„Przełom energetyczny” w Niemczech, czyli durniem jesteś i durniem pozostaniesz

0

Ile zapłacą Niemcy, jeśli ich politycy wprowadzą w życie obłąkany „przełom energetyczny” (Energiewende) w zaplanowanej formie? Wprawdzie do tego nie dojdzie, bo plany ostatecznie rozbiją się o twardą rzeczywistość, ale na tak postawione pytanie spróbował dać odpowiedź ekspert ds. energetycznych inż. Klaus Maier. Słusznie bowiem mówi on, że „kto zaczyna projekt, powinien wiedzieć, ile wyniosą jego końcowe koszty”. Czyli kto popiera „przełom energetyczny”, musi też zaakceptować jego cenę. Maier stwierdził kategorycznie: „Rozwiązanie, którego koszty są nie do przyjęcia, nie jest rozwiązaniem”. I policzył wydatki, które trzeba byłoby ponieść do roku 2050, jeśli – takie przyjął założenie – wszystko zostałoby wykonane zgodnie z obecnymi planami. Wynik wygląda przerażająco i dlatego z całą pewnością sprawy nie mogą toczyć się tak jak dotychczas.

80 procent – cel polityczny

Wyliczenia Maiera opierają się na przyjętym celu politycznym, by w 2050 r. zaopatrzenie Niemiec w prąd zapewniła w 80% tzw. energia odnawialna, z czego 68% ma przypadać na zmienną energię odnawialną (wiatrową i fotowoltaiczną). Zmienna energia odnawialna wymaga ogromnego potencjału magazynowania na wypadek gdyby braku wiatru i słońca nie zdołały zastąpić elektrownie rezerwowe. Maier stosując złożony model matematyczny, ustalił konieczne w takich sytuacjach wielkości i koszty gromadzenia energii. Zestawił je w tabeli, uwzględniającej cztery najczęściej dyskutowane rozwiązania. Wnioski są takie, że należy odrzucić koncepcje elektrowni szczytowo-pompowych i magazynowania sprężonego powietrza (system CAES), ponieważ nawet w przybliżeniu nie da się ich zrealizować z uwagi na wymaganą, niezbędną wydajność i ogromną kubaturę zbiorników, a co za tym idzie gigantyczne koszty. Z tego samego powodu nie wchodzą też w rachubę akumulatory. Tak więc jako zasadniczo możliwa do wykorzystania pozostała tylko technologia power-to-gas („gaz z prądu”), tzn. wykorzystanie nadwyżek prądu do produkcji gazów energetycznych (wodoru i metanu).

Do 2050 r. skumulowane wydatki mogą wynieść nawet 4 000 miliardów euro.

Kosztami, które Maier uwzględnia, są, po pierwsze, dodatkowe wydatki inwestycyjne (linie energetyczne, sieci przesyłowe, instalacje energii odnawialnej, wielkie magazyny prądu) i, po drugie, koszty bieżące (konserwacja, obsługa, odsetki od kredytów, inne koszty eksploatacji, zysk i in.). Składa się to w sumie na koszty produkcji prądu. Do tego dochodzą podatki i opłaty na rzecz państwa i jego instytucji. Z tego wszystkiego wylicza się następnie cenę prądu dla odbiorców. Skumulowane do 2050 r. ogólne koszty, które obciążą gospodarkę narodową, można oszacować na 4 000 mld (4 biliony) euro. Zatem siła nabywcza czteroosobowej rodziny z roku 2000 zmniejszyłaby się w ciągu pięćdziesięciu lat (do 2050 r.) średnio o ok. 4 000 euro rocznie. Z tego powodu Maier zakłada, że projekt „przełomu” energetycznego trzeba będzie przerwać najpóźniej w 2025 r.

