Masowa imigracja w oczach Niemców (Głosy zza Odry)

3

Temat masowej imigracji opanował czołówki niemieckich mediów dlatego, że fala przybyszów gwałtownie wezbrała, ale jest on obecny w tamtejszym dyskursie publicznym od wielu dziesięcioleci, zazwyczaj w powiązaniu z negatywnymi trendami demograficznymi – to dwa, ściśle ze sobą związane aspekty problemu: rosnąca imigracja i malejąca stopa urodzeń Niemców. Przez wiele lat media i politycy twierdzili, że mówienie o tym, iż „Niemcy wymierają” to apokaliptyczne przepowiednie i straszenie katastrofą, obecnie pod naporem faktów, okazuje się, że wprawdzie Niemcy rzeczywiście wymierają, ale łatwo temu zaradzić zastępując ich imigrantami, w wyniku czego luka demograficzna zniknie. Jednakże, jak pokazuje doświadczenie, przybysze nie będą się (choćby częściowo) asymilować i integrować. Po pierwsze dlatego, że w zdecydowanej większości pochodzą z pozaeuropejskich kręgów kulturowych, po drugie ich wysoka liczebność spowoduje, że będąc w Europie nadal będą się czuli „wśród swoich” (tym bardziej, że współczesna technika umożliwia stały kontakt z krajem i językiem macierzystym), i po trzecie słabnie „biologiczno-kulturowa” potencja narodu przyjmującego imigrantów. Jeśli naród starzeje i kurczy, to traci swoją witalność; dlatego też jest wypierany przez nowych, młodszych przybyszów, którzy nie odczuwają żadnej konieczności, aby się asymilować i integrować. Innymi słowy finalny efekt tego procesu będzie taki, że liczba ludności żyjącej na terytorium Niemiec może pozostać taka sama, z tym tylko, że nie będzie to już ludność niemiecka. Francuski pisarz Renaud Camus ukuł pojęcie „Le Grand Remplacement” („Wielka Wymiana Ludności”) na oznaczenie skutków demograficznej zapaści oraz masowej imigracji do Europy – w najbliższym czasie ukaże się w Niemczech wybór kluczowych tekstów Camusa z lat 2010-2015 pt. Revolte gegen den Großen Austausch (Rewolta przeciwko Wielkiej Wymianie) będących lamentem nad losem Europy i oskarżeniem jej niszczycieli, wyznawców ideologii „remplacisme“, tak chętnie nakładających sobie moralistyczną maskę.

Bardziej przenikliwi obserwatorzy sytuacji społecznej w RFN już dawno byli świadomi tego, że Niemcy i Europę czeka czarna przyszłość. W 1981 r. grupa 15 profesorów niemieckich wyższych uczelni opublikowała tzw. Manifest Heidelberski – byli to m.in. prof. prof. Manfred Bambeck, R. Fricke, Karl Georg Götz, Joachim Illies, Peter Manns, Harold Rasch, Kurt Schürmann, Ferdinand Siebert, Georg Stadtmüller, Theodor Schmidt-Kahler, Werner Georg Haverbeck, Ferdinand Siebert, Helmut Schröcke. Uczeni zwracali uwagę na zagrożenia płynące ze strony masowej imigracji z Afryki i Azji dla „zachowania narodu niemieckiego i jego duchowej tożsamości na gruncie chrześcijańsko-europejskiego dziedzictwa”, podkreślali, że integracja dużych mas obcokrajowców jest niemożliwa ze względów systemowych, że narody mają naturalne prawo do zachowania swojej tożsamości i swoistości. Jedyną podstawą niemieckiej i europejskiej przyszłości mogą być własne dzieci. Sygnatariusze manifestu zamierzali wywołać debatę na temat masowej imigracji z pozaeuropejskich kręgów kulturowych i zachęcić polityków do przeprowadzenia reform w polityce ludnościowej mających odwrócić niekorzystne trendy demograficzne, zostali jednak ostro skrytykowani za „rasizm” i „wrogość wobec obcokrajowców” – działacze FDP uznali wręcz, że tezy zawarte w manifeście to “nic innego jak naśladownictwo rasistowskiej ideologii narodowego socjalizmu”. Inicjator manifestu prof. Schmidt-Kaler otrzymywał listy z pogróżkami, na drzwiach jego gabinetu namalowano napis „Instytut Rasizmu“, w jego domu wybito szyby i zasmarowywano ściany napisami, jego zastępcę poturbowano. W trakcie programu na temat imigracji, do którego zaprosiła go jedna ze stacji telewizyjnych, prof. Schmidt-Kaler został uderzony w twarz.

