieć czas na przygotowanie uroczystości.

W rezultacie z Moskwy do mamy na wesele mogli przyjechać tylko rodzice, brat, babcia i dziadek. Ten ostatni nawet uciekł ze szpitala i nie mogąc kupić biletu, jechał w pociągu „na zająca”, leżąc na półce z bagażem.

Pośpieszna decyzja o zamążpójściu nie pozwoliła mamie na przygotowanie się do roli narzeczonej zgodnie z własnymi wyobrażeniami. Welon i suknię pożyczyła od sąsiadki − za worek jabłek. Swoje biało-niebieskie pantofle oddała jej babcia Ludmiła. Paznokcie przyszło jej malować na brązowo − to był jedyny lakier, który wzięła ze sobą na Ukrainę.

Tacie na talon z ZAGS-u kupili w specjalnym sklepie spodnie i koszulę. Na marynarkę pieniędzy nie starczyło. Wszystko opłacali rodzice młodych, którzy zdecydowali, że ważniejsze jest, by wydać pieniądze na poczęstunek dla gości.

Mama do tej pory wzdycha z żalem z tego powodu. A fotografie z ukraińskiego wesela schowane są w naszym domu głęboko − ani jednej nie ma na widocznym miejscu.

Jednocześnie samo wesele wszyscy do dziś wspominają z niebywałą przyjemnością. W latach 80. w ZSRR, szczególnie na wsiach, powracało wiele starych zwyczajów. Wesele moich rodziców było wyraźnym tego przykładem.

Wesele  − dzień pierwszy

Dawniej uroczystość weselna zaczynała się od przyjazdu pana młodego wraz z gośćmi do domu panny młodej. Chodziło o wykup przyszłej żony − narzeczony przynosił określoną sumę pieniędzy rodzinie dziewczyny, a czasami musiał również pokonać po drodze przeszkody, by udowodnić, że jest godny swojej wybranki. Wśród przeszkód zdarzały się i  walki wręcz. Oczywiście, rodzina narzeczonej była zobowiązana poddać się.

Zgodnie ze zwyczajem ukraińskim, „sprzedawać” narzeczoną powinien jej brat. Mama miała dwunastoletniego brata Romę. Nawiązując do tradycji, powinien się on targować. Ale Roma zgodził się na pierwszą zaproponowaną sumę i oddał siostrę tanio − jedynie za cztery ruble. Brat za swoje cztery ruble kupił siostrze prezent − bardzo modne w tym czasie perfumy „Czerwona Moskwa”.

Następnie młodzi wraz z gośćmi pojechali do ZAGS-u, którym w Szczerbanach był Dom Kultury. Wołga, żiguli i autobus z krewnymi. Tutaj, oprócz oficjalnego momentu rejestracji małżeństwa, pojawiły się echa starych tradycji. W dawnych czasach, podczas kościelnej ceremonii ślubnej, młodzi stali na „ruszniku” − ręcznie tkanym i wyszywanym w rytualne wzory ręczniku, który symbolizował jedność i chronił młodych od zepsucia. Moi rodzice również stali na „ruszniku”, kiedy mówili swoje „tak”. Nie zważając na to, że z portretu na ścianie spoglądał na nich Włodzimierz Lenin.

Po uroczystości goście wręczyli mamie kwiaty – tak jak wcześniej, były to w większości mieczyki i astry. A potem wszyscy pojechali z powrotem do rodziców młodego, gdzie na podwórzu był szałas do zabawy zbudowany z brezentu z drewnianymi stołami i ławami. W domu goście nie pomieściliby się, a było ich ponad sto. Zgodnie z miejscowym zwyczajem, zaproszona była nie tylko rodzina, ale i duża liczba sąsiadów.