Do 2025 r. obowiązkowe daniny na prąd ekologiczny wzrosną do 800 mld euro

Klaus Maier przedstawił swe wyliczenia 11-12 kwietnia w Helmstedt na konferencji Stowarzyszenia Ochrony Użytkowników Prądu NAEB. Na tym samym spotkaniu Günter Unseld wykazał, że w Niemczech od 2000 do 2014 r. przymusowe opłaty konsumentów energii elektrycznej na rzecz operatorów instalacji wytwarzania prądu ze źródeł odnawialnych już sięgnęły w sumie kwoty 150 mld euro. Ponieważ państwo niemieckie na mocy ustawy o odnawialnych źródłach energii zobowiązało się, że producenci będą otrzymywać pieniądze z tych opłat przez 20 lat, to do 2014 r. odroczone zobowiązania płatnicze z tego tytułu wzrosły o kolejne 250 mld euro, które trzeba będzie wypłacać do 2034 r. A więc do 150 mld, które konsumenci już zapłacili do 2014 r., dochodzi 250 mld zobowiązań. Do 2034 r. koszty te zsumują się do 400 mld euro. Jeśli nie zostanie zmieniona ustawa regulująca kwestię subwencji, to w 2020 r. zwiększą się do 619 mld, a w 2025 r. do 800 mld.

Do tego dochodzi koszt budowy 4 780 kilometrów nowych linii wysokiego napięcia

Nie są to, twierdzi Unseld, bynajmniej wszystkie koszty, jakie spowoduje zaopatrzenie w energię elektryczną ze źródeł odnawialnych. Dodać trzeba też wydatki na rozbudowę sieci przesyłowych, które bez „prądu ekologicznego” nie byłyby konieczne. Należy zbudować nowe linie wysokiego napięcia i sieci dystrybucji energii. Planowano do 2017 r. oddanie do użytku 1 880 kilometrów nowych instalacji przesyłowych wysokiego napięcia dla prądu stałego. Dziś ten cel uznaje się za nierealny. Gotowych jest obecnie zaledwie 438 kilometrów. Koszty budowy wynoszą 11,5 mln euro za kilometr a w przypadku instalacji podziemnych kilometr kosztuje 80 mln. W dalszej przyszłości ma jeszcze powstać kolejne 2 900 kilometrów linii wysokiego napięcia (zob. mapkę http://kpkrause.de/wp-content/Die-neu-zu-bauenden-Trassen-bis-2022.doc).

Trzeba też zbudować 280 000 kilometrów nowych linii niskiego napięcia

Do tego doszłyby jeszcze sieci dystrybucyjne niskiego napięcia. Federalny Związek Gospodarki Wodnej i Energetycznej naciska na ich ogromną rozbudowę – zwłaszcza tam, gdzie powstaje szczególnie dużo „ekoprądu”. Do 2032 r. ma to być 130 000 kilometrów nowych linii, a do 2050 r., kiedy „ekoprąd” ma pokrywać 80% zapotrzebowania na energię elektryczną w Niemczech, nawet 280 000 kilometrów. Koszty nowych linii niskiego napięcia do 2032 r. Unseld szacuje na 23 mld euro (z tego 70% do 2022 r.), zaś do 2050 r. na 40 do 50 mld.

Do 2022 r. na rozbudowę sieci trzeba by wydać 55,5 mld euro

Inwestycje w dodatkowe sieci przesyłowe będą do 2022 r. kosztować, według Unselda, w sumie 55,5 mld euro. Z tego linie wysokiego napięcia to wydatek rzędu 25 mld, sieci dystrybucyjne 16,1 mld, połączenia morskich elektrowni wiatrowych 12 mld, a transformatory (smart transformer) 2,4 mld. Koszty to jednak nie tylko inwestycje, ale i utrzymanie. Według danych Unsfelda byłoby to rocznie 8,8 mld euro (spłaty kredytów i odsetki, amortyzacja, ubezpieczenia, inne koszty zakładowe, zysk). Do tego dojdą jeszcze 4 mld na utrzymanie siłowni zapasowych, których używa się, kiedy nie ma wiatru i słońca. Nazywane są siłowniami backup lub stand-by, lub rezerwowymi.

