Kalifat? Przynęta dla głupców!

0

Studentka drugiego roku Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego, Warwara Karaułowa, która podjęła nieudaną próbę ucieczki na wojnę do Syrii, dokonała jednocześnie wielkiego dzieła. Dzięki niej kraj w końcu oderwał wzrok od Ukrainy i dowiedział się, że Rosjanie już od dawna masowo uczestniczą w jeszcze jednej cudzej wojnie. Od 2011 r. setki, jeśli nie tysiące naszych obywateli: mężczyźni i kobiety, muzułmanie od urodzenia i ci, którzy niedawno przyjęli islam, z wykształceniem i bez, pracownicy umysłowi i fizyczni, bogaci i biedni, bojownicy kaukaskiego podziemia i walczący z nimi przedstawiciele struktur siłowych, całymi rodzinami jadą do kraju, gdzie toczy się wyniszczająca wojna domowa między rządem a opozycją; między alawitami (wyznawcami szyickiego odłamu islamu) a radykalnymi ugrupowaniami sunnickimi. Wszędzie słyszy się strasznie brzmiący skrót – PI[1] – nazwy organizacji zakazanej na terytorium Rosji. Ugrupowanie to – nawet jeśli najbardziej okrutne i aktywne − jest zaledwie jednym z bardzo wielu ugrupowań islamskich na terytorium Syrii i Iraku. Co ciekawe, z postępowań karnych, które wszczyna się w Rosji przeciwko powracającym z wojny syryjskiej (a w ciągu czterech lat zdążył uformować się też ruch powrotny), wynika interesujący fakt: nasi rodacy trafiają nie tylko do PI, ale również do ugrupowań, które stawiają mu opór. Jednym z nich jest ugrupowanie Dżajsz-al-Muhadżirin wa-al-Ansar utworzone początkowo z obywateli byłego ZSRR. Właśnie w jego szeregach walczą wychodźcy z naszego kaukaskiego podziemia. Wśród nich przeważają Czeczeni i Dagestańczycy. Jednak organizacja ta oficjalnie nie jest uznawana przez Rosję za terrorystyczną. Z kolei PI za takową zostało uznane przez Sąd Najwyższy Rosji dopiero 29 grudnia 2014 r. Nie jest to bynajmniej opóźniona reakcja Rosji, jest to przejaw tego, że działaniom Rosji przyświecają inne cele.

W kwietniu b.r. prezydent Rosji ogłosił: „Dla nas oczywiście żadnego bezpośredniego zagrożenia ze strony PI nie ma. Wyrażamy jednak zaniepokojenie tym, że nasi obywatele angażują się w jego działalność”. Minęło kilka miesięcy i ojciec studentki Karaułowej postawił na nogi cały kraj, wykorzystał wszystkie swoje znajomości, żeby uratować córkę. Ledwo zdołał uchronić ją przed sprawą karną z art. 208 o „terroryzmie”.

Przypadek Warwary Karaułowej dobitnie pokazał, że odpływ obywateli rosyjskich na wojnę do Syrii jest problemem wyłącznie samych obywateli i ich bliskich. Rosyjskie służby, które kontrolują ten proces od samego początku, nie utrudniają go, co więcej, sprzyjają mu. A w kategoriach zagrożenia bezpieczeństwa państwa postrzegają tylko tych, którzy próbują z tej wojny wrócić.

Osobliwa strefa. Wioska Nowosasitli

Wioska Nowosasitli, powiat chasawjurtowski, Dagestan. Tylko z tej wioski od 2011 r. wyjechały w celu prowadzenia walk w Syrii dwadzieścia dwie osoby, w tym trzy kobiety. Dla wioski liczącej zaledwie 2500 mieszkańców – to bardzo duża liczba. Dla porównania: z rozpieranego patriotyzmem półtoramilionowego Jekaterynburga do Donbasu wyjechało około 500 osób. I teraz o Jekaterynburgu jest głośno w całej Rosji.

Pięciu z tych, którzy wyjechali z Nowosasitli – zginęło. Wróciło również pięciu, przeciwko którym wszczęto postępowanie na podstawie art. 208 pkt. 2 Kodeksu karnego Federacji Rosyjskiej o „Udziale w zbrojnej grupie na terytorium obcego państwa w celach sprzecznych z interesami Federacji Rosyjskiej”.

Z szefem administracji wioski Nowosasitli – Achiadem Achmedowiczem Abdullajewem spotykam się późnym wieczorem. W trzypiętrowym budynku administracji tylko w jednym oknie pali się światło, a drzwi nigdy nie są tam zamknięte: nie ma w nich po prostu zamka. Tutaj nawet nie ma co kraść, a wioska jest tak prawowierna, że Achiad nie przypomina sobie przypadku kradzieży w ciągu całej swojej kadencji. „Mam tutaj do czynienia głównie z poważnymi oskarżeniami – z art. 205 (terroryzm) i art. 208 (udział w nielegalnej bandyckiej grupie zbrojnej)” – wylicza swoje zmartwienia.

