20 lipca 1944 r. – zamach bombowy na życie prezydenta Adolfa Hitlera i pucz oficerów

0

SPIS TREŚCI

Wstęp
Zamach stanu a tajne służby
Bomba przeciwko tyranowi, czyli pułkownik Stauffenberg na prezydenta
Dygresja o zamachu Georga Elsera na życie prezydenta Adolfa Hitlera
20 lipca 1944 –wielka inscenizacja i spartaczony zamach stanu
Wojenni wrogowie Rzeszy Niemieckiej wobec zamachu stanu – spiskowcy w kręgu politycznych iluzji
Śmierć tyrana i co dalej?
Zamach stanu z 20 lipca 1944 r. i zamach na życie prezydenta Adolfa Hitlera jako pozytywny mit założycielski RFN
Apendyks: zamach na życie prezydenta Adolfa Hitlera a powstanie warszawskie
Przypisy
Wybrana literatura przedmiotu

Ten Stauffenberg, co by nie mówić, to był gość! Prawie go szkoda. Jaka zimna krew, jaka inteligencja, jaka żelazna wola! Niepojęte, że się otoczył gwardią takich durniów.
Minister Oświecenia Ludowego i Propagandy Rzeszy, dr Joseph Goebbels

Wstęp

U naszych zachodnich sąsiadów, zawsze w lipcu, w tzw. sezonie ogórkowym, pada często nazwisko Stauffenberg. Oczywiście chodzi o pułkownika Clausa Schenka von Stauffenberga a nie jego o szwagierkę Melittę von Stauffenberg z domu Schiller, która w 1937 r. jako druga kobieta w Niemczech (po Hannie Reitsch) została kapitanem lotnictwa. W czasie wojny była w Luftwaffe pilotem-oblatywaczem. W 1943 r. jako czwarta kobieta w Niemczech otrzymała (będąc pół-Żydówką po ojcu) z rąk marszałka Rzeszy Hermanna Göringa Krzyż Żelazny II Klasy. Wyróżniono ją również złotą odznakę lotnika wojskowego z brylantami i rubinami oraz złotą odznakę pilota w złocie z brylantami. 8 kwietnia 1945 r. została zestrzelona przez amerykański myśliwiec. Zmarła w wyniku odniesionych ran.

Zupełnie nie wiadomo, dlaczego niemieckie, czy w ogóle europejskie feministki, nie wykorzystują jej jako symbolu kobiety sukcesu, która w patriarchalnym społeczeństwie własnym wysiłkiem przebiła się do zajęć zarezerwowanych wcześniej wyłącznie dla mężczyzn. Widocznie jednak osiągnięcia Melitty von Stauffenberg musiały w polityce historycznej ustąpić miejsca czynowi Clausa von Stauffenberga, czołowej postaci puczu oficerów z 20 lipca 1944 r., człowieka, który zamierzał zabić prezydenta Adolfa Hitlera, podkładając bombę.

Co prawda z Stauffenbergiem też jest pewien kłopot, ponieważ, jak stwierdził w czasopiśmie „Das Reich” z 20 sierpnia 1944 r. Minister Oświecenia Narodowego i Propagandy dr Joseph Goebbels, spiskowcy chcieli zastąpić narodowosocjalistyczne państwo ludowe z gruntu reakcyjnym państwem klasowym i feudalnym. Ocena dr Goebbelsa nie do końca była chyba trafna w odniesieniu do Stauffenberga i jego frakcji „młodych”, mających nieco bardziej „postępowe” poglądy, ale i tak w dzisiejszej RFN pułkownik – wspomnijmy tylko o „pogardzie dla kłamstwa równości” wyrażanej w przysiędze z 1944 r. opracowanej przez niego i jego brata Bertholda – zaliczony zostałby raczej do „skrajnej prawicy” i trafiłby do raportu Urzędu Ochrony Konstytucji.

Z drugiej jednak strony należy brać pod uwagę możliwą ewolucję ideową Stauffenberga. Co prawda badacze podkreślają, że skazani jesteśmy w tej kwestii na domysły, ponieważ źródła prymarne, czyli pochodzące od niego samego, są raczej skąpe, mamy do dyspozycji przede wszystkim opinie zapisane i relacjonowane przez innych. Jego rodzinna tradycja była konserwatywno-monarchistyczna, w młodości należał do, pielęgnującego ideały elitaryzmu, kręgu Stefana Georgego, potem poparł narodowy socjalizm Hitlera a w ostatnim okresie życia zbliżył się – jak uważają niektórzy autorzy – do idei konserwatywno-rewolucyjnych a ściślej rzecz biorąc narodowo-bolszewickich.

Nie kto inny, jak rezydujący w Szwajcarii przedstawiciel amerykańskich tajnych służb (Office of Strategic Services) na Europę, mający kontakty z niektórymi spiskowcami, Allan W. Dulles w książce Verschwörung in Deutschland (Kassel 1949), wyraża podejrzenie, że Stauffenberg tak naprawdę był rewolu­cjonistą igrającym z myślą wywołania rewolucji robotników, chłopów i żołnierzy, i mającym nadzieję, że Armia Czerwona poprze nowe socjalistyczne Niemcy. Nowy rząd miał przekształcić pucz w prawdziwą rewolucję, pojednać Niemców z masami cudzo­ziemskich robotników (uważanymi za wielki potencjał rewolucyjny) pod hasłem „Proleta­riusze wszystkich krajów łączcie się” i przekazać rządy w krajach okupowanych ruchowi oporu. Spiskowcy, zdaniem Dullesa, marzyli o zbrataniu mas żołnierskich Wehrmachtu i Armii Czerwonej. Stauffenberg mówił o odnowie, którą wyobrażał sobie jako rewolucyjny ruch, w szaleńczym pędzie rozbijający wszystko co stare. W rewolucyjnym morzu płomieni miała wykuwać się jedność Europy oparta na braterstwie uciskanych ludów i ponadnarodowych reformach społecznych. Jeśli rzeczywiście Stauffenberg wyznawał takie poglądy, to z pewnością ułatwiło to umieszczenie go w panteonie bohaterów RFN-u. Pomogła mu też przynależność do Kościoła katolickiego. Jak podaje jeden z jego biografów, w czerwcu 1944 r. Stauffenberg był w Berghofie na audiencji u Hitlera, a potem spontanicznie wziął udział w procesji Bożego Ciała w Berchtesgaden. Tobias Kniebe w książce Operation Walküre. Das Drama des 20. Juli (Berlin 2009) informuje, że w przeddzień zamachu Stauffenberg udał się do jednego z berlińskich kościołów na Mszę św., podczas której – jak możemy się domyślać – rozważał moralno-teologiczne dylematy tyranobójstwa.

Kamerdyner prezydenta Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera Heinz Linge prezentuje spodnie szefa poszarpane w wybuchu bomby podłożonej przez pułkownika Stauffenberga 20 lipca 1944 r. w Wilczym Szańcu. W 1947 r. spodnie zostały uroczyście spalone przez armię amerykańską.
Kamerdyner prezydenta Rzeszy Niemieckiej Adolfa Hitlera Heinz Linge prezentuje spodnie szefa poszarpane w wybuchu bomby podłożonej przez pułkownika Stauffenberga 20 lipca 1944 r. w Wilczym Szańcu. W 1947 r. spodnie zostały uroczyście spalone przez armię amerykańską.
Zamach stanu a tajne służby

21 lipca na naradzie w ministerstwie Josepha Goebbelsa jeden z jego współpracowników Immanuel Schäfer dociekał, jak to się stało, że spisek uszedł uwagi Himmlera? Bardzo dobre pytanie. Równie zdziwiony był niemiecki pisarza Stefan Andres, który w książce Der 20. Juli. Tat und Testament (Frankfurt/M 1966) zauważył: „graniczy z cudem, że krąg spiskowców latami nie był niepoko­jony [przez policję]”. Inny autor Dieter Ehlers pisał „o fakcie nie do uwierzenia, że spisek siedem lat mógł się wymykać gestapo”. Wielu spiskowców działało na wpół jawnie: Carl Friedrich Goerdeler prze­mierzał Niemcy wzdłuż i wszerz rozmawiając z różnymi wpływowymi osobistościa­mi, podobnie jak inny uczestnik spisku Ulrich von Hassel. W podberlińskiej willi generała Becka, kandydata spiskowców na prezydenta Rzeszy, regularnie odbywały się spotkania ludzi bez wątpienia dla reżimu podejrzanych. Jego mieszkanie znajdowało się pod stałą obserwacją, w pobliskim domu umieszczono agenta, obserwującego i notującego wszystkich wchodzących i wychodzących, w tym Stauffenberga, który był tam od przełomu 1943/44 częstym gościem; nawet podczas operacji, której Beck poddał się w kwietniu 1943 r., w szpitalu obserwował go agent gestapo. Telefon generała był na podsłuchu, podobnie jak telefon przewidywanego na kanclerza Carla Friedricha Goerdelera, który rozmawiał przez telefon o swoich planach. Ludzie z tego środowiska byli pod stałą kontrolą i obserwacją tajnych służb, posiadających dokładne informacje o ruchu oporu i jego prominentnych przedstawicielach

Spiskowcy nie tworzyli ścisłej organizacji konspiracyjnej opartej na systemie komórek pozwalającym zawęzić krąg wtajemniczonych i każdy nowo dochodzący, wtajemniczony był we wszystko lub prawie wszystko i wszystkich znał. Nie zachowywano środków ostrożności, nie trzymano języka za zębami; niemal otwarcie werbowano zwolenników oporu wobec tyrana. Spiskowcy przekonywali różnych dowódców do poparcia zamachu stanu, w dowództwach okręgów wojskowych szukali kandydatów na oficerów łącznikowych, których mogliby wtajemniczyć w plan puczu itd.

Nawet osoby nie należące do ścisłego kręgu spiskowców, nie biorące udziału w przygotowaniach zamachu stanu, znajdujące się na uboczu, też wiedziały o planach obalenia Hitlera; z różnych zapisków, dzienników, relacji osób nie uczestniczących bezpośrednio w spisku, wynika, że zbyt wielu ludzi „szeptało w stolicy o zbliżającym się zamachu na dyktatora”. Dieter Ehlers podsumował: „W Berlinie wszystkie wróble na dachu ćwierkały, że Goerdeler nosił się z zamachem stanu”.

W takich warunkach rozpraco­wanie i zlikwidowanie opozycji i spisku nie byłoby trudne, gdyby naprawdę chciano to zrobić. Jest rzeczą absolutnie niemożliwą, żeby Służba Bezpieczeństwa reichsführera SS i gestapo nie wiedział co się szykuje. Według różnych relacji Himmler wiedział o przygotowywanym zamachu stanu, nawet ze szczegółami. Konserwatywny autor niemiecki Emil Franzel pisał, że 20 lipca Himmler w sposób ewidentny prowadził podwójną grę. Wspomniany już Stefan Andres twierdził, że Himmler chronił spiskowców przed własną policją, aby w dniu kiedy prezydent Hitler zostanie obalony, zająć jako wódz numer dwa jego miejsce.

Niemiecki powieściopisarz Ernst von Salomon, którego przyjacielem był człowiek obracający się w kręgach służby bezpieczeństwa, ale oddający też pewne usługi spiskowcom, pisał: „Nie ulega wątpliwości, że Heinrich Himmler na miesiące wcześniej widział o działalności spiskowców z 20 lipca 1944, i nie podjął żadnych kroków przeciwko nim” (Ernst von Salomon, Der Fragebogen, Stuttgart 1951, s.476). Himmler – zdaniem von Salomona – igrał z nimi niczym kot z myszami.

Hedwig Maier w artykule „Die SS und der 20 Juli 1944“ zbiera wszystkie poszlaki i dochodzi do wniosku, że zebrane fakty „dopuszczają tylko jedną możliwą interpretację, taką mianowicie, że Himmler i grupa wyższych funkcjonariuszy SS byli poinformowani o planach puczu; jedynie tak można wytłumaczyć zadziwiającą opieszałość gestapo, które wiosną 1944 r. miało tyle materiału obciążającego Becka i Goerdelera, że mogło ich aresztować w każdej chwili. Jednak Himmler zwlekał. Goerdeler dowiedział się poufnie od kogoś z kręgu Himmlera (był to rzecz jasna kontrolowany przeciek), że rozkaz aresztowania jego i Becka został złożony do podpisu Himmlerowi, który ostentacyjnie położył go na swoim biurku w widocznym miejscu, dając spiskowcom tym gestem do zrozumienia: albo się pośpieszycie, albo nie będę dłużej czekał.

Hedwig Meier zwraca też uwagę na charakterystyczny fakt, że Himmler, który niejednokrotnie uczestniczył w naradach u Hitlera, na wszelki wypadek nie pojawił się ani w Obersalzbergu, ani w Wilczym Szańcu, kiedy 12, 15, 20 lipca przebywał tam Stauffenberg. To zrozumiałe – wolał nie ryzykować i trzymał się z dala od Stauffenberga z bombą w aktówce.

Inny charakterystyczny epizod relacjonował pułkownik Ludolf Gerhard Sander, łącznościowiec w Kwaterze Głównej Führera. Kiedy tuż po zamachu zadzwonił z Wilczego Szańca do Himmlera, który niedaleko miał swoją kwaterę, aby natychmiast zameldował się u Hitlera, nie mówiąc mu jednak o co chodzi, ten zapytał, czy podjęto wszystkie środki bezpieczeństwa – Sander był zaskoczony słowami Himmlera, ponieważ nie rozumiał, skąd ten dowiedział się o tym, co się stało. Nie przyszło mu do głowy, że Himmler był wcześniej poinformowany o mającym nastąpić zamachu

Dodajmy jeszcze, że w czasie kiedy Stauffenberg leciał samolotem do Berlina, w Wilczym Szańcu wiedziano już dokąd leci i że to on jest zamachowcem; gestapo w stolicy otrzymało rozkaz aresztowania go, ale tak się nie stało, co zapewne należy przypisywać protekcji Himmlera, czekającego na rozwój sytuacji.