Trzeba też dodatkowo zapłacić za ochronę sieci przed załamaniem

Coraz większego znaczenia nabierają też elektrownie z tzw. systemu redystrybucji wyrównawczej (redispatch). Korzysta się z niego dla zapewnienia stabilności sieci, kiedy instalacje energii odnawialnej (niestabilnej) przy dobrej pogodzie produkują nadmiar prądu, na który chwilowo nie ma zapotrzebowania. Tradycyjne elektrownie muszą wówczas ograniczać produkcję. Każda ze stron ma własną, quasi-urzędową wykładnię „redispatchingu”. Jest on konieczny, by chronić sieć energetyczną przed załamaniem, ale również generuje koszty. Będą one szybko rosły w miarę, jak zwiększa się podaż „ekoprądu”. Trudne jeszcze do określenia, mówi Unseld, są koszty akumulatorów regulacyjnych, służących magazynowaniu krótkotrwałych nadwyżek mocy. Według jego obliczeń dodatkowe koszty sieci energetycznych będą rosły z niecałych 2 mld euro w 2015 r. do prawie 13 mld rocznie w 2021 r. Kwota ta obejmuje koszty zakładowe, amortyzację, raty kredytów i odsetki, koszty elektrowni zapasowych i zysk.

Jeśli nie ukróci się tego procederu…

Cały ten kram, te wprost niewiarygodne nakłady nie byłyby konieczne, gdyby Niemcy pozostały przy tradycyjnej produkcji prądu, zamiast porywać się na awanturniczy i nieodpowiedzialny „przełom energetyczny”. Od jego rozpoczęcia cena energii elektrycznej dla prywatnego odbiorcy końcowego gwałtownie wzrosła, osiągając w 2014 r. ok. 30 centów za kilowatogodzinę. Jeśli nic się nie zmieni, to w 2020 r. wzrośnie do 45 centów (wliczając w to wymienione wyżej dodatkowe koszty budowy sieci, ale bez uwzględnienia siłowni rezerwowych i redispatchingowych).

Liczne wielkie przedsiębiorstwa zostały uwolnione od przymusowej daniny repartycyjnej, wprowadzonej na mocy ustawy o odnawialnych źródłach energii, jak również od ponoszenia dodatkowych kosztów rozbudowy i utrzymania sieci. Ich odciążenie po raz kolejny podniesie cenę prądu dla prywatnych użytkowników. Od 2007 do końca 2014 r. jego średnia cena wzrosła zależnie od kraju związkowego od 35% (Brema) do ponad 57% (Bawaria), zaś same dopłaty dla producentów „ekoprądu”, wynikające ze wspomnianej ustawy, wzrosły o 437% (co prawda począwszy od niskiego poziomu), czyli ponad czterokrotnie [szczegóły tutaj: https://www.check24.de/strom/strompreisentwicklung/]. Według danych Stowarzyszenia NAEB koszty „prądu ekologicznego” do 2025 r. podskoczą do 1 300 mld (= 1,3 biliona) euro. Oczywiście, jeśli nie skończymy z tym procederem.

Dlaczego kanclerz Merkel i media utrzymują w tajemnicy koszty „przełomu energetycznego”?

Celem polityki energetycznej nakreślonym przez rząd federalny – oprócz stabilności zaopatrzenia i zrównoważenia ekologicznego – jest też przystępna cena prądu. Ale czy cenę, którą narzuca nam taka polityka energetyczna, uważają Państwo za przystępną? Czy chcemy tyle płacić, choćbyśmy nawet mogli? I to całkowicie niepotrzebnie? Czy kanclerz Merkel i inni czołowi politycy kiedykolwiek przedstawili Państwu te horrendalne koszty? Nie? A dlaczego? Sprawa jest prosta: zostaliby zasypani protestami, bo dla Państwa jako końcowych odbiorców obciążenie to stanie się bardzo często nie do udźwignięcia. A może liczby te pokazywały gdzieś i kiedyś wyraźnie „poważne media” głównego nurtu, nasza „czwarta władza”, rzekomy organ kontroli? O ile wiem, to nie. A czemu nie? Bo wszyscy razem bezkrytycznie i bezwolnie pławią się w fascynacji „ekoprądem” i mając klapki na oczach nie dostrzegają, na czym polega ich obowiązek i co leży w interesie konsumentów.

