#Electricyerevan: kogo poraził prąd?

0

Tysiące ludzi w całej Armenii przez ponad piętnaście dni protestowało, domagając się od rządu rezygnacji z podwyżki cen na energię elektryczną. Członkowie inicjatywy „Nie grabieży!” rozpoczęli akcję protestacyjną w Erywaniu, do której  później przyłączyły się również inne miasta. Decyzją prezydenta kraju Serża Sarkisjana podwyżka ceny na prąd została wstrzymana. Co tak naprawdę wydarzyło się w Armenii? Czy była to nieudana próba powtórki wydarzeń ukraińskiego „Majdanu”? Komu zależało na buncie społecznym w tym południowo kaukaskim kraju? Czy ma on podłoże polityczne? Czy jest w to zamieszana Moskwa, czy może to zaplanowana akcja rządu armeńskiego?

Czysta ekonomia?

Ceny energii elektrycznej w Republice Armenii w ciągu ostatnich czterech lat wzrosły dwukrotnie. Masowe protesty rozpoczęły się w wyniku decyzji o 16% wzroście ceny, czyli do kwoty 48,78 dram (około 0,0145 dolara) za 1kWh prądu zgodnie z propozycją spółki Elektryczne Sieci Armenii. W Armenii drogi jest również gaz. Mimo, że dostarczany jest z Rosji po dość niskiej cenie – 189 dolarów za 1000 m3, to przeciętny mieszkaniec płaci za niego 375 dolarów za 1000 m3. W kraju spodziewano się też podwyżek cen między innymi na produkty spożywcze. Jest to całkiem dobra podstawa do buntu społecznego. W tym samym czasie w Armenii nasiliły się antyrosyjskie nastroje, czego przyczynę można upatrywać w tym, że praktycznie cały sektor energetyczny znajduje się w rękach rosyjskich spółek. Spółka Elektryczne Sieci Armenii jest w 100% „córką” rosyjskiej firmy INTER RAO. A zakupiony od Gazpromu rosyjski gaz rozprowadza w Armenii rosyjska spółka Armrosgazprom. Dla przeciętnego ormiańskiego obywatela polityka tych firm – to polityka Rosji, która to zmonopolizowała wszystkie najważniejsze sfery działalności kraju, i teraz wymaga, by grać według jej zasad.

Majdan czy nie?

Sami protestujący podczas akcji odrzucali wszelkie próby porównywania demonstracji z wydarzeniami z kijowskiego „Majdanu” i doszukiwania się jej antyrosyjskiego charakteru. Główny argument uczestników opierał się na tym, że nie mają oni politycznych żądań, a wśród nich nie ma polityków.

Niemniej jednak w akcji uczestniczyli członkowie partii opozycyjnych, były tam znane osobistości, które w różnym okresie żądały dymisji rządu lub sprzeciwiały się wstąpieniu Armenii do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej. Pojawiali się też tacy, którzy nawoływali do zmiany władzy. Były też osoby związane z działalnością organizacji pozarządowych. Jak wiadomo, w Armenii takie organizacje funkcjonują głównie dzięki finansowemu wsparciu z zagranicy. Ale organizatorzy akcji podkreślali: „To nie Majdan – to marszałek Bagramian”[1]. W sieciach społecznościowych zachęcano do zamieszczania zdjęć i postów z hasztagiem #ElectricYerevan.

Przesłankom ku „Majdanu” na ulicach Erywaniu zaczęli zaprzeczać również przedstawiciele tych sił politycznych, którzy jeszcze dwa – trzy lata temu obiecywali, że w Armenii „będzie Tahrir i Taksim”, i że „prezydent Armenii skończy jak Kadafi”. Z drugiej strony, przeciwnicy „Majdanu” byli bardzo oburzeni, gdy organizator akcji „Nie grabieży!” po decyzji prezydenta o zamrożeniu taryf na energię elektryczną, zaapelował do ludzi by opuścili centralny prospekt i pomyśleli o kolejnych krokach. Zarzucono mu przekupstwo.

Dlatego odrzucając choćby najmniejsze wzmianki o próbach rewolucji w Armenii, należy pamiętać, że u podstaw rewolucji zawsze leży czynnik społeczny. Czyli jednak w Armenii miała miejsce próba Majdanu?

Zwycięski precedens

W ciągu ostatnich lat w Armenii odbyło się kilka podobnych akcji zakończonych sukcesem. Pierwszym był protest w obronie skweru, na który zgodnie z decyzją merostwa Erywania chciano przenieść butiki z jednej ze stolicznych ulic. Następnie naród zaprotestował przeciwko podniesieniu cen na transport w Erywaniu ze 100 dram (0,21$) na 150 (0,32$). W rezultacie decyzja o podwyżce transportu została wstrzymana.