Podsumowując, można (idąc za sugestiami autorów takich jak Hedwig Meier) stwierdzić, że tajne służby kontrolowały, tolerowały i kryły spiskowców. Himmler świadomie nie zapobiegł zamachowi – mógł przynajmniej wzmocnić środki bezpieczeństwa w Kwaterze Głównej Führera, aby uniemożliwić zamach w formie planowanej przez spiskowców, ale tego nie uczynił. Zajął postawę wyczekującą; „pasywnie współpracował ze spiskiem” lub, jak chcą inni, „flirtował ze spiskiem”. Jeśli tak postępuje funkcjonariusz stojący na czele aparatu bezpieczeństwa, którego naczelnym zadaniem jest ochrona władzy przed skierowanymi przeciwko niej akcjami, to oznacza, że de facto przeszedł na stronę spiskowców. Innymi słowy, także SS wzięła bierny udział w pierwszej fazie zamachu stanu.

Dyskretne poparcie Himmlera dla zamachu na prezydenta Hitlera i dla puczu wynikało z tego, że traktował je jako instrument w walce o władzę, chcąc cudzymi rękami obalić wodza i samemu zagarnąć owoce zwycięstwa. Ponadto wiedział doskonale o znajomościach i kontaktach środowisk spiskowych z czynnikami zagranicznymi, często nawet aż nazbyt ścisłych [1] i chciał je potem wykorzystać w ewentualnych rokowaniach z zachodnimi aliantami.

Wiadomo z różnych źródeł, że cywilna frakcja spisku (Goerdeler, Poppitz) szukała kontaktów z SS i starała się przeciągnąć na swoją stronę Himmlera. Z punktu widzenia realpolitik sojusz z Himmlerem, stojącym na czele drugiej najsilniejszej formacji zbrojnej w Niemczech, byłby rozsądnym posunięciem. „Starzy” byli większymi realistami politycznymi niż „młodzi”, którzy planowali zabicie Himmlera jednocześnie z Hitlerem, aby wyeliminować od razu konkurenta do objęcia schedy po prezydencie.

W środowisku spiskowców trwała, co oczywiste, walka frakcyjna. Grupa „młodych” Stauffenberga, złożona z oficerów Wehrmachtu, najbardziej bojowa i prąca do władzy walczyła zarówno przeciw „cywilnej” frakcji Goerdelera i Poppitza, jak i przeciw ludziom z Abwehry. Ci ostatni nie znosili Stauffenberga, a do nich z kolei niechętnie nastawieni byli „cywile”. W łonie frakcji wojskowej istniał podział na „starych” (Beck, Witzleben i inni generałowie) i „młodych” (Stauffenberg i inni). Grupa Stauffenberga pod hasłem niedopuszczenia do „rewolucji starców” i zapobieżenia objęcia władzy przez „stetryczałą generalicję” usiłowała wysunąć się na czoło i przejąć całą władzę w swoje ręce. M.in. dlatego zaczęli występować przeciw kandydaturze na kanclerza konserwatysty-monarchisty Goerdelera proponując na jego miejsce socjaldemokratę Juliusa Lebera. Przewidywanego na ministra spraw zagranicznych „starego” Ulricha von Hassela (w grę wchodził również należący do „starych” Friedrich-Werner von der Schulenburg) chcieli zastąpić „młodym” Adamem von Trott zu Solz.

Na dwa dni przed zamachem Stauffenberg spotkał się z przyszłym kanclerzem Goerdelerem, ale nie poinformował go o dokładnym terminie zamachu na Hitlera, w wyniku czego Goerdelera nie było w decydujących godzinach w sztabie puczu przy Bendlerstrasse. Można to interpretować jako swego rodzaju zamach stanu w zamachu stanu i obalenie Goerdelera, zanim jeszcze zdążył zostać kanclerzem, a więc wyeliminowanie całej cywilnej frakcji „starych” i przejęcie władzy przez juntę politycznych oficerów o najbardziej radykalnych poglądach, którzy nie zamierzali się nią z nikim dzielić.

Bomba przeciwko tyranowi, czyli Stauffenberg na prezydenta Rzeszy

W pomieszczeniu, w którym Stauffenberg zostawił aktówkę z bombą znajdowały się, oprócz Hitlera, 23 osoby – głównie wojskowi różnych formacji i rang. W wyniku wybuchu bomby śmierć poniosły cztery osoby: pułkownik Heinz Brandt [2], generał-pułkownik Günther Korten, generał-major Rudolf Schmundt – wszyscy trzej zmarli później w wyniku odniesionych ran – oraz jedyny cywil w tym gronie dr Heinrich Berger, jeden z najlepszych stenografów Niemczech; bomba urwała mu obie nogi aż do kolan, wykrwawił się na miejscu na śmierć; miał 39 lat, zostawił żonę i osierocił trójkę dzieci Wolfganga, Brigittę i Dorotheę. Ciężko ranni zostali: pułkownik Nicolaus von Below, generał Karl-Heinz Bodenschatz, kontradmirał Karl-Jusko Puttkammer, generał-major Walter Scherff, kontradmirał Hans-Erich Voß i kilku innych. Dziewięciu ludzi zostało lżej rannych.

Płk Stauffenberg uznawał Hitlera za tyrana, którego należy zabić. Jednak tyranobójstwo powinno być uderzeniem w konkretną, określoną osobę; poświęcenie dla tego celu życia innych, postronnych osób sprawia, że czystość moralna czynu, podjętego z patriotycznych i szlachetnych pobudek, jak z pewnością miało to miejsce w przypadku Stauffenberga, ulega pewnemu zmąceniu. Nadmieńmy tu, że, jak zauważa Wolfgang Venohr, „współspiskowcy Stauffenberga w naczelnym Dowództwie Sił Zbrojnych, którzy chcieli zabić Hitlera, przez lata mieli do niego służbowy dostęp, mogli to zrobić bez problemów, oficerowie meldowali się u zwierzchnika sił zbrojnych zgodnie z regulaminem, z pistoletem służbowym przy boku”. A jednak zdecydowano się na podłożenie bomby, wiedząc, że na pewno zginą wówczas osoby postronne.

Jeśli Stauffenberg uważał, że wolno mu poświęcać życie innych ludzi nie będących tyranami, to czyż nie powinien również i swego własnego życia złożyć w ofierze? Skoro zamachowiec nie był w stanie wymierzyć ciosu dokładnie w tyrana, tak aby jego śmierć była pewna, to czy nie powinien był zostać w baraku? Taki czyn jak zamach dokonany przy użyciu środka z góry zakładającego także śmierć innych ludzi, choć dokonany z najszlachetniejszych pobudek, powinien zawierać w sobie gotowość do poświęcenia własnego życia – nie ma wszak żadnych racji, które kazałyby Stauffenbergowi własne życie cenić wyżej niż życie stenografa Bergera.

Jeden z autorów piszących o zamachu (będący wówczas po przeciwnej stronie niż Stauffenberg) przywoływał średniowieczną ideę „ofiary w fundamentach” (Bauopfer). Nie ma powodu nie wierzyć spiskowcom, że działali w imię wyższych celów moralnych i politycznych, że chcieli zbudować nowy świat. Jeśli tak, to ten pierwszy, zabijając swojego zwierzchnika, któremu wobec Boga złożył przysięgę wierności, uwolnił się ze starego świata, poświęcając przy tym życie innych ludzi, powinien sam siebie wmurować w fundamenty nowego świata. Ani Stauffenberg, ani Fellgiebel, ani wcześniej inni spiskowcy nie byli do tego zdolni.

Pułkownika Stauffenberg był tyranobójcą, który nie tylko chciał zabić tyrana, lecz także przejąć władzę w państwie, być może obejmując stanowisko prezydenta Rzeszy. Wprawdzie na prezydenta przewidywany był generał Ludwig Beck, ale miał on już 64 lata i szwankował na zdrowiu. Dlatego też, jak przypuszcza w swojej książce Bis zum bitteren Ende (Zürich 1946) uczestnik spisku Hans Bernd Gisevius (pozostający w zażyłych stosunkach z Allenem Dullesem; po nieudanym puczu ukrywał się a w styczniu 1945 r. amerykańskie służby przerzuciły go do Szwajcarii), w sposób naturalny jego miejsce zająłby Stauffenberg. Generał Beck potrzebny był młodym oficerom raczej jako figurant, który mógłby ewentualnie otrzymać pewne poparcie w armii. Po krótkim czasie zostałby usunięty lub sprowadzony do roli marionetki.

Stauffenberg nie chciał poświęcić swego życia, aby zyskać stuprocentową pewność, zabicia tyrana, ponieważ, jak pisze w swojej książce Gisevius, był politykiem. Dlatego tylko jedną połową siebie wykonywał zamach bombowy w Wilczym Szańcu, podczas gdy drugą połową przebywał już w Berlinie, przy swoich planach i wizjach, które miał urzeczywistniać jako należący do kręgu najwyższych władz po-hitlerowskiej Rzeszy. Uważał się za niezastąpionego. Zostawia więc bombę i spieszy do Berlina, owładnięty myślą, że tylko on może stanąć na czele „wielkiego ruchu odrodzenia politycznego i moralnego”, tylko on może zainicjować „wielką jazdę” do czegoś całkiem nowego, co zmieni dotychczasowe życie w Niemczech we wszystkich jego przejawach głębiej niż rewolucje 1918 i 1933 roku. Stauffenberg nie zamierza umrzeć wraz z tyranem, ponieważ chce zobaczyć jak wszystko potoczy się dalej; i nie tylko zobaczyć, ale również określić dokąd i jak ma się toczyć. Chciał być „potem”, ale dla zamachowca, jeśli zamach ma się na pewno udać, nie może być żadnego „potem”. Stauffenberg oddala się, niejako w trakcie swego czynu, aby być na właściwym miejscu we właściwym czasie. Pędzi więc do stolicy w „demonicznym zmaganiu o tę wolną chwilę, która nastąpi po śmierci Hitlera”, o tę chwilę, kiedy szczyt władzy jest pusty i dzieli go odeń tylko mały krok. Jeśli ktoś pragnie przejąć władzę po zamordowanym tyranie, ten nie może, co oczywiste, złożyć ofiary z własnego życia. Stauffenberg, chciał „ratować Rzeszę”, czyli przejąć władzę, a na tej drodze cóż waży życie stenografa Bergera.

Gdyby Stauffenberg, wzorem lotników-kamikadze lub współczesnych zamachowców-samobójców, został na miejscu zamachu, mógłby dopilnować teczki z bombą, postawić ją na stole, w odległości dwóch-trzech metrów od tyrana, a wówczas jego śmierć byłaby pewna. Ale Stauffenberg zostawił teczkę pod stołem i wyszedł, zaś tyran, którego śmierć była podstawowym warunkiem powodzenia puczu, przeżył. Stauffenberg spartaczył zamach, nie wykonał zadania, co w konsekwencji spowodowało fiasko puczu i śmierć wielu spiskowców z ręki pretorianów wiernych tyranowi.

Rzecz prosta, już sam zamach bombowy był ujawnieniem spisku, i niemożliwe stało się jego zatuszowanie, ale gdyby w obliczu faktu, że tyran przeżył, nie podejmowano dalszych kroków, ofiar byłoby mniej. Stauffenberg miał wprawdzie prawo przypuszczać, że Hitler zginął, ale pewności mieć nie mógł. Jednak, kiedy wiozący jego i porucznika Wernera von Haeftena samolot Heinkel 111 wylądował na lotnisku Berlin-Rangsdorf o godz. 15, zatelefonowali od razu do centrali puczu na Bendlerstrasse z informacją, że Hitler nie żyje.

Po przybyciu na miejsce Stauffenberg podał nieprawdziwą wersję: „widziałem wszystko z zewnątrz, stałem poza barakiem razem z generałem Fellgieblem, wtedy w baraku nastąpiła eksplozja, jakby wpadł tam pocisk 15cm, tam prawie nikt nie mógł pozostać przy życiu”. Później, kiedy z różnych źródeł nadchodziły coraz liczniejsze informacje, że prezydent żyje, Stauffenberg skłamał, podając kolejną wersję, że na własne oczy widział, jak martwego Hitlera wynoszono na noszach z baraku.

W Dziennikach berlińskich Maria Wasiliczkow notuje, że kiedy o godz. 18.25 radio nadało komunikat, że Hitler żyje, jej znajomy Gottfried von Bismarck chodził zdenerwowany po pokoju powtarzając w kółko: „To po prostu niemożliwe! To jakiś podstęp! Stauffenberg widział, że on nie żyje”. (podkreślenie moje – T.G.). Bismarck podejrzewał nawet, że „oni” podstawili sobowtóra. Widać z tego, jak silna była wiara w nieprawdziwe słowa Stauffenberga.

Rozpatrując zamach Stauffenberga w kategoriach operacji wojskowej, można porównać go do sytuacji, kiedy oficer powraca z ważnej misji i swoim przełożonym składa meldunek, nie będąc pewnym, czy jego treść jest prawdziwa, po czym okazuje się, że meldunek był fałszywy. Jeden z autorów napisał o postępowaniu Stauffenberga: „łatwo zgadnąć co stałoby się z oficerem sztabowym w normalnych warunkach, który w tak istotnej sprawie dopuściłby się niedbalstwa mającego tak fatalne skutki. Natychmiast zostałby zdegradowany i surowo ukarany.

