Historia jako narzędzie polityki

1

W ostatnich latach w Rosji toczy się spór na temat potrzeby stworzenia jednolitego podręcznika do historii Rosji oraz roli historii w wychowaniu patriotycznym młodzieży. Trudna sytuacja międzynarodowa Rosji, nie przynosząca jej korzyści, skłoniła władze do zwrócenia uwagi opinii publicznej na sukcesy przeszłości, aktywnie eksploatując wybrane wydarzenia historyczne. Im częściej politycy w swoich wystąpieniach nawiązują do wydarzeń i postaci historycznych, tym częściej historycy podnoszą głos krytyki pod ich adresem, często oskarżając ich o próbę manipulacji i instrumentalizacji historii dla celów politycznych. By zrozumieć specyfikę tych procesów, zapytaliśmy rosyjskiego historyka Nikitę Sokołowa o rolę nauki historycznej w wychowaniu obywateli, o przejawy sakralizacji rosyjskiej polityki zagranicznej, a także czym jest tzw. Rosyjski Świat (Russkij Mir), i dlaczego I wojna światowa pozostała dla Rosjan w cieniu drugiej.

*****

W Rosji działa kilka towarzystw historycznych, między innymi Rosyjskie Towarzystwo Wojskowo-Historyczne i Rosyjskie Towarzystwo Historyczne. Dlaczego postanowił Pan założyć Wolne Towarzystwo Historyczne, i czym ono się różni od pozostałych?

Te dwa już istniejące towarzystwa nie są organizacjami pożytku publicznego. Są to pseudospołeczne organizacje, które zostały utworzone przez ministerstwa, aby realizować państwową politykę historyczną. Natomiast my tworzymy organizację o charakterze czysto społecznym, w żaden sposób nie powiązaną z jakimikolwiek instytucjami państwowymi czy też organizacjami politycznymi lub biznesowymi. Jej prestiż budujemy wyłącznie na indywidualnej reputacji naszych członków. Ustaliliśmy bardzo surowe kryteria członkostwa – aby zostać członkiem Towarzystwa potrzebna jest rekomendacja co najmniej dwóch jego założycieli i zatwierdzenie przez Radę.

Jaki jest cel Waszego Towarzystwa?

Wszystkie nasze cele wymienione są w manifeście programowym. Organizację będą tworzyć nie tylko profesjonalni historycy, ale także ludzie zajmujący się szeroko rozumianym badaniem przeszłości, czyli lingwiści, muzeolodzy, nauczyciele, czyli wszyscy, których praca w jakimś stopniu jest związana z historią. Główne zadanie stowarzyszenia to ochrona wiedzy historycznej i naukowej przed wszelkimi próbami manipulacji , z którymi mamy ostatnio tak często do czynienia. Zdarza się, że wręcz wymyśla się fakty, że nie wspomnę o bardzo swobodnych interpretacjach, nie mających nic wspólnego z nauką – takich przykładów można by przytoczyć mnóstwo. Tego typu interpretacje pochodzą od osób upatrujących w tym swój interes, czyli z reguły od polityków. Szeroka publiczność obdarza ich wypowiedzi dużym zaufaniem, ponieważ nie ma żadnego innego punktu odniesienia, ani żadnego autorytetu mogącego im wyjaśnić, że jest inaczej.

Dlatego my, tworząc towarzystwo historyków, którzy nigdy nie postąpili wbrew zasadom swojego rzemiosła, chcielibyśmy stać się dla społeczeństwa taką instancją ekspercką, której mogłoby ono ufać w sprawach dotyczących historii. Przykładowo, czy faktycznie książę Władimir ochrzcił się w Chersoniu, jak oświadczył prezydent Putin? [1] Na ten temat jest wiele opinii, ale najprawdopodobniej jego chrzest nie miał miejsca w Chersoniu i dlatego nie jest on dla Rosji kolebką chrześcijaństwa. Tym samym wypowiedź naszego prezydenta okazuje się być aktem uzasadniającym agresję.

Czy nie oznacza to, że wdajecie w spór – jeśli nie w konflikt – historyków z politykami?

Dramatyzm aktualnej sytuacji w Rosji polega na tym, że każdy człowiek, który w sposób poważny wypełnia swoje obowiązki i po prostu pragnie pracować profesjonalnie, nieuchronnie postrzegany jest jako przeciwnik władzy, chociaż nie ma żadnych ambicji politycznych (politycznych w znaczeniu europejskim) i absolutnie nie chce w żaden sposób sięgać po władzę.

Okazuje się, że jeśli w jakimś stopniu masz wpływ na opinię publiczną, np. jako historyk, to już zajmujesz się polityką. I gdy twierdzimy na przykład, że jakiś minister nie napisał samodzielnie swojej pracy naukowej i twardo trzymamy się tej opinii, albo, że pan Żyrynowski przekłamał jakieś fakty, wymyślił je lub przekręcił, to ku naszemu zdziwieniu okazuje się, że wkraczamy do gry politycznej, chociaż w ogóle nie było to naszą intencją.

Członkami naszego towarzystwa są ludzie o bardzo odmiennych poglądach i sympatiach społeczno-politycznych, którym przyświecają różne ideały i jedyne, co ich łączy, to pragnienie ochrony rzetelności nauki historycznej. Jednak dla zewnętrznego obserwatora wygląda to tak, jakbyśmy dążyli do konfrontacji z kimś. Tymczasem nasz cel jest wyłącznie pozytywny – walka z oszustami historycznymi i upowszechnianie wiedzy naukowej. To wszystko, czego byśmy chcieli.