„Wzdłuż drogi, która wiodła przez dwie wsie, czekały na nas dziesiątki sąsiadów z wiadrami − opowiada mama. − Oni «przemywali» nam drogę wodą, aby nasze życie było czyste i szczęśliwe. Przy czym mój mąż powinien był za każdym razem wychodzić z samochodu i przenosić mnie na rękach przez kałużę − a ja przecież ważyłam 10 kg więcej niż on”.

Przy bramie na młodych małżonków oczekiwali świeżo upieczeni teściowie z bochenkiem chleba.

Uważa się, że tradycja weselnego chleba przyszła z Rzymu, gdzie zaślubieni jedli placek, przyrządzony z mąki, wody, soli i miodu. Na Rusi w dawnych czasach bochenek przygotowywano z pszenicy, która symbolizowała urodzaj. Piec go mogła wyłącznie zamężna i wielodzietna kobieta, tym samym dzieliła się ona swoim szczęściem z młodymi małżonkami. To ona mieszała ciasto, najpierw zmówiwszy „Ojcze nasz”. A bochenek do pieca wstawiał żonaty mężczyzna, również zmawiając przy tym modlitwę.

Nie sądzę, by wszystkie te zwyczaje były kultywowane w przypadku moich rodziców. Jednak o jednej tradycji pamiętali na pewno: młodzi powinni byli odgryźć kawałek bochenka, a komu przypadnie większy kęs, ten będzie głową rodziny. Mamy kęs okazał się większy. Co prawda, jak dziś się podśmiewuje, z trudem reagowała na żądanie gości: „gorzko!”. Odgryzając swój kęs bochenka, omal nie wywichnęła sobie szczęki, tak chciała rządzić w domu.

Mimo wszystko mama jednak zasłynęła jako „zbyt miejska” panna młoda. Chodziło o to, że także w okresie Związku Radzieckiego we wsiach było przyjęte, że panna młoda podczas wesela nie powinna nawet dotknąć jedzenia, tym samym pokazując swoją skromność. A moja mama lubiła zjeść. Tym bardziej że ukraiński stół weselny to było dzieło sztuki. Wszelkie możliwe sałatki, galaretki, słone zakąski i pasztety, karasie w śmietanie i słonina. Wszystko było domowe i świeże. Do tego moskwianie przywieźli ze stolicy delikatesy, takie jak kiełbasy i jesiotry, których na ukraińskiej wsi nie było.

Z alkoholem była prosta sprawa − na wsiach od wieków pędzono bimber. W czasie wesela każdy gość powinien był wznieść toast − przynoszono mu tacę z kieliszkiem i słoikiem, do którego po wygłoszonych gratulacjach wrzucał pieniądze.

Oprócz innych dań, obowiązkowym atrybutem każdego stołu były specjalne bułki w kształcie szyszek (symbol urodzaju), które rozdawano gościom. Pan młody wręczał gałązki owocowego drzewa oblepione ciastem i ustrojone wstążkami − na szczęście. Także w tym celu matka pana młodego rozdawała szaliczki, chusteczki, bądź po prostu kawałki pięknej tkaniny.

Do mamy młodego należało dużo obowiązków. Gdy jej ostatnie dziecko wstępowało w związek małżeński, musiała „wykupić siebie od złego losu” − aby nikt więcej w jej domu nie brał ślubu (a więc nie rozwodził się). W tym celu należało wbić drewnianą kłodę za bramą podwórza. Jednak wodzireje wesela, którymi była para sąsiadów, nieśli ją najpierw w róg domu, grożąc, że tam ją wbiją. Za każdym razem, gdy mama młodego „wykupywała się”, wynosili kłodę coraz dalej, aż w końcu wbili ją za furtką. Do dziś tam widnieje.

Ojciec młodego miał znacznie mniej obowiązków, i do tego bardziej przyjemnych. Musiał  zatańczyć „cyganeczkę” z panną młodą. Repertuar muzyczny stanowiły zarówno współczesne tym czasom hity, jak i pieśni ludowe. A wykonywał je zaproszony człowiek-orkiestra.