Po pierwsze więc pułkownik Stauffenberg nie wypełnił swojej misji, po drugie wprowadził w błąd współspiskowców, informując ich, że ją wypełnił, i po trzecie okłamał ich, że ją wypełnił. Oczywiście w polityce takie wprowadzanie w błąd i okłamywanie są na porządku dziennym, ale tu chodziło o życie i śmierć innych, którzy mu zaufali. To dopiero fałszywa informacja o śmierci Hitlera skłoniła współspiskowców do wyjścia z ukrycia i otwartego wzięcia udziału w puczu, czego by zaniechali, gdyby wiedzieli, że zamach się nie udał. A przynajmniej, już po zdekonspirowaniu, mogliby podjąć całkiem inne kroki. np. ponownie spróbować zabić Hitlera. Tak czy inaczej mogliby działać ze świadomością, że Hitler żyje i dostosować swoje działania do tej sytuacji, a tymczasem – wprowadzeni w błąd i okłamani przez Stauffenberga – działali tak jakby prezydent nie żył; w rezultacie całkowicie błędnie oceniali swoje położenie: zamiast realizować jakiś plan B, nadal realizowali plan A, mimo iż zasadnicze jego założenie – śmierć Hitlera, nie zostało zrealizowane. Wprowadzając w błąd i kłamiąc, Stauffenberg popychał ludzi ku beznadziejnemu, nie mającemu już praktycznie szans powodzenia, przedsięwzię­ciu. Stąd też na niego spada część odpowiedzialności za ich śmierć ręki z siepaczy tyrana. [3]

W tym kontekście warto też wspomnieć o przejawie wręcz karygodnej lekkomyślności spiskowców, jakim było sporządzanie – znalezionych potem przez gestapo – list z nazwiskami osób przewidywanymi na najwyższe urzędy państwowe po przejęciu władzy, niekiedy po kilka kandydatur na jedno stanowisko – część wytypowanych kandydatów w ogóle o tym nie wiedziała. Na listach umieszczono nie tylko nazwiska kandydatów na ministrów, ale na przewodniczącego parlamentu, prezesa banku centralnego, nawet rzecznika prasowego przyszłego rządu! Jeszcze nie przeprowadzili udanego zamachu stanu a już dzielili stanowiska! I do tego utrwalali nazwiska kandydatów na piśmie! Państwo atakowane jest ze wschodu i zachodu, jego armie stawiają zaciekły opór armiom wroga zbliżającym się do jego granic, a oni się zastanawiają, kto ma być rzecznikiem prasowym nowego rządu! Zakrawa to na jakąś groteskę.

Dygresja o zamachu Georga Elsera na życie prezydenta Adolfa Hitlera

W ostatnich kilkunastu latach w Niemczech buduje się kult innego zamachowca Georga Elsera – jako prosty człowiek z ludu (czeladnik stolarski) ma stanowić przeciwwagę dla arystokraty Stauffenberga; ponadto był on komunistą, członkiem Rotfrontkämpferbund, co lepiej wpisuje się w politykę historyczną lewicy. Ma już w Niemczech kilka pomników, nakręcono o nim film fabularny pt. Elser – Er hätte die Welt verändert (Elser – człowiek, który mógł zmienić świat).

Elser postanowił zabić tyrana 8 listopada 1939 r. Bombę zegarową umieścił w filarze nośnym monachijskiej piwiarni Bürgerbräukeller, co w rezultacie spowodowało zawalenie się stropu. Wybrał bombę, choć w tamtym czasie tyran stale jeździł po Niemczech w otwartych samochodach. Miała ona wybuchnąć podczas przemówienia Hitlera, jednak ten wyszedł kilkanaście minut wcześniej. W chwili wybuchu bomby w prawie opustoszałej sali znajdowało się jeszcze 180-200 osób. W jego wyniku 8 osób poniosło śmierć, 15 zostało ciężko a 12 poważnie rannych (rannych zostało 7 kobiet, pracowniczek piwiarni). W momencie, kiedy Hitler przemawiał, sala była wypełniona po brzegi (szacuje się, że obecnych było 2000 a nawet więcej osób). Gdyby wówczas bomba wybuchła, liczba zabitych mogłaby być trzycyfrowa, plus ranni i ciężko ranni. Doszłoby to prawdziwej masakry

Elser musiał sobie z tego zdawać sprawę, czyli uznał, że aby zabić jedną osobę (tyrana) ma moralne prawo poświęcić życie wielu innych ludzi, przy czym podkładając bombę i oddalając się (próbował przedostać się do Szwajcarii) nie miał pewności, czy osoba, przeciwko której wymierzony był zamach, zginie. No i nie zginęła, natomiast śmierć poniosło 8 postronnych osób. Była wśród nich 29-letnia kelnerka Maria Henle, która osierociła dwójkę małych dzieci. Elser chciał zabić tyrana, a spartaczył zamach, świata nie zmienił, jedynie zabił Bogu ducha winną młodą kobietę. Stauffenberg chciał zabić tyrana, a spartaczył zamach, niczego nie osiągną, jedynie zabił Bogu ducha winnego stenografa Bergera.

Z zeznań Elsera wynika, że chciał zabić „kierownictwo”, zatem, co logiczne, użył bomby. Jak pamiętamy, po przybyciu do Berlina Stauffenberg oświadczył kolegom: „Detonacja była taka, jakby wybuchł pocisk 15cm, tam nikt nie mógł przeżyć”. Według Petera Hoffmanna wypowiedź ta implikuje, że Stauffenberg chciał zabić nie tylko Hitlera, lecz wszystkich obecnych uczestników narady, co być może by mu się udało, gdyby zdołał uzbroić drugą bombę.

W naradzie, oprócz zwierzchnika sił zbrojnych Adolfa Hitlera, brali udział m.in. szef najwyższego dowództwa Wehrmachtu generał-marszałek polny Wilhelm Keitel, szef sztabu tegoż dowództwa generał-pułkownik Alfred Jodl, szef wydziału operacyjnego w Sztabie Generalnym Sił Zbrojnych generał Adolf Heusinger, szef sztabu Luftwaffe generał Günther Korten. Stauffenberg zamierzał więc za jednym – nomen omen – zamachem, wyeliminować członków najwyższego dowództwa armii. [4]

20 lipca 1944 – wielka inscenizacja i spartaczony zamach stanu

Zamach stanu przeciw Hitlerowi miał zostać dokonany przy wykorzystaniu tzw. operacji „Walkiria”, będącej planem mobilizacji armii rezerwowej na wypadek desantu powietrznego nieprzyjaciela, rozruchów, rewolty cudzoziemskich robotni­ków itp. Władza miała wówczas przejść z rąk czynników politycznych i admini­stracyjnych do rąk dowódców okręgów wojskowych. Puczyści chcieli wykorzystać operację „Walkiria” dla swoich celów, nadając jej inny sens.

Dowódcy jednostek armii rezerwowej, garnizonu berlińskiego, komendanci berlińskich szkół wojsko­wych nie byli wtajemniczeni w spisek, spiskowcy ukrywali przed nimi swoje prawdziwe zamiary: mieli oni działać w myśl operacji „Walkiria” nie wiedząc, że tak naprawdę działają dla celów przeciwnych niż cele tejże operacji. Mieli więc zaryglować dzielnicę rządową, ale nie po to, aby chronić rząd, jak zakładała operacja „Walkiria”, ale aby stworzyć wrażenie, że wojsko przejęło władzę, i aby uniemożliwić funkcjonowanie instytucji rządowych. Spiskowcy chcieli uruchomić ciąg rozkazów, ale w taki sposób, aby dowódcy jednostek, posłusznie je wykonujący, nie wiedzieli, co naprawdę robią i w czym uczestniczą. Mieli sądzić, że przejmują władzę zgodnie z planem operacji „Walkiria”, która w rzeczywistości była kamuflażem dla rzeczywistego zamachu stanu. [5]

Puczyści wydali również rozkaz do dowódców okręgów wojskowych podpisany przez feldmarszałka Ericha von Witzlebena (od 1942 roku w stanie spoczynku) i kontr-sygnowany przez pułkownika Stauffenberga, zaczynający się słowami: „Wódz Adolf Hitler nie żyje. Pozbawiona sumienia grupa dekowników z partii postanowiła wykorzystać sytuację i zadać ciężko walczącej armii cios w plecy i przejąć władzę dla swoich egoistycznych celów. W tej godzinie najwyższego zagrożenia rząd Rzeszy wprowadził stan wyjątkowy w celu utrzymania prawa i porządku powie­rzając mi najwyższe dowództwo nad Wehrmachtem z absolutną władzą wyko­nawczą”.

Swoimi rozkazami i odezwami puczyści tworzyli wrażenie, że nie mają nic wspólnego z zamachem na Hitlera, ale wręcz przeciwnie, że przejmują władzę, gdyż, wierni jego misji, chcą zdławić bunt i ukarać tych, którzy podnieśli rękę na wodza. Cały ten „montaż” miał kilka aspektów. Był konieczny, ponieważ puczyści nie dysponowali tak naprawdę realną siłą wojskową, i chcieli wykorzystać dla swoich celów lojalność innych oficerów w stosunku do Hitlera – w tym celu przedstawiali się jako jego prawowici następcy.

Informacja, że Hitler został zabity przez „dekowników z partii” odwoływała się do, realnie istniejącego, niechętnego nastawienia części żołnierzy frontowych do partyjnych bonzów. Puczyści przedstawiali się więc jako ci, którzy działają w imieniu zamordowanego dyktatora, bronią jego politycznego dziedzic­twa i podążają wyznaczoną przez niego drogą. Występują przeciw zadekowanym na tyłach zdrajcom, którzy chcą wbić walczącej armii nóż w plecy i zaprzepaścić dzieło wodza (innymi słowy, jak to ujął niemiecki autor Rolf Schroers, „tyran miał zostać usunięty na swój własny rozkaz”).

Fiasko puczu miało – oprócz tego, że Stauffenberg spartaczył zamach na życie Hitlera – szereg przyczyn. Puczyści nie posiadali jednego, silnego i zdecydowanego przywódcy. Generał Beck był człowiekiem słabym i schorowanym, dobrym historykiem i teoretykiem wojskowości, niezdolnym jednak do energicznego działania, a w godzinie próby zawiódł całkowicie. 20 lipca zdołał wydać tylko jeden rozkaz (było to jego jedyne działanie w tym dniu), ale za to starannie go zdokumentował. Już wcześniej robił rozmaite notatki, dokumentując spisek dla historii (te materiały wpadły potem w ręce gestapo). Coś takiego zdarzyło się chyba po raz pierwszy w historii spisków.

Z kolei Stauffenberg w kluczowych, decydujących godzinach leciał samolotem, zawieszony gdzieś w powietrznej pustce pomiędzy Kętrzynem a Berlinem. Dopiero z chwilą jego przybycia do stolicy, o godz. 16.10 a wiec 3,5 godziny po zamachu na życie prezydenta Hitlera, rozpoczęto realizowanie operacji „Walkiria”, tracąc sporo bezcennego czasu, kiedy szybkość działania ma fundamentalne znaczenie (w tym czasie w Wilczym Szańcu tyran podjął kontrakcję)

Jednoczesne kierowanie puczem i przeprowadzenie zamachu na Hitlera było – zdaniem jednego ze spiskowców Fabiana von Schlabrendorffa – kardynalnym błędem spisku. Niemiecki historyk Peter Hoffmann, który przeprowadził drobiazgową analizę zamachu bombowego Stauffenberga napisał, że z operacyjnego punktu widzenia był to plan absurdalny – to tak jakby dowódca operacji wydawał rozkazy i nią kierował, a jednocześnie sam na froncie te rozkazy wykonywał.

Plan zakładał, że Stauffenbergowi nie tylko uda się zdetonować bombę i wyjść z zamachu bez szwanku, ale ponadto opuścić Wilczy Szaniec i dotrzeć bezpiecznie do Berlina, aby tam pokierować puczem. Przyjęcie tak ryzykownego planu – Stauffenbergowi właściwie cudem udało się uciec z Wilczego Szańca – świadczy o tym, że personalna obsada puczu była dość marna. Gdyby Stauffenberg zdecydował się na atak samobójczy, gdyby został aresztowany lub zabity, w centrali nie byłby nikogo, kto potrafiłby pokierować puczem z odpowiednią energią. Tak czy inaczej wszystko zawisło na jednym człowieku! A on zawiódł zarówno jako bezpośredni wykonawca zamachu, jak i motor i dowódca spisku.

Zawiódł również inny spiskowiec, gorący zwolennik tezy o dopuszczalności „tyranobójstwa” generał Fellgiebel, który był w Wilczym Szańcu, by obserwować ruchy Stauffenberga i czekać na rezultat zamachu w możliwie najbliższej odległości. Widział, że zamach się nie udał. Kiedy zobaczył, że Hitler wychodzi żywy z baraku, jego obowiązkiem było podejść do niego i zastrzelić go, aby naprawić to, czego nie zdołał zrobić Stauffenberg; powinien ratować sytuację i zmienić fatalny dla spiskowców bieg wydarzeń. Przecież doskonale zdawał sobie sprawę, iż fakt, że Hitler przeżył zamach, minimalizuje szanse powodzenia puczu, a jego życie – jako że był uczestnikiem spisku – już się skończyło. Nawet wówczas, zamiast poświęcić się dla „Sprawy” i ratować swoich kolegów-spiskowców zabijając Hitlera, podszedł do niego (mając przy boku pistolet!), przyjął postawę i pogratulował prezydentowi cudownego ocalenia!

Pucz nie udał się przede wszystkim dlatego, że nie powiódł się bombowy zamach na Hitlera – w ogóle puczyści przywiązywali do niego zbyt dużą wagę, a zbyt małą do sposobu przeprowadzenia samego puczu. Jednak fakt, że Hitler przeżył zamach nie pozbawiał puczu wszelkich szans powodzenia, aczkolwiek spadły one prawie do zera. Najistotniejsze było to, że puczyści, jak wspomnieliśmy wyżej, tak naprawdę nie dysponowali realną siłą wojskową, gdyż nie udało im się uzyskać poparcia od żadnego wyżej postawionego oficera stojącego na czele większej jednostki wojskowej. Nie mieli po swojej stronie jednostek wojskowych, na których mogli polegać. Brakowało im też poparcia ludzi ze średniego szczebla oficerskiego (porucznicy, kapitanowie) dowodzącymi oddziałami uzbrojonych żołnierzy, którzy na ich rozkaz skierowaliby karabiny przeciwko obrońcom reżimu.