Wróćmy do wystąpienia prezydenta, o którym już Pan już wspomniał, dotyczącego chrztu księcia Włodzimierza na Krymie. W jednym z wywiadów mówi Pan, że taka wypowiedź prezydenta jest nie tylko próbą „wykazania prawa do władania półwyspem, ale też stworzenia sakralnej podstawy dla, zgodnie z konstytucją – świeckiego państwa rosyjskiego…” Skąd wzięła się ta nowa praktyka „sakralizacji” polityki ?

O tym należałoby porozmawiać z politologiem. Gdybym miał odpowiedzieć nie jako historyk a po prostu jako obywatel i obserwator, to powiedziałbym, że mamy tu do czynienia z próbą legitymizacji władzy za pomocą całkowicie archaicznych sposobów, obcych współczesnym państwom demokratycznym. Próbuje się nadać władzy autorytet sakralny w oparciu o tradycyjne, prawosławne wartości, którym w rzeczywistości się zaprzecza, czego prawdziwi wyznawcy prawosławia są świadomi.

A czy w rosyjskiej historii były już przypadki uzasadniania działań politycznych przy pomocy argumentów o charakterze sakralnym ?

W średniowieczu pojawiły się pewne rękopisy sporządzone przez mnichów, jak na przykład „Opowieści o książętach Włodzimierskich”. Książęta ci twierdzili, że wywodzą się od imperatorów rzymskich, co miało uzasadniać ich roszczenia do zajmowanych ziem. Jednak w czasach późniejszych czegoś takiego, oczywiście, nie było. Mieliśmy do czynienia z różnego rodzaju fałszerstwami jak na przykład testamentu Piotra Wielkiego, ale o tym, że były to falsyfikaty, wszyscy wiedzieli . Oficjalna władza w epoce imperium nigdy do czegoś takiego się nie uciekała.

W ostatnim czasie coraz częściej słyszy się w Rosji hasła „Rosja dla Rosjan”, „bronimy Rosjan w Donbasie”, „uratowaliśmy rosyjski Krym”. Przy tym władza narzuca narrację, zgodnie z którą Rosja i naród rosyjski są okrążone przez wrogie narody. Hasło „rosyjskości” nie raz było wykorzystywane w historii. Pamiętamy manewr sowieckiego przywódcy na początku wojny z narodowosocjalistycznymi Niemcami, odwołującego się do „wielkiego narodu rosyjskiego”, a nie do ideologii komunistycznej. Co wówczas , a co dzisiaj zawiera w sobie pojęcie „rosyjski”?

Stalin oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że stworzony przez niego aparat władzy wprawdzie zastraszył i sterroryzował społeczeństwo, to jednak pod zewnętrzną warstwą bierności i pokory nadal żył stary naród rosyjski, żył chłop rosyjski, z jego zwyczajami, wierzeniami i tradycjami.

Stalin był politykiem – realistą, rozumiał, że prowadzenie wojny w oparciu o komunistyczne internacjonalistyczne hasła z góry skazane jest na porażkę, dlatego odwołał się do tradycyjnych wartości narodowych, pozwolił nawet na wznowienie działalność cerkwi prawosławnej, co prawda w ograniczonym zakresie i na określonych warunkach. Naród po długich wahaniach stanął po stronie władzy radzieckiej. Na początku wielu chciało razem z Niemcami walczyć przeciwko niej, co jest udokumentowanym faktem. Rezultatem była ogromna ilość jeńców – ponad 3,5 miliona w ciągu pierwszych czterech miesięcy wojny. Żołnierze dezerterowali licząc na to, że Niemcy zorganizują rosyjską armię wyzwoleńczą i ustanowią rząd narodowy. Gdy nic takiego się nie wydarzyło, jeńców nie wyposażono w broń, a zagłodzono, powstał rząd narodowy, wówczas zrozumiano, że niemiecki porządek będzie taki sam jak stalinowski, tylko jeszcze gorszy (bo ci mówią po niemiecku, a tamci przynajmniej po rosyjsku). Wtedy, pod koniec jesieni 1942 r., naród stanął twardo po stronie władzy bolszewickiej i zaczęła się Wielka Wojna Ojczyźniana. Pojawiły się również liczne oddziały partyzanckie (dotychczas działały jedynie małe grupy dywersyjne NKWD, często wydawane Niemcom przez miejscową ludność). Wojna stała się wojną narodową ale pod określonymi, zrozumiałymi dla wszystkich, warunkami: zakończenie represji, likwidacja kołchozów i zapewnienie swobody wyznania wszystkich religii. Żaden z tych punktów nie został zrealizowany. Naród, który w czasie wojny odzyskał pewne swobody, zaczęto ponownie poddawać represjom.