Pod oświetlonym oknem kręci się uciekinier z miejscowego bandyckiego podziemia − mieszkaniec Nowosasitli. Zwrócił broń i dobrowolnie przyznał się do winy, a partyzanci przysłali mu ultimatum: płać lub wyjeżdżaj na wojnę do Syrii, inaczej nie damy ci spokoju. Chłopak nie wie, co robić. Czeka pod drzwiami na Achiada Abdullajewa, który rozstrzyga spory między partyzantami ze swojej wioski, mieszkańcami, którzy z ich powodu cierpią, a przedstawicielami struktur siłowych, którzy generalnie wszystkich mieszkańców Nowosasitli uważają za bandytów. W 2010 r. Achiad w wyborach szefa administracji wiejskiej otrzymał 91,4 % głosów. Awansem. Jeśli wybory odbyłyby się dzisiaj, to myślę, że wynik mógłby być jeszcze bardziej spektakularny.

Mieszkańcy wioski Nowosasitli to potomkowie wychodźców ze starych Sasitli − wioski, położonej niczym orle gniazdo, na uskoku wschodniego zbocza Grzbietu Kaukaskiego, na wysokości powyżej 3000 metrów. To właśnie odizolowanie zdecydowało o ich losie. Wioska Nowosasitli – jak uważa Achiad Achmedowicz – powstała dzięki wyjątkowej religijności mieszkańców Sasitli, którą nadal troskliwie chronią i przekazują z pokolenia na pokolenie. W 1944 r. mieszkańców Sasitli spędzono z gór i zmuszono do zajęcia pustych domów Czeczenów, których deportowano do Kazachstanu. Byli oni głównie rozmieszczani w górnych częściach Czeczeni (powiat wedeński). Należy przyznać, że tamtejsze warunki życia okazały się iście królewskimi w porównaniu z surową, małą ojczyzną mieszkańców Sasitli. Niemniej jednak, gdy w 1957 r. Czeczeńcy zaczęli powracać z deportacji, Sasitlińcy w sposób zorganizowany i dobrowolny opuścili ich domy. „To nie nasze ziemie i nie nasze domy – mówi sołtys wyraźnie dumny ze swoich rodziców. − Odeszliśmy, nie zabierając ze sobą niczego. Postąpiliśmy zgodnie z szariatem, według którego nie mieliśmy prawa tam mieszkać”.

Kierujący się zasadami szariatu Sasitlińcy założyli nową wioskę na równinie w powiecie chasawjurtowskim. Wcześniej przy wjeździe do niej stał szlaban, który symbolicznie wyznaczał granicę między rosyjską przestrzenią prawną a szariatem. Szlaban został zniesiony przez rozwścieczonych funkcjonariuszy policji. Teraz tym policjantom nie sprzedadzą w sklepie wiejskim nawet wody z kranu w gorący dzień. Dlatego policji tam nie ma. „Wcześniej dzielnicowy bał się, a teraz po prostu nie przychodzi” – śmieje się sołtys i z ujmującą samokrytyką podkreśla: „Pod kątem zagrożenia terrorystycznego jesteśmy na trzecim miejscu za Gimry i Bałachani”.

Wyjaśnijmy, że zarówno dagestański Nowosasitli, jak Gimry i Bałachani oraz słynny „kadarski trójkąt”[2] z punktu widzenia ich relacji z państwem są osobliwą strefą – bolączką rosyjskich służb specjalnych. Miejscowa ludność składa się niemal wyłącznie z salafitów i wahabitów, przy czym sąsiednie wioski wiodą życie bez porównania spokojniejsze. Problem tych wiosek jest na tyle poważny, że w Dagestanie podjęta została próba umownej legalizacji salafizmu: oficjalnie zaczęto mówić, że nie jest to ekstremistyczny nurt islamu, a jedynie dopuszczalne odgałęzienie. Jednak, jak widać, policjantów z Nowosasitli te wykładnie teologiczne w żadnym razie nie uspokajają. Zresztą brak policji w ogóle nie wpływa na codziennie życie wioski. Funkcje śledczych i sądu pełnią tu sami mieszkańcy. Już około dwudziestu lat prawo dyktuje sąd szariacki („diwan”), do którego wybiera się trzydziestu przedstawicieli z najbardziej szanowanych rodzin. Karą, którą wymierza „diwan” jest chłosta. Niedawno jeden z mieszkańców wsi, który próbował porwać inną mieszkankę w celu jej poślubienia, otrzymał karę chłosty − 20 kijów.

Achiad również bierze udział w posiedzeniach „diwanu”, pomimo że z punktu widzenia swoich prawowiernych współmieszkańców jest nieczystym muzułmaninem, gdyż pełni służbę na stanowisku publicznym. Przy czym Achiadowi nikt nie robi z tego powodu problemów, i nie dlatego, że już od siedmiu miesięcy nie otrzymuje wynagrodzenia (z braku pieniędzy w budżecie rejonowym), ale dlatego, że jest pośrednikiem między wioską ekstremistów a wrogim dla niej państwem.

Gdy ja palę na werandzie, Achiad na moją prośbę sporządza listę tych, którzy odeszli na wojnę syryjską. Mieszkańcy Sasitli rozpoczęli swój pochód w 2011 r. W Syrii istnieje nawet oddział złożony z samych Sasitlińców. Wszystkich, którzy odeszli, sołtys wioski zna dokładnie z imienia. Jedna za drugą następują krótkie, ale wyczerpujące charakterystyki.