Spiskowcy byli w większości oficerami sztabowymi i, jak to określił jeden z autorów, usiłowali dokonać puczu „na drodze służbowej”. Dlatego chcieli telefonicznie i za pomocą dalekopisów przesuwać jednostki wojskowe celem jego wsparcia. Więcej „mówili” niż działali. Pucz, jak napisał jeden z historyków, w 99% polegał na papierkowej robocie. W książce Bis zum bitteren Ende (Zürich 1946) Hans Bernd Gisevius pisał, że u spiskowców zbyt wiele było wiary w ślepe posłuszeństwo podwładnych i innych dowódców, którzy – jak zakładano – po prostu będą bez pytania, automatycznie wykonywać rozkazy zgodnie z planem operacji „Walkiria”. Liczyli, że automatyczną reakcją na rozkaz będzie jego posłuszne wykonanie. Paradoks całej sytuacji polegał na tym, że żądali ślepego „posłuszeństwa dla nieposłuszeństwa”; sami wypowiedzieli posłuszeństwo zwierzchnikom, sprzeciwili się rozkazom, natomiast powodzenie swojego planu oparli na założeniu, że ich rozkazy podwładni ślepo wykonają. [6]

Przybycie do Berlina Stauffenberga, na którym spoczął cały ciężar dowodzenia puczem, nadało mu pewien impet. Stauffenberg pracował jak opętany, wisiał na trzech telefonach jednocześnie, ale już nikt nie potrafił opanować coraz większego chaosu. Centralną radiostację zajęto, ale po pewnym czasie opuszczono, spiskowcy nie potrafili opanować radia i użyć go do swoich celów, nie skierowali przez radio żadnych apeli do narodu. W Drugim dzienniku paryskim w zapisie z 27 marca 1944 r. Ernst Jünger odnotowuje spotkanie z podpułkownikiem Caesarem von Hofackerem, współpracownikiem i kuzynem Stauffenberga. Hofacker powiedział mu: „Póki nie uniemożliwimy gościowi dopadnięcia do mikrofonu, ten w każdym wypadku w ciągu pięciu minut przeciągnie masy z powrotem na swoją stronę”. Na to Jünger: „Właśnie wy powinniście być silniejsi także przy mikrofonie. Dopóki tej siły nie macie, nie zdobędziecie jej przez zamachy”. Przebieg wydarzeń w cztery miesiące później potwierdził diagnozę autora Totalnej mobilizacji. [7]

Nie potrafiono ustalić, kto ma zająć budynki rządowe itd. Czołgi ze szkoły oficerskiej z Poczdamu przybyły do Berlina a potem się wycofały. Marszałek polny Witzleben nie zrobił nic, aby interweniować, ratować sytuację, zmienić bieg wydarzeń. Udawał, że „nie bierze udziału”. On, który, co prawda tylko na papierze, ale jednak, przejął pełnię władzy wojskowej w Rzeszy, w kilka godzin później, kiedy zobaczył, że nic się nie udaje, po prostu wymknął się po angielsku, wsiadł do samochodu i pojechał do domu. Panowała jakaś irrealna atmosfera, jakby nie odbywał się zamach stanu mający decydować o losie państwa i narodu, ale amatorskie przedstawienie teatralne, w którym aktorzy plączą się po scenie nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić.

Brakowało determinacji i bezwzględności, tak jakby puczyści chcieli uniknąć przelewu krwi (prócz krwi tyrana), jakby chcieli mieć czyste ręce zapominając, że z czystych rąk władza wyślizguje się najszybciej. Z powodu braku jasnej linii postępowania wszystko co robili spiskowcy, było połowiczne, zaczynało się i rozmywało. Nie mieli przygotowanego żadnego alternatywnego planu na wypadek, gdyby nie udało się zabić Hitlera. Pucz był źle przygotowany, źle zaplanowany i źle wykonany, był chyba jednym z najgorzej zorganizowanych zamachów stanu w historii.

Spiskowcy nie mieli możliwości i środków, aby przejąć system łączności – drugi obok zajęcia radia fundamentalny warunek powodzenia. Ich rozkazy neutralizowane były przez kontr-rozkazy płynące z Wilczego Szańca. Poza tym zupełnie niepotrzebnie nadali swoim rozkazom wysoki stopień tajności, co automatycznie wymagało bardziej skomplikowanej i wolniejszej procedury przesyłania rozkazów w sytuacji, gdy liczyła się każda minuta.

Jest rzeczą zadziwiającą, że spiskowcy mogli popełnić taką ilość dziecinnych błędów, począwszy od tego, że Stauffenberg nie zostawił w aktówce drugiej bomby, której nie zdołał uzbroić – a przecież nawet nieuzbrojona eksplodowałaby pod wpływem pierwszej i Hitler by nie przeżył. Nie uwzględnili też, że specjalne połączenie ich wszystkie rozkazy kierowane do okręgów wojskowych kierowało jednocześnie do Kwatery Głównej Führera. Nic dziwnego, że w obliczu takiej nieudolności „cudownie ocalony przez Opatrzność” prezydent Hitler z lekceważeniem wyraził się o spiskowcach: „Powinni chodzić na szkolenie do nas, narodowych socjalistów. Wtedy by się nauczyli jak to zrobić”.

Henry Bernhard – były prywatny sekretarz kanclerza Gustawa Stresemanna, dziennikarz i wydawca, po wojnie poseł do parlamentu krajowego Badenii Wirtembergii, antyhitlerowski obserwator sytuacji i człowiek sprzyjający opozycji, w książce Finis Germaniae (Stuttgart 1947) ocenił, że byli politycznymi dyletantami, ludźmi w istocie niezdolnymi do przeprowadzenia skutecznego zamachu stanu. Konserwatywny pisarz Joachim Fernau napisał, że w czasie rządów Hitlera mówiono o nich „zdrajcy”, po upadku Hitlera „bohaterowie”, a co powie o nich historia? „Partacze”. Najtrafniej chyba podsumował całą sprawę pisarz polityczny Günter Maschke, który, nieco ironicznie, zauważył, że puczyści powinni byli wsadzić do U-Boota kilku gwatemalskich oficerów, przewieźć ich do któregoś z niemieckich portów i dać bilety do Berlina. Tam zrobiliby oni taki pucz jak należy (dokładnie w trzy miesiące po sfuszerowanym puczu pułkownika Stauffenberga, 20 października 1944 r. grupa młodych oficerów dowodzona przez pułkownika Jacobo Arbenza Guzmana obaliła, rządzącego Gwatemalą od 1931 r. dyktatora, generała Jorge Ubico y Castañedę).

Około godz. 20, a więc w nieco ponad siedem godzin od wybuchu bomby w Wilczym Szańcu pucz został de facto stłumiony. Stauffenberg wraz z czterema innymi spiskowcami postawiony został przed sądem wojennym powołanym przez dowódcę armii rezerwowej generała-pułkownika Fritza Fromma (którego spiskowcy wcześniej uwięzili, ponieważ nie chciał poprzeć zamachu stanu) skazany na śmierć i natychmiast, ok. 23 rozstrze­lany na dziedzińcu budynku przy Bendlerstrasse przez żołnierzy z batalionu wartowniczego. Generał Fromm dlatego pospiesznie rozkazał rozstrzelać Stauffenberga i jego kolegów, ponieważ zależało mu na zatarciu śladów swoich wcześniejszych powiązań ze spiskowcami. Co mu zresztą nie pomogło i sam zginął potem z woli rozwścieczonego i pałającego żądzą zemsty tyrana.

Na rozkaz Himmlera ciała Stauffenberga i pozostałych rozstrzelanych spiskowców ekshumowano, odarto z mundurów i odznaczeń, po czym spalono a popioły rozsypano na wietrze. Ten dziwaczny „zwyczaj” zapoczątkowany przez Himmlera kontynuowali potem zwycięzcy II wojny światowej, którzy prochy powieszonych w Norymberdze rozsypali nad Izarą, władze Izraela, które prochy Adolfa Eichmanna rozsypały nad Morzem Śródziemnym, oraz czynniki Republiki Federalnej Niemiec – w 2011 r. przeprowadzono likwidację grobu zmarłego w 1987 r. „posłańca pokoju” Rudolfa Hessa w Wundsiedel; szczątki „ostatniego więźnia Spandau” ekshumowano, spopielono a popioły rozsypano nad morzem. [8]

Wojenni wrogowie Rzeszy Niemieckiej wobec zamachu stanu – spiskowcy w kręgu politycznych iluzji.

W przypadku każdej akcji politycznej, a taką był zamach bombowy na Hitlera i pucz oficerów, pytać należy zarówno o szanse jej powodzenia, jak i jej polityczną sensowność, tutaj: sensowność z punktu widzenia polityki wojennej i zagranicznej. Bodajże Hanna Arendt stwierdziła, że spisek Stauffenberga nie miał korzeni w oburzeniu moralnym, lecz dyktowany był racją stanu Rzeszy Niemieckiej. Z tej perspektywy należy go przeto rozpatrzeć.

Pucz Stauffenberga rozegrał się w momencie, kiedy Niemcy toczyły wojnę na wschodzie i na zachodzie, kiedy armie zachodnie lądowały w Normandii, a armie wschodnie zbliżały się do granic Rzeszy. Zatem polityczna sensowność zamachu stanu winna być ugruntowana na możliwości osiągnięcia dla Niemiec sytuacji lepszej niż ta, do jakiej doprowadził państwo i naród prezydent Adolf Hitler wraz ze swoją ekipą. Polityczny sens pucz miałby wtedy, gdyby spiskowcy uzyskali wiarygodne zapewnienia od Anglii, USA i Związku Sowieckiego, że obalenie reżimu Hitlera będzie oznaczać szybkie zakończenie wojny, zachowanie dotychczasowej prawno-państwowej formy Rzeszy i znośne warunki pokoju. Jednak żadnych takich zapewnień nigdy nie otrzymali, mimo iż niejednokrotnie – bezpośrednio lub przez pośredników – kontaktowali się czynnikami alianckimi.

Nic nie wskazuje na to, żeby, nawet gdyby Hitler został zabity, a pucz zakończył się sukcesem, Niemcy mogły uzyskać od państw zwycięskiej koalicji coś lepszego niż zaakceptowanie sformułowanego w 1943 r. w Casablance żądania bezwarunkowej kapitulacji, oznaczającej – inaczej niż to było po klęsce Niemiec w I wojnie światowej – zajęcie stolicy, okupację Niemiec i skupienie w ręku zwycięzców pełni władzy nad wszystkimi dziedzinami życia państwowego, politycznego i gospodarczego. Żądanie to wysunięto właśnie po to, aby nie musieć negocjować zawarcia kompromisowego pokoju także w przypadku, gdyby Hitler i jego ekipa stracili władzę w Niemczech. Nie było ono opatrzone zastrzeżeniem, że skierowane jest wyłącznie do reżimu narodowosocjalistycznego i przestanie obowiązywać z chwila odsunięcia go od władzy. Brak takiego zastrzeżenia był czymś logicznym, gdyż państwa koalicji antyniemieckiej (nie antyhitlerowskiej!) nie toczyły wojny po to, aby obalić reżim Hitlera (regime change), ale po to, aby wyeliminować Rzeszę Niemiecką jako skupienie władzy (geo)politycznej, jako europejskie i światowe mocarstwo.

Niemiecki autor Peter Kleist (były urzędnik w ministerstwie Ribbentropa, w drugiej połowie lat 30. XX w. przewodniczący Towarzystwa Niemiecko-Polskiego) w książce Auch Du warst dabei (Heidelberg 1952) przytacza komentarz przedstawiciela angielskich kół politycznych na temat sondowania przez niemiecką opozycję możliwości kompromisowego pokoju po zmianie władzy w Berlinie: „Ta wojna nie jest przeciwko Hitlerowi albo narodowemu socjalizmowi, lecz przeciwko sile narodu niemieckiego, która ma być zniszczona raz na zawsze, obojętnie czy znajduje się w rękach Hitlera czy księdza jezuity”. Niektórzy badacze uważają autora za mało wiarygodnego, a przytoczona przez niego wypowiedź może mieć charakter apokryficzny, niemniej jednak oddaje ona idealnie istotę rzeczy – dokładnie tak właśnie było. Jeden z antyhitlerowskich opozycjonistów, późniejszy marszałek Bundestagu Eugen Gerstenmeier wyznał już po 1945 r.: „To czego my, w niemieckim ruchu oporu nie chcieliśmy podczas wojny pojąć, a co w pełni zrozumieliśmy dopiero po fakcie: że w ostatecznym rozrachunku wojnę toczono nie przeciwko Hitlerowi, lecz przeciwko Rzeszy Niemieckiej jako takiej”. Czyżby spiskowcy wierzyli w antyhitlerowską propagandę prowadzoną przez koalicję antyniemiecką?

Zwróćmy też uwagę, że żądanie bezwarunkowej (czyli totalnej) kapitulacji było w gruncie na rękę reżimowi Hitlera, wiązało go na dobre i na złe z masami, ponieważ mógł przedstawiać się jako bezalternatywny: „nieważne kto by nas zastąpił, to i tak wrogowie postąpią z Rzeszą identycznie, dlatego musimy walczyć razem do końca i zwyciężyć, bo inaczej zostaniemy zniszczeni”. [9] W takiej sytuacji wewnętrzna opozycja polityczna, aktywny opór polityczny wobec władzy nie miały w gruncie rzeczy politycznego sensu, nie istniało bowiem żadne pole politycznego manewru: po co stawiać opór „faszystom”, skoro rząd „antyfaszystowski” nie uzyska od wrogów Niemiec niczego lepszego niż rząd „faszystowski”?

Żądanie bezwarunkowej kapitulacji usuwało grunt spod nóg jakiejkolwiek opozycji politycznej. Można ją było wzmocnić tylko propozycją warunkowej kapitulacji, lub, inaczej mówiąc, wiarygodną obietnicą kompromisowego, wynegocjowanego pokoju pod warunkiem, że w Niemczech nastąpi regime change. Można było pohitlerowskie Niemcy objąć Kartą Atlantycką itp. Z faktu, że tego nie zrobiono, wypływa oczywisty wniosek, że koalicja antyniemiecka realizowała założone cele strategiczno-polityczne i nie miała zamiaru udzielić spiskowcom jakiegokolwiek moralnego, politycznego czy propagandowego wsparcia. Owszem, zainteresowana była działalnością spiskowców w aspekcie wywiadowczym i militarnym, czyli jej wpływem na osłabienie armii i państwa, ale nie w aspekcie politycznym. Traktowano ich wyłącznie jako instrument i to instrument średnio użyteczny, a nie jako partnera politycznego, jako polityczną alternatywę wobec reżimu narodowosocjalistycznego. Spiskowcy na próżno szukali po stronie wrogów Rzeszy sojuszników, partnerów do rozmów politycznych. Po stronie wrogów obowiązywała zasada: żadnych obietnic, żadnych rozmów, żadnych negocjacji, żadnych ustępstw. Tragiczni bohaterowie – wykorzystani, „opuszczeni przez świat”, pozostawieni swojemu losowi.

