Polityczne znaczenie Sudetów i Karpat

2

W północnej części Europy Środkowo-Wschodniej [1] dominują niziny, ustępujące miejsca w południowej strefie tego hiperregionu Starego Kontynentu bardziej zróżnicowanemu krajobrazowi, współkształtowanemu w dużej mierze przez góry i wyżyny. Naturalną barierą oddzielającą od siebie te dwa obszary są, biegnące z północnego zachodu na południowy wschód, łańcuchy Sudetów i Karpat. Odegrały one dużą rolę w historii politycznej, determinując w poważnym stopniu bieg wypadków na terenach położonych wokół nich, przy czym ciekawym zagadnieniem zdają się być podobieństwa i różnice w zakresie ich oddziaływania na procesy historyczne dokonujące się zarówno w śródgórskich dolinach, jak i u ich podnóży. Kilka uwag na ten temat złoży się na treść niniejszego opracowania.

Rozwijając zarysowany powyżej problem badawczy zauważymy, że przez wiele wieków, biegnąca równoleżnikowo, część bariery karpackiej była trudniejsza do pokonania przez ekspansywne państwowości niż sudecka. Ta druga nie prze-szkodziła Czechom, a następnie Austriakom w opanowaniu, znajdującego się po drugiej stronie szczytów, Śląska, podczas gdy tym drugim udało się usadowić po północnej stronie Karpat dopiero pod koniec XVIII wieku. Nie znaczy to bynajmniej, że góry te były przeszkodą zupełnie nie do pokonania, uniemożliwiającą wędrującym ludom przechodzenie z jednej strony na drugą. Wszak przybywające z azjatyckich stepów koczownicze hordy dość łatwo przenikały nad Dunaj, począwszy od Hunów, a skończywszy na Węgrach, którzy pozostali w Panonii na stałe.

A zatem po opanowaniu przez Madziarów wielkiej naddunajskiej kotliny kształtuje się powoli geograficzno-polityczny schemat, który w znacznym stopniu występuje również współcześnie. Na północ od Sudetów i Karpat pojawia się państwo polskie, zajmujące „wielki nizinny korytarz” między przestrzeniami Eurazji a zachodnią częścią jej „zachodniego, europejskiego przylądka”. Na północny wschód od Karpat w dorzeczach wielkich wschodnioeuropejskich rzek formuje się Ruś Kijowska, rozpływająca się w stepowych równinach, żywiących koczownicze „ludy-pułki” – walka z nimi stanowi znamienny lejtmotyw dziejów prymarnej wschodniosłowiańskiej państwowości. Na południowy zachód od niej wśród pachnących traw puszty dokonuje się proces transformacji przyprowadzonych przez Arpada nomadów w osiadły lud europejski. [2] Sąsiaduje on od północnego zachodu z wyżynnymi Morawianami i kotlinnymi Czechami, budującymi swoje królestwo na szczątkach unicestwionej przez Węgrów Wielkomorawskiej Rzeszy. Trzecim słowiańskim ludem, jaki uważa się za jej spadkobiercę są, zamieszkujący południowe podnóża północnych Karpat, Słowacy, którym przyszło czekać tysiąc lat na uwolnienie się spod madziarskiego panowania, co oznacza, że aż do I wojny światowej ich polityczna podmiotowość nie była poważnie brana pod uwagę .

Przyglądając się modelowi historycznego rozwoju Europy Środkowo-Wschodniej nie możemy abstrahować od kłębiącego się na zachód od Polaków, Czechów i Węgrów dynamicznego żywiołu w postaci germańskich pogromców zachodniego Rzymu. Uznali się oni za kontynuatorów Imperialnej Idei, tworząc średniowieczną wersję Cesarstwa Rzymskiego, co dawało im niezwykle istotny argument dla uzasadnienia wielowiekowego Parcia na Wschód, określanego w niemieckiej mowie jako Drang nach Osten. Dążyli do uzależnienia od siebie orientalnych sąsiadów, co szło w parze z zakrojoną na szeroką skalę niemiecką kolonizacją, przejawiającą się w zakładaniu miast na prawie magdeburskim czy lubeckim, w których osiedlali się wychodźcy z Frankonii czy Saksonii, zagospodarowując, szczególnie po dokonanych przez Mongołów spustoszeniach, środkowoeuropejskie nieużytki. Ich cywilizacyjne dzieło jest widoczne dla każdego, kto spaceruje ulicami Pragi, Wrocławia czy Krakowa, gdzie trudno jest przeoczyć rozliczne budowle powstałe w stylu nie bez powodu noszącym nazwę gotyckiego. Niemieccy przybysze nie przestraszyli się górskich ostępów, dzięki czemu w północnych Karpatach pojawiły się miasta spiskie. Niemiecki żywioł rozgościł się także w węgierskiej Transylwanii oraz w Sudetach.

Ich zasiedlenie przez Teutonów doprowadziło do tego, że między Polaków a Czechów wbił się niemieckojęzyczny klin, przez kolejne stulecia rozszerzający się po obu stronach sudeckich wyniosłości. Doprowadziło do daleko posuniętej germanizacji Dolnego Śląska i nieco mniej zaawansowanej depolonizacji Górnego Śląska. W przypadku Czech i Moraw proces wynarodowienia ich mieszkańców zaszedł tak daleko, że wręcz zagroziło to egzystencji Narodu Czeskiego, otoczonego z trzech stron przez zamieszkujących pograniczne góry Niemców.[3] Ich ekspansja w górskich rejonach była związana z eksploatacją kopalin, kuszących feudalnych władców wizją fantastycznych zarobków i będącą mediewalną wersją późniejszego wyobrażenia El Dorado. Póki się ono nie pojawiło, zaczarowując wyobraźnię Europejczyków, jego odpowiednikiem – mniej zmitologizowanym z powodu bliższej, namacalnej egzystencji – były sudecko-karpackie złoża rozmaitych minerałów, przyciągające bardziej statecznych od konkwistadorów osadników. Z późniejszymi zdobywcami Zachodniej Półkuli łączyło ich to, że zasadniczo nie tracili oni związków z Macierzą. Zachowywali je dzięki temu, że zakładane na Wschodzie miasta pozostawały w prawnych relacjach z Magdeburgiem oraz innymi ośrodkami miejskimi, stanowiącymi jurydyczne wzorce dla naśladujących je ludzkich skupisk, zakładanych poza dotychczasowymi siedzibami ludów niemieckojęzycznych.[4]