„Mahomet Anyczew. Wyjechał do Syrii, bo uczył się tam jego syn. Syn Mahometa poszedł walczyć, ojciec nie zdołał go od tego odciągnąć, syn zginął. Mahomet nie mógł tutaj usiedzieć, jego żona zwariowała. I on pojechał do Syrii, żeby samemu zobaczyć za co walczył jego syn, aby chociaż zobaczyć jego grób. W rezultacie wrócił do domu bez ręki.

Tagirow. Uczył się w Syrii, poszedł na wojnę prosto z uniwersytetu. W naszej wiosce dzieci wielu mieszkańców uczyły się w syryjskich instytutach religijnych. I ten czynnik oczywiście odegrał swoją rolę.

Kobieta Chula. Wyjechała z mężem i dwoma synami. Na jednego z jej synów polowali funkcjonariusze struktur siłowych, dostał paszport i wyjechał do Syrii. Rodzina pojechała za nim. Wszystkich mężczyzn Chuli zabito i została tam sama.

Arun. To syn nieszczęśliwej matki. Ma ona jeszcze dwie córki. Wydała za mąż córki, a jedynemu synowi wybudowała dom. A on jak raz – biret − i wyjeżdża do Syrii. A tam go zabijają. Chłopak miał 17 lat. Majętna rodzina, cudowna matka, chciała go ożenić. Czego mu brakowało?

Abdulkadyrow. Walczył tutaj w lesie, jakimś sposobem udało nam się go wyciągnąć przez FSB, ale policja zaczęła go śledzić, a później i partyzanci. Chłopak znalazł się między młotem a kowadłem i wyjechał do Syrii. Wychodzi na to, że jedni i drudzy postawili go przed faktem: żyć możesz tylko na wojnie.

Szamil Cerow. Zuchwały głupek. Ojciec postanowił ożenić go z dziewczyną z tej samej wioski, a on wyjechał do Piatigorska i ożenił się z Rosjanką, która przyjęła islam. Ojciec doprowadził do ich rozwodu, zaciągnął go do wioski i ożenił z miejscową dziewczyną. Otworzył mu sklep, dał towar, by mógł nim handlować, ale chłopak nie chciał pracować. Zwiał do Syrii. Oto i całe jego życie. Czy wy myślicie, że on uciekł na wojnę? Daję wam słowo, że nie. Tacy jak on nie walczą. Tacy – sami nie wiedzą, czego chcą”.

Operacja specjalna wypychania z Rosji: „a niech walczą, byle nie tutaj”.

A po co właściwie ci ludzie jadą walczyć do Syrii? Jeśli zadacie to pytanie Sasitlińcom, to najczęstszą odpowiedzią, którą usłyszycie będzie cytat z hadisu proroka Mahometa o świętej wojnie w Szamie (Syrii). Jego sens jest następujący: jeśli prawowierny muzułmanin nie weźmie udziału w świętej wojnie, której celem jest stworzenie kalifatu, to nie trafi do raju. Od momentu rozpoczęcia wojny w Syrii hadis ten cieszy się dużą popularnością w Internecie. Pojawia się też często w mowach islamskich duchownych. Materiały związane z nim, przy czym napisane w języku rosyjskim, już od kilkunastu lat są bezpłatnie rozpowszechniane w Internecie − głównej platformie werbunkowej. Federalna służba nadzoru nad masowymi środkami komunikacji (Roskomnadzor) i prokuratura, które uważnie śledzą rosyjskie media pod kątem niecenzuralnego słownictwa, żenująco mało uwagi poświęcają agresywnym „syryjskim” treściom propagandowym.

„To jest proroctwo” − mówi mi adwokat jednego z ochotników, który wrócił z Syrii. „Przez to, że jest ono tak niejasne − łatwo nim manipulować, zresztą jak każdym innym proroctwem − Nostradamusa czy Wangi. Niektórzy w to wierzą. Mój klient na przykład naprawdę uwierzył, że może zostać zbawiony jedynie poprzez udział w wojnie syryjskiej. Uzbierał pieniądze i pojechał. Dobrze, że chociaż nie zabrał ze sobą rodziny jak niektórzy. Najwidoczniej nie zdołał zebrać pieniędzy na wszystkich. Walka na wojnie to generalnie kosztowna przyjemność. Wielu myśli, że na wojnie można zarobić. A okazuje się, że tracą swoje pieniądze i zapożyczają się u rodziny. Nie spotkałem jeszcze takich, którzy wróciliby z pieniędzmi. Ich standardowa trasa to pociąg relacji Machaczkala − Baku, potem autobus Baku − Stambuł, dalej do Trabzonu, i tam już marszrutka do granicy syryjskiej. W przygranicznej «szarej strefie», którą Turcja surowo kontroluje na wjeździe, a z kolei przy wyjeździe spokojnie wypuszcza wszystkich chętnych, mojego klienta odebrał przewodnik. W obozie bojowym przydzielono go do oddziału, do którego razem z nim trafili dwaj geje. Poskarżył się dowódcy. Odwoływał się do propagandy PI: «żaden występek nie powinien mieć miejsca na terytorium kalifatu», «policja moralna» ostro karze za palenie i alkohol, a homoseksualizm jest karany śmiercią. A dowódca oddziału odpowiedział mu: «To nie twoja sprawa, kiedy będę miał taką potrzebę – zabiję ich». Mój klient rozczarował się i z wielkim trudem wrócił. I tak – trafił za kratki. Święta wojna kosztowała go jak w tym rosyjskim powiedzeniu: wejście – rubel, wyjście – dwa…”

Pytam Achiada Abdullajewa, czy dużo jest oczarowanych słowami wątpliwego hadisu, który wzywa na śmierć? Czy wielu jest gotowych umrzeć za wiarę? Achiad przedstawia swoją listę. „Ja w ogóle nie widzę tu szczególnie religijnych. Taki Abasow. On po prostu nie miał innego wyjścia. Sierota, matka zmarła, kiedy jeszcze był niemowlęciem, ojciec ponownie się ożenił, chłopiec mieszkał u obcych ludzi, zimę spędzał w kotłowni. Nie był żadnym fanatykiem religijnym”.