Propagandowe reakcje członków koalicji antyniemieckiej na wydarzenia w Wilczym Szańcu i w Berlinie nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co do ich intencji, przy czym zauważyć należy, że propaganda koalicji antyniemieckiej i propaganda niemiecka w gruncie rzeczy niewiele się od siebie różniły, obie odwoływały się do demokratycznych instynktów mas atakując i wyśmiewając junkrów, generałów i arystokratów, głosząc, że chodzi o „pucz reakcyjnej kliki oficerów”.

Radio moskiewskie mówiło o puczystach: „ociekający krwią militaryści, junkrzy i baro­nowie”. Bardzo „ładnie” podsumował całą sprawę w swoim Arbeitsjournal Bertolt Brecht przebywający wówczas na emigracji w słonecznej Kalifornii: „Kiedy doszły wiadomości o krwawych zdarzeniach pomiędzy Hitlerem i junkierskimi generałami trzymałem kciuki za Hitlera, bo kto inny, jeśli nie on wykończy dla nas tę bandę przestępców”. Podobne było nastawienie Amerykanów, którzy pruskich junkrów uważali za przeszkodę w planowanej „demokratyzacji” Niemiec.

W pewnym sensie propaganda koalicji antyniemieckiej stawiała Hitlera i jego wroga–Stauffenberga na jednym poziomie. W reakcji na informację o zamachu na życie Hitlera, Churchill powiedział, że im więcej Niemców zginie z rąk niemieckich tym lepiej. Przemawiając 2 sierpnia w Izbie Gmin, premier Wielkiej Brytanii oświadczył, że to najwyższe osobistości Rzeszy mordują się nawzajem. Gazeta „Daily Mail” informowała o puczu pod nagłówkiem „Rywalizacja bandy gangsterów”. Podobnie „New York Times” pisał o „epizodzie z ciemnego gangsterskiego podziemia”, bombie jako „typowej broni środowisk przestępczych” i wyrażał zado­wolenie z faktu, że Hitler niszczy niemiecką armię i jej tradycje. [10] A jeszcze do tego w audycjach rozgłośni brytyjskich odczytywano listę spiskowców, którzy jeszcze nie zostali aresztowani – listę dostarczył wydział tajnych służb Political Warfare Executive. Trudno to interpretować inaczej niż jako przysługę wyświadczoną niemieckiemu tyranowi. [11]

Podsumowując można stwierdzić, że działalność opozycyjna i spiskowa Stauffenberga, Becka, Goerdelera i innych z pewnością wymagała odwagi i gotowości do podjęcia wielkiego ryzyka, z ryzykiem oddania życia z „Sprawę” włącznie; podyktowana była szlachetnymi pobudkami, ale jeśli rozpatrywać rzecz w kategoriach realpolitik, to widać, że zamach stanu opierał się na politycznych iluzjach i odbywał w politycznej próżni, jeśli chodzi o płaszczyznę polityki międzynarodowej, ponieważ latem 1944 r. strategiczne plany polityczne antyniemieckiej koalicji były zdefiniowane i realizowane; był dziełem politycznych fantastów i romantyków politycznych, którzy łudzili się, że wrogowie są zainteresowani dojściem do władzy w Niemczech przedstawicieli „innych Niemiec”, a nie osadzaniem na stanowiskach wybranych (dobranych) przez siebie ludzi.

Śmierć tyrana i co dalej?

Spiskowcy nie tylko nie mieli poparcia wśród dowódców poszczególnych jednostek, także większość oficerów frontowych, zwłaszcza młodszych, nigdy by spisku nie poparła – przeszli oni demokratyczne wychowanie w Hitlerjugend i w ich oczach spiskowcy byli przedstawicielami reakcji, nie posiadającymi żadnego zakorzenienia w narodzie. Partia narodowosocjalistyczna z jej komórkami na wszystkich szczeblach, jeszcze mocno trzymała się w siodle; aparat państwowy, policja, propaganda i prasa były w jej rękach, masy stały za Hitlerem; po ewentualnym obaleniu go czy zabiciu nadal władzę sprawowaliby Himmler, Bormann, Goebbels, którzy nie cofnęliby się przed niczym dla obrony swojej władzy, propaganda o nożu w plecy pobudziłaby fanatyzm mas, dyktator zostałby usunięty, ale nie dyktatura narodowosocjalistyczna.

Z drugiej strony śmierć dyktatora, którego osoba była zwornikiem systemu politycznego, mogłaby uruchomić dynamikę polityczną o nieprzewidywalnym przebiegu i skutkach. Wehrmacht posłuchałby raczej swoich generałów niż innych ośrodków politycznych i junta pułkowników ze Stauffenbergiem na czele zdołałby być może przejąć władzę, przy pomocy wojska eliminując SS, albo też dogadując się z Himmlerem. Ma rację Wolfganga Venohr sadząc, że nawet gdyby nowy rząd powstały 20 lipca tworzyli aniołowie, to alianci nigdy nie odstąpiliby od celu, jakim było zniszczenie Rzeszy i pozbawienie raz na zawsze Niemiec możliwości odbudowy potęgi politycznej. Jednak nie można całkiem wykluczyć, że mimo wszystko udałoby się Stauffenbergowi wywalczyć jakąś korzystniejszą formę klęski i doprowadzić do skrócenia wojny o kilka miesięcy.

Gdyby po śmierci tyrana wybuchły walki diadochów, starcia różnych formacji wojskowych, wreszcie wojna domowa, a co za tym idzie ustałyby dostawy zaopatrzenia i transporty posiłków na front, to nastąpiłoby załamanie frontu wschodniego i paniczny odwrót (do niewoli sowieckiej dostałoby się o wiele więcej niemieckich żołnierzy). Dałoby to Armii Czerwonej szansę zajęcia większej części Europy niż się to stało w rzeczywistości. Sowieci kontynuowaliby marsz na zachód, by dojść do Renu i pomóc francuskim komunistom w zdobyciu władzy. Ale front zachodni także by się załamał i wojska amerykańskie pospieszyłyby na wschód, żeby jak najdalej na wschodzie spotkać się z Armią Czerwoną. I obie armie podałyby sobie ręce na Łabie.

Zamach stanu z 20 lipca 1944 r. i zamach na życie prezydenta Hitlera jako pozytywny mit założycielski RFN

W 1948 ukazała się w USA książka emigranta z Niemiec Hansa Rothfelsa The German Opposition to Hitler, dokładnie w roku powstania RFN opublikowano ją po niemiecku – zwycięzcy II wojny światowej uczynili wrogów swojego pokonanego wroga patronami nowego państwa niemieckiego. Od 1952 r. odbywają się w RFN oficjalne uroczystości dla uczczenia pamięci spiskowców z 20 lipca 1944; we wszystkich państwowych uroczystościach brała udział delegacja Bundeswehry; idea oporu, sprzeciwu wobec narodowosocjalistycznej dyktatury stała się duchową i metapolityczną podstawą RFN-u jako polityczno-ideologiczno-moralno-kulturalnego kontr-projektu wobec Rzeszy Niemieckiej lat 1933-45. Powoduje to, że, jak zauważył jeden z niemieckich publicystów, „obecny system polityczny w Niemczech jest w paranoidalny sposób przykuty do narodowego socjalizmu, stanowi komplementarne uzupełnienie tamtych 12 lat, nie jest więc oddzielony od Trzeciej Rzeszy, ale wręcz stanowi z nią jedność”.

Generalnie rzecz biorąc, chodziło o takie ukształtowanie tożsamości historycznej Niemców, aby z jednej strony kolejne pokolenia poczuwały się w pełni do winy za wszystko, co złego wyrządziły narodom świata władze Rzeszy Niemieckiej w latach 1933-45, i aby czuły się za to odpowiedzialne, wstydziły się tego etc., a jednocześnie całkowicie zrywały z przeszłością, tzn. odcinały się od żyjącego wówczas narodu (który nie obalił reżimu, lecz go popierał), a także bezwarunkowo potępiały i odrzucały literalnie wszystkie cele i działania polityczne tamtego państwa, także te, które należały do normalnego repertuaru akcji politycznych ówczesnych mocarstw. Mamy do czynienia ze specyficzną, na pozór „schizofreniczną”, dialektyką absolutnej ciągłości – Niemcy są w wymiarze politycznym i moralnym następcami „Niemców z NSDAP”; mają bez zastrzeżeń identyfikować się ze „sprawcami” i wziąć ich „winę” na siebie, i absolutnego zerwania – muszą się całkowicie odciąć, zdystansować od „Niemców z NDSAP” i utożsamić się z ich ofiarami a także z tymi, którzy ich zwyciężyli; dlatego też „naziści” to jakby jakieś obce plemię albo Marsjanie, „aliens” przybywający z innego uniwersum, z którymi nic Niemców nie łączy.

Ta „dialektyka” ciągłości i zerwania określa tożsamość i świadomość historyczną Niemców, stanowiąc jądro prawno-polityczno-moralnej substancji RFN-u. RFN jest jednocześnie (negatywną) sukcesorką narodowosocjalistycznej Rzeszy Hitlera i (pozytywną) sukcesorką zwycięzców II wojny światowej – w takiej konstrukcji Stauffenberg był faktycznie żołnierzem niemieckim walczącym w szeregach koalicji antyniemieckiej, a może nawet pierwszym żołnierzem niemieckim w Bundeswehrze i NATO. Jego postać i czyny symbolizują drogę Republiki Federalnej Niemiec, która po 1945 r. walczy stale z Trzecią Rzeszą Hitlera wchodząc post festum do zwycięskiej koalicji, czego – tę tendencję najlepiej wyraża – ostatecznie niezrealizowana – propozycja ministra obrony Rudolfa Scharpinga (SPD), aby jedne z koszar nazwać imieniem Winstona Churchilla.

Polityczno-historyczny mit oporu wobec rządów Hitlera symbolizowanego przez Stauffenberga został (w wersji dydaktyczno-propagandowej) przez elitę rządzącą RFN-em z nadania zwycięzców II wojny światowej, uczyniony elementem oficjalnej ideologii i polityki historycznej państwa. Planowano nawet ustanowienie 20 lipca świętem państwowym i choć ostatecznie do tego nie doszło, to dzień ten jest uznawany za święto w armii niemieckiej. 20 lipca żołnierze Bundeswehry składają uroczyste ślubowanie, często przed gmachem przy Bendlerstrasse (od 1955 r. Stauffenbergstrasse).

Ponieważ Bundeswehra jest anty-Wehrmachtem, to jedyną linią pozytywnej tradycji mającą prawo łączyć ją z armią Hitlera, stanowi próba zabicia jej zwierzchnika i innych jej wysokich dowódców oraz pucz oficerów. Dlatego każdy były oficer Wehrmachtu ubiegający się o przyjęcie do Bundeswehry w roku 1955 i później musiał wykazać się odpowiednim stosunkiem do wydarzeń 20 lipca; także w pytaniach komisji decydującej o ponownym przyjęciu do służby wojskowej generałów i pułkowników Wehrmachtu pytanie o 20 lipca odgrywało zasadniczą rolę. W 1956 koszary nazwano imieniem jednego ze spiskowców nazwano, w następnych latach kolejne koszary otrzymały spiskowców za patronów. W rozkazie dziennym wydanym 20 lipca 1959 r. generał Adolf Heusinger, pierwszy inspektor generalny Bundeswehry, a wcześniej generał Wehrmachtu, w swoim rozkazie dziennym z 20 lipca 1959 r. napisał, że dla żołnierzy Bundeswehry „duch” i „postawa” ruchu oporu jest wzorem. W 1995 r. ówczesny minister obrony Volker Rühe świadczył na naradzie dowódców Bundeswehry, że „kobiety i mężczyźni niemieckiego oporu przeciwko Hitlerowi stoją w centrum naszej [Bundeswehry] tradycji”. [12]

Oficjalny kult Stauffenberga i zamachu na Hitlera to wewnętrzna sprawa Niemiec i nie ma powodu, żeby się nim specjalnie emocjonować, jednak udział przedstawicieli państwa polskiego w uroczystościach ku czci spiskowców z 20 lipca 1944 r. uznać należy za niecelowy. Przypomnijmy, że w już w 1994 roku, w 50-tą rocznicę zamachu odsłonięto w Wilczym Szańcu pamiątkową tablicę ku czci pułkownika Stauffenberga. Złożyli pod nią kwiaty ówczesna przewodnicząca Bundestagu Rita Süssmuth i ówczesny marszałek polskiego Sejmu Józef Oleksy, przez co także nasze państwo, zupełnie niepotrzebnie, włączone zostało w tradycję polityczną zamachu bombowego na prezydenta Hitlera i puczu oficerów.

Przeciwstawić się też należy próbom wpisania przez Niemców Stauffenberga do grona patronów przyszłej armii Imperium Europejskiego, czyli przeniesienia go z poziomu lokalnego na ogólnoeuropejski. W 1993 r. niemiecki Minister Obrony Narodowej, aby podkreślić swoją moralna i duchową więź z puczystami z 20 lipca 1944 r., na swoją drugą siedzibę wybrał gmach przy d. Bendlerstasse, gdzie mieściła się główna kwatera spisku. Widocznie minister chce się poczuć jak uczestnik puczu (przeciwko samemu sobie?) – w armii Imperium Europejskiego minister wojny na pewno nie będzie urzędował w tego typu „miejscach pamięci”.

