Teologia polityczna „Psów” Władysława Pasikowskiego

0

Urodziłem się w 1986 roku. Siłą rzeczy emocje okresu „transformacji ustrojowej”, ówczesne wybory i ludzkie dramaty nie są moimi emocjami, moimi wyborami i moimi dramatami w mocnym, heideggerowskim znaczeniu zaimka „mój”. Chociaż – co jest oczywiście truizmem – to właśnie tamten okres w bezpośredni sposób uwarunkował całe moje późniejsze życie, bo wtedy wyłoniły się współrzędne, które w zasadniczy sposób zdominowały mapę życia, zarówno tego zbiorowego, jak i indywidualnego. To o tamtym okresie opowiadają „Psy” w reżyserii Władysława Pasikowskiego, film kultowy, który – sądząc po ilości poświęconych mu, także w kilku ostatnich latach, tekstów, pisanych przez autorów, zarówno „z lewa”, jak i „z prawa” – ciągle budzi żywe emocje. To chyba „Psy”, zaraz po premierze okrzyknięte mianem dzieła obrazoburczego, jak żaden inny polski film wyprodukowany po 1989 r., wpłynęły na ukształtowanie się zbiorowej wyobraźni Polaków. Spośród wielu płaszczyzn „Psów” jedną z najciekawszych jest, moim zdaniem, ich warstwa nie tyle nawet ściśle polityczna, co metapolityczna. W tym tekście spróbuję ją przeanalizować z nieśmiałą nadzieją, że upływ ponad dwudziestu lat od wejścia na ekrany kin filmu Pasikowskiego oraz brak osobistego zaangażowania w ówczesne spory polityczne sprawią, iż moja interpretacja odświeży nieco nasz spojrzenie na „Psy”.

Jest to przede wszystkim film o rozpadzie. O tym niezwykle specyficznym „kairotycznym” momencie, gdy władza ukonstytuowana odchodzi w przeszłość, a władza konstytuująca dopiero w bólach się rodzi. O tej chwili, gdy nowoczesny Lewiatan, jakim jest państwo traci swój podstawowy atrybut – monopol na przemoc, a ludzie na powrót znajdują się w stanie natury. Ten hobbesowski wymiar filmu Pasikowskiego najpełniej symbolizuje scena, w której Franz Maurer oddaje mocz na siatkę, oddzielającą go od szczerzących zęby, przeraźliwie szczekających i gotowych do ataku psów. Psów, które przestają być udomowionymi zwierzętami i odsłaniają swoją atawistyczną, wilczą naturę. To właśnie wilkołak, tytułowy „Bisclavret” z opowiadania średniowiecznej pisarki Marie de France, jest tą pierwotną figurą, będącą w szarej sferze nieodróżnialności między dzikim zwierzęciem a człowiekiem, między naturą a kulturą, między państwem a anarchią, co przekonująco i brawurowo opisał Giorgio Agamben w „Homo sacer”. „Przeistoczenie w wilkołaka – twierdzi włoski filozof – doskonale odpowiada stanowi wyjątkowemu, w czasie którego (czas trwania jest z konieczności ograniczony) państwo jest rozwiązane, a ludzie wkraczają w sferę nieodróżnialności od dzikich zwierząt)”. I właśnie w tej szarej strefie historii, w chaotycznym interregnum, w czasie pomiędzy tym, co odchodzi a tym, co jeszcze nie nadeszło, żyją i działają bohaterowie „Psów”.

W sytuacji, w której dotychczasowe normy ulegają erozji, a nowy porządek jeszcze nie ukonstytuował się w pełni, część funkcjonariuszy ancien régime, wiedząc że w novus ordo nie będzie dla nich miejsca ulega pokusie pozostania w szarej strefie i wykorzystania chaosu dla własnych, partykularnych celów. John. H. Mallory, eks-rewolucjonista z „Garści dynamitu” w reżyserii Sergio Leone scharakteryzował taką sytuację w następujący sposób: „Where there’s revolution there’s confusion, and when there’s confusion, a man who knows what he wants stands a good chance of getting it”. To przypadek Grossa, byłego esbeka, który w świecie raczkującego, dzikiego kapitalizmu, wykorzystując kontakty z okresu pracy w bezpiece wchodzi w biznes narkotykowy. To właśnie Gross wydaje się być w „Psach” uosobieniem najgorszego rodzaju nihilizmu; jednak umiejętność dramatycznego niuansowania nie pozwoliła Pasikowskiemu na odmalowanie tej postaci wyłącznie w ciemnych barwach – w jednej ze scen widzimy Grossa jako troskliwego pater familias.

