„Choroba Niemiec”, rozmowa z Tomaszem Gabisiem

0

„Choroba Niemiec”, z Tomaszem Gabisiem rozmawia Stefan Sękowski („Gość Niedzielny”, nr 43 (25 października 2015).

Co się dzieje z Niemcami? Brytyjski politolog Anthony Glees nazwał je „państwem hippisów kierującym się uczuciami”. Są nimi?

Władzę w mediach, kulturze i częściowo w polityce sprawuje pokolenie rewolty ’68 i jego wychowankowie. Ta elita jest w tym sensie „hippisowska”, że jej podejście do polityki, co jest szczególnie widoczne w mediach, cechuje superhumanitaryzm, patologiczny altruizm i przerost moralności. Polityka przesunęła się na lewo, nawet chadeków można dziś nazwać partią centrolewicową. W polityce głównego nurtu prawie zupełnie brakuje dziś odwołania zarówno do konserwatywnych tradycji realizmu i pragmatyzmu, jak i konserwatywnego systemu wartości.

Angela Merkel nie wywodzi się z Pokolenia ’68.

Ale wywodzi się ze środowiska lewicowego protestantyzmu. To nurty pokrewne, podzielające socjalistyczne wartości. Należy też wziąć pod uwagę stałe obniżanie się jakości niemieckiej klasy politycznej – zarówno jego poziomu intelektualnego, jak i charakterologicznego. Nie ma tu już ludzi formatu Konrada Adenauera, Franza Josepha Straussa czy Willy’ego Brandta. Współcześni niemieccy politycy, łącznie z Angelą Merkel, nie potrafią właściwie rozpoznać przyczyn kryzysów trapiących Europę, ani zastosować właściwych środków zaradczych. Ich podejście do tzw. kryzysu imigracyjnego jest całkowicie irracjonalne.

Niemcy od ponad 40 lat mają ujemny przyrost naturalny, brakuje im rąk do pracy.

Absurdem jest przyjmowanie milionów niewykształconych i niewykwalifikowanych osób z odległych kręgów kulturowych, spośród których prawie 20 procent to analfabeci. Taka imigracja powoduje o wiele wyższe koszty niż zyski. Jeśli chodzi o kwestie demograficzne, to np. burmistrz Goslaru w Dolnej Saksonii ogłosił, że cieszy się z napływu imigrantów, ponieważ liczba mieszkańców miasta kurczy się. Efekt będzie taki, że liczba ludności Goslaru wprawdzie się nie zmieni, ale nie będzie to już ludność niemiecka. Niemiecka lewica i część chadecji od ponad 30 lat rozwija projekt „społeczeństwa wielokulturowego” i otwarcie mówi, że jego budowie służy właśnie masowa imigracja. Niedawano ikony niemieckiej lewicy Daniel Cohn-Bendit i Claus Leggewie opublikowali artykuł, w którym oznajmiają, że masowa imigracja z Afryki i Azji jest narzędziem do zbudowania „Nowych Niemiec”.

Czym „Nowe Niemcy” miałyby się one różnić od „starych Niemiec”?

„Nowe Niemcy” mają być wielokulturowe, wielonarodowe, wielorasowe, bez przewodniej kultury i tradycji narodowej, pozbawione składników konserwatywnych, z islamem równoważącym wpływy religii i kultury chrześcijańskiej. Zmianie miałby ulec styl życia, stosunki społeczne, edukacja. To co dla jednych jest tylko idealizmem, dla innych jest zimną kalkulacją. Taki układ pozwala stosować zasadę „dziel i rządź” i manipulować różnymi grupami. Ponadto po otrzymaniu praw wyborczych imigranci z reguły głosują na centrolewicę, na cały kartel władzy. To ma zabetonować „na zawsze” dominująca pozycję polityczną owej, jak się ja niekiedy określa, Zielonej Partii Jedności Niemiec.

Wniosek z tego, że uchodźcy są przez niemieckie elity traktowani dość przedmiotowo.

Jedni naprawdę wierzą w proimigracyjne slogany i wizję „tęczowego narodu”. Dla innych imigranci to zastępczy proletariat, stanowiący instrument do przeprowadzenia głębokich zmian społecznych zgodnych z lewicowymi ideałami, dla jeszcze innych wyłącznie pionki w grze o zachowanie i rozbudowę zakresu władzy. Do tego dochodzi jeszcze tzw. przemysł imigracyjny i azylowy, czerpiący zyski z „opieki nad imigrantami”.

W Monachium uchodźcy byli witani transparentami z hasłem „Serdecznie witamy”, w Dreźnie od miesięcy organizowane są marsze przeciwko „islamizacji”. Skąd bierze się ta różnica między wschodnimi i zachodnimi Niemcami?