Większość oficerów i żołnierzy europejskiej armii imperialnej odczuwałaby jako coś nienormalnego, że wzorem moralnym i wzorem postępowania żołnierskiego ma być dla nich bohaterski zamachowiec i puczysta, podobnie jak nie może nim być odważny dezerter-pacyfista, nie chcący ze względów etycznych brać udziału w „wojnie niesprawiedliwej”, Świadek Jehowy odmawiający wzięcia broni do ręki, czy heroiczny szpieg, który „uratował świat przed III wojną światową” jak pułkownik Kukliński. Jest to sprzeczne z najgłębszymi instynktami żołnierzy, którzy wewnętrznie ciążą ku naturalnym – w sensie psychologicznym i instytucjonalnym – wzorcom takim jak: męstwo na polu walki, odwaga w obliczu przeważających sił wroga, koleżeństwo towarzyszy broni itp. Oficjalnie uczestniczyliby więc w kulcie Stauffenberga, ale z natury rzeczy nie mogliby się z nim – jako żołnierze – identyfikować, ponieważ do żołnierskiego rzemiosła nie należy podkładanie bomb w pomieszczeniu, gdzie odbywa się narada dowództwa, ale wierność, lojalność, poczucie służby. Esprit de corps ulega wewnętrznej dezintegracji, jeśli rebelianta, puczystę, zamachowca kanonizuje się i przedstawia żołnierzom jako etyczny ideał.

Po drugie wzorem nie może być człowiek, który, będąc oficerem, spartaczył kierowaną przez siebie operację wojskową. Po trzecie, choć oczywiście wielkiej odwagi, poświęcenia, heroizmu i szlachetnych pobudek, nie można mu odmówić, to – jak wykazaliśmy wyżej – pewne aspekty jego czynu sprawiają, że nie nadaje się na wzór dla współczesnych żołnierzy. Po czwarte wybór taki wysuwa na pierwszy plan nie obowiązki, lecz „prawa” żołnierza – prawo do nieposłuszeństwa, prawo do niewykonania rozkazu, prawo do złamania przysięgi, prawo do oporu, prawo do buntu – nawet z bronią w ręku – przeciwko swoim dowódcom..

Oczywiście żołnierz może – w imię wyznawanych przez siebie wyższych wartości moralno-politycznych – takie działania podjąć, ale musi to zrobić na własny rachunek i własną odpowiedzialność, zdając się na to, co mówi mu rozum i serce. Nie można jednak jego czynu wpisywać w strukturę moralną armii, ponieważ wówczas przestaje on być czymś wyjątkowym, podjętym w ekstremalnej sytuacji, a staje się swego rodzaju normą.

Dezerter z poprzedniej wojny może podjąć decyzje o dezercji nie z tchórzostwa, ale w imię ważnych dla niego wyższych racji moralnych czy religijnych, nie znaczy to jednak, że należy obecne koszary nazywać jego imieniem, gloryfikując tym samym dezercję jako taką – dlaczego w przyszłej wojnie żołnierze nie mieliby się powołać na jego przykład, uznać „w swoim sumieniu”, że jest to wojna „niesprawiedliwa”, w związku z czym obowiązek wierności i walki do końca ich nie obowiązuje? To, że np. dawna decyzja o kapitulacji była mądra i właściwa, mimo, iż podjęta wbrew błędnym decyzjom dowództwa, absolutnie nie znaczy, że dzisiaj wojskowym sztandarem ma być tamta biała flaga. Aprobata dla jakiegoś czynu nie musi wszak oznaczać, że należy go stawiać jako wzór postępowania.

Takim wzorem mógłby być ewentualnie oficer, który po dokonaniu politycznego mordu na zwierzchniku armii, dobrowolnie kładzie kres swojemu życiu, zabierając ze sobą do grobu piętno złamania przysięgi, posłuszeństwa, wierności, rozkazu. W ten sposób łamałby – w imię wyższych racji moralnych i politycznych – zasady przysięgi, posłuszeństwa, rozkazu, a jednocześnie potwierdzałby ich bezwarunkowość. To mógłby być polityczno-moralny, pozytywny testament przekazany następnym pokoleniom żołnierzy. Gloryfikacja samego czynu, który – niezależnie od jego szlachetnych pobudek – był sprzeczny z zasadami, na jakich opiera się – zawsze i wszędzie – każda armia, może jedynie osłabiać morale żołnierzy i uruchamiać w jej strukturze mechanizmy rozkładowe.

Odwołajmy się do przykładu z przeszłości. W 1689 r. żołnierze Ludwika XIV wtargnęli do katedry w Spirze, gdzie znajdowały się groby ośmiu cesarzy niemieckich, rozbili je a popioły władców rzucili na wiatr. W 1691 roku, kiedy w Paryżu rozeszła się pogłoska o śmierci króla Wilhelma III, „zaczęły się radosne uroczystości i pijatyka. Ruch ten ogarnął i prowincję, wszędzie podniecony lud radował się ze śmierci wroga. Był to pierwowzór karmanioli, lecz tę karmaniolę wprawiła w ruch królewskość” (Albert Sorel, Obyczaje polityczne, Warszawa 1918). Jeden ze współczesnych pisał: „W ciągu kilku dni miało się przyjemność oglądania portretów tego księcia i jego żony wieszanych, rozdzieranych po błocie lub obwożonych na osłach z ubliżającymi napisami”. W ten sposób „pod rządami monarchy, który uważał się za niezwalczonego obrońcę lub mściciela zgwałconego majestatu interpretował lud Paryża zasady racji stanu a policja tolerowała to wszystko. Uczono się zatem, że królowie mogą popełniać zbrodnie, że można ich sądzić i że króla zdrajcę lub wroga można nie uważać za króla. A jeżeli posunąć to rozumowanie dalej, to lud zwróci się przeciwko władzy króla i król stanie się uzurpatorem zdrajcą i wrogiem. A więc zupełnie prosta droga prowadzi do 1793 roku” (Albert Sorel, op. cit.).

Francuski historyk pokazuje, jak władza (królewska) atakując inną władzę (królewską) środkami rewolucyjnymi podważa monarchiczny pryncyp jako taki i wprawia w ruch mechanizm, który w konsekwencji obraca się przeciwko niej. Tego typu akty polityczne i propagandowe obracają się, na zasadzie bumerangu, przeciwko tym, którzy je inspirują i przeprowadzają. Dlatego władze Imperium Europejskiego kultu Stauffenberga – zamachowca i puczysty – nie będą pielęgnować, z obawy, że wyhodują sobie własnych zamachowców i puczystów. [13]

Wypada przypomnieć, że w Mein Kampf (tom pierwszy, rozdział 3: „Ogólne rozważania polityczne z mojego okresu wiedeńskiego”), ówczesny prezes Narodowosocjalistycznej Partii Robotniczej Niemiec i przyszły prezydent Rzeszy Niemieckiej wywodził, iż władza państwowa nie jest celem samym w sobie, gdyż w takim przypadku każda tyrania na tym świecie byłaby nietykalna i nieobalalna. Zauważał całkiem trafnie, że tyrania może okrywać się płaszczykiem “legalności”. Jego zdaniem, w walce politycznej wolno sięgać po środki nielegalne, jeśli sama władza się takimi środkami posługuje. Podkreślał stanowczo, że jeśli byt narodowy zagrożony jest w wyniku działań „paru lumpów”, wówczas posłuszeństwo i wypełnienie obowiązków wobec nich jest doktrynerskim formalizmem, ba, jest czystym szaleństwem wtedy, kiedy można uratować naród przed upadkiem właśnie poprzez odmowę posłuszeństwa i wypełnienia obowiązku wobec władzy. Stanowisko prezesa NSDAP jest jednoznaczne: „Jeśli przy pomocy narzędzi władzy państwowej prowadzi się naród ku przepaści, wówczas rebelia takiego narodu jest nie tylko prawem, lecz obowiązkiem”. Co więcej, w tomie 2 Mein Kampf, w rozdziale 9 („Główne myśli na temat celu i organizacji SA“) Adolf Hitler uznaje tyranobójstwo za prawowity środek walki o wolność narodu. Pisze, że są takie sytuacje, kiedy nawet pojedynczy mord polityczny może w jednej chwili rozstrzygnąć los narodu na jego korzyść. Ma on historyczne uzasadnienie, mianowicie wówczas, „kiedy naród usycha pod tyrańską władzą jakiegoś genialnego gnębiciela”, i wiadomo, że to jedynie jego wybitna osobowość zapewnia wewnętrzną trwałość systemu władzy. Wówczas, pisze Adolf Hitler, „z narodu może nagle wyłonić się ofiarny mąż, aby wrazić śmiercionośną stal w pierś znienawidzonej jednostki. Tylko republikańskie usposobienie zadręczających się winą małych lumpów będzie uważać taki czyn za coś wstrętnego, podczas gdy największy piewca wolności pochodzący z naszego narodu śmiało w swoim „Tellu” [„chodzi o dramat „Wilhelm Tell” Fryderyka Schillera-TG], gloryfikuje taki czyn”. Hitler nie przewidział, że owym „ofiarnym mężczyzną” będzie Stauffenberg, który „wrazi śmiercionośną stal” w jego własną pierś.

Stauffenberg i jego koledzy mogliby więc bez żadnych zastrzeżeń podpisać pod się słowami prezesa Hitlera. To jakby ich miał na myśli, pisząc, że mężczyźni o zapatrywaniach narodowych i patriotycznych stają się rebeliantami, kiedy ich naród ginie, i dowodził, że są okoliczności, kiedy tyranobójstwo jest uzasadnione. Stauffenberg byłby więc „dzieckiem Hitlera” z jego fazy rebelianckiej i opozycyjnej sprzed zdobycia władzy, i mógłby się na niego powołać. Skoro państwo „dostało się w ręce lumpów” (Hitlera et consortes), którzy wiodą naród ku przepaści, to można i należy wypowiedzieć im posłuszeństwo, zorganizować rebelię przeciwko nim, ba, zabić przywódcę, aby oddalić zagrożenie dla bytu narodowego. Ponadto prezes NSDAP osobiście kierował (nieudanym) puczem 8-9 listopada 1923 r., po czym, zgodnie z koleją rzeczy, sam stał się ofiarą puczu z 20 lipca 1944 r. Pochwalał zabicie tyrana, więc i jego – jako tyrana – próbowano zgładzić.

Ten sam mechanizm działa dalej: władza rządząca RFN-em w roli moralnego wzoru do naśladowania obsadza buntowników i puczystów, którzy walczyli przeciwko władzy obalonej w 1945 r., a to może zwrócić się przeciwko niej. Nowej władzy, pewnej swojej pozycji, czującej się bezpiecznie, nigdy rzecz prosta nie przyjdzie do głowy, że to ona sama (lub jej następcy) może zostać uznana za „tyranów” i „lumpów”, i że, w zmienionych warunkach politycznych, może stać się przedmiotem ataku – „prawowitego” w tym sensie, że odwołującego się do jej własnych ideałów. [14]

Zatem zarówno wzgląd na morale przyszłych żołnierzy Imperium Europejskiego, jak i polityczna roztropność, nakazują przeciwstawienie się podejmowanym przez stronę niemiecką próbom, aby Stauffenberga i innych spiskowców przenieść na poziom ogólnoeuropejskiej polityki historycznej jako moralno-polityczne wzorce. Można przy tym odwołać się do postawy tych oficerów zaangażowanych w spisek przeciwko Hitlerowi, którzy chcieli, nawet po udanym puczu, zrzucić mundury i usunąć się w cień, czyli popełnić symboliczne samobójstwo. I to jest właściwa postawa. Tak też postąpią władze Imperium Europejskiego: usuną w cień tragiczną postać Stauffenberga i jego kolegów. [15] Dotyczy to także innych postaci ważnych dla tradycji politycznej RFN. W 2004 r. minister Josef Fischer otworzył w gmachu MSZ salę im. Fritza Kolbe, w gmachu ministerstwa jego nazwisko umieszczono na ścianie pamięci pomiędzy innymi, uznanymi wcześniej, członkami ruchu oporu z ministerstwa. Pracownik MSZ za Ribentroppa Kolbe był szpiegiem pracującym dla Amerykanów, którym przekazał im setki ściśle tajnych dokumentów. Niemcy mają czcić pamięć szpiega, aby w ten sposób podkreślić swoją lojalność wobec zwycięskich mocarstw, ale w Europejskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych żadnego kultu szpiega Kolbego nie będzie.

Tomasz Gabiś

APENDYKS

Zamach na życie prezydenta Adolfa Hitlera a powstanie warszawskie

Prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu zarzucono, że w swoim wystąpieniu na uroczystościach ku czci Stauffenberga, jakie odbyły się w lipcu tego roku w Berlinie, postawił na równi zamach i pucz z lipca 1944 z powstaniem warszawskim. Należy tu wyjaśnić, że osoba i czyn Stauffenberga interpretowane w ramach obowiązującej w Niemczech, jak i w ogóle we współczesnych demokracjach liberalnych, teologii politycznej (posiadającej też swoją demonologię), mają najwyższą wartość moralno-teologiczną, ponieważ prezydent Rzeszy Niemieckiej pełni w tejże teologii rolę Antychrysta. Ten kto osobiście omal nie zabił Antychrysta, z definicji zajmuje bardzo wysokie miejsce w moralnej hierarchii jego wrogów.

Moralno-teologiczną rangę Stauffenberga obniża jednak fakt, że przez lata służył on Antychrystowi, a także to, że jednak go nie zabił a jedynie poszarpał mu spodnie (ponadto jego wyobrażenia przyszłości Rzeszy różniły się od planów wypracowanych przez dwóch Wielkich Archaniołów walczących z Antychrystem). Oczywiście panująca teologia polityczna przyznaje także powstańcom i powstankom warszawskim wysoką rangę moralną, którą jednak nieco obniża fakt, że powstanie warszawskie politycznie skierowane było przeciwko jednemu z dwóch Wielkich Archaniołów walczących przeciwko Antychrystowi. Prezydent Komorowski raczej nie zdawał sobie sprawy z tych wszystkich teologiczno-politycznych zawiłości, stąd też nie ma się co nad nim znęcać, a jego wypowiedź najlepiej puścić w niepamięć.