Wesele − dzień drugi

Wesele na wsi różni się od miejskiego także tym, że przyjęło się je świętować kilka dni. Jedzenia szykuje się na trzy dni. Dlatego, gdy młodzi udają się na odpoczynek, ojcowizna zostaje na noc w szałasie, gdzie stróżuje przy jedzeniu.

Drugi dzień wesela jest dla rodziców. To oni są w centrum uroczystości, dla nich wszystkie toasty i najważniejsze wydarzenia.

Świętowanie drugiego dnia wesela moich rodziców zaczęło się o siódmej rano. O tej porze wszyscy goście powinni byli powrócić do swoich miejsc za stołem. Ale oczywiście większości było ciężko obudzić się wcześniej po szaleństwach poprzedniego dnia, które zakończyły się o czwartej czy piątej godzinie porannej. Do akcji przystąpiła przebrana za Cyganów grupa gości. Z pieśniami na ustach przeszli się po podwórzach spóźnionych gości i zgodnie z prawem tradycji, zabierali z każdego gospodarstwa po kurczaku, gęsi albo kaczce, które, wyprzedzając wydarzenia, były przygotowywane na trzeci dzień wesela.

Kiedy już goście zebrali się w pełnym składzie, przebierańcy przystąpili do rodziców pary młodej. Przed wychwalaniem, należało rodziców sprawdzić. Swaci wsiedli do wozu i zażądali, by rodzice młodych napoili konie, którymi byli dobrowolnie zaprzęgnięci goście. Wybór był prosty: rodzice albo biegli do sklepu po butelkę wódki, albo prowadzili powóz nad rzekę, gdzie mogli w rzece bezlitośnie wykąpać swatów. Goście, otrzymawszy słynną butelkę, zawieźli rodziców do stołu i uwolnili. Święto trwało dalej.

Wieczorem świeżo upieczona żona musiała pokazać się jako gospodyni. Moja mama ponad godzinę zmywała w dwóch miskach z zimną wodą naczynia po setce gości.

Wesele − dzień trzeci, ale nie ostatni

Trzeci dzień nazywany „Kury” u rodziców wypadł w poniedziałek. Goście byli zaproszeni na kolację po pracy. I tutaj pojawił się ten drób, który dwa dni wcześniej przebierańcy kradli z podwórzy spóźnialskich gości. Na stół, zgodnie ze zwyczajem, postawiono rosół i kulesz[2].

Wieczorem młode małżeństwo oglądało otrzymane prezenty. Goście w większości wręczali pieniądze, które młodzież ze swej strony oddawała rodzicom za ich wydatki na wesele. Inne prezenty były zupełnie typowe dla wesela: naczynia, nakrycia na stół (sztućce bez noży i widelców, bo z nimi wiązał się przesąd), obrusy i poduszki.

Na tym wesele się zakończyło. Przynajmniej część ukraińska. Po miesiącu moi rodzice świętowali swój ślub także w Moskwie z krewnymi i przyjaciółmi, którzy nie mogli wciągu tygodnia zorganizować swojego przyjazdu na Ukrainę.

Małżeńskie przywileje

W 80. latach XX w. 79 % kobiet było w związkach małżeńskich. Sprzyjała temu aktywizacja państwowej polityki rodzinnej: matki otrzymały częściowo opłacane urlopy macierzyńskie, których wcześniej nie było. Ponadto, parom młodym przysługiwało wiele socjalnych ulg, jak na przykład mieszkanie w rodzinnych akademikach dla studentów, albo zwolnienie od obowiązkowego przydziału miejsca pracy po ukończeniu studiów i możliwość zarejestrowania się w dużym mieście.