W kampanii propagandowej, która wybuchła tego lata w niemieckich mediach, podgrzewano nawet ten podział na „Ossis” (czyli „wschodniaków”) i „Wessis” (czyli „zachodniaków”). Prezydent Joachim Gauck ogłosił w jednym ze swoich przemówień, podział na Niemcy „ciemne” i „jasne”, czyli, jak byśmy u nas powiedzieli, „Ciemnogród” i „Jasnogród”. Oczywiście nie identyfikował z ciemnogrodem byłej NRD, z której zresztą pochodzi, ale już tygodnik „Der Spiegel” uderzał w te tony. W ostatnich miesiącach dawna NRD była piętnowana jako siedlisko „rasizmu” i „ksenofobii”, podobnie jak inne państwa postkomunistyczne – Polska, Czechy, Słowacja czy Węgry sprzeciwiające się unijnej i niemieckiej polityce imigracyjnej. Pod pewnymi względami mieszkańcom byłego NRD bliżej mentalnie do mieszkańców tych krajów niż do Niemców zachodnich – nie podlegali oni w takim stopniu wszechobecnej w krajach zachodnich propagandzie humanitarystycznej nadideologii dominującej w liberalnej demokracji. Są bardziej „zacofani”, co w tym akurat kontekście należy oceniać pozytywnie.

Ale podlegali propagandzie komunistycznej.

Oczywiście, ale była ona o wiele bardziej prymitywna i w pewnych aspektach pozostawała mniej skuteczna. Odruch kojarzenia co bardziej konserwatywnych czy narodowych poglądów z narodowym socjalizmem jest u zachodnich Niemców niemal wrodzony. Wystarczy skojarzyć imigrantów z Żydami a Assada i Państwo Islamskie z narodowymi socjalistami, by zablokować każdą racjonalną krytykę imigracji jako „rasistowską” i „nacjonalistyczną”. Tej „nazistowskiej maczugi” mieszkańcy byłej NRD mniej się boją, a ponadto wykazują się zdrowym rozsądkiem, nakazującym sprzeciwiać się politykom, którzy chcą na siłę zmieniać ich świat. Z tego powodu zresztą znana lewicowa aktywistka Anetta Kahane uważa, że imigrantów należy wysyłać przede wszystkim do wschodnich Niemiec, by tam, łamiąc ich opór, tworzyć „społeczeństwo wielokulturowe”.

Ćwierć wieku po zjednoczeniu kraju Niemcy są jednym narodem?

Tak naprawdę nigdy nie przestali nim być, dążenie do zjednoczenia było przecież silne. Ale podziały na „Ossis” i „Wessis” dalej się utrzymują, obie części się zrosły. Wschodnie Niemcy mocno się wyludniły przez wyjazdy mieszkańców na zachód, z drugiej strony „stare landy” wpompowały w „nowe” ponad bilion euro, i nie widać końca tych transferów pieniężnych. Konflikty mogą się nasilić, jeśli we wspólnej kasie będzie mniej środków do podziału. Może dojść wtedy do zaostrzenia walki o to, co zwykle, czyli o podział zasobów.

Zjednoczone Niemcy mogą być hegemonem w Europie?

Hegemon musi umieć zaprowadzić ład i stać na jego straży, tymczasem pod tą quasi-hegemonią niemiecką Europa staje się coraz bardziej chaotyczna. Niemcy nie dysponują odpowiednimi instrumentami władzy, by być rzeczywistym mocarstwem. Nie są wystarczająco silne militarnie i politycznie. Ich armia jest tylko trochę liczniejsza od armii greckiej, służby specjalne są na normalnym europejskim poziomie. Jak może być mocarstwem europejskim ten, kto nie posiada broni atomowej, w sytuacji gdy inne państwa europejskie – Francja i Wielka Brytania– ją mają? To samo dotyczy „miękkiej siły”. Zazwyczaj porównujemy ich siłę do naszej, ale to nie jest odpowiedni punkt odniesienia, bo UE nie ogranicza się do naszego regionu.

Ale Niemcy mają pieniądze.

Mogą nimi jedynie uzależniać od siebie inne państwa, robić z nich swoich politycznych klientów. Nowe państwa UE straszono, że jeśli się nie zgodzą na przyjęcie imigrantów, to obetnie się im fundusze unijne. Miały dylemat: czy się podporządkować ośrodkom, decydującym o rozdziale imigrantów, w tym Niemcom, czy zrezygnować z tych pieniędzy. Instrument finansowy działa tylko wobec państw, które uzależniają się od zewnętrznego strumienia pieniędzy. Wystarczy, że ktoś daje sobie radę bez zewnętrznych transferów czy kredytów, a instrument staje się bezużyteczny. Albo Grecja: oczywiście Niemcy czy MFW wywierały na nią presję, ale rząd Ciprasa nie ustąpiłby, gdyby nie potrzebował pilnie nowych kredytów i transferów. Instrument finansowy działa tylko wobec tych państw, które się uzależniają od zewnętrznego strumienia pieniędzy. Nie bagatelizuję roli Niemiec jako wielkiego państwa i potężnej gospodarki, ale gdyby np. grecka elita potrafiła wywikłać się z finansowej zależności, to co Niemcy mogliby jej zrobić? Przecież nie zablokują Grecji okrętami wojennymi dostępu do morza. Osiągnięciu pozycji hegemonialnej nie pomaga też sytuacja demograficzna Niemiec. Polityka mocarstwowa opiera się zawsze na swego rodzaju „awanturnictwie”, podejmowaniu politycznego ryzyka, a gdy społeczeństwo się starzeje, to zaczyna dominować mentalność emerycka – chęć obrony stanu posiadania. Bez dynamicznego, młodego pokolenia prowadzenie polityki hegemonialnej jest trudne, jeśli nie niemożliwe.