Czy nadal możliwa jest gra kartą narodową? Jako historyk muszę powiedzieć, że oczywiście nie ma nic niemożliwego, ale historycy są złymi prognostykami. Największe odkrycie historyków w ostatnim półwieczu polega na tym, że nie istnieją żadne materialne warunki, które zmusiłyby ludzi do działania w określony sposób – i tak zrobią, jak zechcą. Ludzie działają zawsze w zastanej rzeczywistości, społeczeństwo ma pewną inercję, ale nie istnieje coś takiego jak los czy fatum; oznacza to, że niekiedy w jednej chwili ludzie potrafią zmienić swoje postępowanie. Człowiek to nie tylko żywy organizm obdarzonym rozumem, posiada też wolną wolę, i działa nie w takich okolicznościach, jakie obiektywnie istnieją, lecz w takich, jak sobie je wyobraża. Dlatego też to, jak obiektywne okoliczności będą przetworzone w ludzkich umysłach jest niemożliwe do przewidzenia. Właśnie to jest głównym odkryciem nauki historycznej, że historia nie dostarcza podstaw do przewidywania przyszłości, że nie ma czegoś takiego jak koleje losu, wszystko może odmienić się w jednej chwili.

Ludzie jednak podejmują decyzje w oparciu o przeszłość, o tożsamość i zaszczepione w im wartości, stąd też pytanie: co oznacza dzisiaj słowo „ruskość”, „Rosjanin”? Czy to samo co kiedyś, czyli – prawosławie, tradycja?

Cały XIX wiek i później słowo „Rosjanin” oznaczało mieszkającego w Rosji człowieka wyznania prawosławnego, mówiącego po rosyjsku. I tyle. A czym jest „Rosyjski Świat”, który tak aktywnie propagowano w ciągu ostatniego roku, nikt nie rozumie.

Czy może każdy rozumie po swojemu?

Nikt tego nie rozumie. Czym jest ten „Rosyjski Świat”? Jasnym jest, że niesie on wojnę, złość i rozdrażnienie. A dlaczego jest on przy tym rosyjski – nikt tego nie wie. Co w nim jest rosyjskiego? Rosyjski Świat już raczej obserwowałem na konferencji w Kijowie, bo spotkali się tam ludzie z tożsamością ukraińską, mołdawską, polską i wszyscy mówili po rosyjsku, bo tak było im wygodniej. Dyskutowali o swoich problemach historycznych po rosyjsku i to właśnie był Rosyjski Świat.

Czyli język?

Język, kultura. Rosja ma jednak pewne osobliwości kulturowe; nie ma ich zbyt wiele, ale jak każdy kraj europejski, posiada swoją specyfikę zarówno w sferze kultury, jak i życia codziennego oraz sposobach komunikacji, ale nic poza tym – zupełnie jak u zwykłych narodów europejskich. Rosjanin różni się od pozostałych Europejczyków w takim samym stopniu jak np. Portugalczyk czy Hiszpan różnią się od pozostałych Europejczyków.

Kilka lat temu pojawił się w życiu publicznym temat „jednego podręcznika” do nauki współczesnej historii Rosji. A w ostatnim czasie dyskusja na ten temat rozgorzała ponownie.

Od września „jeden podręcznik” ma zostać wprowadzony do szkół, dlatego wybuchła dyskusja na ten temat. Właśnie niedawno było to omawiane na konferencji.

Dobrze. Widać z tego, że historia jest w polityce wykorzystywana przez władzę już od dłuższego czasu…

Władza używa historii jako substytutu ideologii. Oficjalna ideologia państwowa jest, zgodnie z Konstytucją Federacji Rosyjskiej, zakazana, a władza nie ma żadnych planów na przyszłość, żadnych wizji przyszłości, działa impulsywnie i sytuacyjnie. Pieniądze się kończą – więc szybko likwidujmy szkoły i szpitale. A przecież to zabójstwo edukacji, czyli uśmiercanie przyszłości. Rosja nigdy nie była zbyt bogatym krajem, a zawsze z ideologicznych pobudek przeznaczała dużo środków finansowych na projekty o charakterze ideologiczno-propagandowym – od rozbudowy kompleksu obronnego do pomocy afrykańskim lub latynoamerykańskim reżimom. Ale jednocześnie wspierała naukę. Dzięki temu kraj miał możliwość podniesienia się po upadku tego strasznego reżimu. Rosja miała się na czym oprzeć. Jeśli edukacja w Rosji zostanie zniszczona (a jak na razie jeszcze istnieje), to kraj nie ma przed sobą przyszłości – stanie się ostatecznie krajem Trzeciego Świata. Jest to ogromne zagrożenie dla Rosji.