W 1984 r. ukazała się broszura poświęcona sytuacji demograficznej Niemiec Deutschland ohne Deutsche (Niemcy bez Niemców), w której swoje teksty zamieścili dwaj sygnatariusze Manifestu Heidelberskiego Helmut Schröcke i Heinrich Schade oraz prof. Robert Hepp – jego artykuł nosił tytuł „Naród niemiecki w spirali śmierci” (to on ukuł pojęcie „ludosamobójstwo”). Autorzy krytykowali tezę, że masowa imigracja może w jakikolwiek pozytywny sposób wpłynąć na sytuację demograficzną Niemiec i formułowali postulaty dotyczące właściwej, ich zdaniem, polityki imigracyjnej. W 1988 r. wspomniany wyżej Robert Hepp opublikował „oburzającą” książkę Die Endlösung der Deutschen Frage – Grundlinien einer politischen Demographie in der Bundesrepublik Deutschland (Ostateczne rozwiązanie kwestii niemieckiej – podstawy demografii politycznej w Republice Federalnej Niemiec). Diagnozował w niej nadchodzącą demograficzną katastrofę, obalał wszystkie wysuwane przez imigracjonistów i wielokulturowców argumenty za tym, że masowa imigracja „zabezpieczy poziom życia i emerytury”, pokazywał rzeczywiste a nie fałszowane i zaniżane koszty masowej imigracji. Był pierwszym krytykiem masowej imigracji spoza Europy operującym argumentami naukowymi. Ostrzegał przed jej skutkami – problemem dla danego narodu nie jest imigracja jako taka, ale to, kim są i jacy są ci imigranci. Imigracja z tego samego lub bliskiego kulturowo obszaru to coś zupełnie innego niż imigracja mas ludzi z obcych kultur.

Hepp podkreślał znaczenie faktu, że ludność allochtoniczna (zwłaszcza muzułmańska) ma wyższą dzietność niż autochtoniczna. Dowodził, że polityka chcąca społeczne skutki deficytu urodzin „zamortyzować” wzrastającą masową imigracją, poniesie całkowite fiasko. I tak też się stało.

Hepp, początkowo zapraszany do mediów, bardzo szybko został zepchnięty na margines debaty publicznej przez tych, których ostro atakował za brak troski o zachowanie i ochronę niemieckiej populacji: „liberalistów, socjalistów, marksistów, Zielonych, komunistów, duchownych różnych wyznań”. Przypominam sobie – mówił w jednym z wywiadów Hepp – jak jeden z czołowych funkcjonariuszy SPD występujący razem ze mną w programie telewizyjnym, zaczął na mnie ryczeć niczym zarzynany wół, tak że musiano przerwać program, aby zapobiec szkodom, jakie mógłby ponieść jego polityczny wizerunek. Pisarz i były członek Komunistycznej Partii Niemiec Ralph Giordano, przed milionową publicznością zwymyślał Heppa od „nazistów”. To zakończyło obecność Heppa w niemieckiej sferze publicznej. Swoje teksty mógł publikować jedynie w niszowych pismach. Analizował w nich przepoczwarzanie się niemieckiego państwa narodowego w „społeczeństwo wielokulturowe” i przeprowadził fundamentalną socjologiczno-filozoficzną krytykę koncepcji „społeczeństwa wielokulturowego”.