Odpowiednikiem ich podgórskiego posuwania się w stronę wschodzącego słońca był wytrwały marsz romańskojęzycznych pasterzy, idących znad Dunaju wzdłuż obu karpackich stoków w wyznaczanym przez nie północno-zachodnim kierunku. W ramach prastarej romańsko-germańskiej rywalizacji reprezentowali oni inny od legionowego wzorzec ekspansji, opierający się na wędrowniczym sposobie życia, pozwalającym na penetrowanie rozległych obszarów, dających wyżywienie owczym stadom, Gdy Madziarowie zajęli Panonię, co niejednokrotnie traktuje się jako koniec Wędrówki Ludów, zepchnięci na podgórskie tereny rzymscy osadnicy dostosowali się do warunków naturalnych i rozpoczęli epopeję karpackiej migracji, współkształtującej oblicze środkowo-wschodniej Europy. Dotyczy to też sfery językowej, o czym świadczy choćby, mająca wołoski rodowód leksykalny, góralska watra, rozpalana aż po zachodnie krańce Beskidów, gdzie żyją Lachy; na terenie dzisiejszej Republiki Czeskiej znajduje się etnograficzny region noszący nazwę Valašsko, nie przypadkiem przypominającą Wołoszczyznę.

Z czasem do nurtu tej wędrówki włączyli się wschodni Słowianie, dzięki czemu ukształtowały się górskie etnosy Hucułów, Bojków i Łemków po północnej stronie Karpat, znajdujących swój odpowiednik w Rusnakach po drugiej stronie górskiego łańcucha. Wydaje się, że w świadomości tych mieszkańców niegdysiejszej Galicji utrzymuje się poczucie odrębności od zamieszkujących niżej położone tereny Ukraińców, co znajduje swój wyraz w rozważaniach na temat narodowotwórczego procesu dokonującego się w obrębie łemkowskiej społeczności.

Możemy więc pokusić się w tym miejscu, ekstrapolując powyższy przykład, na sformułowanie stwierdzenia o znaczącej roli gór w kształtowaniu etnicznej, jak również politycznej mapy Starego Kontynentu. Potwierdzeniem słuszności tej konstatacji są pradawne odróżnienia obszarów transalpejskich od cisalpejskich. Dzięki alpejskiej barierze utrzymywała się i pogłębiała frankijska, względnie italska, tożsamość; z czasem pomiędzy nimi pojawiła się tożsamość szwajcarska, trudna do wyobrażenia bez górskich dolin, stanowiących kolebkę helweckiej samodzielności, mogącej rozwijać się dzięki rozłożystości alpejskiego łańcucha. Natomiast Pireneje są znacznie węższe, w związku z czym w ich łonie mogła się ukształtować jako niewielka państwowość jedynie Andora, tym niemniej trudno przecenić rolę pirenejskich szczytów w oddzielaniu żywiołu hiszpańskiego od francuskiego. To naturalne granice pomiędzy nimi, podobnie jak południowe Alpy separujące Francuzów od Włochów.

Europa Środkowo-Wschodnia nie byłaby sobą, gdyby procesy narodowotwórcze nie były w niej bardziej zagmatwane ze względu na znaczne przemieszanie ludów. Tym niemniej znajdziemy w niej odpowiednik Szwajcarii i Szwajcarów w postaci Czech i Czechów [5], którzy zapewne nie oparliby się niemieckiemu naciskowi, gdyby nie otaczające kotlinę górnej Łaby i Wełtawy zalesione góry. Z drugiej strony sudecka przeszkoda nie pozwoliła na powstanie jednego narodu, mieszczącego w sobie dzisiejszych Czechów i Polaków. Wszak trudności komunikacyjne wybitnie ułatwiły Prażanom wypędzenie wojów Bolesława Chrobrego, a później ten sam czynnik przyczynił się do tego, że Przemyślidzi jedynie epizodycznie zasiedli na krakowskim tronie. Później husyci dobitnie zademonstrowali walory obronne „Czeskiej Reduty”, która utrzymała w swoich wiejskich częściach etniczną odrębność nawet w dobie największego upadku po bitwie na Białej Górze, dzięki czemu mogło w XIX wieku nastąpić narodowe odrodzenie, zwieńczone powstaniem Czechosłowacji. Jej rozpad sprawił, że czeska państwowość ścieśniła się do swojego rudymentarnego obszaru, determinowanego trudną do zignorowania geografią fizyczną, prędzej czy później przypominającą, że trzeba brać ją pod uwagę.

W XX stuleciu, gdy nasiliła się tendencja pogłębiania związku idei państwowej z ideą narodową, z całą ostrością wystąpiła sprzeczność między koncepcją utrzymania historycznych granic zakorzenionych w środkowoeuropejskiej tradycji monarchii, przekształcanych zgodnie z „Duchem Czasu” w republiki, a ich narodowym czy też narodowościowym zróżnicowaniem. Nie miało ono decydującego znaczenia wówczas, gdy w Pradze czy Budzie, względnie Krakowie lub Wiedniu zasiadali na tronach koronowani monokraci, wyposażeni w odgórną, boską legitymizację, podnoszącą na tyle ich autorytet, że był on uznawany przez zamieszkujące Koronę różnojęzyczne ludy. Nie dostrzegały one w posunięciach Pomazańca etnicznego szowinizmu, zwłaszcza, że niejednokrotnie władcy wywodzili się z egzotycznych dynastii, co łączyło się z domniemaniem ich obiektywizmu w przypadku konieczności rozstrzygania zatargów między poddanymi. Taka sytuacja ułatwiała panowanie nad całą „Naturalną Ojczyzną”, jak również sprzyjała próbom wyjścia poza jej rubieże w postaci madziarskich dążeń do opanowania Rusi Halickiej czy też czeskiej ekspansji w stronę Bałtyku względnie Adriatyku. [6]

