Szturm na Europę – bomba zegarowa tyka

0

Trwa gorąca debata na temat masowej imigracji do Europy z krajów pozaeuropejskich. Poniżej publikujemy niemiecki głos w tej debacie – artykuł politologa i historyka prof. Klausa Hornunga. Byłby on głosem jednym z wielu, gdyby nie fakt, że po raz pierwszy ukazał się na łamach monachijskiego dwumiesięcznika „Criticón” 25 (!) lat temu. Hornung nawiązuje w nim do, wydanej w 1990 r., książki Manfreda Rittera Ansturm auf Europa – Asylanten und Armutsflüchtlinge. Droht eine neue Völkerwanderung? (Szturm na Europę. Azylanci i uchodźcy ekonomiczni. Czy grozi nowa wędrówka ludów?). Dwa lata później ukazała się książka Jana Wernera Die Invasion der Armen. Asylanten und illegale Einwanderer (Inwazja biednych. Azylanci i nielegalni imigranci) zawierająca krytykę „społeczeństwa wielokulturowego” i diagnozująca klęskę integracji obcokrajowców spoza Europy. Werner wskazywał na błędną politykę wobec azylantów i na ogromne koszty imigracji. Podobnie jak Ritter przewidywał, że następne lata i dziesięciolecia przyniosą „nową wędrówkę ludów o niewyobrażalnych rozmiarach”, której celem będzie Europa. Jeśli się jej nie powstrzyma, to w XXI wieku swym ciężarem przygniecie i pogrzebie Niemcy i Europę.

Jak widać, już ćwierć wieku temu byli w Niemczech ludzie roztropni i dalekowzroczni, którzy krytykowali katastrofalną politykę imigracyjną i dokładnie przewidzieli to, co zagraża ich krajowi i całej Europie. Pamiętajmy o nich i o ich przestrogach, ponieważ odnosi się niekiedy wrażenie – zapewne całkiem świadomie – wywoływane i podtrzymywane przez sfery polityczne i media, przez tych, których Manfred Ritter nazywał „naiwnymi apostołami fałszywego humanitaryzmu”, że mamy do czynienia z jakimiś nieoczekiwanymi i zaskakującymi zjawiskami. Tymczasem to tylko mniejsze strumienie imigrantów z krajów Azji i Afryki płynące cały czas do Europy, w wyniku się spiętrzenia kryzysowych sytuacji na świecie, zlały się w większą ludzką rzekę. Kasandry nie chciano słuchać. Bomba zegarowa masowej imigracji wybuchła.

T. Gabiś

*****

Szturm na Europę – bomba zegarowa tyka

Życie zawsze jest skomplikowane, przeto i każda sytuacja polityczna jest złożona. Kiedy obecnie z uwagą i empatią obserwujemy proces jednoczenia się Niemiec, ryzykujemy jednocześnie, że stracimy z oczu inne długofalowe i brzemienne w skutki zjawisko: mam na myśli nieustanny i stale rosnący napływ imigrantów i azylantów z krajów Trzeciego Świata do Europy, zwłaszcza do RFN. A jak Niemcy i inni Europejczycy uporają się z tym problemem, ma znaczenie decydujące już w perspektywie średniookresowej. Bez jasnych rozstrzygnięć w tej kwestii przyszłość Niemiec i Europy rysuje się w najczarniejszych barwach.