„Albo Chabib. Dwukrotnie bardzo mu pomogłem, został posadzony w Piatigorsku. Zabrali go jako rzekomego podejrzanego o udział w organizacji wybuchu na dworcu, a później sądzono go za szantaż (przekazał biznesmenowi od bojowników pendrive, na którym było żądanie zapłaty haraczu partyzantom, w przeciwnym razie będzie z nim źle). Chabib był aktywnym pomocnikiem partyzantów, choć sam nie jest partyzantem. A to znaczy, że jego ręce nie były ubrudzone od krwi, on nie przeszedł tej granicy. Poza tym on od dziecka nie ma jednej ręki. Jest inwalidą. A bojownicy dali mu zadanie – zabić dowódcę wydziału kryminalnego. Pieniądze, które za to dostał, wydał, lecz dowódcy nie zabił. W dużym skrócie – wpadł na dobre. Poprosił mnie o pomoc. Porozmawiałem z policją, ale oni postanowili go zgarnąć jako bojownika. I jedynie czysty przypadek sprawił, że im się to nie udało. Przyjechali po niego, Chabib w tym czasie znajdował się w domu naprzeciwko, był u swojej umierającej babci. Udało mu się uciec. Ale dokąd iść? Do lasu przecież nie może. Musiał jechać do Syrii. A on, nawiasem mówiąc, ma trójkę dzieci. Z Syrii też go wygnali. Nie ma przecież prawej ręki, więc strzelać nie mógł. Wiem dobrze, że on nie chciał walczyć…”

Achiad zdenerwowany maże długopisem po swojej liście, na której naprzeciw każdego nazwiska widnieją litery. „W” – wojna. „A” – areszt. „Z” – zginął.

„Znam człowieka, który od piętnastu lat jest na wojnie − kontynuuje − walczył w Czeczenii, w Palestynie, w Afganistanie, w Iraku, teraz w Syrii. On zapewne nie umie już żyć bez wojny. Gdy tacy jak on odchodzą na wojnę, nie jest ich żal. Mamy u nas w wiosce negocjatora, który razem z FSB wyciągnął kilku liderów podziemia i wysłał ich na dżihad za granicę. Nasze podziemie osłabło i jest nam dobrze. Jeśli oni chcą walczyć – niech walczą, byle tylko nie tutaj. To nie był biznes, czy przejaw słabości, ale swego rodzaju ekskluzywne operacje specjalne, które całkowicie popierałem. Ale gdy do Syrii zaczęli uciekać chłopcy z wioski i im otwarto «zielony korytarz», zacząłem osobiście im to utrudniać”.

O nim można nakręcić thriller: „Negocjator”

Wysoki, na wpół siwy człowiek, który w żaden sposób się nie przedstawia. Wpuszcza nas do domu w nocy, zamienia kilka słów w języku awarskim z moim towarzyszem. Wygląda na to, że rekomendacje, które usłyszał wzbudziły względne zaufanie do mnie. Żelazna, ale bardzo prosta furtka do domu ma zupełnie banalne zamknięcie. Drzwi domu w ogóle się nie zamykają. Bo po co?

Pali mocne ormiańskie papierosy jednego za drugim i cały czas żartuje. Mój towarzysz, który nas zapoznał nazwał go „straconym”. A jak inaczej można nazwać człowieka, który balansuje między podziemiem a FSB?

Zresztą on sam również za takiego siebie uważa. Ale wcale nie ze względu na „specyfikę pracy”. Ale dlatego, że jest bardzo ciężko, a możliwie, że śmiertelnie, chory.

„Nasza wioska zdecydowanie nie należy do tych zwykłych. Obok mieszkają sąsiedzi, handlują winem [mowa o sąsiedniej wiosce – J.M.], nic się u nich nie dzieje. Nuda. A nasi mieszkańcy są wyjątkowo poprawni, wyjątkowo religijni. W skrócie − święci ludzie.