W 1990 r. ukazała się książka Manfreda Rittera Ansturm auf Europa – Asylanten und Armutsflüchtlinge. Droht eine neue Völkerwanderung? ( Szturm na Europę. Azylanci i uchodźcy ekonomiczni. Czy grozi nowa wędrówka ludów?) opisująca nieustanny i stale rosnący napływ imigrantów i azylantów z krajów Trzeciego Świata do Europy, zwłaszcza do RFN, i jego skutki. Autor już wówczas przewidywał, że są oni forpocztą gigantycznej globalnej wędrówki ludów w kierunku oaz dobrobytu, czyli bogatych krajów uprzemysłowionych. Ten proces ma epokowe wymiary.

Ritter zarysował kontekst i tło problematyki azylu i imigracji, przedstawił diagnozę sytuacji oraz propozycje prawnych i politycznych rozwiązań. Nazwał przyjmowanie mas imigrantów przez Niemcy „marszem w przepaść“, do „piekła społeczeństwa wielokulturowego“, w porównaniu z którym nawet „system komunistyczny byłby znośniejszy”. Masowa imigracja nieuchronnie obniży poziom życia europejskiej klasy pracującej, uderzy w nią, zabierze owoce jej pracy. Kiedy milionowe masy z Trzeciego Świata napłyną do Europy i trzeba się będzie z nimi podzielić europejskim dobrobytem, to ten szybko się on skończy. Niemieckie państwo socjalne, a wraz z nim cały system „wolnościowej demokracji” ulegnie destabilizacji, podkopany zostanie ład konstytucyjny, i zagrożona tożsamość zarówno niemiecka, jak i europejska.

Polityków CDU i ludzi kościołów chrześcijańskich nazwał Ritter „naiwnymi apostołami fałszywego humanitaryzmu”, zaatakował promotorów „społeczeństwa wielokulturowego”, którzy przy pomocy demagogii przeciwstawiają się skierowaniu polityki imigracyjnej na tory rozsądku politycznego i ekonomicznego, obciążając jej kosztami dzieci i wnuki. Jeśli nie powstrzyma się nowej wędrówki ludów, to w XXI wieku swym ciężarem przygniecie i pogrzebie Niemcy i Europę.

Jaka była reakcja na prognozy i ostrzeżenia Rittera? Bawarscy Zieloni donieśli na niego do prokuratury, że tezami stawianymi w książce popełnił przestępstwo „podżegania do nienawiści z powodów etnicznych”. Tym zarzutem, mającym konsekwencje prawne i zawodowe, rutynowo zamyka się w RFN usta krytykom masowej imigracji.

Mówi się dziś dużo o islamizacji, tymczasem już w 1990 r. szwajcarski autor Beat Christoph Bäschlin opublikował książkę Der Islam wird uns fressen! Der islamische Ansturm auf Europa und die europäischen Komplizen dieser Invasion ( Islam nas pożre! Islamski szturm na Europę i europejscy wspólnicy tej inwazji), w której analizował fatalne konsekwencje muzułmańskiej imigracji do Europy, która jest możliwa, ponieważ u Europejczyków zanika wola życia i przetrwania, słabnie instynkt obrony tego, co własne, coraz niższy jest poziom politycznej i kulturalnej asertywności. Bäschlin zwracał m.in. uwagę na słabość kościołów chrześcijańskich, które nie potrafią przeciwstawić się ekspansji islamu w Europie. Pustka religijna i duchowa starego kontynentu jest niejako zaproszeniem do wtargnięcia na jego obszar obcych religii i kultur. Bäschlin atakował i drwił z fabrykantów humanitarystycznych frazesów, którzy w mediach ze łzami w oczach i łamiącym się głosem błagają o przyjęcie imigrantów z Afryki i Azji. W 1992 r. książkę Bäschlina objęto w Niemczech zakazem rozpowszechniania.