Eksplozja imigracji

W Europie wciąż rośnie liczba legalnych i nielegalnych imigrantów. Do Wielkiej Brytanii przybywają z krajów dawnego imperium, głównie z Karaibów i z Pakistanu. Wkrótce pojawią się też zapewne miliony Chińczyków z Hong-Kongu. Strumień przybyszów z muzułmańskiej północnej Afryki napływa do Francji, której socjalistyczny rząd sprzyja temu zjawisku zamiast je hamować. Włochy borykają się z problemem niemal miliona nielegalnych imigrantów, przede wszystkim z czarnej Afryki. W RFN udział obcokrajowców w ogólnej liczbie mieszkańców wzrósł do 7,4% (4,5 mln). RFN wciąż jest krajem docelowym zwłaszcza dla Turków, stanowiących ponad połowę imigrantów. Kolejnych 10 milionów siedzi podobno na walizkach m.in. z powodu wielkodusznej ustawy, zezwalającej na łączenie rodzin. Jeszcze w połowie lat 60. liczba szukających azylu w RFN nie przekraczała rocznie 5.000 osób. W 1980 r. po raz pierwszy złamana została psychologiczna bariera „stu tysięcy”: przybyło ich 107.818. Wprawdzie w 1983 r. liczba imigrantów raz jeszcze zeszła poniżej 20.000, ale od tamtej pory stale rosła, osiągając w 1986 r. znowu ok. 100.000, a w 1988 r. nawet 103.000. W zeszłym roku [tzn. 1989; przyp. red.] liczba ubiegających się o azyl wzrosła, w porównaniu do 1988 r., o 27% osiągając 130.000, tym razem z ponadprzeciętnym udziałem przybyszów z Europy Wschodniej (Jugosławia, Polska). W drugiej połowie roku 1989 zjawisko to rzadko było dostrzegane w medialnym cieniu rzucanym przez masowe przesiedlanie się na zachód Niemców, niemniej jednak w dłuższej perspektywie trend imigracji azylowej do Europy z krajów pozaeuropejskich, przede wszystkim azjatyckich, utrzymuje się na wysokim poziomie. Pełnomocnik Kościoła katolickiego biskup augsburski Stimpfle na początku 1989 r. powiedział, że w perspektywie 20–30 lat nawet 120 milionów imigrantów może wtargnąć w granice Wspólnoty Europejskiej.

Forpoczta globalnej wędrówki ludów

Wielu moich życzliwych rodaków wciąż jeszcze ocenia ten proces tylko w kategoriach chrześcijańskich i humanitarnych: „taki bogaty kraj” musi po prostu wziąć ten ciężar na siebie i przy odrobinie dobrej woli łatwo sobie z nim poradzi. Ale rodacy o nie tak dobrych intencjach już dawno dostrzegli w nim potężny, wymierzony przeciw niekochanemu przez nich porządkowi wolnościowo-demokratycznemu, taran, który stał się dla nich jeszcze ważniejszy po klęsce wschodnioeuropejskiego realnego socjalizmu.

Bo przecież chodzi tu o proces o rozmiarach epokowych, wciąż jeszcze w znacznej mierze społecznie niedostrzegany, celowo pokrywany milczeniem przez potężne ośrodki medialne, decydujące o tym, jakie wieści docierają do szerokiej opinii publicznej. Proces ten jest równie ważny jak kryzys ekologiczny i klimatyczny, co więcej, jest z nimi powiązany w swego rodzaju diabelską pętlę: drogą wyjścia z eksplozji demograficznej Trzeciego Świata i związanego z nią zniszczenia środowiska naturalnego ma być nowa wędrówka ludów do krajów uprzemysłowionych – „łagodnych i bogatych wysp dobrobytu” (Herbert Kremp). I podczas gdy my w RFN wciąż jeszcze postrzegamy i rozpatrujemy ów problem w optyce artykułu 16 konstytucji [1], przyjętego kilkadziesiąt lat temu w zupełnie innych warunkach, to obserwator, który odrzuci tabu i ideologię, dostrzeże wyraźnie, że dzisiejszy napływ azylantów to dopiero wierzchołek góry lodowej, forpoczta grożącej nam gigantycznej globalnej wędrówki ludów, która bierze początek ze śmiertelnej spirali eksplozji narodzin, zniszczenia środowiska naturalnego i głodu na południowej półkuli i która, jeśli nic jej nie powstrzyma, łatwo może w XXI wieku swym ciężarem przygnieść i pogrzebać Europę.

Jest wielką zasługą Manfreda Rittera, że swą książką Szturm na Europę. Azylanci i uchodźcy ekonomiczni. Czy grozi nam nowa wędrówka ludów? (Mainz 1990) zwrócił uwagę na to epokowe zjawisko, na kontekst i tło problematyki azylu i imigracji, opracowując tak pilnie potrzebną, rzeczową informację na ten temat i stawiając diagnozę, która, przyznajmy, w wielu punktach brzmi jak bicie na alarm. Jako prawnik i prokurator krajowy Bawarii autor zajmował się tą problematyką od lat i należy go uznać za jednego z jej najlepszych znawców w RFN.