Przeciętny wiek, w którym dziewczyny wychodziły za mąż to 21 lat[3]. A mama miała dopiero 18 lat. I wszyscy byli przekonani, że ich ślub nie jest z miłości, ale z powodu „wpadki”. Trudno mieć pretensje do plotkarzy, ponieważ w  latach 80. rzeczywiście ciąże przedślubne były nadzwyczaj rozpowszechnionym zjawiskiem ze względu na niską wiedzę o planowaniu rodziny i środkach antykoncepcyjnych, a także niższy wiek rozpoczęcia regularnego pożycia intymnego. Tym samym, 30−40 % dzieci urodzonych w tym czasie z pierwszego małżeństwa, było poczętych przed rejestracją związku. W wypadku kobiet wychodzących za mąż przed 20 rokiem życia, liczba ta dochodziła do 50−60 %.

O tacie także wielu mówiło, że ożenił się z moskwianką dla meldunku w stolicy i możliwości wyjazdów w podróże służbowe (a to dla wojskowego tłumacza było, rzecz jasna, ważnym warunkiem kariery).

Jednak czas pokazał nieprawdziwość tych plotek. Mój starszy brat urodził się dopiero rok po weselu. A po 12 latach Margarita i Aleksandr świętowali jeszcze jedno ważne wydarzenie. W 1996 roku wzięli ślub religijny. Ten zwyczaj powrócił do kraju podczas pierestrojki. Co prawda z pewną modyfikacją. Większość par bowiem nie biegła od razu do cerkwi, ale wolała najpierw pomieszkać jakiś czas razem i upewnić się w swoim wyborze, zanim scementują swój związek przed Bogiem. Moi rodzice, ochrzczeni na własne życzenie w wieku − jeden 17 i drugi − 27 lat, tak też postanowili. Tym samym, ja wraz z bratem, mogliśmy nie tylko usłyszeć historię o rodzicielskich uroczystościach weselnych, ale także uczestniczyć choć w jednej z nich.

Maria: od placu Błotnego do ślubu

Poznanie

2010 rok. Rosja. Moskwa. Francuska gazeta. Mafia, Rosyjska Prawosławna Cerkiew, plac Błotny[4] − tematy naszych wspólnych reportaży z przyszłym mężem, Francuzem.

Według statystyk, choć średnio co czwartemu Rosjaninowi zdarzał się romans w pracy, to jedynie 15 % takich romansów kończyło się ślubem. Rzeczywiście, codzienne plotki ciekawskich współpracowników mogą wyprowadzić z równowagi każdego. Dlatego też ja i mój Francuz po pół roku zwolniliśmy się z pracy.

A po kilku miesiącach oświadczył mi się. W Paryżu. Po europejsku, z pierścionkiem. Ogromna perła na nim od razu rzucała się w oczy i uprzedzała każdego, że jestem teraz szczególnie zajęta.

Zaczęło się długie jedenaście miesięcy przygotowań i oszczędzania pieniędzy, ponieważ postanowiliśmy nasze wesele opłacić samodzielnie, choć to spotkało się z poważnym sprzeciwem rodziców wiernych ojczystym tradycjom. Dzisiaj przeciętne wesele w Moskwie kosztuje około 500 tys. rubli, przy średniej pensji młodzieży do 27 lat − 50 tys. rubli.

Przygotowania

Największe trudności przy przygotowywaniu naszego wesela były związane z biurokracją. Najważniejszym problemem, jak się okazało, był fakt, że mój przyszły mąż jest cudzoziemcem.

W ZSRR małżeństwa radzieckich obywateli z cudzoziemcami były zabronione od 1947 do 1969 roku. Do tej decyzji władze skłoniła wojna, kiedy to miliony kobiet były wywiezione z okupowanego przez Niemcy obszaru Związku Radzieckiego, a wracać wiele z nich już nie chciało i wychodziły za mąż za granicą. Aby zatrzymać wyjazdy obywateli z kraju, rząd nie tylko zabronił ślubów z cudzoziemcami, ale także uznał za nielegalne już zarejestrowane związki. Za naruszenie decyzji obywatele otrzymywali wyrok za antyradziecką agitację − wysyłkę do gułagu. Ta polityka doprowadziła do tego, że nawet, gdy śluby z cudzoziemcami ponownie zalegalizowano, to były potępiane w prasie, obywatele z takich związków mieli trudności w znalezieniu zatrudnienia.