Raz dureń – zawsze dureń?

Andrea Andromidas przypomina wypowiedź federalnego ministra gospodarki i środowiska Siegmara Gabriela z 17 kwietnia 2014 r., kiedy będąc w Kassel, w przypływie szczerości powiedział: „Prawdą jest, że przełom energetyczny stanął w obliczu porażki… To prawda, że na wszystkich polach nie doceniliśmy złożoności przełomu energetycznego… Dla większości krajów Europy jesteśmy tak czy inaczej durniami”. Artykuł Andromidas, zatytułowany Przełom energetyczny – durniem jesteś, durniem pozostaniesz?, kończy się stwierdzeniem:

„Jest tylko jedno wyjście: przestać być durniem”

„Można przewidzieć, że wszystkie już istniejące problemy będą się potęgować wraz z rosnącym udziałem techniki zależnej od pogody – i że nastąpi klęska na całej linii: i pewności zaopatrzenia, i rentowności, i ochrony środowiska. Urojenia, że żonglerzy rynkowi mogliby naprawić fuszerkę, popełnioną dużo wcześniej przez ekspertów, są zapewne zgodne z duchem czasu, ale realnie zadziałać nie mogą. Nasz przemysł, efekt trwających ponad 200 lat starań, wspieranych badaniami naukowymi, nie ma żadnych szans pod kierunkiem zaślepionych ideologów, stawiających sprawy na głowie. Czas najwyższy, by zrzeszenia przemysłowe przestały poddawać się temu obłędowi. Jest tylko jedno wyjście: Musimy w końcu przestać być durniami”.

Klaus Peter Krause

Przeł. Jacek Dąbrowski

Oryginał: kpkrause.de/2015/05/06/wenn-das-mit-merkels-energiewende-so-weitergeht/

Przypisy:

[1] Skoro piszę o NAEB, Czytelnicy powinni wiedzieć, że jestem jego członkiem i należę do Rady Stowarzyszenia, mogę więc być stronniczy. Strona internetowa NAEB: www.naeb.de Tam też komunikaty prasowe NAEB. Kto uważa się za ofiarę „przełomu energetycznego”, powinien wesprzeć NAEB i zgłosić swe członkostwo. Im więcej Stowarzyszenie ma członków, tym skuteczniej może występować przeciw „przełomowi”. Formularz zgłoszeniowy na stronie www.

[2] Andrea Andromidas jest członkinią i 2. wiceprzewodniczącą zarządu Ruchu Praw Obywatelskich Solidarność (Bürgerrechtsbewegung Solidarität, BüSo) w Związku Krajowym w Hesji z siedzibą w Wiesbaden.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułPolityczne znaczenie Sudetów i Karpat
Następny artykuł9 maja: w walce o pamięć
Klaus Peter Krause urodził się w 1936 r. w Rostocku. W 1946 r. uciekł do Lubeki do krewnych ojca. Studiował nauki ekonomiczne w Kilonii i Marburgu, uzyskał dyplom z ekonomii i doktorat z nauk politycznych. Od 1966 do końca 2001 r. pracował w dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” (FAZ) jako redaktor działu ekonomicznego, od 1991 r. przez niemal 11 lat odpowiedzialny za relacjonowanie spraw gospodarczych w FAZ; od 1994 do końca 2003 r. był także dyrektorem zarządzającym fundacji FAZIT, większościowego udziałowca spółki FAZ i drukarni Frankfurter Societät. Od 2004 r. pracuje jako niezależny dziennikarz, publicysta i pisarz polityczny.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