Ten stan rzeczy nie uległ zasadniczej zmianie wówczas, gdy w Europie Środkowej solidnie rozgościli się Habsburgowie, wyparci wraz z lokalną arystokracją ze swojej helweckiej kolebki przez zbuntowany plebs, który umiejętnie wykorzystał miejscowe warunki, utrudniające w pooddzielanych od siebie alpejskimi turniami dolinach powstawanie wielkiej własności ziemskiej. Więcej miejsca było dla niej natomiast na rozleglejszych terenach węgierskich nizin i w obszernej czeskiej kotlinie. Sojusz powstałego na bazie własności ziemskiej możnowładztwa z niezwykle politycznie utalentowanym habsburskim rodem sprawił, że pod jednym berłem znalazły się podsudeckie i podkarpackie obszary, opanowane onegdaj oddzielnie przez Przemyślidów i Arpadów. Po północno-wschodniej stronie karpackiego łuku porównywalną do Habsburgów rolę odegrali Jagiellonowie, jednoczący terytorialne dziedzictwo zachodniosłowiańskich Piastów z tym, jakie pozostało po halickich Romanowiczach.

Upadek Rzeczypospolitej spowodował, że także Galicja przypadła się w udziale dynastii z Habichtsburga, stanowiąc rekompensatę za zajęty przez Prusaków prawie cały Śląsk, gdyż jedynie w jego południowo-wschodniej części nie powiodło się oparcie granicy o ścianę sudecką. Podważająca cesarski prestiż ekspansja Hohenzollernów stanowiła zapowiedź nowego paradygmatu, jaki ukazał się w całej okazałości w 1919 r., gdy runęły monarchie, a na ich gruzach rozgościły się ludowładcze republiki. To między nie zwycięskie mocarstwa podzieliły osierocone przez zdetronizowanych monarchów ziemie.

Wskutek uczynionych po Wielkiej Wojnie ustaleń Austria skurczyła się do rozmiarów pogranicznej marchii (jaką była na początku swojej historii), obejmującej niemieckojęzyczne, wschodnioalpejskie doliny i lingwistycznie tożsamą z nimi, położoną między Alpami a Karpatami, Bramę Wiedeńską. Przez nią przedziera się Dunaj, kierując się w tę stronę, gdzie znajdowała się orientalna część Austro-Węgier. Po republikanizacji Koronę św. Stefana spotkał podobny los jak Przedlitawię – Węgry utraciły 2/3 poprzedniego terytorium, przede wszystkim na rzecz Rumunii i Czechosłowacji. Realizacja zasady samostanowienia narodów, interpretowanej w sposób niekorzystny dla pokonanych, doprowadziła do tego, że, istniejące przez dobrych kilkaset lat, węgierskie granice przestały opierać się na karpackich szczytach.

Zmiany terytorialne zostały dokonane w imię „połączenia z Macierzą oderwanych od niej synów, przez wieki bezustannie tęskniących za powrotem na jej ukochane łono”. Rumuńskie państwo, co prawda monarchiczne, ale oparte na narodowej idei, podążyło prastarym szlakiem wołoskich pasterzy, którzy spełnili taką rolę, jak północnoamerykańscy traperzy, dla ochrony których Waszyngton wysyłał z lubością kawalerię federalną, zajmującą kolejne połacie kontynentu. W Europie rumuńska armia wkraczała do Transylwanii, gdzie zamiast Indian przebywali zasiedziali od Średniowiecza Madziarzy, Sasi i Szeklerzy, tworzący uprzywilejowane względem rumuńskojęzycznych chłopów warstwy miejscowego społeczeństwa. W imię demokratyzacji obecność tych ostatnich stała się argumentem uzasadniającym masową imigrację wołoskich i mołdawskich urzędników, którzy instytucjonalizowali w Siedmiogrodzie sen o Wielkiej Rumunii, zaokrąglającej swe granice dzięki Historycznemu Przewrotowi, pozwalającemu rumuńskiemu ludowi na triumfalne „wkroczenie do śródmieść” Klausenburga czy Marosvásárhely, oficjalnie przemianowanych na Cluj oraz Tîrgu Mureş, co symbolizowało zaprowadzenie nowych porządków.

Nastały one także w Górnych Węgrzech (Felvidék), które stały się wschodnią częścią Czechosłowacji. Praskie władze upomniały się o swych rodaków, oddzielonych politycznie od Czechów po upadku na początku X w. Państwa Wielkomorawskiego, które rozbite zostało przez madziarskich najeźdźców. Od tamtej pory słowaccy chłopi znajdowali się pod węgierskim panowaniem, słabnącym wraz z wysokością nad poziomem morza. W wyższych partiach gór lubili wszak przebywać, symbolizowani przez zmitologizowaną postać Janosika, zbójnicy, będący karpackimi odpowiednikami naddnieprzańskich Kozaków. Występowali oni także po małopolsko-śląskiej stronie gór, gdzie działał „znany z pieśni i powieści” Ondraszek, jak również na opadających w stronę nadczarnomorskich równin zboczach, które rozbrzmiewały echami działań rusińskich zbójców, nazywanych przez miejscową ludność opryszkami, spośród których największą sławą okrył się Ołeksa Dowbusz. Jednakże największe znaczenie w narodowej mitologii uzyskał Janosik, przedstawiany w XX wieku w oficjalnej słowackiej propagandzie jako czołowy bojownik o wolność i demokrację, którą to interpretację walnie wzmocnił musical Katarzyny Gaertner i Ernesta Brylla Na szkle malowane, cieszący się na przełomie lat 60. i 70. zeszłego wieku ogromnym powodzeniem w Bratysławie, Bańskiej Bystrzycy i innych miastach wschodniej Czechosłowacji.