Chociaż dzisiaj ślub z cudzoziemcem w Rosji jest dozwolony i akceptowany przez społeczeństwo, to chętnych wstąpienia w taki związek zobowiązuje się do zebrania niesamowitej liczby dokumentów. Podczas gdy wystarczy, że zakochani Rosjanie pokażą dokumenty tożsamości, to nam, poza tym, przyszło wyszukiwać zaświadczenia o stanie cywilnym, akty urodzenia, niezbędne też były oficjalne poświadczenia (apostille) każdego dokumentu i wizy − wszystko z tłumaczeniem potwierdzonym notarialnie. Wszystko to oczywiście kosztuje spore pieniądze i zdobywa się w niewiarygodnych kolejkach w oddziałach administracji, które znajdują się, naturalnie, w różnych częściach miasta (dla mnie) i za granicą (dla męża).

Co więcej, zarejestrować małżeństwo z cudzoziemcem w Rosji można wyłącznie w określonych urzędach w dużych miastach. W Moskwie jest taki jeden − Pałac Ślubów Nr 4. Najbardziej popularny okres dla ślubów to lato. A to jedynie 12 sobót: najwygodniejszych dni, aby goście nie musieli brać wolnego w pracy (w niedziele urzędy nie rejestrują związków). W ciągu dnia udzielanych jest około 30 ślubów. Konkurencja, aby otrzymać wybraną datę i czas − gdzieś przed południem − poważna. A zarezerwować datę w Internecie można jedynie trzy miesiące wcześniej, nie inaczej. Kilka „dziurek” w grafiku, co prawda, zostawiają dla tych, którzy są na pieńku z technologią. Te osoby dokładnie dwa miesiące wcześniej, przez noc, stoją w kolejce przed ZAGS-em z nadzieją, że dostaną datę, na którą, w większości przypadków, jest już zarezerwowana restauracja, samochód i inne nieodzowne sprawy związane z  weselem.

Jedynym dniem, kiedy wszyscy nasi krewni z różnych krajów mogli zebrać się w Moskwie, był 3 sierpnia. W rezultacie przeszliśmy przez wszystkie przytoczone wyżej etapy. Nie spaliśmy całą noc z 2 na 3 maja i na przemian wciskaliśmy F5 na klawiaturze na stronie internetowej urzędu stanu cywilnego, aby zarezerwować wybraną datę. Dla pewności, trzy dni przed datą 3 czerwca, organizowaliśmy z innymi parami grafik dyżurów w kolejce do urzędu. Razem z innymi spędziliśmy noc w bramie urzędu. W efekcie, wszystko udało się jak zaplanowaliśmy.

Po takich komplikacjach, znaleźć suknię, wybrać restaurację i kupić obrączki wydawało się łatwizną.

Byłam pierwszą kobietą z mojej rodziny, która na swój ślub założyła własną suknię. Kupiłam ją w Kuwejcie, gdzie z przyszłym mężem pojechaliśmy odwiedzić moich rodziców, którzy tam wówczas mieszkali i pracowali. Garnitur pana młodego zamówiliśmy w Moskwie, co prawda szyli go gdzieś w Bułgarii i ponad miesiąc przetrzymali na odprawie celnej.

W pozostałych sprawach bardzo pomogły nam rady mojego brata, który żenił się dwa lata wcześniej. Dzięki temu mieliśmy już adresy cukierni, florysty, muzyków i firmy wynajmującej minibusy dla gości.

Wesele

Chociaż nasz ślub był wyznaczony na godzinę 13, musiałam wstać o wpół do szóstej. Należało dojechać do mieszkania rodziców, gdzie miałam się przemienić w pannę młodą. Stąd w ciągu kilku godzin miał się zacząć „wykup”.