Gross wyznacza jeden z biegunów możliwych zachowań w świecie, w którym na powrót homo homini lupus est. Bohaterowie zmuszeni są dokonywać egzystencjalnych wyborów, częstokroć zmieniając role, w których dotychczas występowali. Paradoksalnie nie było to dla nich zbyt trudne właśnie ze względu na charakter instytucji, której byli funkcjonariuszami. I nie mam tutaj na myśli tego, że służyli komunistycznemu reżimowi – to sama istota „policji politycznej” warunkowała płynność decyzji byłych esbeków. Każda służba bezpieczeństwa zawsze działa we wspomnianej już strefie szarości pomiędzy prawem a bezprawiem, pomiędzy porządkiem a anarchią. Inna immanentna cecha bezpieki, a mianowicie bycie jądrem każdej władzy, pozwoliła byłym esbekom pójść na służbę do nowych panów, zamienić „czerwonego” na „czarnego”. Przypomina mi się w tym momencie scena z innego filmu, osadzonego w odmiennych niż „Psy” realiach historycznych, a mianowicie z „Pojedynku”, reżyserskiego debiutu Ridleya Scotta, ekranizacji opowiadania Josepha Conrada. Główny bohater filmu Armand d’Hubert, arystokrata i napoleoński generał przychodzi do gabinetu ministra Josepha Fouché prosić o łaskę dla swojego antagonisty – przyjaciela, Gabriela Ferrauda, z którym toczył ciągnący się przez dwadzieścia lat tytułowy pojedynek. Ferraud, w przeciwieństwie do d’Huberta, po Restauracji pozostał gorliwym stronnikiem Napoleona za co został skazany na karę śmierci. Archetyp oberbezpieczniaka, Joseph Fouché to minister policji w rządzie Ludwika XVIII, a wcześniej twórca systemu policyjnego w Cesarstwie Napoleona, minister policji za czasów Dyrektoriatu, jak również deputowany Konwentu Narodowego głosujący za śmiercią dla Ludwika XVI. Rzecz jasna, dobrze ustosunkowany d’Hubert bez problemów uzyskuje akt łaski dla Ferrauda. Ubek Wawro, wypowiadający podczas sceny libacji alkoholowej w stołówce firmy kwestię: „Policję polityczną muszą mieć, czy jak tam ta kurwa będzie się nazywać… No co? Jezuitów zatrudnią?” – trafił w sedno.

W słynnej scenie palenia akt na wysypisku śmieci, Olo wykrzykuje do Nowego: „Co ty kurwa gnoju myślisz?! Że to są żarty, że to jest jakaś gówniana gra o stołki?! Co?! Tu wale idzie o życie, rozumiesz?! Ile ty masz lat?! Co! Co ty chcesz zrobić!? Co chcesz zrobić?! Zagazować 50 tysięcy agentów i informatorów, tak?! O to ci chodzi?! Krwi ci potrzeba gnoju jeden! Tak?! Jak dorośniesz, to zrozumiesz, że polityka to nie jest dziennik telewizyjny! Polityka to jesteśmy my! Tu na tym wysypisku śmieci! Albo stąd uda nam się wyjść, albo tu zostaniemy na zawsze, palancie! Rozumiesz?!” Za każdym razem, gdy oglądam tą scenę przypomina mi się Carl Schmitt i jego esej o pojęciu polityczności. Przypomnijmy, że dla niemieckiego prawnika podstawowym rozróżnieniem politycznym był podział wróg- przyjaciel. Polityczny wróg nie musi być moralnie zły czy estetycznie odpychający, ale jest tym obcym, tym innym w bezpośrednim, egzystencjalnym sensie. Co za tym idzie, konflikt, który w skrajnym przypadku może przybrać postać zbrojnej konfrontacji zorganizowanych politycznie zbiorowości jest czymś na trwale wpisanym w istotę polityki. Zadaniem polityki powinno być zatem to, aby konflikt ten przybrał jak najbardziej cywilizowaną formę. Ten agoniczny wymiar polityki kiepsko rozumiała „Solidarność”, od samego początku uprawiając „politykę antypolityki”, by posłużyć się to sformułowaniem zaproponowanym przez Davida Osta. Ujawniło się to w szczególnie po 1989 r., gdy ludziom wywodzącym się z tego środowiska przyszło zająć się sprawami państwa, prawa i poważnej polityki. Jedną z przyczyn, dla których ponieśli oni klęskę, było to, iż zapomnieli, że o władzę należy się bić, bez względu na to czy się ją sprawuje czy też nie, a polityki nie można zastąpić tanim moralizowaniem.