Można zatem uznać, że współczesna słowacka tożsamość opiera się na micie przetrwania w wysoko położonych partiach Tatr i Beskidów prawdziwej słowackości, która oparła się stuleciom ucisku, aby następnie zwycięsko spłynąć z podniebnych turni rwącymi potokami swej krystalicznej autentyczności etnicznej, co spowodowało u ceprów otrząśnięcie się z węgierskich naleciałości. Co bardziej wrażliwi spośród z nich w romantycznym porywie uciekali ze zdominowanych przez obcojęzyczną burżuazję miast w stronę „czystego jak górski śnieg” słowiańskiego ludu, tworząc na podstawie jego mowy (liptowskiego, a zatem podtatrzańskiego dialektu) poruszające serca dzieła narodowej literatury, przepełnionej zachwytem nad urokiem tajemniczych gór. W końcu nie przypadkiem napisane przez Janka Matuszkę sztandarowe dzieło słowackiego odrodzenia narodowego, podniesione do rangi hymnu narodowego, nosi nazwę Nad Tatrou sa blýska. Trudno się zatem dziwić, że tatrzański motyw znalazł się także na fladze Słowacji po jej powtórnym oddzieleniu się od Czech i Moraw pod koniec ubiegłego stulecia. Wtedy to nad bratysławskim zamkiem załopotał na naddunajskim wietrze biało-niebiesko-czerwony sztandar, na którym na tle tych ogólnosłowiańskich barw [7] krajową specyfikę zaakceptowano poprzez umieszczenie sylwetki majestatycznego Garłucha, symbolizującego od niepamiętnych czasów słowackie wzniosłe tęsknoty i podążające ich śladem niebotyczne porywy narodowego ducha.

Wpływ najwyższej części Karpat na narodowy paradygmat da się zauważyć także w polskim przypadku. Wszak „odkrycie Podhala” w drugiej połowie XIX wieku oddziałało na wyobraźnię wielu rodzimych twórców i polityków, zachwyconych góralskim umiłowaniem „ślebody”, idącym w parze ze swego rodzaju samoistną szlachetczyzną, niezależną od ceprowskich, feudalnych powinności, tłumiących spontaniczną ekspresję ludu. W oczach inteligenckich przybyszów z nizin właśnie górale w największym stopniu przechowali pod wierchami swoją samodzielność i witalność. Owa krakowsko-warszawska fascynacja Podhalanami sprawiła, że uzbrojony w ciupagę góral stał się symbolem wyzwoleńczych aspiracji polskiego ogółu, a w efekcie ujmowanej całościowo polskości, bo przecież w indoeuropejskiej tradycji swobodnego męża poznaje się po tym, że nie rozstaje się z orężem. W polskiej literaturze artystycznym wyrazem podziwu dla góralskiej bojowości za ojczystą sprawę stała się znana scena z Potopu Sienkiewicza, w której zbójnicy przychodzą na odsiecz królowi Janowi Kazimierzowi, gromiąc zagrażających mu Szwedów. To zapewne ten opis przyczynił się do tego, że przed 1914 r. Piłsudski w okolicach Zakopanego gromadził swoich bojowców, licząc na to, że miejscowe fluidy wzmocnią ich przed wyruszeniem na Wielką Wojnę.

Gdy nadeszła II wojna światowa, zinstytucjonalizowanym wyrazem uznania prowolnościowej bojowości podtatrzańskiego ludu stała się Brygada Podhalańska (nota bene patronem słowackiej dywizji, zajmującej w 1939 r. wraz z oddziałami Wehrmachtu, polskie obszary, był nie kto inny jak Janosik), a według aktualnie obowiązującej wersji historii powojennym ucieleśnieniem szlachetnego antykomunistycznego oporu był Józef Kuraś, czyli „Ogień”, którego zbrojne wyczyny w latach 40-tych wzbudzały przerażenie wśród funkcjonariuszy władzy ludowej. Również w latach późniejszych ludowa demokracja czy realny socjalizm były traktowane „na skalnym Podhalu” z potężną dozą nieufności z powodu przemądrzałego totalitaryzmu, instynktownie odrzucanego przez wiedzących swoje mieszkańców Podkarpacia.

Ich krytyczne nastawienie niewątpliwie wzmacniane było w znacznym stopniu przez Mit Ameryki. W umysłach wielu Podhalan powiązanych uczuciowymi więziami z niezwykle liczną zaoceaniczną emigracją, mającą korzenie w południowej Małopolsce, Stany Zjednoczone utożsamiane były z powszechnie przeciwstawianym „sowieckiej opresji” Wolnym Światem, gdzie prości ludzie mogą nareszcie chodzić z wyprostowanym karkiem. Wychodźcy z Nowego Targu czy Rabki wyjątkowo dobrze czuli się w egalitarystycznych Stanach Zjednoczonych. Na tle pozostałej Polonii wyróżniali się pewną oryginalnością, dzięki czemu za Wielką Wodą stereotypowy Góral, żywcem przeniesiony z moniuszkowskiej Halki, stał się symboliczną inkarnacją Polaka.

Owo utożsamienie dokonało się pomimo lansowanej po 1939 r. przez oficjalne czynniki niemieckie koncepcji Goralenvolku. Opierała się ona na założeniu genetycznej odrębności karpackiej ludności, wyprowadzanej przez propagatorów tej idei od niesłowiańskich przodków, co miało stanowić przesłankę do stworzenia górskiego „bantustanu”, pomagającego Berlinowi w realizacji prastarej dyrektywy divide et impera. W szerszym wymiarze mogłoby to doprowadzić do wykreowania Karpatenlandu, w ramach którego oprócz obszaru „gorolskiego” istniałyby kantony laski, łemkowski, bojkowski, huculski i rusnacki, co przekształciłoby Karpaty Zachodnie w europejski odpowiednik Kaukazu z charakterystyczną dla niego etniczno-polityczną układanką. Zapowiedź takiego geoetnicznego paradygmatu pojawiła się po zakończeniu I wojny światowej, kiedy to Czechosłowacja otrzymała Ruś Podkarpacką pod warunkiem przyznania jej autonomii. Jednakowoż ona pozostała na papierze aż do 1938 r., jedynie po to, aby po upływie kilku miesięcy zostać zlikwidowana przez Węgry.