Ubezwłasnowolnienie suwerena – narodu

Okazuje się jednak, że trzeba nie lada odwagi, by publicznie mówić dziś w Niemczech na ten temat. Jest to takie samo tabu, jak niektóre inne zagadnienia współczesne i jakim było, przynajmniej do wczoraj, zjednoczenie Niemiec. Wydaje się, jakby racjonalna dyskusja o zalewie imigrantów nie była już możliwa. Wprawdzie głośno powtarza się wciąż mantrę o dojrzałych obywatelach demokratycznego państwa, ale ich udział w podejmowaniu decyzji najwyraźniej nie jest szczególnie ceniony. W każdym razie Manfred Ritter jawi się jako brutalny burzyciel tabu, kiedy mówi o faktycznym ubezwłasnowolnieniu suwerena – społeczeństwa, narodu – i twierdzi, że nasze elity polityczne są całkowicie niezdolne do sprostania problemom związanym z masową imigracją. Narobił sobie zaciętych wrogów, także w pewnych kręgach inteligencji, chętnie przerzucającej się humanitarnymi sloganami, żyjącej w oderwaniu do rzeczywistości i podatnej na utopijne marzycielstwo oraz w mediach, zawsze skłonnych do przemilczania żywotnych problemów, jeśli nie mieszczą się w uformowanej ideologicznie perspektywie lewicowej. Nic więc dziwnego, że możni antagoniści już postarali się o to, by bawarski minister spraw wewnętrznych Stoiber unieszkodliwił niewygodnego prokuratora Rittera, urzędnika dożywotniego i nieusuwalnego, przenosząc go na stanowisko odległe od polityki.

Racjonalna diagnoza Rittera dowodzi niezbicie, że zwłaszcza Zieloni i ruch obrońców środowiska powinni przyjąć do wiadomości logiczny, ścisły związek między eksplozją demograficzną i głodem w Trzecim Świecie a początkiem nowej wędrówki ludów do Europy – oczywiście pod warunkiem, że oderwany od życia humanitaryzm w połączeniu z kolektywną, neurotyczną nienawiścią Niemców do samych siebie nie spowoduje poważnego zakłócenia rozumnego dyskursu i nie wyrodzi się w taką „życzliwość”, która ogarnia selektywnie tylko biedotę spoza Europy, bezlitośnie lekceważąc zarazem interesy własnego narodu i kręgu kulturowego. Dotąd bowiem nie przyjmuje się po prostu do wiadomości dających się dowieść faktów, np. że ci, którzy wyruszają w drogę do Europy, nie są bynajmniej ludźmi rzeczywiście biednymi, przeciwnie, to właśnie uprzywilejowani i relatywnie nieźle zarabiający, których stać na podróże lotnicze; a już w ogóle nie bierze się pod uwagę elementarnych interesów ekonomicznych szerokich warstw pracobiorców we własnym kraju.

Dyskretny urok „społeczeństwa wielokulturowego”

Ritter piętnuje dwulicowość dyskusji, w której masową imigrację popierają szczególnie warstwy i zbiorowości, mieszkające z dala od dzielnic zaludnionych przez cudzoziemców, bezrefleksyjnie wkładające na barki ogółu ciężar skutków swego werbalnego humanitaryzmu, nie troszcząc się ani trochę o przejęcie ich na siebie osobiście. Nie można więc nie zgodzić się z Ritterem, kiedy staje po stronie „szarego człowieka” i broni jego żywotnych interesów. Zachwyt nad dyskretnym urokiem „społeczeństwa wielokulturowego” jest być może przedmiotem estetycznej ekscytacji naszych prominentów, ale Ritter wskazuje na jego realne następstwa: nie tylko ruinę dobrobytu ekonomicznego poprzez nadwerężanie wytrzymałości gospodarki, lecz także nieumyślne, albo celowe, destabilizowanie konstytucyjnej zasady państwa socjalnego (artykuł 20) [2] poprzez jego drastyczne przeciążenie, a wraz z tym destabilizację demokracji opartej na wolności, nie mówiąc już o akceptowanym, czy wręcz zamierzonym, niszczeniu tożsamości niemieckiej i europejskiej.