Jak Polska powinna współpracować z obecnymi Niemcami ?

Podczas spotkania z prezydentem Gauckiem prezydent Andrzej Duda mówił o strategicznym partnerstwie – jestem za, cokolwiek miałoby to znaczyć (śmiech). Ale „dobre stosunki z Niemcami” to tylko slogan, liczą się konkrety. Wbrew pozorom przeszkodą okazał się nadmierny nacisk kładziony po 1989 r. na „pojednanie” – jak podkreślał niemiecki filozof Peter Sloterdijk, w relacjach między narodami najlepsza jest spora doza zwykłej obojętności. Warto na szczeblu państwowym poruszać jedynie te historyczne tematy, które są bezdyskusyjnie wspólne. Dlatego np. prezydent Komorowski popełnił błąd biorąc osobiście udział w uroczystościach upamiętniających zamach Stauffenberga na Hitlera i porównując go do Powstania Warszawskiego. Pożyteczne byłoby też rozwijanie „krytycznego niemcoznawstwa”, które odeszłoby od przewidywalnego i jałowego krytykowania Niemiec a zarazem dystansowałoby się od naiwnych zachwytów nad sąsiadem.

„Trzecia Droga” między germanofobią a germanofilią?

Tak. Przykładem takiego „krytycznego niemcoznawstwa” zastosowanego w sferze politycznej jest choćby świetne stwierdzenie Victora Orbana, że to, co Niemcy robią w kwestii uchodźców, to „moralny imperializm”. Nasza krytyka Niemiec jest bardzo schematyczna. Tymczasem dobrych argumentów dostarczają nam… sami Niemcy – szkoda, że na język polski nigdy nie została przełożona taka książka, jak Niemcy likwidują się same” byłego członka zarządu Bundesbanku Thilo Sarrazina, w której już kilka lat temu przestrzegał, że Niemcy nie radzą sobie z napływem imigrantów. Trzeba szerzej popularyzować u nas niemieckich krytyków obecnego establishmentu i jego polityki. To stworzyłoby nam szersze pole manewru, przynajmniej na płaszczyźnie intelektualnej i psychologicznej.

Tomasz Gabiś – germanista, publicysta piszący o sprawach niemieckich. W latach 80-tych redaktor i publicysta prasy podziemnej, w latach 1990-2004 redaktor naczelny pisma „Stańczyk”, obecnie redaguje portal nowadebata.pl.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułCzy liczby mówią prawdę o gospodarce Chin?
Następny artykułMoja odpowiedź na nie-odpowiedź Michała Kuzia na moją krytykę jego artykułu „Grecja, czyli jak centrum pożera peryferie”
Tomasz Gabiś był w latach 1982-1989 publicystą i współpracownikiem podziemnych czasopism wrocławskich „Region”, „Konkret”, „Nowa Republika”, „Ogniwo”, „Replika”, „Herold Wolnej Przedsiębiorczości”. W 1986 r. należał do założycieli ukazującego się poza cenzurą pisma konserwatystów i liberałów „Stańczyk”. W latach 1986-1989 roku był publicystą i redaktorem naczelnym „Kolibra” – autonomicznej, wrocławskiej części „Stańczyka”. W latach 1990-2004 był redaktorem naczelnym „Stańczyka”. Autor książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008) Przetłumaczył z języka niemieckiego następujące książki: Erik von Kuehnelt-Leddihn, Przeciwko duchowi czasu, Wektory, Wrocław 2008, Josef Schüßlburner, Czerwony, brunatny i zielony socjalizm, Wektory, Wrocław 2009, Roland Baader, Śmiercionośne myśli. Dlaczego intelektualiści niszczą nasz świat, Wektory, Wrocław 2009. Gerhard Besier, Stolica Apostolska i Niemcy Hitlera, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2010. Jürgen Roth, Europa mafii, Wektory, Wrocław 2010. Bruno Bandulet, Ostatnie lata euro, Wektory, Wrocław 2011. Philipp Ther, Ciemna strona państw narodowych. Czystki etniczne w nowoczesnej Europie, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2012. Reinhard Lindner, Menedżer Samuraj. Intuicja jako klucz do sukcesu, Kurhaus Publishing, Warszawa 2015. Jana Fuchs, Miejsce po Wielkiej Synagodze. Przekształcenia placu Bankowego po 1943 roku, Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2016. Maren Röger, Ucieczka, wypędzenie i przesiedlenie. Medialne wspomnienia i debaty w Niemczech i w Polsce po 1989 roku, Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy`ego Brandta Uniwersytetu Wrocławskiego, Wydawnictwo Nauka i Innowacje, Poznań 2016. Pełny życiorys tutaj: http://www.tomaszgabis.pl/zyciorys/

ZOSTAW ODPOWIEDŹ