Co się tyczy naszego tematu, czyli czym z mojego punktu widzenia jest jeden podręcznik do historii? Jakie zagrożenie niesie? Otóż zaprzecza on temu, jak powinno nauczać się historii w szkołach. Ucząc dzieci języka rosyjskiego lub matematyki, nie zmuszamy ich przecież do przyswojenia tylko kilku równań czy tylko prawidłowego porządku słów. Wyjaśnia się zasady, na których opiera się język, fonetyka, gramatyka, składnia. Jeśli objaśniamy twierdzenia matematyczne, mówimy, dlaczego te liczby zostały tak a nie inaczej zastosowane, a linie tak uporządkowane. Natomiast jeśli chodzi o historię, to z niewiadomych przyczyn uważa się, że należy po prostu nauczyć się właściwego tekstu. Nie zrozumieć, jak zdobywa się wiedzę historyczną, a po prostu nauczyć się jednej słusznej narracji. Cóż za głupota! Tymczasem wykładanie historii w szkole jako nauki polegać powinno na nauczeniu uczniów sposobów krytyki historycznej, wytłumaczeniu czym jest źródło historyczne, tego jak źródła kłamią i w jaki sposób historycy je weryfikują, a także jak zdobywa się wiedzę – to wszystko sprzyjałoby rozwojowi dojrzałego obywatela, który wiedziałby jak czytać gazety, jak krytycznie podchodzić do informacji płynących z telewizji. Obywatela, który posiadałby nawyk krytyki źródła. Zamiast tego dostajemy jeden tekst, którego uczniowie maja się nauczyć. Na dodatek na egzaminie państwowym kończącym szkołę należy po prostu postawić „ptaszki” we właściwych kratkach. To przecież ogłupianie narodu. Stworzony został już jeden wzór podręcznika (będzie jeden standard w formie trzech typów podręcznika), który recenzowałem. Jest to bardzo ubogi tekst, nie mający nic wspólnego z nauką o historii. Brak tam materiałów źródłowych, sporów historycznych, ale ma się za to wrażenie, jak gdyby ktoś ogłaszał jedyną prawdę. A podręcznik przecież funkcjonuje we współczesnej przestrzeni informacyjnej. Dziecko zajrzy do Internetu i od razu trafi na siedem innych punktów widzenia na dany temat. Jakaś inna wersja może mu się wydać bardziej przekonująca. Dlatego wybierze to co będzie mu najbardziej odpowiadać. I będzie myśleć: „wy i tak wszyscy kłamiecie”. W ten sposób wychowuje się cynika a nie obywatela. „Wszyscy o wszystkim kłamią” – taki będzie rezultat, kiedy jeden podręcznik zderzy się z szerokim polem informacyjnym, z jakim współcześnie styka się każdy uczeń.

Uważam, że jest to skrajnie niebezpieczne i bezmyślnie. Nie jestem młodym człowiekiem, pamiętam czasy Breżniewa, gdy był tylko jeden podręcznik, któremu nikt nie wierzył. Nauczyciel wchodził do klasy i mówił: „Zamknijcie to paskudztwo, ja teraz opowiem wam jak było naprawdę”. I teraz znowu tak będzie. Nauczyciel przecież nie jest odizolowany od społeczeństwa, nie może okłamywać dziecka, któremu rodzice mówią w domu: „a my wiemy co innego”. Po co stawiać nauczyciela w takiej niekomfortowej sytuacji, dlaczego by nie stworzyć naukowego programu edukacyjnego i podnieść kwalifikacji nauczycieli Kadry nauczycielskie w Rosji są aktualnie bardzo słabe. Przez dziesiątki lat praca ta, źle opłacana, nie cieszyła się społecznym prestiżem. Tak było trzydzieści lat przed upadkiem władzy radzieckiej i przez następne dwadzieścia lat po nim. Mamy wprawdzie wybitnych nauczycieli, ale ogół kadry nauczycielskiej reprezentuje bardzo niski poziom. Należałoby stworzyć im warunki do podnoszenia kwalifikacji, a zamiast tego daje im się jedną „ściągę”, z której oczywiście będą chętnie korzystać. Tym samym zdejmuje się z nich jakąkolwiek odpowiedzialność za twórcze podejście do edukacji dzieci. Ich zadanie sprowadza się do wbicia uczniom do głowy tekstu tego jednego podręcznika. Sytuacja ta niewątpliwie spodoba się większości pozbawionej ambicji i inicjatywy. Skutki tego będą dla społeczeństwa opłakane. Dlatego Wolne Towarzystwo Historyczne zamierza, po pierwsze, zająć się krytyką tych podręczników i tekstów, po drugie, chce doprowadzić do dyskusji w społeczeństwie na temat celów nauczania historii w szkole. Czy celem ma być nauczenie „właściwego tekstu”? Czy może raczej przekazanie uczniowi pewnej obiektywnej wiedzy historycznej i doświadczeń z przeszłości tak, aby pomogły mu lepiej funkcjonować we współczesnym świecie?

Z badań opinii publicznej wynika, że dla wielu historia pełni ważną rolę w wychowaniu patriotycznym.

Tak. A w związku z tym, że nigdy nie odbyła się swobodna dyskusja na ten temat, większość nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji. A będą one katastrofalne, gdyż w wyniku takiego nauczania historii wyrosną nie wolni obywatele, a poddani, którzy karnie ustawiają się w kolumnę trójkami i idą walczyć o cokolwiek. Za patriotyczne uważa sie wychowanie przyszłego bojownika, który nie będzie zastanawiał się w imię czego walczy. Ja i moi koledzy ze stowarzyszenia zupełnie inaczej rozumiemy zadania obywatela i wartości obywatelskie. Z pewnością rozpoczniemy taką publiczną dyskusję, mamy ku temu także medialne możliwości. A problemu tego nie wyczerpują kwestie związane z edukacją szkolną.

Jak według Pana te dyskusje mogą zostać przyjęte przez społeczeństwo? Na ile jest one otwarte i czy Was nie odrzuci?

Jak mawiają – początki bywają trudne. Aktualnie w stowarzyszeniu jest nas 100-110 osób. Uzgodniliśmy, że teraz będziemy przyjmować nowych członków. Gdy będzie nas już tysiąc, to zorganizujemy sto ośrodków dyskusyjnych w całym kraju. Już jesteśmy słyszalni, gdyż mimo iż mamy do czynienia ze zdeformowaną przestrzenią informacyjną, istnieją także uczciwe media, zwłaszcza w Internecie; są one ciągle żywe i mają coraz większy odzew; istnieją też rozgłośnie radiowe, a nawet pojawił się dwa lata temu całkiem niezależny ogólnorosyjski kanał telewizyjny „Dożd”. Istnieją też zupełnie wolne regionalne kanały telewizyjne. Oczywiście ich działalność jest aktualnie mocno ograniczana, ale dopóki możemy mówić – ludzie nas słuchają.