Węgrom udało się również odzyskać Transylwanię, która po 1945 r. została oddana Rumunii, z tym że przez kilka powojennych lat istniał w północnym Siedmiogrodzie Węgierski Okręg Autonomiczny, mający zapewne dopomóc w wyemancypowaniu się „górskich Węgrów” od pozostałych Madziarów. [8] Ten eksperyment został poniechany wówczas, gdy przywrócono przedwojenny stan scentralizowanej państwowości, mającej krzewić rumuńskość w najodleglejszych zakątkach socjalistycznej republiki, w tym szczególnie intensywnie w tych górskich okolicach, gdzie mniejszości narodowe nie wykazywały skłonności do asymilacji. Nie zdecydowano się natomiast na radykalnie skuteczną metodę w postaci czystek etnicznych, do których doszło w Karpatach Zachodnich i Sudetach. Spowodowały one błyskawiczną likwidację nawarstwiających się przez stulecia etnicznych skupisk, które zostały przeniesione do nowych siedzib.

W przypadku Karpat los ten spotkał tę część prawosławnej i greckokatolickej ludności, określanej niegdyś zbiorczym mianem Rusinów, jaka znalazła się po ustanowieniu nowego ładu geopolitycznego w granicach jałtańsko-poczdamskiej Polski. Ludzie ci stanowili naturalne oparcie dla nie składającej broni Ukraińskiej Powstańczej Armii, nolens volens kontynuującej tradycje kontestujących feudalny porządek opryszków. Ich banderowscy następcy walczyli zarówno z sowietoidalnymi porządkami społeczno-politycznymi, jak i z zaprowadzającymi je władzami Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, pragnącymi per fas et nefas spacyfikować niespokojne Bieszczady. Ostatecznie zbrojna rywalizacja zakończyła się w ten sposób, że polska strona wysiedliła wschodniosłowiańskich mieszkańców Karpat, co z jednej strony doprowadziło do pokonania UPA, a z drugiej do wyludnienia gór. W pewnym stopniu przywróciło im to ich pierwotną rolę naturalnej granicy między ościennymi ludami i państwowościami, zatracającą się wraz z trzebieniem lasów i zagęszczaniem się osadnictwa.

Podobne zjawisko wystąpiło w Sudetach, kojarzonych od 1938 r. z terminem Sudetenland. Został on wylansowany przez Hitlera, który upomniał się o mówiących językiem Goethego i Bismarcka mieszkańców czechosłowacko-niemieckiego pogranicza, „systematycznie i brutalnie prześladowanych przez praski reżim”. Kwestia Niemców sudeckich pojawiła się w całej okazałości po zakończeniu I wojny światowej, kiedy bardzo energicznie dawali oni do zrozumienia, że nie mają ochoty na czechosłowackie obywatelstwo. Ich bunt został zduszony w zarodku przez, dysponujące poparciem zwycięskich mocarstw, władze nowego państwa, obejmujące w posiadanie górskie rubieże, których mieszkańcy bynajmniej nie porzucili marzeń o irredencie. Owe tęsknoty ziściły się po 20 latach, kiedy to w imię zasady samostanowienia narodów przesunięto granicę w głąb dotychczasowego terytorium CSR.

Po wojennej klęsce Niemiec Czechosłowacja ponownie objęła w posiadanie sudeckie wierzchołki, z podnóża których usunięto, zamieszkujących te tereny od wieków, niemieckojęzycznych tubylców. Ich miejsce zajęli na Śląsku Polacy, a w Sudetenlandzie Czesi. Jednak, podobnie jak w Karpatach, nie został przywrócony przedwojenny stan zasiedlenia, dzięki czemu Sudety stały się bardziej dzikie, choć daleko im pod tym względem do łańcuchów górskich położonych we wschodniej części zachodnich Karpat. W każdym razie w przybliżeniu przywrócono na polsko-czeskim pograniczu stan etniczno-polityczny istniejący tutaj zanim, począwszy od XII w., zaczął narastać Drang nach Osten, trzebiący górskie ostępy w poszukiwaniu Lebensraumu. Wydaje się jednak, że owo, w sporym stopniu spontaniczne, Parcie na Wschód wkroczyło w schyłkowe stadium w okolicach 1800 r., aby po kilkudziesięciu latach przekształcić się w Ostflucht. Owa Ucieczka ze Wschodu, antycypowana onegdaj przez nakierowane również na Zachód marsze koczowniczych hord ze stepów Eurazji oraz romańskich pasterzy, posuwających się w stronę zachodzącego słońca wzdłuż karpackich stoków, została w XX wieku dramatycznie przyspieszona przez zwycięski marsz Armii Czerwonej.

Podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Związek Sowiecki występował w, odgrywanej już wielokrotnie na przestrzeni dziejów przez rozmaite euroazjatyckie polityczne podmioty, roli reprezentującego zasadniczo koczowniczą tradycję stepowego imperium, zmagającego się z wrogiem, ucieleśniającym szeroko rozumiany interes rolniczo-handlowych, zasadniczo osiadłych ludów, przyzwyczajonych do swoich ojcowizn, dających im wraz z rosnącym łańcuchem następujących po sobie i dziedziczących te same łany i warsztaty pracy pokoleń trudną do zlekceważenia siłę, wzmaganą przez wzrastającą wraz z rozwojem sił wytwórczych gęstość zaludnienia, wybitnie utrudniającą wszelką asymilację nawet w przypadku ulegnięcia wydobywającym się z azjatyckich głębin wrażym watahom, niepewnie się czującym w okolicach naznaczonych raczej przez lasy i góry niż przez rozciągające się na wschód od bałtycko-czarnomorskiego Międzymorza otwarte pustkowia.