Po niespełna trzydziestu latach od wesela moich rodziców, tradycja „wykupu” zmieniła się z finansowej przeszkody w zabawę. Tym bardziej że po poniesionych już przez nas wydatkach byłoby dziwne branie pieniędzy od przyszłego męża. W dzisiejszej Rosji „wykup” to raczej seria wesołych przeszkód dla narzeczonego, aby udowodnił, że jest godny swojej wybranki. Tę część prowadzą krewni i przyjaciele panny młodej, którzy witają młodego u wejścia do klatki schodowej. Aby wejść do budynku i dalej do mieszkania narzeczonej, pan młody zobowiązany jest wypełniać wszystkie żądania, albo przekupić wodzirejów cukierkami i szampanem.

Po pierwsze, mój pan młody pokazał, że dobrze mnie zna (aż do rozmiaru buta i dnia urodzin mojej mamy). Po drugie, wykazał się sprytem, odpowiadając na rosyjskie zagadki (na przykład: „Co nie ma szerokości, wysokości, długości, a można zmierzyć?”[5]). Po trzecie, pan młody udowodnił, że zna kulturę swojej przyszłej rosyjskiej żony i zatańczył kozaka „Kalinkę”. I, na koniec, upewnił moich krewnych, że jest dobrym gospodarzem, przyszywszy w ciągu minuty guzik do kawałka materiału. Dopiero po tym pozwolono mu przyjść do mnie i wręczyć mi ślubny bukiet.

Po niewielkim poczęstunku i kilku toastach za udany „wykup” i przepiękny początek uroczystości, wszyscy zeszli na dół i udali się do ZAGS-u. Ja z narzeczonym czarnym ZIM-em (GAZ-12) rocznik 1958. Ten sześciomiejscowy sedan w Związku Radzieckim był przeznaczony dla partyjnej i rządowej nomenklatury, na poziomie sekretarzy okręgowych komitetów i nawet ministrów. A my znaleźliśmy miłośnika, który w latach 90. odkupił taki samochód, wyremontował i teraz od czasu do czasu wozi swój skarb po moskiewskich drogach. Oprócz satysfakcji, przynosi mu to niemały dochód. Za wynajem na pół dnia zapłaciliśmy mu 20 tys. rubli. W Rosji są dziś modne na wesele samochody retro.

W ZAGS-ie, zdaje się że od czasów radzieckich, nic się nie zmieniło. Urzędniczka w beżowej narzutce wygłosiła dosyć oficjalne przemówienie o nowej rodzinie, długu wobec ojczyzny i miłości. Może jedynie wodzowie narodu nie obserwowali nas ze ścian, gdy ogłaszano nas mężem i żoną.

Wręczenie kwiatów i gratulacje. Przy wyjściu z urzędu płatki kwiatów, monety i ryż na szczęście i dla bogactwa. Szampan i pierwsze „gorzko!”. Wszystko jak wcześniej. Tylko do czasu mojego wesela powstała nowa tradycja: należy zorganizować jeszcze weselną przejażdżkę. W latach 80. przyjęte było, aby państwo młodzi złożyli kwiaty pod pomnikiem Włodzimierza Lenina. W 90. − pod pomnikiem nieznanego żołnierza. W naszych czasach młodzi jadą po prostu do ulubionych miejsc, gdzie powstają pierwsze rodzinne fotografie. To także możliwość pokazania się w pięknym stroju całej Moskwie.

Biorąc pod uwagę, że mieliśmy radziecki samochód, postanowiliśmy przejechać się przez najważniejsze radzieckie miejsca stolicy. Był to oczywiście Centralny Akademicki Teatr Rosyjskiej Armii (jeden z jaskrawych przykładów imperialnego stylu okresu stalinowskiego) oraz WDNH (była Wszechzwiązkowa Rolnicza Wystawa). Po drodze wraz z gośćmi jedliśmy bułeczki, piliśmy szampana, tańczyliśmy na ulicy i fotografowaliśmy się. Relaksowaliśmy się po jedenastu miesiącach przygotowań.