Lobby azylowe

Ritter wykazuje się wielką odwagą, kiedy informuje na podstawie własnej wiedzy o istnieniu i sposobie działania naszego „lobby azylowego” i nazywa przy tym rzeczy po imieniu. Wskazuje na przedstawicieli kościołów i dobroczynnych instytucji kościelnych i świeckich, którzy już dawno, jako odbiorcy państwowych pieniędzy, stali się rzecznikami interesów masowej imigracji, a także na fatalny alians pracodawców i związków zawodowych, choć te ostatnie powinny wiedzieć, że skutkami masowej imigracji będzie minimalizacja płacy i wyzysk subproletariatu. W tym kontekście należy też wymienić tzw. pedagogikę cudzoziemską naszych szkół i nauk o wychowaniu: również ona jest elementem aktywności biznesowej często bardzo podejrzanych podmiotów prywatnych (mam na myśli niezliczone hotele dla azylantów, pensjonaty i mieszkania), nie mówiąc nawet o środowiskach lewicowego ekstremizmu, które z nędzy azylantów czerpią korzyści polityczne. Bez żenady ujawnia się tu też podłość, polegająca na podkreślaniu granic wytrzymałości naszej sieci socjalnej tylko wówczas, kiedy chodzi o przesiedleńców z NRD i osoby pochodzenia niemieckiego, przybywające do nas ze wschodu Europy; natomiast ani słowa nie mówi się o tym w związku z napływem setek tysięcy imigrantów z Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej, których roszczenia w krótkim czasie musiałyby tę sieć rozerwać na strzępy. W nadchodzącej kampanii wyborczej do Bundestagu należy bezlitośnie demaskować tę schizoidalną demagogię.

Na podstawie własnego, bliskiego oglądu zawodowego Ritter zalicza do lobby azylowego również wielu sędziów sądów administracyjnych, zwłaszcza samego Federalnego Sądu Administracyjnego. Właśnie tu w ostatnich latach, czego opinia publiczna niemal nie zauważyła, zostało wypracowane „superprawo azylowe”, które nie ma odpowiednika w skali światowej. Słabość decyzyjna polityków, pisze autor, doprowadziła do pozbawienia ich władzy w dziedzinie polityki azylowej, do wykluczenia narodu jako suwerena i do faktycznej dyktatury sędziów administracyjnych, szeroko otwierając bramę masowej imigracji do RFN poprzez nazbyt rozszerzoną wykładnię artykułu 1. konstytucji. Sędziowie już dawno odebrali państwu prawo do suwerennej decyzji o tym, czy chce ono być krajem imigracji, czy nie. Dla poszukujących azylu przybyszów spoza Europy magiczna formuła brzmi dziś „godność ludzka”. Jednocześnie sądy administracyjne bezrefleksyjnie uznają europejskie i niemieckie standardy godności ludzkiej za podstawę do oceny polityki, społeczeństwa i prawa karnego krajów afrykańskich lub azjatyckich. Obywatele Ghany mogą dzięki temu uzyskać azyl np. wtedy, kiedy kary, jakie grożą im za sprzeniewierzenie pieniędzy albo za gospodarkę wypaleniskową, niemieckie orzecznictwo uzna za nieproporcjonalnie wysokie.

Powodem udzielenia azylu przez RFN może być także brak zabezpieczeń socjalnych, chorobowych lub emerytalnych w krajach rozwijających się albo nawet – tam akurat częste i na szczęście surowe – karanie za handel narkotykami. Ritter pyta słusznie, jak wobec takiej troski o godność ludzką handlarzy narkotyków w Trzecim Świecie wygląda kwestia ludzkiej godności młodzieży niemieckiej, zagrożonej przez tychże handlarzy, i czy na decyzje sędziów większego wpływu niż wola ustawodawcy nie wywierają etnocentryczne emocje humanitarne.

Co trzeba zrobić?