Film Pasikowskiego pokazuje stan wojny wszystkich ze wszystkimi jako stan elementarny, a politykę jako przedłużenie wojny innymi środkami (dokładnie odwrotnie niż w słynnej maksymie Clausewitza) – w tym tkwi istota teologii politycznej „Psów”. Żyjąc we względnie stabilnym porządku daliśmy sobie zbyt łatwo wmówić, a dyskurs demoliberalny to ułatwił, że polityka i polityczność to jedynie niekończące się dyskusje, których rezultatem zawsze jest konsensus. Pod tym wszystkim skrywa się jednak ukryta matryca, jaką jest przemoc, przeradzająca się w prawo w momencie, w którym władza konstytuująca staje się władzą ukonstytuowaną. Przemoc nie przestaje być jednak przemocą przez to, że posiada teraz atrybut legalności, o czym wiedział już Pindar („Prawo królem wszystkich, śmiertelnych i nieśmiertelnych, swą mocarną dłonią najgorszą przemoc narzuca jako sprawiedliwość. Tego uczą mnie czyny Heraklesa”). I to jest właśnie jedna z głównych zalet filmu Pasikowskiego, który pod maską cynizmu, w brutalny sposób wyraża prawdę o polityce i demonach, jakie drzemią za jej fasadą.

Zastanówmy się chwilę nad tym, czego w „Psach” nie ma, a co jest istotne z politycznego punktu widzenia. Przede wszystkim nie ma w nich ludu, mas, narodu, co milcząco wskazuje na odgórny charakter zmiany, jaka się dokonała w Polsce po 1989 r. Z rzadka pojawiają się politycy, zresztą tylko z jednej, solidarnościowej strony, a gdy już się pojawiają to okazują się być bezsilnymi, lecz poczciwymi fajtłapami, jak panowie z Chrześcijańskiej Unii Jedności (skrót, który znamy wszyscy, jest oczywiście znaczący) albo skorumpowanymi draniami, jak senator Wencel – „Czasy się zmieniają, ale pan jest zawsze w komisjach”. To przekonanie o – interpretowanym niekiedy jako „zdrada ideałów” – niezgułowatości elit wywodzących się z dawnej antykomunistycznej opozycji elit miało swoje jak najbardziej racjonalne podstawy i jest jedną z przyczyn niskiego stopnia legitymizacji III Rzeczypospolitej.

Mogłoby się wydawać, że w świecie „Psów” nie ma miejsca na bohatera pozytywnego. To jednak Franz Maurer, dawny „templariusz proletariatu” stał się w zbiorowej wyobraźni tym, który w świecie chaosu wybrał właściwą drogę. W obliczu upadku dotychczasowych instytucji, norm i wyobrażeń Maurer opowiedział się za tym, co elementarne. I tu ujawnia się kolejny paradoks czasów transformacji, czasów „stanu wyjątkowego”. Maurer, aby „robić porządek” znalazł się poza prawem, czego ma pełną świadomość: „teraz jestem zwyczajnym bandytą”. Zresztą jego motywacja też jest daleka od szlachetnych intencji – ostatecznego wyboru dokonuje w momencie, w którym znalazł się blisko egzystencjalnego dna, zdradzony przez ukochaną kobietę i najlepszego przyjaciela, robiąc zresztą „deale” z narkotykowym bossem. Pasikowski, konstruując postać porucznika Franciszka Maurera wiele czerpał z dzieł reżysera, którego określa mianem swojego mistrza, a mianowicie Sama Peckinpaha. Maurer, Bennie z „Dajcie mi głowę Alfredo Garcii” czy tytułowi bohaterowie „Dzikiej bandy”, stojąc w obliczu konfrontacji o egzystencjalnym charakterze, dokonują wyboru, stojącego na pozór w sprzeczności z ich dotychczasowymi życiorysami. Jednak nie jest on sprzeczny z prywatnym kodeksem honorowym, któremu starali się być wierni. Można zaryzykować stwierdzenie, że Franz Maurer znalazłszy się w sytuacji granicznej doznaje swoistego nawrócenia, co nadaje dziełu Pasikowskiego wymiar metafizyczny, mimo iż jest to metafizyka zanurzona w szambie – słynne: „w imię zasad, skurwysynu”.