Po przejażdżce całe towarzystwo wesoło ruszyło do restauracji. Tam czekali na nas rodzice z bochenkiem chleba i solą. Chociaż starałam się odgryźć kęs większy od męża, jednak mi się nie udało. Tamada, czyli prowadzący uroczystość w restauracji przypomniał także inny zwyczaj. Panna młoda powinna zanurzyć kawałek chleba w soli i poczęstować nim małżonka na znak, że teraz będą dzielić wszystkie gorycze i łzy.

I oczywiście, wszystko to należało zapić wódką. Kieliszki wyrzuciliśmy przez ramię i rozbiliśmy. W dawnych czasach przyjęte było rozbijać gliniane doniczki, miało to wygonić złe duchy i pokazać niewinność panny młodej. Ocalała doniczka mogła wywołać skandal. We współczesnej Rosji kieliszki bije się po prostu na szczęście.

Restauracja

Mówiono nam potem, że nasz stół był przepiękny. My sami z mężem ledwo go pamiętamy. Zakończenie wielu miesięcy napięcia, ponad dwadzieścia „gorzko!” i dziesiątki konkursów nie pozwoliły nam popróbować stojących przed nami dań.

Aby goście nie nudzili się, tamada bez ustanku przeprowadzał pośród nich konkursy. Drużyny rywalizowały w wiedzy o młodej parze. Z balonów goście tworzyli dla nas prezenty, próbowali przedstawić na fragmentach papieru typu Whatman nasze przyszłe życie.

My natomiast bawiliśmy publikę naszym pierwszym tańcem jako mąż i żona. Mimo iż dzisiaj większość par wykonuje klasyczny walc, my zdecydowaliśmy się na tango. Było nam bliższe. Następnie, na parkiecie − w przerwie między biesiadą a papieroskiem − przyłączali się do nas goście.

Jednym z ostatnich momentów wesela było, być może najbardziej wzruszające,  przekazanie przez rodziców rodzinnego płomienia dzieciom. Nasze mamy za pomocą małych świeczek zapaliły naszą dużą. Ten obrzęd symbolizuje zjednoczenie dwóch rodzin i pojawienie się nowej.

Poza świecą przywieźliśmy do domu także dwie butelki szampana, przepasane wstążką, które należy otworzyć w pierwszą rocznicę ślubu − jedną, a następną − po przyjściu na świat pierworodnego.

Pod koniec, z europejskich tradycji pożyczyliśmy jeszcze jedną − rzuciliśmy kawalerom i pannom bukiet i podwiązkę, by poznać przyszłą parę młodą.

Także zgodnie z zachodnią tradycją, która przyszła do Rosji, następnego dnia po weselu wyjechaliśmy na miesiąc miodowy na Kubę.

Małżeńskie przywileje

W odróżnieniu od pokoleń mojej babci i mamy, dzisiejsze pary żadnych przywilejów po ślubie nie wygrywają. Mojemu zagranicznemu mężowi nawet nie ułatwiło to przedłużenia rosyjskiej wizy.

Za to ojczyzna męża wydała mi wizę w dzień złożenia dokumentów. Dzięki temu mogliśmy w ciągu miesiąca wziąć ślub kościelny we Francji, organizując prawdziwe święto dla rodziny, która nie mogła przyjechać na uroczystość do Moskwy.

Ciekawie było śledzić różnice w reakcji na nasz ślub ze strony Francuzów i Rosjan. Dla pierwszych, nasza decyzja o ślubie w wieku 25 lat była dosyć nieoczekiwana i wczesna, podczas gdy dla moich Rosjan, szczególnie starszego pokolenia − nawet spóźniona. Podczas gdy w wielu europejskich krajach przeciętny wiek, kiedy bierze się pierwszy ślub to 27−29 lat i dalej rośnie[6], to rosyjska dziewczyna stara się wyskoczyć za mąż do 23−24 roku życia. Przeżytki radzieckiej epoki, kiedy lekarze uważali kobietę w wieku 25 lat za zbyt starą na rodzenie, zostały przekazane wielu dziewczynom przez mamy.