A teraz proponuję powrócić do XIX wieku. Jak wiadomo jeszcze na początku XIX wieku Karamzin sformułował w „Zapiskach o dawnej i nowej Rosji” postulaty pewnej konstrukcji rosyjskiej historii , które w marcu 1811 r. zostały przedstawione imperatorowi Aleksandrowi I. Na czym polegały te postulaty, i w jakim stopniu stały się częścią światopoglądu współczesnych Rosjan?

Zapiski są wyjątkowe, miały decydujący wpływ na najbliższy krąg Karamzina, do którego należał Siergiej Uwarow [2], a także ci, którzy później, w latach 30. sformułowali ten ideologem władzy. Historycy zwykli określać go – nie do końca poprawnie – mianem „teorii oficjalnej narodowości” – prawosławie, samodzierżawie, narodowość. Ta triada opiera się na konstrukcji historycznej, wymyślonej przez Karamzina i opisanej w jego Zapiskach. Na czym ona polega? Otóż Rosja od zarania dziejów miała iść swoją odrębną drogą, różną od europejskiej. W Europie walczą o władzę różne klany, a lud jest uciskany przez feudałów, natomiast u nas władza pojawia się jakoby w wyniku dobrowolnego powołania, co oznacza, że u nas nigdy, z natury rzeczy, nie może być konfliktu między władzą a narodem.

W odróżnieniu od Europy, która bierze swój początek w małych państwach, a potem się rozrasta, Rosja od razu jest rzekomo wielkim scentralizowanym krajem, zarządzanym przez księcia kijowskiego. Jest to gigantyczne mocarstwo, zarządzane przez jednego mądrego księcia z Kijowa. Z czasem książąt przybywało, niestety, ci chciwi durnie rozdrapali kraj na drobne kawałki; naród zaczął biedować i zmarniał do tego stopnia, że przybyli dzicy Mongołowie ze stepów, którzy nas podbili, i przez 250 lat nami poniewierali, tak że naród znalazł się na skraju zagłady. I wówczas książęta moskiewscy żelazną ręką skupili naród rosyjski pod swoją zhierarchizowaną władzą. Naród rosyjski więc powinien wielbić władzę monarszą, nawet gdy posiada cechy władzy despotycznej, gdyż bez niej czekałaby go nieuchronna śmierć z rąk wrogów. Naród rosyjski żyje ciągle w oblężonej twierdzy, bo Ruś zawsze jest oblężoną twierdzą. Raz atakują Połowcy, raz Tatarzy, potem Szwedzi, Polacy, Francuzi, potem Amerykanie… Jesteśmy oblężoną twierdzą. Do takich właśnie wniosków dochodzi człowiek, który wyrósł na historii według koncepcji Karamzina. Co ciekawe, on sam w swojej Historii [3] tak tego nie przedstawiał. Był na to zbyt uczciwy. Zawarł to w zapiskach, tworząc wspomniany wyżej ideologem. Na tej podstawie, w latach 1840-1869, zostały napisane kursy gimnazjalne, tzw. kursy Ustriałowa [4], z których uczyła się cała Rosja. Władza radziecka kontynuowała tę tradycję. Co prawda ufryzowała schemat Karamzina na marksistowską modłę, jednak istota pozostała: władza powinna być silna, jedyna, a naród rosyjski winien ją kochać bez względu na to, jak jest krwawa. Jakkolwiek by nie dręczyła go przy pomocy różnych „opryczników”, enkawudzistów i innych oprawców – rosyjski naród nie ma innej możliwości życia.

Wszystko to punktu widzenia nauk historycznych jest kłamstwem. Dawna Ruś nigdy nie była jednym państwem, gdyż było to z punktu widzenia technologii niemożliwe w tej epoce. Niemożliwym było zarządzanie takim terytorium z jednego centrum. Dawna Ruś była konfederacją władz miejskich. Już pod koniec XIX wieku dla historyków było oczywiste, że książę wcale nie był jedynym depozytariuszem władzy, ponieważ ograniczała go silna rada miejska; na północy nazywano ją „wieсem”, a myślę, że również na południu było podobnie.

Okres rozbicia dzielnicowego, w czasie którego nastąpił kres tradycyjnego obejmowania władzy w oddzielnych księstwach przez wywodzących się z Kijowa książąt, wcale nie był okresem upadku. Była to epoka wielkiego rozkwitu, rozwoju twórczości kulturalnej, pojawienia się na różnych ziemiach odmiennych modeli politycznych, rozmaitych systemów kulturowych i systemów prawnych. A kiedy pojawiły się technologiczne możliwości stworzenia większych organizmów obywatelskich, rozpoczęło się jednoczenie, budowa państw narodowych – naród rosyjski miał naprawdę duży wybór. Moskwa nie była jedynym państwem rosyjskim. Na początku do roli drugiego centrum pretendował Twer i Niżny Nowogród a później – Wielkie Księstwo Litewskie, które także było innym państwem rosyjskim, z odmiennym ustrojem, bez ściśle hierarchicznej struktury władzy – kontynuowało tradycje starego prawa rosyjskiego. Niemniej jednak choć już pod koniec XIX wieku uczeni zdawali sobie sprawę, że schemat Karamzina jest błędny, to radziecka szkoła i tak nauczała na jego podstawie. Odchodzenie od tego schematu rozpoczęło się dopiero po „pieriestrojce”, w latach 90. W okresie 1992-1994 pojawiły się pierwsze podręczniki odpowiadające naukowemu wyobrażeniu o naszej historii. Były one zupełnie inaczej napisane, pozwalały uczniowi zapoznać się ze źródłami, zrozumieć, jak myślały różne odłamy społeczeństwa rosyjskiego w różnych epokach, o co walczono, na czym polegały konflikty, kto i dlaczego je wygrywał, z jakich przyczyn państwo wybierało tę, a nie inną drogę. Wszystko rozwijało się pomyślnie do 1998/1999 r., czyli do momentu, gdy zaczęto powracać do Karamzina – obecnie ta tendencja zatryumfowała całkowicie.