Autor nie poprzestaje na prezentacji stanu rzeczy i oskarżeniu, ale przedkłada też propozycje rozwiązań, które zapewne wielu politykom mogą być równie nie w smak jak cały jego wywód. Przede wszystkim obecne indywidualne prawo podstawowe zgodne z art. 16. konstytucji, które jako prawo człowieka dotyczy wszystkich ludzi, trzeba zastąpić „instytucjonalnym udzielaniem azylu”, które ustalanie jego przesłanek ceduje na akty prawne niższego rzędu. Trzeba też dążyć do przyjęcia w tej kwestii, nadal niegotowej, regulacji europejskiej. Prof. Kay Hailbronner zaproponował w związku z tym następującą zmianę brzmienia artykułu 16. konstytucji: „Republika Federalna Niemiec udziela azylu osobom prześladowanym politycznie. Rodzaj azylu i warunki udzielania regulowane są ustawą lub na mocy ustawy. RFN może przystępować do międzypaństwowych umów o zharmonizowanym europejskim prawie azylowym i współpracy międzynarodowej przy wspólnym rozwiązywaniu problemu uchodźców” (Możliwości i granice europejskiej koordynacji prawa wjazdu i azylu, Baden-Baden 1990). W każdym razie taka ustawa musi zawierać całą paletę środków dyktowanych przez rozum.

Prawodawstwo azylowe okaże się rozumne tylko wtedy, kiedy nie będzie z założenia spychało dziesiątek tysięcy ludzi rocznie do roli pasożytów, a mieszkańcom Trzeciego Świata nie będzie stwarzało możliwości, by z powodu rzekomej ucieczki przed prześladowaniem politycznym wyszukiwali sobie kraje o najwyższym standardzie życia i najlepszych zabezpieczeniach socjalnych. Dziś szlaki tej „ucieczki” ciągną się przez wiele krajów i przez całe kontynenty. Jako przesłanki prawa do azylu trzeba też pryncypialnie wykluczyć określone kategorie czynów, uznawanych w krajach docelowych za przestępstwo, np. wspieranie dyktatur, terroryzm, handel narkotykami, przestępczość pospolitą itd.

Pilnie trzeba również skorygować inny absurd prawny: dziś każdy ubiegający się w RFN o azyl może zwrócić się bezpośrednio do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie procedury przyznania mu (w praktyce: nieprzyznania) prawa do azylu, natomiast możliwości takiej nie ma niemiecki prokurator, przedstawiciel własnego narodu, liczącego 60 milionów obywateli. Pilnie wskazane byłoby tu proste uzupełnienie ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, dające prokuratorom prawo odwoływania się od decyzji Federalnego Sądu Administracyjnego.

Zwrot ku rozsądkowi albo upadek Europy

Już dziś regulacje i decyzje w sferze polityki azylowej RFN oraz orzecznictwo w sprawach o azyl stymulują masową imigrację, która łatwo może doprowadzić do zburzenia naszego konstytucyjnego ładu, opartego na wolności i demokracji. Twarde interesy, których reprezentanci traktują azylantów jako dobry geszeft, łączą się z ideologią internacjonalizmu przystrojoną humanitaryzmem, bądź też cynicznie wykorzystują humanitaryzm jako kamuflaż. Niemiecka skłonność do popadania w skrajności, do ekstremalnego wychylania wahadła, znajduje dziś wyraz w modzie na umiłowanie ludzi zupełnie obcych przy braku empatii dla własnego kraju, mnożeniu tematów tabu, ignorowaniu logicznych i trzeźwych argumentów i waleniu młotem pseudomoralizmu. Tym sposobem Niemcy, po raz trzeci w tym stuleciu, mogą przyczynić się do zrujnowania Europy; tym razem ulegając modnej a obłąkanej idei urządzenia tu centrum opieki społecznej i szpitala dla całego świata. Postawa tych „przyjaciół ludzkości” jest krótkowzroczna i wikła się w sprzecznościach. Któż z nich w ogóle zastanowił się nad tym, że dalszy masowy napływ imigrantów na nasz, i bez tego przeludniony, kontynent musi spowodować dodatkowe obciążenie środowiska naturalnego? Kto zdaje sobie sprawę z ogromnej podatności na zakłócenia naszej gospodarki, uzależnionej od niskokosztowych dostaw surowców w ramach rozwijającej się gospodarki światowej? Kto wreszcie rozumie, że dzisiejsza sieć zabezpieczeń socjalnych dostosowana jest do skali narodowej, w najlepszym razie regionalnej, i nie jest w stanie przetrzymać tendencji do rozciągania na cały glob?