Jednak na naszych oczach ta sytuacja się zmienia. Wiek, w jakim wstępuje się w związek małżeński pojawia się w centrum sporów ojców i dzieci. Dla naszych rodziców ślub był obowiązkowym rytuałem, który symbolizował zakończenie etapu wchodzenia w dorosłe życie. Życie bez ślubu w ich czasach było potępiane przez społeczeństwo i praktycznie niemożliwe.

Jednocześnie rewolucyjne zmiany  lat 90. − polityczne, gospodarcze i społeczne − w naturalny sposób dotknęły także model małżeństwa w Rosji. „Kosztem za wzrost dobrobytu w Rosji było odkładanie ślubu, rezygnacja z niego” − zauważa zastępca dyrektora Instytutu Demografii Wyższej Szkoły Gospodarki Siergiej Zacharow. I dzisiaj socjologowie zauważają początek westernizacji wstępowania w związek małżeński, jego „starzenia się”. Tłumaczy się to, po pierwsze, rezygnacją z tradycyjnego spojrzenia na zamążpójście jako jedyną drogę samorealizacji dziewczyny. Co wiąże się także ze wzrostem liczby Rosjanek, które uzyskały wyższe wykształcenie. Według danych Federalnej Służby Statystyki Państwowej, dzisiaj poziom wyższego wykształcenia pośród mężczyzn i kobiet, to odpowiednio 58 % i 44 %[7]. Po drugie, tradycyjny związek małżeński traci swoją pozycję dzięki rozpowszechnieniu nieformalnych relacji: dzisiaj około 25 % kobiet w wieku 20 lat i nie mniej niż 45 % w wieku 25 lat mieszka ze swoim pierwszym partnerem bez ślubu.

Jak będzie dalej rozwijać się rosyjski model związku na tle dzisiejszego kryzysu gospodarczego, pokaże czas i oczywiście pokolenia naszych dzieci.

Maria Gorkowskaja

[1] Захаров С.В.] Меняющиеся параметры матримониального поведения // Демографическая модернизация России 1900-2000. Под ред. А.Г. Вишневского. М.: Новое издательство, 2006. С. 109.
[2] Ukr. kulisz. Potrawa rozpowszechniona na Ukrainie przez kozaków zaporoskich. Jej odpowiednik jest w kuchni białoruskiej, ukraińskiej, węgierskiej. Podstawą dania jest pszeniczna kasza i słonina. Przyp. red.
[3] Захаров С.В.] Меняющиеся параметры матримониального поведения // Демографическая модернизация России 1900-2000. Под ред. А.Г. Вишневского. М.: Новое издательство, 2006. С. 109.
[4] Plac Błotny w Moskwie był miejscem manifestacji w 2011 i 2012 r. przeciwko fałszerstwom podczas wyborów parlamentarnych i prezydenckich.
[5] Odpowiedź: czas.
[6] „Средний возраст женщин при вступления в первый брак, 1960-2011” http://demoscope.ru/weekly/app/app4019.php
[7] http://www.gks.ru/bgd/regl/b14_50/Main.htm

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGłosy zza Odry (Raum ohne Volk)
Następny artykułAforyzmy Michaela Klonovsky`ego
Maria Gorkowskaja (Мария Горковская) - dziennikarka- freelancerka, publikuje w rosyjskich i zachodnich mediach. Wcześniej korespondentka działu międzynarodowego dziennika „Izwiestia”. Z wykształcenia prawnik, absolwentka Université Panthéon-Assas w zakresie prawa międzynarodowego, zajmuje się współczesną polityką zagraniczną Federacji Rosyjskiej, zwłaszcza wobec Europy oraz krajów byłego Związku Radzieckiego.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