Do jakich jeszcze postulatów Karamzina powraca się dzisiaj powraca ?

Główne już wymieniłem, to kilka kluczowych wsporników tej konstrukcji, czyli idea jedności władzy książęcej na Rusi, a także najważniejsza teza związana z XIII wiekiem, mówiąca o tym, że w krajach bałtyckich miała miejsce wyprawa krzyżowa na Ruś, związana z , ponownie dziś przywoływaną, postacią Aleksandra Newskiego, chociaż żadnej wyprawy krzyżowej na Ruś oczywiście nie było.

Jako historykowi jest mi łatwiej to wytłumaczyć na konkretnych przykładach, dlatego pozwolę sobie przytoczyć jeden z nich. Jak wygląda podstawa programowa w nauczaniu historii zatwierdzony w zeszłym roku? Jest to, ściśle rzecz biorąc, lista dat, wydarzeń i postaci, które powinien znać każdy uczeń. I tylko bardzo dobrze wyćwiczone i profesjonalne oko może dostrzec, dlaczego ma ona taki a nie inny kształt. Przykładowo w jednym z rozdziałów o XIII wieku jest jak zawsze mowa o bitwie na jeziorze Czudzkim [5], w której Aleksander Newski pokonał wojska Zakonu Kawalerów Mieczowych, jest także bitwa nad Newą, w której ponoć rozgromił Jarla Birgera [6]; nie ma natomiast bitwy pod Szawlami z 1236 r., w ogóle się o niej nie wspomina, chociaż była to największa bitwa w krajach bałtyckich tamtego okresu, w której to pogańska jeszcze wtedy Litwa zadała tak poważny cios Zakonowi Kawalerów Mieczowych, że ci zmuszeni byli go rozwiązać i wezwać na pomoc Zakon Krzyżacki z centralnej Europy. Połączyli się z nim, co dało początek Zakonowi Inflanckiemu.

Od czasów stalinowskich w podręcznikach w ogóle nie wspominano o bitwie pod Szawłami, ponieważ poniosło w niej śmierć 200 rycerzy pskowskich, którzy walczyli po stronie Zakonu przeciwko Litwie. Kiedy tylko powiecie uczniowi o tym, że mieszkaniec Pskowa bił się po stronie Zakonu przeciwko Litwie to cała konstrukcja wyprawy krzyżowej momentalnie się rozsypie. Staje się wtedy oczywiste, że żadnej wyprawy krzyżowej nie było, że w krajach bałtyckich miała miejsce zwykła walka o terytoria, toczona ze zmiennym szczęściem pomiędzy plemionami, które nie miały swoich, uformowanych, państw. I nie ma tu mowy o żadnej wyprawie krzyżowej, to bzdura i szkodliwy wymysł wykorzystywany przez polityków. A w podręcznikach nie ma nic o bitwie pod Szawłami i 200 rycerzach pskowskich, którzy zginęli za Zakon. A dlaczego? By pokazać, że Europa jest naszym odwiecznym wrogiem. W przeciwnym razie tych 200 mieszkańców Pskowa, a więc praktycznie całe ówczesne miasto Psków, musielibyśmy nazwać zdrajcami.

Z drugiej strony w krajach europejskich również w krajach europejskich mamy do czynienia z brakiem obiektywizmu w sferze informacji i edukacji. Na przykład wkład Armii Czerwonej w zwycięstwo nad hitlerowcami bywa niedoceniany, co potwierdzają badania opinii publicznej. Czym to tłumaczyć?

To nie jest rezultat niewiedzy, to raczej polityka historyczna, którą realizuje każdy kraj. Ja jednak nie chcę brać w niej udziału, chciałbym pozostać historykiem. Uważam bowiem, że polityka historyczna, jaką by ona nie była, jest niezwykle szkodliwym zjawiskiem. Opiera się na przekonaniu, że ludzie zachowują się tak, jak zakodowały im poprzednie pokolenia. A wcale tak nie jest, i my o tym dobrze wiemy. Przez ostatnich czterdzieści lat historycy starali się znaleźć coś stałego, coś kierującego ludźmi na przestrzeni wieków. Do tej roli pretendowały formacje społeczne, cywilizacje, a w ostatnim czasie – mentalność. Mawiano, że każdy naród ma swoją mentalność i dlatego narody mają różną historię. Jednak nie udało się znaleźć jasno określonego, niezmiennego znaczenia pojęcia „mentalność”, nie zdołano jej zdefiniować.