Trzecim zwycięstwem ormiańskiego społeczeństwa była zmiana decyzji o wprowadzeniu obowiązkowej składkowej części emerytury. Ludzi zobowiązano do dokonywania wpłat w wymiarze 5% od wynagrodzenia. Naród uznał to za grabież, zwłaszcza że niewiadomym było w oparciu o jaki system powinny powstawać fundusze emerytalne. Pod naciskiem społeczeństwa Sąd Konstytucyjny uznał szereg postanowień z ustawy o obowiązkowym systemie emerytalnym za niezgodne z Konstytucją. W tych okolicznościach – premier złożył dymisję.

Nastroje antyrosyjskie i zależność od Rosji

Warto zaznaczyć, że o poprzednich akcjach w Armenii nie mówiło się w światowych mediach. Demonstracja czerwcowa odbiła się jednak szerokim echem w prasie zagranicznej, a w większości przypadków wydarzenie zostało nazwane „Elektromajdanem”. „Elektromajdan”: tydzień protestów, pisała polska Rzeczpospolita, czeski parlamentnilisty.cz donosił: Kolejna beczka prochu w sąsiedztwie z Rosją: „Na ulicach tysiące ludzi, w Moskwie mówią o kolorowej rewolucji”. Sąsiadująca z Armenią Turcja zareagowała na te wydarzenia serią materiałów opublikowanych w wiodących mediach: „Elektro-Majdan stawia ultimatum prezydentowi”, – pisał portal hurriyet.com.

Jednak ormiańskie społeczeństwo zwracało większą uwagę na rosyjskojęzyczne media. Ormiańscy eksperci i dziennikarze starali się wyjaśnić, że wydarzenia w Erewaniu nie należy porównywać z ukraińskim „Majdanem”. W efekcie także niektórzy rosyjscy eksperci, jak Sergiej Markedonow zaczęli tłumaczyć, że Armenia i „Majdan” – nie mają ze sobą nic wspólnego[2]. Pojawiły się też inne głosy – Andriej Epifancew przeprowadził paralelę pomiędzy wydarzeniami na Ukrainie i w Armenii[3].

Na tym tle wśród uczestników akcji wzrastały nastroje antyrosyjskie. Jednak złość na rosyjskie media ma głębsze korzenie. Ormianie ogólnie uważają, że ich sprawom poświęca się bardzo mało uwagi w rosyjskiej prasie lub przedstawia się je w niewłaściwym świetle. Począwszy od prostego obywatela, a skończywszy na redaktorze erywańskiej agencji informacyjnej, ludzie byli oburzeni, że na wszystkich kanałach telewizyjnych pokazywano kierowcę – Ormianina, który w Rosji w wyniku wypadku zabił 12 osób, z kolei o zabójstwie całej rodziny w mieście Giumri, którego dopuścił się żołnierz z rosyjskiej bazy wojskowej – nie wspomniano.

Chodziło o 102. bazę rosyjską, znajdującą się na granicy z Turcją na podstawie porozumienia z 1994 r. Rosyjscy celnicy wspólnie ze służbą celną Armenii ochraniają granice kraju. Oprócz tego, Rosja dostarcza broń Armenii w ramach Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Po tragedii w Giumri pojawiły się głosy, by wydalić celników i zamknąć bazę wojskową.

Monopol Rosji w Armenii w sferze energetyki i bezpieczeństwa prowadzi w rezultacie do tego, że ta zależność od Rosji dzisiaj przeobraża się we wrogość  i odrzucanie wszystkiego co rosyjskie. Jednocześnie Ormianie pozostają bardzo zależni od Rosji także w sferze informacyjnej, medialnej.

Wiele rodzin w Armenii żyje dzięki przelewom pieniężnym przede wszystkim z Rosji od swoich bliskich, którzy wyjechali na prace sezonowe. Około 80% wszystkich prywatnych przelewów pieniężnych w Armenii stanowią przelewy z Rosji. Dlatego też uwagę Ormian przykuwają w dużym stopniu rosyjskie media, i to co one piszą o Armenii i Ormianach.

Z drugiej strony, Ormianie nadal patrzą na Rosję poprzez pryzmat radzieckiej przeszłości, i widzą we wszystkim wszechmocną rękę Kremla. Odnoszą się do rodaków mieszkających tam, delikatnie mówiąc, nieprzyjaźnie.