Pozostawiając na boku kwestie teologiczno-polityczne zapytajmy, wskażmy na podobieństwa pomiędzy puczem z 20 lipca 1944 r. a powstaniem warszawskim:

– Fiasko obu operacji, żadne cele wojskowo-polityczne nie zostały osiągnięte;

– Praktycznie identyczny czas trwania: powstanie warszawskie wybuchło o godz. 17 a zakończyło się – jak słusznie zauważa Piotr Zychowicz w Obłędzie – po kilku godzinach (przyjmijmy, że po ok. siedmiu); bomba podłożona przez Stauffenberga wybuchła o godz. 12. 45, pucz został stłumiony ok. godz. 20 – trwał zatem ok. siedmiu godzin;

– Złe przygotowanie, bałagan organizacyjny, poważne błędy strategiczne, taktyczne, logistyczne;

– Podjęcie akcji przy zbyt małych środkach w stosunku do środków, jakimi dysponował przeciwnik;

– Podjęcie akcji o ogromnych konsekwencjach przy braku politycznego porozumienia z siłami zewnętrznymi, iluzje polityczne, brak zmysłu politycznego realizmu, romantyzm polityczny;

– Ostatni akt politycz­ny pruskiej arystokracji; na niecały rok przed zakończeniem wojny prusko-niemiecki korpus oficerski popełnił zbiorowe samobójstwo a wraz z nim cała pruska elita, Sowieci dokończyli dzieła po 1945 r.; ostatni akt polityczny elity II Rzeczpospolitej; na niecały rok przed zakończeniem wojny Polskie Państwo Podziemne, Armia Krajowa i wszystkie siły będące kontynuacją niepodległej Polski popełniły zbiorowe samobójstwo, Sowieci dokończyli dzieła po 1945 r.;

– Generał-majora Hennig von Tresckow na kilka dni przed puczem powiedział: „Nie chodzi o cel praktyczny, ale o to, żeby niemiecki ruch oporu przed światem i przed historią odważył się na decydujący, wielki czyn. Wszystko inne jest przy tym nieważne”. Inny spiskowiec Erwin Planck stwierdził, że jeśli osiągnięta zostanie „choćby tylko moralna rehabilitacja Niemiec”, to zamach będzie zwycięstwem. Berthold Stauffenberg (brat Clausa) na kilka dni przed 20. lipca wyraził się, że zamach „praktycznie nie ma szans”, a jednak powinien zostać przeprowadzony. Chodziłoby zatem o „danie świadectwa”, „gest moralny” itp. Znane są analogiczne wypowiedzi gen. Okulickiego i innych zwolenników powstania warszawskiego;

– Zwycięstwo moralne Stauffenberga w interpretacji elity RFN (w 2012 r. minister obrony Thomas de Maizière oświadczył: „20 lipca był wojskową klęską, ale wielkim moralnym zwycięstwem”) i zwycięstwo moralne powstania w interpretacji elity III RP; oficjalny kult państwowy, przekształcenie w mit założycielski „nowych Niemiec” i „nowej Polski”.

PRZYPISY

[1] Na przykład pułkownik Hans Oster z Abwehry przekazywał wrogom Rzeszy Niemieckiej plany operacyjne Wehrmachtu. Na temat „zdrady stanu”, „zdrady ojczyzny” itd. zob. mój tekst o Ryszardzie Kuklińskim. Jako ciekawostkę przytoczyć można opinię Margret Boveri, która Stauffenbergowi i jego kolegom poświęciła sporo miejsca w swojej książce Der Verrat im 20. Jahrhundert. Twierdzi ona, że według prawa karnego obowiązującego w 1944 r. w Niemczech warunkiem zaistnienia deliktu zdrady ojczyzny był celowy zamiar szkodzenia państwu, a takiego zamiaru u Stauffenberga nie było.

[2] W 1936 na olimpiadzie pułkownik Heinz Brandt, startując na „Alchemiku”, zdobył – razem z Kurtem Hase na „Torze” i Martenem von Barnekow na „Nordlandzie” – drużynowy złoty medal w skokach przez przeszkody; przez historyków jeździectwa zaliczany jest do najlepszych jeźdźców świata. Brandt już wcześniej mógł zginąć podczas zamachu na Hitlera. 13 marca 1943 towarzyszył mu podczas wizytacji Grupy Armii Środek w Smoleńsku. Oficerowie Henning von Tresckow i Fabian von Schlabrendorff poprosili nic nie przeczuwającego Brandta, aby do samolotu Hitlera wziął paczkę – rzekomo dwie butelki Cointreau, będące wygraną w zakładzie dla zaprzyjaźnionego pułkownika. W paczce była bomba, która jednak nie eksplodowała, ponieważ Brandt zdeponował paczkę w zimnym luku bagażowym i zapalnik zamarzł. Czy uczynienie z kolegi nieświadomego wykonawcy zamachu łącznie z poświęceniem jego życia to rzeczywiście wyraz „posłuszeństwa sumieniu”? Czy Tresckow i Schlabrendorff działali tu rzeczywiście jako „pełnomocnicy sumienia”? Brytyjska autorka Irene Coltman w swojej kapitalnej książce Private Men, Public Causes: Philosophy and Politics in the English Civil War (London 1962) pisze o „niebezpiecznej dumie z tego, że ma się czyste sumienie”, niebezpiecznej, ponieważ towarzyszyć jej może brak skrupułów i bezwzględność posunięta aż do poświecenia życia niewinnych ludzi. Ironia historii sprawiła, że być może to właśnie pułkownik Brandt uratował życie Hitlerowi 20 lipca. O ile bowiem jedna wersja wydarzeń mówi, że to sam Stauffenberg postawił teczkę z bombą po zewnętrznej – w stosunku do Hitlera– stronie grubego postumentu stołu, co byłoby poważnym błędem i ocaliło prezydentowi życie, o tyle druga, że ulokował teczkę właściwie, ale przestawił ją pułkownik Brandt.

[3] Dlatego Goebbels w kilka dni po zamachu zapisał w swoim dzienniku, że dobrze się stało, iż Stauffenberga nie udało się od razu aresztować, bo dzięki temu spisek się rozwinął i można było łatwiej wyłapać spiskowców.

[4] Spór może dotyczyć w pierwszej kolejności tego, czy tyranobójstwo jest prawowite czy też nie, a w drugiej, czy dopuszczalne jest tyranobójstwa biorące w rachubę śmierć niewinnych osób. Wszak można sobie wyobrazić sytuację, że dla zabici tyrana, o którym wiemy, że przebywa w mieście, ale nie wiemy dokładnie gdzie, zechcemy zniszczyć całe miasto wraz z jego mieszkańcami. Teoretycznie może się więc zdarzyć, że liczba zabitych przy okazji tyranobójstwa przewyższy liczbę ofiar tyrana. Zatem metoda przeprowadzenia tyranobójstwa nie jest bez znaczenia dla jego oceny. Z tego punktu widzenia wyżej od Elsera i Stauffenberga należy postawić np. Fanię Kaplan, której zamach na tyrana nie pociągnął za sobą żadnych innych ofiar.

[5] Nasuwa się tu skojarzenie z puczem dekabrystów, kiedy to puczyści (wedle anegdoty) kazali żołnierzom krzyczeć „Niech żyje konstytucja!” tłumacząc im, że konstytucja to żona wielkiego księcia Konstantego. Andrzej Kijowski powołując się na Wacława Tokarza pisze o uczestnikach powstania listopadowego: „Szeregowcom oświadczono podobno, że część oddziałów rosyjskich zbuntowała się przeciw władzy i zamierza uderzyć na Arsenał, że ich obowiązkiem jest sprzeciwić się temu” (Kijowski, Granice literatury. Wybór szkiców krytycznych i historycznych, Warszawa 1991, t.II, str. 178).

[6] Spiskowiec, komendant miasta Paul von Hase, wydał odpowiednie rozkazy dowódcy batalionu wartowniczego dywizji „Grossdeutschland”, majorowi Otto Ernstowi Remerowi, który mu bezpośrednio podlegał. Jednak Remer, zamiast ślepo wykonać rozkazy von Hasego, czego należałoby się po nim spodziewać, podjął – wbrew nim, na podstawie własnego osądu sytuacji i „wedle własnego sumienia” – samodzielne decyzje.

[7] Zob. Ernst Jünger, Promieniowania, przeł. S. Błaut, Warszawa 2004, s.458 n. Z zapisu wynika, iż Jünger był przekonany, że Himmler (nazywany przez pisarza „Superhyclem”) jest z pewnością poinformowany o przygotowaniach do puczu. Zwraca uwagę także to, że choć Jünger był jedynie zdystansowanym sympatykiem spisku i przeciwnikiem zabicia Hitlera, Hofacker opowiadał mu o planach wysadzenia Hitlera w powietrze: „Najlepsza okazja po temu nadarza się podczas omawiania sytuacji w Kwaterze Głównej. Wymienił przy tym nazwiska ze swego najbliższego kręgu”.

[8] Jest rzeczą niezrozumiałą, dlaczego nawet największy zbrodniarz, grzesznik i przestępca nie miałby mieć prawa, aby być pochowanym jak inni ludzie? Choćby w niepoświęconej ziemi. Czy sprawiedliwość (zemsta) ma sięgać aż za grób? Czy śmierć nie przecina wszystkich ziemskich rozrachunków? Czy przedmiotem nienawiści mają być także ludzkie prochy? Czy palenie zwłok i rozrzucanie prochów na wietrze jest jakimś – będącym składnikiem swoistej „demonologii politycznej” – magicznym rytuałem mającym zagwarantować, że powieszeni nie powstaną z grobów i nie zaatakują (jako zombiczne demony) racjonalnego, demokratyczno-liberalnego świata stworzonego po ich pokonaniu. W przypadku Rudolfa Hessa chodziło – tak deklarowały czynniki oficjalne – o uniemożliwienie narodowym radykałom zaciągania warty honorowej u jego grobu. Teraz mogą oni zbierać się oni wokół miejsca, gdzie kiedyś był grób Hessa – ładunek symboliczny tego pustego miejsca może okazać się nawet większy niż poprzedniego grobu. Być może ludźmi, którzy nakazali ekshumację szczątków Hessa, a następnie ich spalenie i rozsypanie nad morzem, kierowała obawa, że np. jakiś pacyfista, którego idolem jest „posłaniec pokoju” Hess, mógłby pozyskać z jego szczątków materiał genetyczny i go sklonować. Z kolei jakiś nazista mógłby wykraść, przechowywaną ponoć w Moskwie, czaszkę Hitlera i jego sklonować!

[9] Żądanie bezwarunkowej kapitulacji z natury rzeczy powoduje przedłużenie wojny, gdyż w takiej sytuacji wróg ma mocniejszą motywację, by bronić się do ostatniej kropli krwi. Nie jest więc wykluczone, że gdyby jej nie żądano, wojna potrwałaby krócej. Ale żądanie było logiczną konsekwencją demokratycznej wojny totalnej, która zna jedynie, stojącego poza prawem („outlawed”), „wroga absolutnego”, i ostateczne zwycięstwo (Endsieg). Dlatego też wrogowi można zaoferować jedynie bezwarunkową (totalną) kapitulację.

[10] W tym kontekście można przytoczyć opinię – czy miarodajną to inna sprawa – wyrażoną przez wzmiankowanego wyżej Otto E. Remera: „nawet jeśli zachodni i wschodni zwycięzcy oficjalnie czczą bojowników wewnątrzniemieckiego ruchu oporu, to w gruncie rzeczy, w głębi duszy nimi pogardzają, o czym niejednokrotnie słyszeliśmy z ust alianckich oficerów w czasie pobytu w niewoli” (Remer, s.16). Podobnym zjawiskiem może być nieufność wobec ludzi, którzy funkcjonowali w strukturach poprzedniego reżimu jednocześnie mu szkodząc, czyli „zdradzając”. Widać na przykładzie wyższego urzędniku MSZ-tu i opozycjonisty Ericha Kordta. Ówże Kordt, swoją karierę zawdzięczający Ribbentropowi, chciał po wojnie ponownie wstąpić do służby dyplomatycznej, ale nieopatrznie ogłosił swoje wspomnienia Nicht aus den Akten (1947). Podobno kanclerz i minister spraw zagranicznych Konrad Adenauer, po zapoznaniu się z nimi, osobiście zablokował przyjęcie Kordta do służby dyplomatycznej, z komentarzem: „Oszukiwał Ribbentropa i potajemnie sabotował jego politykę, skąd mam wziąć pewność, że i mnie tak nie potraktuje”. Jeszcze inny wariant tej zasady: „Lubimy zdradę, która przynosi nam korzyść, ale nie lubimy zdrajcy, przekazującego nam tajne informacje”.

[11] W komentarzu do Dzienników berlińskich Marii „Missie” Wasilczikow jej młodszy brat George pisze co następuje:

Uzyskanie dokładnych informacji o owych brytyjskich audycjach radiowych, bez wątpienia zgubnych dla wielu, którzy inaczej mogliby ocaleć, okazało się osobliwie trudne. A przecież fakt, że je nadawano, jest poza dyskusją. Jak pisze Christabel Bielenberg (żona Petera) w swej poczytnej książce The Past is Myself: „Znikąd nie było otuchy […]. Niezręczne zadowolenie Churchilla, że „Niemcy zabijają Niemców”, czy beztroski zespół Soldatensender Eins, zazwyczaj dobry do tego, żeby się pośmiać, a teraz, na podobieństwo jakichś makabrycznych harcerzy, radośnie wbijający gwoździe do trumny przez sugerowanie, że każdy, kto tylko przyszedł im na myśl, był związany z owym – jak go zwali – «spiskiem na rzecz pokoju»…”. Jeśli chodzi o potwierdzenie faktu nadawania tych audycji i ich celu, do niedawna najdalej w Anglii posunęli się Michael Balfour i Sefton Delmer, odpowiedzialni za „wojnę propagandową” prowadzoną na niemieckich falach radiowych przez Wydział Wojny Politycznej (Political Warfare Executive). „Poza podsycaniem pogłosek o ludziach zamieszanych w spisek – pisze Balfour – Soldatensender Calais (jeszcze inna stacja radiowa, służąca wojnie propagandowej) równocześnie siała nieufność między partią i wojskiem, co przynosiło niewątpliwy efekt”. (Propaganda in War. 1939-1945, Routledge & Kegan Paul, Londyn 1970). Delmer w swych pamiętnikach pisze wyraźniej: „I pamiętajcie – wspomina, jak instruował swych pracowników – że musimy wplątać w to jak największą liczbę oficerów…”, po czym dodaje z widocznym zadowoleniem: „Jednym z naszych celów było wmówienie, że niemieccy oficerowie należą do konspiracji, aby gestapo i SD zaczęły ich podejrzewać o współudział /…/ Przez rozpowszechnienie naszej wersji «spisku na rzecz pokoju» wplątaliśmy weń niemal tylu członków Wehrmachtu, pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych i administracji, ilu później, gdy w 1945 roku alianci obalili Hitlera, utrzymywało, że byli konspiratorami…” (cyt. wg Black Boomerang, Secker & Warburg, Londyn 1970). Ostatnio jednak wyszło na jaw świadectwo pewnego byłego pracownika BBC, które wykazuje, że w dzień lub dwa po lipcowej próbie puczu redakcja niemiecka BBC nadała w wiadomościach listę ważniejszych postaci, które chciałaby widzieć zamieszane w ten spisek. Był wśród nich generał pułkownik Beck. Do owej chwili sami naziści wymieniali tylko jedno nazwisko – hrabiego Stauffenberga. Zbyteczne dodawać, że wielu z wymienionych wkrótce stracono. Inaczej mówiąc, brytyjska „wojna psychologiczna” de facto pomogła gestapo zdziesiątkować antynazistowskie podziemie i w ten sposób, być może, przedłużyła działania wojenne. Ale była to niewątpliwie logiczna konsekwencja odrzucenia przez aliantów ewentualności rozróżnienia – według określenia Missie – między „dobrymi” Niemcami a „złymi”, oraz ich przemyślanej polityki zmierzającej do wyeliminowania Niemiec, jakichkolwiek Niemiec, jako mocarstwa europejskiego. (M.Wasilczikow, Dzienniki berlińskie, s.243n).