Nie istnieje coś takiego jak koleje losu, stałe matryce zachowań, mentalność, wszystko to jest płynne i ruchome, wszystko może się zmienić radykalnie nawet w ciągu 15 lat. Nie ma niczego, co nakazywałoby współczesnemu człowiekowi myśleć jak Aleksander Newski. Jeśli tak myśli to dlatego, że ma w tym jakiś swój współczesny interes, a nie dlatego, że nakazuje mu to jakiś gen. Nie istnieje bowiem nic takiego jak gen historycznej świadomości, nie ma tradycji starszej niż 200 lat. Jest świetna książka na ten temat pt. „Wynalezienie tradycji”. Przecież to niezwykle śmieszne, gdy w filmach hollywoodzkich średniowieczni Szkoci biegają w kiltach i w kraciastych pledach. Dokładnie wiadomo, że ta szkocka tkanina i kilt pojawiły się w 1839 r.. Wiadomo też, w jakim celu i przez kogo ta tradycja została „wynaleziona”.

Nie istnieją żadne tradycje, które by sięgały w odległą przeszłość, i zmuszały ludzi do działania w ten, czy inny sposób. Człowiek jest słaby, a historia to przestrzeń wolności. Jeśli człowiek woli żyć w państwie autorytarnym – to jest to jego wolny wybór, zawsze wolny wybór. Dla wielu reżim autorytarny jest wygodny, ponieważ zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za jego własne czyny, a wielu z nas boi się odpowiedzialności i jej nie chce.

 Na jednym z wykładów w ramach cyklu spotkań organizowanych przez „Uniwersytet Komitetu Inicjatyw Obywatelskich” i portalu „Polit.ru”, Aleksander Rubcow stwierdził, że władza powinna myśleć nie o tym, jaki napisać podręcznik, ale o tym, co o nich będą pisać w podręczniku jutro. Stąd też moje pytanie, czy według Pana nauka historii może być bezstronna? I czy jest możliwe stworzenie podręcznika obiektywnie przedstawiającego historię?

Oczywiście. Całkowicie podzielam tu przekonanie naszego wielkiego lingwisty Andrieja Zalizniaka, które bardzo jasno sformułował w swoim przemówieniu podczas wręczania mu nagrody im. Sołżenicyna: „prawda istnieje, i zadaniem nauki jest jej poszukiwanie”. Istnieje mnóstwo różnych opinii, ale jest też prawda historyczna, którą poznaje się dzięki nauce historycznej. Ma ona złożoną naturę, ale istnieje. I prawda ta, o jakimkolwiek człowieku, o jakiejkolwiek władzy, będzie kiedyś opowiedziana. Człowiek, który myśli o swoim losie, powinien naprawdę się nad tym zastanowić. Przecież niczego nie da się ukryć, wszystko wcześniej czy później ujrzy światło dzienne. A w naszej usieciowionej rzeczywistości, po której coraz szybciej krążą potoki informacji, nastąpi to bardzo szybko.

Wszelkie „wikileaks” pojawiają się momentalnie, trzeba być przygotowanym na to, że wszystkie szkielety ze wszystkich szaf będą kiedyś wyciągnięte. Historia uprawiana zgodnie z zasadami nauki jest jednym z najważniejszych instrumentów krytycznego myślenia. Dlatego jeśli przynosi jakąś korzyść społeczeństwu obywatelskiemu, to jest nią nauczenie ludzi krytycznego podejścia do informacji.

A propos wykorzystywania przez władzę historii: dlaczego w porównaniu z II wojną światową, która dla Rosjan jest Wielką Wojną Ojczyźnianą, I wojna światowa pozostała w Rosji w cieniu, nieupamiętniona ani przez społeczeństwo, ani władzę?

Każda pamięć historyczna i odpowiadająca jej polityka historyczna jest czyjąś pamięcią historyczną, polityką historyczną jakiejś grupy społecznej, której interesy wymagają takiej lub innej interpretacji historii. W Rosji, I wojna światowa nie ma właściciela, czyli grupy społecznej, która uważałaby ją za swoją. Jest tak, ponieważ uczestnicy I wojny światowej po kilku latach podzielili się na „czerwonych” i „białych” i walczyli ze sobą na frontach wojny domowej. Stąd brak wspólnej pamięci o I wojnie światowej, i brak dziedziczenia tej pamięci. Z tego powodu w Rosji bardzo ważne doświadczenie I wojny światowej zostało zmarnowane. Moim zdaniem współczesna Europa w dużym stopniu zawdzięcza swój sukces właśnie dzięki refleksji nad I wojną światową. Wówczas to pojawia się stracone pokolenie Remarque’a i Hemingwaya, zaczynające rozumieć, że ludzkość podąża błędną drogą. Ale katastrofa powtarza się w postaci II wojny światowej – niektórzy historycy uważają, moim zdaniem słusznie, że obie wojny są de facto jedną wojnę, tyle że podzieloną przez dwudziestoletni rozejm. Gdy kończy się II wojna światowa, wszyscy przyjmują punkt widzenia tego straconego pokolenia, rozumieją, że to koniec, że tak dalej się nie da i że trzeba zmienić zasady życia. W tym sensie współczesna Europa wyrasta z analizy doświadczenia I wojny światowej. W Rosji doświadczenie to całkowicie przepadło, nie istnieje. Dlatego też niezwykle trudno przyjmują się tu „uniwersalne” i „europejskie” wartości. Zabrakło refleksji nad rolą przemocy, nad zależnością pomiędzy przemocą a postępem. W XIX i początku XX wieku w Europie dominował pogląd, że przemoc rodzi postęp, że bez przemocy nie może być postępu. Już po pierwszej wojnie światowej został on zakwestionowany, tymczasem w Rosji myśl ta pozostaje nadal żywa.