Dzisiaj tendencja uzależnienia od Rosji zmienia się. W kraju pojawiło się pokolenie, które w ogóle nie mówi po rosyjsku. Są to w większości dzieci ormiańskich emigrantów, którzy przenieśli się do ojczyzny z Syrii, Libanu, Iranu i Iraku. Język angielski stopniowo zastępuje język rosyjski. A dla uchodźców z Syrii specjalnie zorganizowano kursy języka rosyjskiego.

Kwestionowanie tego co rosyjskie nie jest nowością dla niezależnej Armenii. Na tle ruchu narodowo-wyzwoleńczego w okresie rozpadu ZSRR i na początku dążeń na rzecz przyłączenia Karabachu, a później na początku niepodległości Armenii, czyli od końca lat 80. do początku lat 90. w Armenii odrzucano wszystko co rosyjskie. Stosunek do osób mówiących po rosyjsku był negatywny, a ze sklepów zrywano szyldy w języku rosyjskim. Jednak już w pierwszych latach niezależności tendencja ta się zmieniła. W 1994 r. pierwszy prezydent Armenii, Lewon Ter-Petrosjan, podpisał umowę o rozmieszczeniu w Armenii rosyjskiej bazy wojskowej.

Ormiańskie paradoksy

Paradoksalnym jest to, że z jednej strony mieszkańcy kraju protestują przeciwko otwarciu w Armenii rosyjskich szkół, a z drugiej sami oglądają rosyjską telewizję i filmy z rosyjskim dubbingiem. Z nostalgią wspominają radziecką przeszłość, a jednocześnie z dumą mówią, że to sami Ormianie rozwalili Związek Radziecki dzięki ruchowi narodowo-wyzwoleńczemu „Miacum”, żądającemu przyłączenia Karabachu. Mówią, że gospodarka Armenii nie poradzi sobie bez Rosji, i w tym samym czasie zapewniają, że są w stanie rozwalić Euroazjatycką Unię Gospodarczą. Pomimo swojej ogólnej niechęci do Rosji, Ormianie oczekują od niej szczególnego traktowania: dostawy surowców energetycznych i uzbrojenia po najniższej cenie, rezygnacji ze współpracy wojennej z Azerbejdżanem, szczególnego położenia ormiańskich migrantów w Rosji itd.

Co? Gzie? Po co?

Gdy rozgorzały demonstracje, odbyło się zebranie ormiańsko-rosyjskiej komisji międzyrządowej, w wyniku którego podjęto decyzję o przeprowadzeniu audytu w spółce Elektryczne Sieci Armenii, o wydaniu Armenii kredytu na 200 mln dolarów na zakup broni, a sprawa zabójstwa ormiańskiej rodziny przez rosyjskiego żołnierza w Griumi została przekazana ormiańskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Oprócz tego, prezydent Armenii obiecał, że ceny na energię elektryczną do czasu wyników audytu w spółce będą subsydiowane. Czyli organizatorzy akcji osiągnęli swój cel, choć na nieokreślony czas. Jednak akcja ta mogła mieć także inne cele i przyczyny.

Cel pierwszy: pozbyć się kontroli INTER RAO nad spółką Elektryczne Sieci Armenii (ESA). Mamy wszelkie podstawy sądzić, że bunt społeczny, który naprawdę miał społeczno-ekonomiczne przesłanki, zarządzany był przez osoby zainteresowane wydobyciem ESA spod kontroli rosyjskiej spółki. Legalnymi, prawnymi metodami zrobić to było trudno, ponieważ INTER RAO nie zgadzało się na sprzedaż spółki, jako że była to dochodowa firma. Działający w Armenii system korupcyjny doprowadził do sytuacji, w której często większe firmy nie płaciły za konsumpcję energii elektrycznej lub płaciły tylko połowę kosztów. Brzemię nieopłaconego prądu spadło na barki zwykłych obywateli. Stąd też podwyżka. Do tego można także dodać wynagrodzenie dyrektora ESA w rozmiarze 60 tysięcy dolarów. Biorąc pod uwagę bliskie kontakty władzy i biznesu w Armenii otwarte żądanie wobec dyrektora ESA przestrzegania uczciwych zasad gry – było niemożliwym do spełnienia. Wzniecenie buntu społecznego z antyrosyjskim podtekstem było najbardziej korzystną decyzją. Niewykluczone, że ESA powróci do Armenii. Jednak nie oznacza to, że cena na prąd od razu spadnie, a zasady gry zmienią się, i konsumenci nagle zaczną uczciwie opłacać wykorzystaną energię.