Dlatego jeszcze kilkanaście lat temu wioską rządziło dziewięciu uzbrojonych «świętych ludzi». Prawdziwi partyzanci z lasu, każdy ze swoją bandą. Przedstawiciele struktur siłowych nie mieli dostępu do wioski. Agentury jako takiej nie było. Był co prawda akademik, gdzie mieszkały rosyjskie panienki, które przeszły na islam. Utrzymywali je bojownicy, a ochraniali funkcjonariusze FSB. Oczywiste jest do czego tym pierwszym były potrzebne dziewczyny. Z kolei tym drugim były potrzebne do kontaktu z partyzantami. Moim zdaniem ten pomysł był skazany na niepowodzenie. Pożytku z takich «świętych» było mało, a hałasu o nie dużo. Gdy partyzanci grabili biznes, dziewczyny miały dużo pieniędzy i wyraźnie rozzuchwalały się. Gdy pieniędzy nie było, prosiły o pomoc wioskę. Z jednej strony odmówić im pomocy nie wolno, mają przecież dzieci, z drugiej − one cały czas uczyły życia naszą młodzież. Nasze chłopaki swego czasu pomagali nauczycielce w budowie domu. Jak tylko włączyli muzykę, panienki zaczęły ich besztać: islam i lezginka, jak się okazuje, nie idą w parze. Mieszkańcy wioski byli rozwścieczeni, bo przestaliśmy już rozumieć, kto tu jest muzułmaninem: my czy te dziewczynki? Dlatego zażądano od sołtysa, by zabrał je stąd jak najdalej. Ten zadzwonił do znajomych z FSB. Dziewczyny rozpłynęły się w powietrzu, tak jakby ich nigdy nie było. Poza akademikiem, przedstawiciele struktur siłowych nie mieli pojęcia, jak mogą dotrzeć do naszego podziemia, gdyż zgodnie z zasadami szariatu, swoich nigdy nie można wydać, choćby nawet postąpili jak szakale.

Policja w takich sytuacjach działa bardzo zdecydowanie. Co tydzień ma miejsce «zaczystka». Nawet nasze zwierzęta zaczęły reagować na ten skandal. Na dźwięk jadących po moście urali i podążających za nimi ludzi z automatami koguty pieją na całe gardło. W wiosce szum i chaos. Przetrząsają meczet, szkołę hafizów, w której dzieci uczą się Koranu (lepiej, żeby uczyły się tutaj niż wyjeżdżały do Syrii) i zamykają ją, przeszukują starców, z kobiet zrywają hidżaby, wywracają domy do góry nogami. Pożytek z tego – zerowy. Jeśli bowiem jednego zatrzymają i go pobiją – to jutro już dwóch zwieje do lasu. Partyzantom to tylko na rękę. Koniec końców sołtysa wioski postawiono przed faktem: KTOŚ dziś zostanie zatrzymany. A dla wioski jest to wyniszczające.

W tym czasie w ręce FSB wpadł mój siostrzeniec. Podrzucono mu broń, bo nie chciał współpracować. Zaproponowałem: oddajcie mi siostrzeńca, wyciągnę z lasu jednego partyzanta. Tym partyzantem był jeden z mieszkańców naszej wioski, uznawany za «aktywnego pomocnika». Nie był jednak prawdziwym bojownikiem. Ale w tym czasie dostał polecenie, by pojechać do Bujnaksk i kupić dwie taśmy nabojów oraz materiał wybuchowy od rosyjskich żołnierzy.

…wówczas jest już za późno na zmianę, po czymś takim człowiek ostatecznie nurkuje do lasu, gdyż za to grozi oskarżenie z art. 205. W każdym razie, udało mi się go wyciągnąć (mieszka teraz w wiosce i zajmuje się budownictwem). Siostrzeńca również zwrócono mi całego i zdrowego. Tym samym znaleźliśmy wspólny język z funkcjonariuszami FSB, chociaż na początku bałem się, że będą mnie wykorzystywać jako donosiciela. A oni nie potrzebowali donosiciela, lecz negocjatora. Dla nich nie liczą się «słupki» w statystyce, a konkretny rezultat. Podziemie bez liderów to słabe podziemie. Do liderów nie da się tak po prostu dotrzeć, ale jeśli ich się wyciągnie, to już jest rezultat. A wyciągnąć można praktycznie każdego. Najważniejsze to wiedzieć, gdzie przycisnąć.

Podałem funkcjonariuszom FSB siedem nazwisk. Powiedziałem, że mogę ich wyciągnąć. Na sam dźwięk pierwszego nazwiska szef FSB aż podskoczył: «Naprawdę dasz radę zaaranżować z nim spotkanie?» To był emir północnego sektora, bardzo groźny człowiek, był w posiadaniu dużej ilości sprawdzonych informacji, miał na koncie kilka wybuchów i planował jeszcze jeden. Nie powiedziałem im tylko, że był on moim przyjacielem z dzieciństwa. A oni obiecali: wyciągniesz z lasu − w wiosce nie będzie więcej KTO [akcja antyterrorystyczna − przyp. red.].

Na początku wybrałem się do krewnych emira. W wiosce generalnie każdy jest czyimś krewnym. Ten, kogo zabiją, albo ten, kto zabił, stanie się obowiązkowo krewnym. Czy my zabijamy rosyjskich żołnierzy? Oni są niedostępni. Wychodzi na to, że zabijamy siebie nawzajem. Ojciec emira poczuł swoją odpowiedzialność względem wioski (bo gdzie ma się podziać?) i skontaktował się z synem.

Pierwszy raz spotkałem się z emirem na cmentarzu. Wyjaśniłem mu sytuację, on mnie wysłuchał. Skoro wioska, ojciec i ja prosimy go, to on wyjdzie. Ale postawił warunki: będzie miał do czynienia tylko z FSB, w lesie nikt nie powinien wiedzieć o negocjacjach, żadnej amnestii, żadnej komisji adaptacyjnej. On wyjdzie, zrobią mu paszport zagraniczny i odeślą do Turcji. To wszystko. I jeszcze jedno: potrzebne jest słowo szejka. Szanowanego człowieka, który zna Koran. Jego słowo będzie decydujące.