 Ale z drugiej strony społeczeństwo rosyjskie mówi, że nie chce rewolucji, nie chce przemocy, zwłaszcza w kontekście współczesnych „kolorowych rewolucji”.

Tak, w społeczeństwie pogląd ten jest szeroko rozpowszechniony. Proszę zwrócić uwagę na ważny szczegół socjologiczny: nasze władze wszelkimi metodami starały się prowadzić wojnę w Donbasie przy pomocy ochotników, ale okazało się, że ich ilość jest wystarczająca. Byli zmuszeni posłać tam żołnierzy zawodowych. Widać, że nikt – oprócz nielicznych – nie chce dobrowolnie walczyć, nawet o Donbas.

Istnieje w społeczeństwie niechęć wobec przemocy, jednak ma ona charakter instynktowny, a nie świadomy i przemyślany, ponieważ nie dyskutuje się tym. A tę niechęć należałoby przecież umotywować racjonalnymi argumentami.

 A co dałaby taka dyskusja?

 Spowodowałby przemianę w świadomości społeczeństwa, co bezsprzecznie doprowadziłoby do racjonalizacji polityki, do zmian w we wszystkich procesach wyborczych, w podziale sympatii między partiami. Przy czym aktualnie istniejące partie w ogóle nie są partiami politycznymi w pełnym tego słowa znaczeniu – najprawdopodobniej zniknęłyby one całkowicie, a ich miejsce zajęłyby autentyczne partie .

 Na koniec, chciałabym się dowiedzieć, czy ma Pan plany podobne do historyków francuskich, którzy w zbiorze „Jak Nicolas Sarkozy tworzy historię Francji. Słownik krytyczny”? wytykają błędy politykom?

 Tak, z pewnością też napiszemy taką książkę. Przy czym nasza będzie nawet ostrzejsza (śmiech). Francuzi potraktowali Sarkozego dosyć delikatnie, gdyż nie miał on złych intencji, on po prostu mylił się i nieświadomie mówił bzdury. Natomiast nasza władza bardzo często umyślnie wypacza historię, mimo iż zdaje sobie sprawę, jak na to zapatruje się nauka. I dlatego nasza książka będzie o wiele bardziej krytyczna.

Z Nikitą Sokołowem rozmawiała Aleksandra Kowalczuk. Moskwa, lipiec 2015

Przypisy:

[1] 5 listopada 2014 r. podczas spotkania w Moskwie z młodymi historykami, prezydent Putin oświadczył, że Chersoniu przyjął chrzest książę Władymir, po czym tam dokonał chrztu państwa, stąd, jego zdaniem Krym jest dla Rosji symboliczną „chrzcielnicą”.
[2] Siergiej Uwarow- w latach 1833- 1849 minister oświaty narodowej w Rosyjskim Imperium.
[3] „Historia państwa rosyjskiego” autorstwa N.M. Karamzina.
[4] Nikołaj Gerasimowicz Ustriałow- 1805- 1870, historiograf, profesor rosyjskiej historii Uniwersytetu w Sankt- Petersburgu, autor podręczników do historii.
[5] Inaczej: jezioro Pejpus. Bitwa na lodzie Jeziora Czudzkiego w 1242 r.
[6] Władca Szwecji w latach 1248-1266.

Nikita Sokołow – członek – założyciel Wolnego Towarzystwa Historycznego, doktor nauk historycznych, zastępca dyrektora Muzeum Moskwy ds. badań naukowych.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku i Twitterze! Wesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

1 KOMENTARZ

  1. Po tym urywku widać, że w Rosji nie znają Feliksa Konecznego, mogli by się dużo nauczyć.

    Nie istnieje coś takiego jak koleje losu, stałe matryce zachowań, mentalność, wszystko to jest płynne i ruchome, wszystko może się zmienić radykalnie nawet w ciągu 15 lat. Nie ma niczego, co nakazywałoby współczesnemu człowiekowi myśleć jak Aleksander Newski. Jeśli tak myśli to dlatego, że ma w tym jakiś swój współczesny interes, a nie dlatego, że nakazuje mu to jakiś gen. Nie istnieje bowiem nic takiego jak gen historycznej świadomości, nie ma tradycji starszej niż 200 lat. Jest świetna książka na ten temat pt. „Wynalezienie tradycji”. Przecież to niezwykle śmieszne, gdy w filmach hollywoodzkich średniowieczni Szkoci biegają w kiltach i w kraciastych pledach. Dokładnie wiadomo, że ta szkocka tkanina i kilt pojawiły się w 1839 r.. Wiadomo też, w jakim celu i przez kogo ta tradycja została „wynaleziona”.

    Nie istnieją żadne tradycje, które by sięgały w odległą przeszłość, i zmuszały ludzi do działania w ten, czy inny sposób. Człowiek jest słaby, a historia to przestrzeń wolności. Jeśli człowiek woli żyć w państwie autorytarnym – to jest to jego wolny wybór, zawsze wolny wybór. Dla wielu reżim autorytarny jest wygodny, ponieważ zdejmuje z człowieka odpowiedzialność za jego własne czyny, a wielu z nas boi się odpowiedzialności i jej nie chce.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