Zauważmy na koniec, jak skrajną krótkowzrocznością i nieodpowiedzialnością jest rozpatrywanie tych wszystkich zagadnień tylko w perspektywie doraźnej. Cecha ta jest, zdaje się, w znacznej mierze wspólna politykom i humanitarnej inteligencji. Już samo tylko bezrobocie w krajach Wspólnoty Europejskiej, obliczane jest dziś na niemal 20 milionów, a do tego wysokie zadłużenie budżetów większości krajów członkowskich są poważnymi znakami ostrzegawczymi, wyrazem lekkomyślnej skłonności obecnego pokolenia do przerzucania kosztów swego dobrobytu na dzieci i wnuki. A następna recesja w Europie nadejdzie z pewnością.

Czy wobec tego naprawdę chcemy obciążać się ogromną hipoteką importowania do Europy całej nędzy tego świata? Czy zresztą dla Trzeciego Świata byłoby korzystne, gdyby załamała się potęga ekonomiczno-techniczna Europy? Można tylko zgodzić się z Manfredem Ritterem, kiedy dochodzi do wniosku, że bez przestawienia zagadnienia imigracji z krótkowzrocznego, apolitycznego i fałszywego humanitaryzmu na tory rozsądku politycznego i ekonomicznego upadek Europy jest nieuchronny.

Klaus Hornung

Przeł. Jacek Dąbrowski

Przypisy

[1] Artykuł 16 pkt. 1 Ustawy Zasadniczej RFN brzmi: „Prześladowani z przyczyn politycznych korzystają z prawa do azylu”.
[2] Artykuł 20, pkt. 1 Ustawy Zasadniczej RFN brzmi: „Republika Federalna Niemiec jest demokratycznym i socjalnym państwem związkowym”.

Źródło: „Criticón” nr 118, marzec/kwiecień 1990 r.

O autorze:

prof. dr hab. Klaus Hornung (ur.1927) odbył w latach 1947–1952 studia historyczne, politologiczne, germanistyczne i anglistyczne w Monachium i Tybindze. W 1955 r. zrobił doktorat z historii współczesnej u Hansa Rothfelsa i Theodora Eschenburga w Tybindze. W 1974 r. habilitował się rozprawą „Państwo i armia: studia nad dowództwem i kierowaniem oddziałami i nad relacjami między polityką a wojskowością w RFN”. W latach 1962–1987 był docentem i profesorem politologii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Reutlingen, a w latach 1987–1992 profesorem politologii na uniwersytecie w Hohenheim. W roku 1987 otrzymał Krzyż Zasługi RFN. Od 1962 r. w CDU. W latach 60. członek rady konserwatywnej fundacji Deutschland-Stiftung. W 1980 r. należał do współzałożycieli Akcji Konserwatywnej. Od 1987 r. członek prezydium Centrum Studiów Weikersheim, w latach 2001-2003 jego prezes. Należał do rady politycznej Fundacji im. Konrada Adenauera.

Napisał:

Staat und Armee. Studien zum politisch-militärischen Verhältnis in der Bundesrepublik Deutschland (1975)
Der faszinierende Irrtum. Karl Marx und die Folgen (1978)
Der Politisch-Revolutionäre Krieg der Gegenwart (1980)
Wohlfahrtsdemokratie und Sicherheit (1986)
Herkunft und Zukunft – Perspektiven der Deutschen Frage (1989)
Das totalitäre Zeitalter – Bilanz des 20 Jahrhunderts (1993)
Scharnhorst. Soldat – Reformer – Staatsmann (1997)
Die offene Flanke der Freiheit. Studien zum Totalitarismus im 20.Jahrhundert (2001)
Wege aus den Sackgassen. Erfahrung der Geschichte – Verteidigung der Freiheit (2003)
Alternativen zu Hitler. Wilhelm Gröner – Soldat und Politiker in der Weimarer Republik (2008)
Vernunft im Zeitalter der Extreme. Gesammelte Schriften zur Zeitgeschichte (2012)

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy! 

Komentarze

Komentarze

ZOSTAW ODPOWIEDŹ