Złapałem się tego i powiedziałem: «Załatwię wszystko, a ty zrobisz to, co powie szejk». Emir był przekonany, że szejk nigdy nie powie, żeby wyszedł z lasu. Miał na myśli bardzo konkretnego szejka, który kiedyś wzywał wioskę na wojnę czeczeńską. Ale my «świętego» przywieźliśmy na komisariat i pokazaliśmy mu jego teczkę. Szejk nie chciał trafić za kratki. Obiecał dorobić niezbędną bazę ideologiczną. Co do paszportu w FSB powiedzieli, że to już ich problem.

Negocjacje trwały długo. Emir bardzo liczył na szejka, ale gdy ten powiedział, że wojna na dzień dzisiejszy skończyła się i należy w porę się zatrzymać – uległ. W końcu pisemnie, dobrowolnie przyznał się do winy, wyrobiono mu paszport, i wysłano go do Turcji. Oficjalna wersja brzmiała, że go zabito. Po jego odejściu podziemie się skłóciło i osłabło, a my później tym samym sposobem wyprowadziliśmy jeszcze pięciu ludzi. Cel został osiągnięty. To był rok 2012. Tuż przed tym, jak otworzył się «syryjski» kierunek. A dokładniej, zanim go otworzono…” – w tym momencie mój rozmówca wymownie się uśmiecha.

Jak z Dagestanu trafiają do Syrii. Kto otworzył „korytarz”?

 − Czym jest „zielony korytarz”? – pytam Achiada Abdullajewa. − Opowiem pani historię, a wnioski niech pani sama wyciągnie − odpowiada sołtys. – Dlatego, że to są bardzo nieprzyjemne rzeczy. Nikt pani tego bezpośrednio nie powie. Nikt.

„Jako jeden z pierwszych, do Syrii wybrał się mój siostrzeniec. W towarzystwie niedosłyszącego inwalidy i głupka, który siedział oskarżony z art. 208. Dowiedziałem się o tym przypadkowo. Zadzwoniono do mnie i oddano mi ich paszporty – uprzedzili mnie po koleżeńsku. Wszyscy wtedy rozumieliśmy, do czego im paszporty. Zabrałem dokumenty, zadzwoniłem do rodziców. Oni narobili krzyku. Mówię im: nie mówcie tylko nikomu, że to ja wam o tym powiedziałem, nie róbcie szumu, schowajcie paszporty. Brat zabrał paszport siostrzeńca, schował i milczy. Ten też milczy. Mijają trzy dni, dzwoni brat: «Wyjechali!» Dzwonię do FSB. Mówią mi, że oficjalnie siostrzeniec nie otrzymał w ogóle żadnego paszportu. Nieoficjalnie − drugi paszport wyrobili mu w trzy dni. Poruszyłem ten temat na zebraniu u prezydenta republiki. To było jeszcze w 2012 r. Wtedy zabrał głos przedstawiciel z MSW i zbeształ mieszkańców naszej wioski. Jesteście tacy i owacy, macie centrum werbunku, gniazdo os. Na mnie również napadł. Prezydent dopuścił mnie do głosu i opowiedziałem historię mojego siostrzeńca. Wprost z trybuny pytam więc szefów służb specjalnych: gdy człowiek zwraca się do służby migracyjnej w celu wyrobienia paszportu, dlaczego nie mogą skontaktować się na przykład z sołtysem wsi? Ja przecież o swoich wiem wszystko! Przytaknęli mi na zebraniu, lecz nikt niczego nie zrobił. Zrozumiałem wtedy, gdzie te paszporty się sprzedaje. Dlatego, że funkcjonariuszom struktur siłowych jest obojętne dokąd oni wyjadą – grunt, żeby wyjechali”.

Faktem jest, że w czasie trwania wojny „syryjskiej” aktywność podziemia północnokaukaskiego spadła dwukrotnie. Potwierdzają to wszyscy: „siłowcy”, eksperci, obrońcy praw człowieka, mieszkańcy regionu… Zapewne z punktu widzenia naszych służb jest to realny sukces. Okazało się, że państwo nie jest w stanie rozwiązać ani jednego problemu, który dostarczał podziemiu świeżej krwi: korupcja, niedziałające prawo, brak możliwości awansu społecznego, degradacja wszystkich sfer życia na Kaukazie, prowadząca do archaizacji społeczeństwa, niemożność rozwiązywania konfliktów na tle religijnym drogą pokojową – wszystko to jak było, tak i pozostało. Jednakże wojna w Syrii zainicjowała nową strategię służb specjalnych: ponad dwa lata kierunek Syrii miał zielone światło. W czasie, gdy kraje zachodnie biły na alarm i poszerzały swoje listy islamskich organizacji terrorystycznych, w Rosji panowała cisza. Północnokaukascy bojownicy odeszli na cudzą wojnę. Tymczasem strategia dała także skutek uboczny, którego najprawdopodobniej nie spodziewano się. Niekontrolowany „syryjski” wirus szeroko rozszedł się po kraju, dosięgając ofiar tam, gdzie zarówno pod względem warunków geograficznych, jak i socjalnych, daleko było od naszego Kaukazu. Mamy epidemię, której ofiarami są młode osoby, jak Waria Karaułowa. Jednak w oczach służb specjalnych nie są one ofiarami. Biorąc pod uwagę zdobyte przez nich w Syrii doświadczenie – są zagrożeniem. W listopadzie 2013 r., rok przed oficjalnym uznaniem PI za organizację terrorystyczną, Władimir Putin podpisał nowe poprawki do Kodeksu karnego Federacji Rosyjskiej, które blokują możliwość powrotu. Poprawki zaostrzyły odpowiedzialność karną do 10 lat więzienia za udział w uzbrojonych formacjach na terytorium innych państw.