Cel drugi : zmiana premiera. Akceptując bunt społeczny w centrum stolicy Armenii na jednym z centralnych prospektów, jego zarządzającym i organizatorom, wśród których zapewne byli przedstawiciele administracji prezydenta Armenii, przyświecały zupełnie polityczne cele. Po opisanej wyżej akcji protestacyjnej przeciwko reformie emerytalnej  premier Armenii Tigran Sarkisjan podał się do dymisji. Oczywiście w Armenii odczuwa się brak kadry politycznej, dlatego premier Sarkisjan został wysłany nie na emeryturę, ale jako ambasador na placówkę do Waszyngtonu. Aktualny premier Howik Abrahamian, przy którym również zaczęły wzrastać ceny może jak jego poprzednik przypłacić to utratą stanowiska. Rzecz w tym, że zgodnie z reformą konstytucyjną Armenia przechodzi na parlamentarną formę rządów. W wyniku reformy premier uzyska więcej władzy. Zwiększona rola przypadnie również przewodniczącemu rządzącej partii Republikańskiej. Obecnie tą funkcję pełni prezydent Serż Sarkisjan, a premier Abrahamian jest jedynie członkiem tej partii. Sarkisjan pozostanie przewodniczącym partii nawet po odejściu ze stanowiska prezydenta, a zostać premierem nie planuje. Ale czy premierem pozostanie Abrahamian? Najprawdopodobniej ambicje 57-letniego Howika Abrahamiana kłócą się z interesami środowiska prezydenckiego, które ma swoich młodszych kandydatów na stanowisko przyszłego premiera. Właśnie w tym celu otaczający prezydenta młodzi i ambitni urzędnicy próbowali przy pomocy buntu społecznego zmienić obecnego premiera. Niemniej jednak wszystko może się jeszcze zmienić. Referendum dotyczące zmian w Konstytucji ma dopiero być przeprowadzone.

Cel trzeci: zorganizowanie rewolucji. Jeśli zgodzić się ze stwierdzeniem, że kolorowe rewolucje organizuje się z udziałem państw trzecich i w warunkach głębokich problemów społecznych w kraju, to można dojść do wniosku, że w Armenii miała miejsce nieudana próba rewolucji. Na tle pokojowych akcji protestu wśród demonstrantów pojawili się prowokatorzy, którzy nawoływali do zmiany władzy. Jednak przy aktywnym udziale strony rosyjskiej zdołano zapobiec tej próbie. Po pierwsze, rosyjskie media zasypując słowem „Majdan” od razu nastawiły ormiańskie społeczeństwo przeciwko takiemu scenariuszowi. Po drugie, zgoda na audyt ESA ze strony przedstawicieli Armenii i Rosji uspokoiła część społeczeństwa. Po trzecie, zdecydowano o długo oczekiwanym przekazaniu ormiańskiemu wymiarowi sprawiedliwości obywatela Rosji, winnego śmierci Ormian. Dlatego w ostatnich dniach demonstracji na placu Bagramiana pozostawało nie więcej niż 1000 osób.

Należy podkreślić, że rewolucja w Armenii jest możliwa. Istnieją ku niej wszelkie przesłanki. Jednak możliwość przeprowadzenia jej z sukcesem zależy wyłącznie od stopnia zainteresowania nią stron, które podtrzymują ideę zmiany władzy w kraju. Ormiańskie społeczeństwo gotowe jest do buntu. Są również osoby gotowe je stłumić. Pozostało jedynie ustalić, kto gotów jest wesprzeć ormiańskich protestujących.

Marina Brutjan

[1] Prospekt Marszałka Barmaniana- nazwa ulicy w Erewaniu- przyp.red.
[2] Siergiej Markedonow: „Nie Majdan: dlaczego Erywań wyszedł na ulice”. http://www.forbes.ru/mneniya-column/mir/292435-ne-maidan-pochemu-erevan-vyshel-na-ulitsy
[3] Andriej Epifancew: „W Armenii jest półmajdan”.. http://ru.axar.az/news/6162

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułMetaideologia i język polityczny RFN (Głosy zza Odry)
Następny artykułTeologia polityczna „Psów” Władysława Pasikowskiego
Marina Brutyan - dziennikarka, publicystka, w latach 2006-2012 koresopondentka ererwańskiego działu agencji informacyjnej REGNUM. W latach 2011-2014 redaktorka działu Armenia Biuletynu Informacyjnego Studium Europy Wschodniej. Publikowała m.in. w „Nowa Europa Wschodnia”, „Lewica 24”, „Eastbook”. Obecnie pracuje dla rosyjskiego czasopisma „Tamożnia ”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