W przypadku Rosjan próby podejmowanych z obszarów tego typu ekspansji na południe lub zachód napotykały na oczywiste przeszkody w postaci takich wypiętrzeń, jak Pamir, Hindukusz, Kaukaz czy Karpaty. Naturalne trudności w ich przekraczaniu były zwiększane przez bojowy potencjał zamieszkujących je wojowniczych plemion, mających niewiele do stracenia poza umiłowaną ponad wszystko swobodą. Okoliczność ta zachęcała do stosowania znanej, co najmniej od czasów starożytnego imperium perskiego, praktyki przesiedlania sprawiających kłopoty ludów w miejsca odległe od pierwotnych siedzib, gdzie niespokojne grupy etniczne muszą przez dłuższy czas pokonywać aklimatyzacyjne problemy, co osłabia ich waleczność.[9] Biorąc zatem pod uwagę te wielowiekowe doświadczenia, możemy uznać, że powojenne przemieszczenia mas ludzkich na drodze wysiedleń dokonanych w Karpatach i Sudetach zgodne były z dalekosiężnymi, geopolitycznymi i geostrategicznymi interesami i zamierzeniami Kraju Rad.

Podobne operacje zostały przeprowadzone na Kaukazie, dzięki czemu spodziewano się utrwalić panowanie nad tym masywem, którego zdobywanie w ciągu XVIII i XIX wieków kosztowało mnóstwo trudów i ofiar. Podczas II wojny światowej górskie ludy z niecierpliwością oczekiwały na niemiecką armię, spodziewając się, że dzięki niej zrzucą sowieckie jarzmo. Z kolei ujarzmiający, obok kaukaskich doświadczeń, pamiętali o kłopotach, jakie przysporzyły Karpaty podczas obu światowych wojen rosyjskim czy też radzieckim wojskom, wybitnie utrudniając szybkie przedostanie się w kierunku Budapesztu i Wiednia, przy czym austro-węgierskie względnie niemieckie oddziały zazwyczaj mogły liczyć na życzliwość miejscowej słowiańskojęzycznej ludności, w niewielkim stopniu podatnej na panslawistyczną, względnie komunistyczną, agitację.

Wypada uznać, że taka „proeuropejska” postawa górskich i podgórskich Galicjan była poważnym argumentem na rzecz dokonania czystki etnicznej, stwarzającej w Karpatach nową sytuację, dającą nadzieję na to, że następnym razem pozbawiona głębszego zakorzenienia w nowych dla siebie okolicach napływowa ludność będzie bardziej pokorna względem skierowanego na Zachód uderzenia. Takie same nadzieje można było mieć względem wkraczających do Sudetenlandu Słowian, szczególnie Czechów, żywiących wszak po 1945 r. jeszcze przez długie lata silne słowianofilskie sentymenty. Uległy one wydatnemu zmniejszeniu po zduszeniu przez sojusznicze armie w 1968 r. Praskiej Wiosny. Wypada przy tym uznać, że strategiczna słuszność decyzji o wysiedleniu niemieckiej ludności z polskich Ziem Odzyskanych znalazła wówczas swoje potwierdzenie– oddziały Ludowego Wojska Polskiego dokonały skutecznej interwencji z ziem zamieszkałych w zwartym bloku przez polską ludność, raczej życzliwą wobec operacji; w przypadku niedoszłej do skutku, odwrotnej operacji tzn. tłumienia polskiej „Solidarności”, czyli udzielenia bratniej pomocy towarzyszom w Warszawie, zapewne podobnie byłoby podczas podchodzenia czechosłowackich jednostek do wyjściowych podstaw natarcia, znajdujących się na terenach zamieszkałych przez Czechów. Nota bene wydarzenia 1968 r., a jeszcze bardziej prusko-austriacka wojna z 1866 r., potwierdziły, że Sudety są łatwiejszą barierą do pokonania niż Karpaty, co skłoniło zresztą Czechosłowację do budowy wzdłuż sporego odcinka północnej granicy swojej wersji Linii Maginota, której walory jednak ani w 1938, ani w 1968 r. nie zostały wypróbowane.

W przeciwieństwie do owych fortyfikacji, będących dzisiaj tylko turystyczną atrakcją, polityczne znaczenie zarówno Sudetów, jak i Karpat, zostało jak najbardziej poddane długotrwałej, trwającej przez wiele stuleci weryfikacji, uprawniającej do stwierdzenia, że ich rola w kształtowaniu europejskich dziejów nie powinna być lekceważona. Separują one ciągnące się od Atlantyku po azjatyckie bezkresy niziny i wyżyny od środkowo-południowej części kontynentu, bliżej związanej ze śródziemnomorsko-cesarskim, przesyconym łacińskością paradygmatem, pozostającym w opozycji względem transalpejskiej części Starego Kontynentu, znacznie silniej naznaczonej germańskim oraz słowiańskim piętnem.

Na otwartych przestrzeniach nie ma miejsca, gdzie mogłyby się przedrzeć i przetrwać w samodzielnej etniczno-politycznej postaci grupy ludności spoza tych dwóch potężnych gromad indoeuropejskiej gałęzi rodzaju ludzkiego. Niegdysiejsze koczownicze inwazje mogły doprowadzić do uzależnienia od najeźdźców rozległych połaci Niżu, ale po zrzuceniu przez Moskwę tatarskiego jarzma potomkowie dotychczasowego hegemona nie byli w stanie utrzymać własnych państwowości z powodu braku naturalnych granic.

Nie jest zatem przypadkiem, że spadkobiercy orientalnych nomadów zdołali zachować własną – ubarwiającą swoją odrębnością polityczną mapę Europy – państwowość jedynie na osłoniętej karpackimi szczytami puszcie. Z kolei Sudety umożliwiły przetrwanie Czechów jako etnosu zdolnego do państwowotwórczej aktywności, który gdyby nie górska zapora zapewne miałby dzisiaj status łużyckich Serbów.