Oni zarobili mnóstwo pieniędzy na PI − „Przewodnicy”

− Mówiono mi, że na zakup paszportów był zorganizowany specjalny fundusz. Jak coś takiego mogło umknąć służbom specjalnym? – ostrożnie pytam Achiada.

− Ja nie mam nawet najmniejszych wątpliwości. Były konkretne siły, dostarczano pieniądze i wyrabiano paszporty zagraniczne. I kryto werbujących, którzy czytają kazania o świętej wojnie na piątkowych modlitwach. Mamy u nas dwóch takich. Jeden z nich zameldowany jest w Astrachaniu, nigdzie nie pracuje, a pieniędzy ma tyle, że jest w stanie utrzymać cztery żony. Nasi Sasitlińcy posłuchali go na porannym namazie, gdy on głosił, że powracanie ze świętej wojny jest wielkim grzechem. A nasi dopiero co wrócili. Mnie samego kosztowało wiele wysiłku przeprowadzenie ich przez FSB. Tak więc w ten sam dzień oni wyjechali znowu. I załapali się już na wprowadzone w życie poprawki do kodeksu karnego, bo za pierwszym razem wrócili przed ich wprowadzeniem. Wówczas maksymalnie groził im wyrok w zawieszeniu… może rok. A gdy ich wyciągaliśmy po raz drugi, weszły w życie poprawki i teraz posadzą ich na długo. Za to werbującemu nic nie grozi. Dalej czyta kazania. Drugi taki mieszka w Turcji. Nazywa siebie Abu-Omarem Sasitlińskim. To znana we wsi postać, ale nie ma autorytetu. Oszust z niego.

− W jakim sensie?

− W dosłownym. On na tym PI mnóstwo pieniędzy zarobił… Prawdziwe imię Abu-Omara Sasitlińskiego brzmi: Israil Ahmednabijew. Znajomy funkcjonariusz dagestańskiego zarządu FSB potwierdził, że służby specjalne mają na niego grubą teczkę. Jest on jednym z najbardziej aktywnych werbujących na portalach społecznościowych. Jego posty z tytułem „Wyjazd/podróż do Syrii” to połączenie reklamy „kalifatu” z humanitarnymi wezwaniami o pomoc uchodźcom. Ahmednabijew stworzył fundację charytatywną Ansar i gromadzi fundusze pod przykrywką pomocy humanitarnej dla cierpiących muzułmanów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Syryjscy uchodźcy odgrywają w tym „humanitarnym” projekcie kluczową rolę. Jednakże z materiałów spraw karnych wynika, że w pierwszej kolejności Ahmednabijew zajmuje się przerzutem na wojnę syryjską ochotników, którzy dotarli do Stambułu. Dotychczas, właśnie turecki kierunek był jednym z głównych i najtańszych, a kanał, zorganizowany przez Ahmednabijewa – jednym z najbardziej sprawdzonych. Rosyjskie służby specjalne już od dawna są w posiadaniu dokładnego adresu zamieszkania Ahmednabijewa, a także wszystkich istotnych danych o fundacji charytatywnej Ansar. Jego numery telefonów są dostępne w Internecie na licznych stronach Facebooka i na portalu społecznościowym VKontakte. Niewiadomą pozostaje, czy rosyjskie służby specjalne podejmowały środki zmierzające do jego neutralizacji. 27 listopada ubiegłego roku Ahmednabijew został zatrzymany przez tureckie organy ścigania za naruszenie zasad systemu migracyjnego. Zostało wszczęte dochodzenie przeciwko niemu. Jednak z więzienia Ahmednabijew bardzo szybko wyszedł i kontynuował swoją działalność, a jego strony na portalach społecznościowych nadal są aktywne.

Informacje z frontu „świętej wojny”

Żabrail Colcajew (imię i nazwisko zostały zmienione J.M.) walczył z tak zwanym Oddziałem Sasitlińskim (oddział ten wchodził w skład jednej z jednostek bojowych ugrupowania islamskiego Dżajsz-al-Muhadżirin-wa-al-Ansar). Żabrail jest Czeczenem i występuje w roli świadka w sprawie karnej, wszczętej przeciw Sasitlińcom, którzy powrócili do domu. Podczas gdy inni figuranci czekają na rozprawę w komitecie śledczym, Żabrail siedzi w domu i woli nie wychylać z niego nosa. Jego opowieść o Syrii rażąco różni się od niezwykle skąpych w detale zeznań mieszkańców wioski. Z zeznań tych wynika, że ludzie jechali tam z wszystkich możliwych powodów poza jednym – walką.

„Tak naprawdę absolutnie wszyscy rozumieją, że jadą na wojnę. Jednak w teorii wygląda ona zupełnie inaczej niż na praktyce – mówi Żabrail – Wydarzeniami w Syrii zacząłem interesować się w styczniu 2013 r. Słuchałem kazań szejków salafickich, mówiących o obowiązku udziału w dżihadzie na terytorium Syrii. Aktywnie studiowałem kierunek salaficki w islamie, zakupiłem w tym celu literaturę religijną, podręcznik hadisów Sahih al-Bukhari, przeglądałem w Internecie filmiki z wystąpieniami szejków saudyjskich.