[12] Należy tu podkreślić, że Stauffenberg i zamach na Hitlera jako jedyne ogniwo łączące Bundeswehrę i Wehrmacht funkcjonuje na najwyższym, metapolitycznym poziomie, natomiast rzeczywistość była bardziej złożona, choćby z tego względu, że twórcami Bundeswehry byli wyżsi oficerowie Wehrmachtu ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. To generałowie Wehrmachtu Speidel, Heusinger i Foertsch stworzyli koncepcję Bundeswehry i wprowadzili ją w życie. Pierwsze pokolenie dowódców Bundeswehry praktycznie w całości wywodziło się z Wehrmachtu; w roku 1959 na 14 900 oficerów 12 360 otrzymało stopień oficerskie w Reichswehrze i Wehrmachcie, 300 pochodziło z Waffen-SS. Tysiące żołnierzy Wehrmachtu różnych stopni stanowiło podporę zachodniego (natowskiego) systemu obrony. Ponadto Adenauer (jak również inni politycy łącznie z liderem socjaldemokracji Kurtem Schumacherem) rozumiał, że „nowe Niemcy” muszą integrować społecznie i politycznie miliony byłych żołnierzy Wehrmachtu i Waffen-SS, dlatego w kwietniu 1951 r. złożył w Bundestagu deklarację uznającą ich ( potem uzupełnił ją o żołnierzy Waffen-SS) za „ludzi honoru” – rok wcześniej taką deklarację wobec Adenauera złożył ówczesny naczelny dowódca sił zbrojnych NATO Dwight D. Eisenhower. (zob. na ten temat: Anna Wolff-Powęska, Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945-2010), (Poznań 2011, s.258n). Powyższe – polityczno-praktyczne – względy powodowały, że w latach 50. i 60. niektórym koszarom Bundeswehry nadawano nie tylko imię uczestników spisku przeciwko Hitlerowi (pierwsze w 1956 r.), ale także innych oficerów Wehrmachtu różnych rang, np. generała Rommla. Z czasem względy te utraciły swoje znaczenie. Część tamtych koszar została w ogóle zlikwidowana, a w ostatnich kilkunastu latach trwa proces zmiany nazw jeszcze pozostałych. W Niemczech od lat trwa też „oddolna” akcja niszczenia i zamalowywania pomników ku czci poległych żołnierzy Wehrmachtu prowadzona przez „oddziały antyfaszystowskie” i inne grupy reprezentujące „społeczeństwo obywatelskie”.

[13] Można śmiało zaryzykować tezę, że monarchia brytyjska weszła w fazę ostatecznego upadku w momencie, gdy w czasie I wojny światowej jej propaganda zaczęła przedstawiać cesarza Niemiec jako potwora, lunatyka, wariata, wodza barbarzyńców, współczesnego Judasza, przestępcę zasługującego na stryczek itp. Wzywano do postawienia go przed sądem i powieszenia (hasło: „Hang the Kaiser!”). W monarchii bezkarnie wzywano do powieszenia monarchy! Po czymś takim monarchia brytyjska nie mogła być już niczym innym jak tylko zachowywaną głównie ze względu na zagranicznych turystów atrapą.

[14] Dlatego nie miała racji Jillian Becker, która w swojej znanej książce pisała o Frakcji Armii Czerwonej jako o „dzieciach Hitlera”. Należałoby raczej mówić o „dzieciach Stauffenberga” (już ponad 20 lat temu tak zdefiniował Frakcję Armii Czerwonej Janusz Korwin-Mikke). RAF to Treckow i Stauffenberg nowej epoki, zbuntowani przeciwko państwu, w którym władza ponownie wpadła w ręce „lumpów”, a właściwie w ich rękach pozostała. Warto też wiedzieć, że zarówno ojciec Ulrike Meinhof, jak i ojciec Gudrun Enslin byli pastorami zaangażowanymi w okresie rządów NSDAP w działalność opozycyjną. W tym sensie obie panie kontynuowały działalność ojców, oczywiście odpowiednio ją radykalizując. W ich oczach RFN przeobrażała się w nową wersję hitlerowskiej Rzeszy, czemu należało – nadrabiając to, co należało zrobić 30 lat wcześniej – zapobiec. Działalność RAF-u byłaby przy takiej interpretacji najbardziej ekstremalnym przejawem „denazyfikacji” i „rozliczanie się z przeszłością” (Vergangenheitsbewältigung).

Jednakże zwolennicy interpretacji RAF-u jako „dzieci Hitlera” także mają pewne argumenty na jej poparcie. Przypomina się np. wypowiedź Ulrike Meinhof z 1965 r. na temat zakończenia wojny i bombardowania Drezna, którą dziś w Niemczech uważa się za świadectwo nacjonalizmu. Gdzie indziej miała Meinhof utożsamić – w duchu europejskiego socjalizmu narodowego – antysemityzm z antykapitalizmem. „Dziećmi Hitlera” była RAF także z narodowo-rewolucyjnego punktu widzenia – narodowi rewolucjoniści zgadzali się z opinią Jürgena Habermasa, że „ruch 68 roku” był „lewicowym faszyzmem”, tyle tylko, że nieco inaczej wartościowali ten fakt. Narodowo-rewolucyjny punkt widzenia zaprezentowali dawni działacze Socjalistycznego Niemieckiego Związku Studentów (SDS) Günter Maschke, Horst Mahler i Reinhord Oberlercher w ogłoszonym 1998 r. Kanonicznym oświadczeniu w kwestii ruchu 1968 roku (zob. „Templum Novum” 2001, nr 1, przeł. Tomasz Gabiś, online: http://www.phalanx.pl/templumnovum/numer/info/kanoniczne-oswiadczenie-w-kwestii-ruchu-1968-roku/. Napisali oni, że utworzona z początkiem lat 70. Waffen-SDS (Frakcja Armii Czerwonej) mordując byłego narodowego socjalistę a po wojnie prezesa Związku Pracodawców i prezesa Związku Przemysłu Niemieckiego Hannsa Martina Schleyera, zabiła człowieka, który „zdradził pozycje narodowo-rewolucyjnej wspólnoty narodowej na rzecz pozycji przywódcy bojowej organizacji klasowej”. Z narodowo-rewolucyjnej perspektywy „prawdziwy” narodowy socjalizm zawierał komponentę socjalistyczną (wyzwolenie spod władzy wielkiego kapitału i wielkiej finansjery) oraz narodowo-wyzwoleńczą (wyzwolenie spod panowania imperialistycznych mocarstw zachodnich). Zabicie Schleyera przez „Waffen-SDS” (RAF) to według narodowych rewolucjonistów egzekucja renegata (tzw. Fememord), który zdradził narodowo-rewolucyjne (socjalistyczne i narodowo-wyzwoleńcze) ideały przechodząc na stronę zachodniego kapitalizmu i imperializmu, NATO, USA itd.

[15] Por. „List otwarty do Ryszarda Kuklińskiego” dołączony do mojego tekstu

WYBRANA LITERATURA PRZEDMIOTU

Stefan Andres, Der 20. Juli. Tat und Testament, Frankfurt/M 1966
Dietrich Bonhoeffer, Widerstand und Ergebung, München 1951
Margret Boveri, Der Verrat im 20. Jahrhundert, Hamburg 1976
Harold C. Deutsch, The Conspiracy against Hitler in the Twilight War, London 1968
Allen W. Dulles, Verschwörung in Deutschland, Kassel 1949
Dieter Ehlers, Technik und Moral einer Verschwörung. 20. Juli 1944, Frankfurt a.M., 1964
Kurt Finker, Stauffenberg i zamach na Hitlera, Warszawa 1979
Lothar Fritze, Legitimer Widerstand? Der Fall Elser, Berlin 2009
„Für Deutschland“: die Männer des 20. Juli / hrsg. von Klemens von Klemperer, Enrico Syring, Rainer Zitelmann, Berlin 1994
Tomasz Gabiś, 20 lipca 1944: zamach na Hitlera i pucz Stauffenberga, „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 23 (1994)
Hans Bernd Gisevius, Bis zum bitteren Ende, Zürich 1946
Wolfgang von Groote, Bundeswehr und 20. Juli, „Vierteljahreshefte für Zeitgeschichte”, 1964 z. 3 (http://www.ifz-muenchen.de/heftarchiv/1964_3.pdf)
Hans W. Hagen, Zwischen Eid und Befehl, Lochham 1958
Ulrich von Hassel, Vom anderen Deutschland, Zürich 1946
Emil Henk, Die Tragödie des 20. Juli, Heidelberg 1946
Hartmut von Hentig, Nichts war umsonst. Stauffenbergs Not, Göttingen 2008
Peter Hoffmann, Zu dem Attentat im Führerhauptquartier „Wolfsschanze“ am 20.Juli 1944, „Vierteljahreshefte für Zeitgeschichte” 1964 z.3 (http://www.ifz-muenchen.de/heftarchiv/1964_3_4_hoffmann.pdf)
Tenże, Warum mißlang das Attentat vom 20.Juli 1944, „Vierteljahreshefte für Zeitgeschichte” 1984 z.3 (http://www.ifz-muenchen.de/heftarchiv/1984_3_4_hoffmann.pdf)
David Irving, Goebbels– mózg Trzeciej Rzeszy, przeł. B. Zborski, Gdynia 1998
Tenże, Wojna Hitlera, przeł. B. Zborski, Warszawa 1996
Klemens von Klemperer, Die verlassenen Verschwörer. Der deutsche Widerstand auf der Suche nach Verbündeten 1938-1945, Berlin 1994
Tobias Kniebe, Operation Walküre. Das Drama des 20. Juli, Berlin 2009
Helmut Krausnick i in. Vollmacht des Gewissens, dwa tomy, Frankfurt a.M. 1960, 1965
Werner Landhoff, Die Opfer des 20. Juli 1944. Kollateralschaden einer höheren Moral?, Kiel 2008
Edward Luttwak, Coup d`Etat. A Practical Handbook, Cambridge (Mass.) 1979
Hedwig Maier, Die SS und der 20. Juli 1944, „Vierteljahreshefte für Zeitgeschichte”, 1966 z. 3 (http://www.ifz-muenchen.de/heftarchiv/1966_3.pdf)
Roger Manvell, Heinrich Fraenkel, Spisek Canarisa, Łódź 1991
Daniel Melnikow, Zagawor 20 ijulja 1944 goda w Germanii. Pricziny i sledstwija, Moskwa 1965
Wolf Middendorff, Staatsreiche in historischer und kriminologischer Sicht, Berlin 1998
Hans Paar, Dilettanten gegen Hitler. Offiziere im Widerstand, ihre Worte ihre Taten, Preussisch Oldendorf 1985
Karl Heinrich Peter (Hrsg.) Spiegelbild einer Verschwörung. Die Kaltenbrunner-Berichte über den 20. Juli, Stuttgart 1961
Otto Ernst Remer, 20.Juli 1944, Hamburg 1951
Gerhard Ritter, Goerdeler und die deutsche Widerstandsbewegung, Stuttgart 1954
Hans Rothfels, Die deutsche Opposition gegen Hitler, Krefeld 1949
Fabian von Schlabrendorff, Offiziere gegen Hitler, Zürich 1951
Bodo Scheurig, Stauffenberg, Berlin 1964
Gert Sudholt (Hrsg.) 50 Jahre: „20. Juli 1944“. Opposition-Widerstand-Verschwörung-Verrat, Geschichte und Hintergründe, Berg am Starnberger See 1994
John Francis Taylor, Der 20. Juli 1944. Anatomie einer Verschwörung, Bremen 1968.
Wolfgang Venohr, Patrioten gegen Hitler. Der Weg zum 20. Juli 1944, Bergisch Gladbach 1994
Rüdiger von Voss, Der Staatsstreich vom 20. Juli 1944 – politische Rezeption und Traditionsbildung in der Bundesrepublik Deutschland, Berlin 2011
Tenże, Stauffenberg. Symbol oporu, przeł. J. Raszkowski, Warszawa 2002
Verrat und Widerstand im Dritten Reich, Referate und Arbeitsergebnisse des zeitgeschichtlichen Kongresses der Gesellschaft für freie Publizistik vom 26.28.Mai 1978 in Kassel, Coburg 1978
Maria Wasilczikow, Dzienniki berlińskie 1940-1945, przeł. M. Glińska, uzupełnienia i przypisy George Wasilczikow, Warszawa 1993
Eberhard Zeller, Geist der Freiheit (der zwanzigste Juli), München 1953

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku i Twitterze! Wesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułHistoria jako narzędzie polityki
Następny artykułKaliningrad. „Będzie biednie, ale czysto i ładnie jak na Białorusi”.
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