Generalnie zatem, poza istotnym wyjątkiem polskiego fenomenu narodowo-państwowego, który zresztą okresowo ulegał naporowi nie napotykających naturalnych przeszkód silniejszych sąsiadów, fenomen odrębnej od Rusi i Germanii Europy Środkowej, składającej się z niewielkich ludów, mogących w sytuacji korzystnej koniunktury wybijać się na niepodległość, jest pochodną istnienia, osłabiających mocarstwowy impet, Karpat i Sudetów wraz z „polskim przedpolem”, przyciągającym uwagę Berlina i Moskwy. W tym ujęciu Polska byłaby zatem „przedmurzem mniejszych środkowoeuropejskich braci”, stwarzając im lepsze warunki samodzielnego rozwoju. Dzięki temu Europa jest znacznie bardziej urozmaicona niż pozbawiona większych równoleżnikowych pasm górskich Ameryka Północna, co skutkuje nużącym politycznym ujednostajnieniem. Los ten został oszczędzony Europie, o czym warto pamiętać, gdy będziemy podziwiać surowe piękno Karkonoszy, Tatr oraz innych fragmentów sudecko-karpackiego pasa.

Artur Ławniczak

Temat obrazu: walki II Brygady Legionów pod Rafajłową podczas działań na froncie wschodnim. źródło: NAC

Przypisy

[1] Określenie to w politycznie zabarwionej nomenklaturze geograficznej przeciwstawiane jest Europie Środkowej. Ten drugi termin, zdobywający sobie w krajowej literaturze po 1989 r. rosnącą popularność, kojarzy się z wydaną podczas I wojny światowej książką Fryderyka Naumanna Mitteleuropa, zawierającą wizję niemieckiej dominacji na obszarze bałtycko-adriatycko-czarnomorskiego Intermarum. Z kolei, gdy pisze się o Europie Środkowo-Wschodniej, to sugeruje się naturalne związki tej części Starego Kontynentu z orientalną Słowiańszczyzną. Pamiętając o tych odniesieniach, trudno jednak nie dostrzec, że druga propozycja, jeśli nie będziemy zbytnio jej fetyszyzowali, jest terytorialnie pojemniejsza, co w kontekście niniejszego tekstu ma spore znaczenie, ponieważ wschodnie części Karpat trudno jest upychać w Europie Środkowej.

[2] Wydarzenie to wypada uznać za doniosłe świadectwo siły łacińskiej cywilizacji, potrafiącej zasymilować żywioł zdający się być zupełnie niepodatnym na taką akulturację. Jej sukces świadczy o elastyczności obu stron, potrafiących wypracować modus vivendi pomimo niezwykle trudnego doświadczenia długich dziesiątków lat pustoszących najazdów pogańskich Madziarów na zachodnie kraje. Zakończyły się one militarną klęską nad Lechem, po której elita rozgromionych koczowników zrozumiała, że niezbędna jest gruntowna Перестройка w postaci przyjęcia chrześcijaństwa i osiadłego trybu życia. Generalnie ta fascynująca zmiana cywilizacyjnego paradygmatu zakończyła się sukcesem, choć daje się zauważyć pewne rozdarcie we wrażliwej węgierskiej duszy, dające o sobie znać poprzez wyrażającą być może pamięć niegdysiejszej traumy, skłonność do melancholii względnie gwałtowności, niweczącej niejednokrotnie kompromisowe propozycje, traktowane jako niehonorowe przez kultywujących rycerski etos potomków stepowych jeźdźców, którym płaskie równiny wokół Budapesztu przypominają o orientalnej Praojczyźnie. W niemałym stopniu przyczyniło się to do zachowania madziarskiej swoistości, przenicowanej w ograniczonym zakresie przez wielowiekowy proces europeizacji, zostawiającej, przynajmniej jak na razie , duży margines swobody dla kultywowania narodowych odrębności, bez których Europa przestałaby być sobą.

[3] W 1918 r. usiłowali się oni odseparować od powstającej Czechosłowacji. Powołując się na dogmat prawa narodów do samostanowienia Deutschböhmen domagali się wyodrębnienia Kraju Sudeckiego (Sudetenland), obejmującego poza Sudetami także Rudawy, Las Czeski i Szumawę. Idea ta doczekała się realizacji w 1938 r., kiedy przyłączono do Rzeszy te tereny dzięki przesunięciu granicy w stronę Pragi. Jedyny odcinek, na którym nie dokonano korekty linii granicznej, znajduje się między Nachodem a Kudową, gdzie, na zasadzie wyjątku, czeski żywioł przerywał zwarty pas niemieckiego osadnictwa przygranicznego w miejscu, gdzie przebiega droga łącząca stolicę Czech z największym miastem Śląska, poprowadzona tam, gdzie Sudety się obniżają. Dogodny do nich dostęp od południowo-zachodniej strony sprawił, że po niemieckiej, a następnie polskiej, stronie rozgraniczenia znajdował się Czeski Kącik, będący po opuszczeniu podgórskiego Śląska przez Niemców drugim obok Zaolzia zakłóceniem reguły pokrywania się polskiego, względnie czeskiego, terytorium narodowego z państwowym.

[4] W basenie śródziemnomorskim odpowiednikiem Niemców są Włosi. W Italii jeszcze wcześniej niż na północ od Alp doszło do rozwoju życia miejskiego, co w obu przypadkach opóźniło o całe stulecia powstanie narodowych państw, których władza potrafiła sobie poradzić z elitami „małych ojczyzn”. Zanim to nie nastąpiło, wysyłały one masowo swoich synów na Wschód, co skutkowało spostrzeżeniem, że w tej części Europy „na lądzie mówi się po niemiecku, a na morzu po włosku”. Ekspansja ta była widoczna zarówno w sferze handlowej, jak i militarnej, gdzie poza występami w ramach własnych sił zbrojnych zarówno Niemcy, jak i Włosi chętnie wcielali się w rolę wynajmowanych przez obcych monarchów najemników, co skutkowało np. opisanym przez Sienkiewicza starciem niemieckiego regimentu z Kozakami lub tym, że podczas wielkiej chrześcijańsko-osmańskiej morskiej batalii pod Lepanto obie strony mówiły językiem Dantego.