Pod koniec lutego 2013 r. za pośrednictwem portali społecznościowych Odnoklassniki i VKontakte zacząłem rozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, którzy wchodzą w skład syryjskiej uzbrojonej opozycji. Poprosiłem ich o zorganizowanie dla mnie wyjazdu na dżihad. Wedle ich wskazówek wyrobiłem sobie paszport zagraniczny, spakowałem rzeczy i pieniądze. 15 lipca wyjechałem do Baku, a następnie poleciałem do Turcji. Skontaktowałem się z przyjaciółmi. Oni wysłali po mnie swoich ludzi, a ci odwieźli mnie na granicę z Syrią. Tam spotkał się ze mną przewodnik, z którym przeszedłem przez granicę i po godzinie marszu doszliśmy do miasta Atma, gdzie znajdował się sztab ugrupowania Dżajsz-al-Muhadżirin-wa-al-Ansar. Jego liderem jest nasz rodak – emir Abu Omar asz-Sziszani (omar czeczeński). Następnego dnia odwieziono mnie do wojennego obozu przygotowawczego w miejscowości Szejk Sulejman – byłej syryjskiej bazy wojennej, którą zajęli powstańcy, położonej w górach. Główny nacisk kładliśmy na przygotowanie fizyczne, naszym instruktorem był Azerbejdżanin − pseudonim Hattab. Instruktorzy wojenni głównie byli z Azerbejdżanu. Starszym w obozie był Azerbejdżanin Hazma – były oficer ochrony osobistej prezydenta Azerbejdżanu I. Alijewa. Oprócz tego był tam też medyk narodowości rosyjskiej, prowadził zajęcia z udzielania pierwszej pomocy w przypadku ran postrzałowych. Codziennie braliśmy udział w przemarszach przez wyznaczoną miejscowość, mieliśmy zajęcia ze strzelania z broni palnej dużego kalibru: haubic, karabinów DSzK. Uczyliśmy się prowadzić czołgi i strzelać z nich. Szkolenie w obozie trwało od 25 do 30 dni i przechodziło je od 250 do 300 osób. Potem przerzucono nas do bazy Rif-Maundisin, niedaleko miasta Aleppo i przydzielono do grupy, której przewodził Uzbek Sabri. Byliśmy uzbrojeni w karabiny Kałasznikowa, do których sami musieliśmy kupować amunicję. Właśnie w tej grupie poznałem Sasitlińców – było ich aż tak wielu, że uformowali swój oddział, któremu przewodził Habibow – pseudonim Abu Osman. 30 sierpnia 2013 r. nasza jednostka brała udział w zajęciu lotniska Minag, a 17 października w boju z wojskami rządowymi Baszara Asada w mieście Suhna. Łączne straty z obu operacji, które poniosła nasza grupa, to około 60 ludzi. Potem wróciłem do bazy Rif-Maundisin, wyjechałem do Stambułu, a następnie przez Azerbejdżan do Rosji…”

Nie pytam Żabraila, kto pomógł mu wrócić do domu, chociaż bardzo mnie to interesuje. Wydostać się z objęć syryjskiej opozycji nie jest łatwo. Choćby dlatego, że wszystkim ochotnikom przy przekroczeniu granicy odbiera się paszporty. (Jeden z tych, którzy wrócili zażartował z siebie: „Poczułem się wtedy jak dziewczyna, której obiecano dobrą pracę, a okazało się, że to praca w domu publicznym”.) Nie dopytuję Żabraila, dlaczego on jest świadkiem, a jego sasitlińscy koledzy z oddziału – podejrzanymi. Mogę tylko się domyślać, że poszedł na współpracę z prokuraturą. Chcę się dowiedzieć, dlaczego postanowił wrócić z wojny.

„Kiedy jechałem do Syrii, byłem gotowy walczyć z Asadem, szyitami i Amerykanami – odpowiada Żabrail. – Myślałem, że tam wszystko jest proste: jest rząd i jest opozycja, opowiadająca się za kalifatem. Jak się później okazało – nie byłem gotowy na to, że opozycja walczy między sobą o terytorium, o trofea, o surowce, a kalifat – jak się okazuje − jest jedynie przynętą dla głupców. Nie byłem też gotowy walczyć z Czeczenami z sąsiedniej wioski, z którymi przypadkowo znaleźliśmy się w walczących przeciwko sobie ugrupowaniach”.

W ciągu ostatniego półrocza z wioski Nowosasitli na wojnę do Syrii nie wyjechał ani jeden mieszkaniec. Opowieści pełne rozczarowania okazały się najlepszą kontrpropagandą.

Jelena Miłaszyna

przekład z j. rosyjskiego -k.t.

PRZYPISY

[1] PI − ang. ISIL − Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie. (Przyp. red.)
[2] Nazwa trzech dagestańskich wsi: Kadar, Karamachi i Czabanmachi, gdzie latem 1998 r. władzę przejęli wahabici, którzy wprowadzili w życie prawa szariatu na tych terenach. W 1999 r. władza federalna przeprowadziła operację specjalną, w efekcie której odzyskała władzę, a bojówki wahabickie zeszły do podziemia.

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