Obok metafizycznego wymiaru „metanoji” Maurera jego postać ma także inne, w moim przekonaniu dużo ważniejsze wymiary, które można właściwie odczytać dopiero po latach. „Psy”, jak chce Andrzej Leder, odegrały dużą rolę w ustanowieniu nowego imaginarium społecznego, dla którego głównym punktem odniesienia jest rodzące się wówczas „nowe mieszczaństwo”. To „Psy”, jako jeden z pierwszych filmów w nowej rzeczywistości, pokazywały świat luksusowych samochodów, designerskich mieszkań, eleganckich kobiet i mężczyzn w świetnie skrojonych garniturach. Świat obfitujący w dobra materialne, o których większość Polaków mogła wówczas tylko pomarzyć, a które stawały się obiektem powszechnego pożądania i ich posiadanie stawało się wyznacznikiem pozycji społecznej. W tym kontekście postać Franza Maurera jest niezwykle istotna, jednak zgoła z odmiennych powodów. Paradoksalnie, to właśnie noszący amerykańską kurtkę, palący camele, jeżdżący sportowym BMW3 serii E generacji E36 i mieszkający w nowocześnie urządzonym domu Franz Maurer pozwolił na przetrwanie w „nowych czasach” archetypu bohatera romantycznego, wbrew dominującym w kapitalistycznym, „odczarowanym” i zracjonalizowanym imaginarium figurom Konsumenta i Człowieka Sukcesu. Co prawda, jak już o tym była tutaj mowa, jest to bohater romantyczny odbiegający od stereotypowego wzorca, działający nie w imię wzniosłych ideałów, lecz w zgodzie z własnym, jednostkowym kodeksem moralnym – bliżej mu do bohaterów filmów Sama Peckinpaha niż do postaci z kanonu romantycznych lektur autorstwa naszych wieszczów.

Drugi, równie istotny wymiar postaci Franza Maurera ma charakter stricte (meta)polityczny. Wprawdzie przed opuszczoną fabryką rzuca pod adresem rosyjskiego mafiozo i jego polskich kamratów słynne „wypierdalać”, które może być interpretowane jako wyraz niechęci wobec całej elity politycznej III RP, jednak to inne słowa Franza są w tym kontekście ważniejsze. Podczas sceny palenia akt, na pytanie Jerzyka : „Panie poruczniku, co teraz będzie?”, Maurer odpowiada: „Nic, będzie tak samo… albo lepiej…”. W innej scenie, podczas libacji alkoholowej z Olem, Franz stwierdza: „Gdy odeszli czerwoni, pojawili się czarni, to cały ten burdel zamienili w cyrk z tresowanymi pieskami, biegającymi dookoła areny”. Ktoś może uznać te słowa za wyraz politycznego nihilizmu, jednak patrząc z perspektywy ponad dwudziestu pięciu lat funkcjonowania systemu III RP jest to jedna z najbłyskotliwszych i najbardziej trafnych diagnoz całej polskiej polityki. Zresztą nie tylko polskiej, bo można zaryzykować tezę, że „Psy” tylko antycypowały to, co w sposób dobitny zostało pokazane w amerykańskim serialu „House of Cards”, a mianowicie fakt, że współczesna polityka to przede wszystkim brutalna rozgrywka o władzę, w której idee, jeśli w ogóle się pojawiają, są najczęściej tylko użytecznymi narzędziami, a bardzo rzadko celem samym w sobie. Jednak pomimo iż dzisiejsza polityka zasadniczo ogołocona jest z treści metapolitycznych, nie oznacza oczywiście zaniku polityczności z jej fundamentalnym rozróżnieniem na wroga i sojusznika. (Anty)moralitet Pasikowskiego o Franzu Maurerze jest świetną, filmową ilustracją tej tezy. Na zakończenie jako puentę powyższych rozwazań, przytoczmy słowa Carla Schmitta z pisanego tuż po II wojnie światowej „Glosarium”: „A więc cóż pozostaje (w czasach takich jak nasze)? Przyjaciel i wróg pozostają. Rozróżnienie pozostaje. Distinguo ergo sum”.

Krzysztof Rek

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