[5] Porównanie to było szczególnie popularne po I wojnie światowej, kiedy Masaryk deklarował, że szwajcarska państwowość jest wzorcem, którego odpowiednikiem w Europie Środkowej stanie się Czechosłowacja, podobnie jak Helwecja zróżnicowana językowo. Atrakcyjność popieranego przez Wielkie Demokracje Zachodu państwa Czechów, Słowaków i pozostałych miała wynikać z rozwijania protestancko-humanistycznego dziedzictwa Husa i Komenskiego, tworzącego w swojej unowocześnionej wersji niezwykle postępowy paradygmat, przekształcający mocą swego oddziaływania różnojęzycznych obywateli w połączonych państwowym patriotyzmem Czechosłowaków. Jednakże w politycznej praktyce zamiast szwajcarskiego federalizmu, dającego sporą dozę samodzielności poszczególnym wspólnotom, praskie władze, obawiając się słowackiego separatyzmu, jak również niemieckiego, węgierskiego oraz polskiego irredentyzmu, trzymały się centralistycznej linii, być może jedynej, która była w stanie przesunąć na późniejszy termin rozpad państwa. Doszło do niego dwa razy, przy czym „aksamitny rozwód” z początku lat 90-tych może być uznany za przeprowadzony zgodnie z europejskimi „demostandardami”, wśród których znajduje się prawo narodów do samostanowienia, dwukrotnie egzekwowane przez Słowaków, przy czym ten drugi raz uzyskał akceptację „postępowej opinii publicznej”, która przyjęła do wiadomości pożegnanie się z majakiem środkowoeuropejskiego wariantu Szwajcarii.

[6] Za panowania Przemysła Ottokara II władza czeskiego monarchy rozciągnęła się po Adriatyk. Co prawda był to dość krótki epizod, zakończony bohaterską śmiercią panującego w 1278 r. pod Suchymi Krutami, gdzie uległ habsburskiej przemocy. Niemniej jednak rycerska sława tego bojownika, którego dwór przyciągał wiele niespokojnych duchów, sprawiła, że w europejskiej tradycji długo jeszcze utrzymała się pamięć o jego wyczynach – nawet Szekspir wspomina o siedzącym na morskim brzegu czeskim królu.

[7] Odnajdziemy je na fladze Rosji i Słowenii, jak również Republiki Czeskiej. Ta ostatnia niczym się nie różni od czechosłowackiej, powstałej dzięki umieszczeniu niebieskiego klina między białym i czerwonym pasem. Okazuje się zatem, że „przedfederacyjna” flaga czeska była identyczna z polską. Natomiast jeśli chodzi o wyrażanie narodowych uczuć w pieśni, to w obrębie Słowiańszczyzny dostrzeżemy podobieństwo hymnu jugosłowiańskiego z polskim, przy czym ten pierwszy jest znacznie szybszy. Jeśli chodzi zaś o przesłanie, to zarówno w hymnie ogólnosłowiańskim, jak i ukraińskim oraz serbołużyckim odnajdziemy znane z Mazurka Dąbrowskiego pocieszające przesłanie, że póki żyjemy, to jeszcze nie wszystko stracone.

[8] Warto przypomnieć, że w feudalnych czasach, gdy Transylwania znajdowała się w granicach Korony Świętego Stefana, uprzywilejowana część ówczesnego społeczeństwa składała się z Madziarów, Sasów i Szeklerów (po rumuńsku Secuíme). Po 1945 r. Sasi wrócili do Niemiec, skąd przed stuleciami przybyli ich przodkowie, natomiast dwie pozostałe grupy zasadniczo zlały się z sobą, choć pamięć o odrębnym rodowodzie Szeklerów wciąż jest żywa. Istnieją różne teorie na temat ich pochodzenia. Przeważnie przyjmuje się, że przybyli z orientalnych stepów, być może wskutek rozbicia przez wrogów Pieczyngów. Ci, którzy przeżyli, schronili się wśród gór i tak już zostało. Stanowili oni węgierski odpowiednik Kozaków, mających chronić środkowe obszary państwa przed barbarzyńcami. Królowie uznali ich szlachectwo, dzięki czemu nie został zrealizowany scenariusz znany z Ogniem i mieczem, raczej możemy mówić o węgiersko-szeklerskim odpowiedniku umowy hadziackiej, uskutecznionej nie nad Dnieprem, lecz w Siedmiogrodzie.

[9] Scenariusza tego nie udało się zrealizować Królowi Królów w przypadku Scytów. Po przekroczeniu przez imperialne siły zbrojne Dunaju koczownicy unikają frontalnego starcia, co nie oznacza, że zamierzają się poddać. Podpalają trawy i zatruwają studnie, po czym wycofują się, wciągając Persów na niezmierzone równiny. W miarę oddalania się od baz najeźdźcza armia słabnie, a wróg wciąż jest nieuchwytny i cierpliwie oczekuje, aż trudne warunki naturalne zrobią swoje, poprzestając na szarpaniu pomniejszych oddziałów. W końcu Monarcha zarządza odwrót i zdziesiątkowane oddziały wycieńczonych, niedoszłych zdobywców wracają na pozycje wyjściowe. Ten sam schemat powtarza się wówczas, gdy Karol XII, Napoleon czy Hitler wyruszają na wschód, próbując podbić rosyjskich spadkobierców Scytów. Clausewitz stwierdził, że nie jest możliwe wygranie wojny z takim państwem jak Rosja, która co najwyżej czasem pokonuje sama siebie. Gdy następuje Смута, Tatarzy czy Polacy mogą zająć pogrążoną w chaosie Ruś względnie Rosję.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułGłosy zza Odry (Europa między Draghim a Ciprasem)
Następny artykuł„Przełom energetyczny” w Niemczech, czyli durniem jesteś i durniem pozostaniesz
Dr hab. Artur Ławniczak, adiunkt w Katedrze Prawa Konstytucyjnego na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego. Opublikował książki: "Finansowanie partii politycznych" (2001), "Prawowitość aktualnej postaci państwa polskiego" (2007), "Ustroje polityczne państw latynoamerykańskich" (2008), "Istota władzy państwowej i jej formy" (2010), "Monarchiczne i republikańskie głowy państwa w Europie" (2011), "Losowanie w sferze publicznej. Między wróżeniem a głosowaniem (2012)". Przetłumaczył z języka francuskiego i opracował "Elementarz antyamerykański" (1994) autorstwa Roberta Steuckersa, Arnolda Hautbois, Xaviera Marchanda i in.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