Kolejna pozycja to wydana w 1992 r. książka Jana Wernera, Die Invasion der Armen. Asylanten und illegale Einwanderer (Inwazja biednych. Azylanci i nielegalni imigranci) zawierająca krytykę „społeczeństwa wielokulturowego” i diagnozująca klęskę integracji obcokrajowców. Werner wskazywał na błędną politykę wobec uchodźców i na ogromne koszty imigracji. Podobnie jak Ritter przewidywał, że następne lata i dziesięciolecia przyniosą „wędrówkę ludów o niewyobrażalnych rozmiarach”, której celem będzie Europa.

Co ciekawe z ust polityków niemieckich już od lat 70. XX wieku, niejednokrotnie padały słowa krytyczne wobec masowej imigracji. Willy Brandt, Helmut Schmidt, F.J.Strauss, Helmut Kohl, Peter Gauweiler, Otto Schilly, Roland Koch, Alfred Dregger mówili o tym, że Niemcy nie są w stanie przyjąć więcej imigrantów, że zdolność ich przyjmowania wyczerpuje się a granica wytrzymałości Niemiec już została przekroczona. Domagano się ograniczenia imigracji, ba, padały głosy, żeby wspierać imigrantów, którzy chcieliby powrócić do ojczyzny. W 1992 r. były kanclerz Helmut Schmidt oświadczył, że nie można kraju o tysiącletniej historii zrobić tyglem, w którym stapiają się różne kultury. Według Schmidta Niemcy nie mogą stać się krajem imigracyjnym, próby, aby je w taki kraj przekształcić, to kompletny absurd, społeczeństwo tego nie wytrzyma. W 2000 r. Peter Gauweiler (CSU) mówił o eksplozji imigracji, która musi zostać natychmiast opanowana. W 2005 r. Helmut Schmidt żądał zmiany kursu w polityce imigracyjnej: „Musimy zatrzymać dalsza imigrację z obcych kultur”. Jednak na płaszczyźnie politycznej, społecznej i kulturalnej nic się nie działo, wszystko zostało po staremu. Jeszcze kilkanaście lat temu politycy chadecji kwestionowali twierdzenie, że Niemcy są krajem imigracyjnym, dzisiaj panuje w tej kwestii konsens – wszystkie partie są partiami proimigracyjnymi.

Jeszcze w 2006 premier Bawarii Edmund Stoiber (CSU) ostrzegał przed „pełzającą islamizacją”, dzisiaj Merkel, Gauck, Schäuble deklarują, że „islam należy do Niemiec”. Propaganda „wielokulturowości” powiązana z propaganda proimigracyjną ani na chwilę nie osłabła. Przestrogi Heppa, Rittera czy Wernera były jak rzucanie grochem o ścianę.

Kolejną próbę wywołania debaty na temat imigracji, przede wszystkim z krajów muzułmańskich, podjął w 2010 r. Thilo Sarrazin, publikując książkę Deutschland schafft sich ab (Niemcy likwidują się same). Wprawdzie stała się bestsellerem, ale prawdziwej debaty, nie mówiąc już o spowodowaniu praktycznych kroków, nie przyniosła. Sarrazin nie napisał niczego specjalnie oryginalnego; wspomniany wyżej prof. Robert Hepp 22 lata wcześniej dokładnie przewidział, do czego doprowadzi polityka, która dramatyczny spadek liczby narodzin, szczególnie w elitach, pragnie uzupełnić imigracją – mianowicie do faktycznie niekontrolowanej imigracji biednych, niewykształconych mas z pozaeuropejskiego kręgu kulturowego. Już dzisiaj 27% ludności RFN poniżej 25 roku życia pochodzi z rodzin imigrantów, w niektórych miastach wśród dzieci poniżej 6 lat imigranci stanowią większość. Rozbudowane państwo socjalne prowadzi do rozrostu zarówno niemieckiej, jak i imigranckiej podklasy, czy wręcz lumpenproletariatu. Sarrazin, skupiający się w swoich analizach na muzułmanach z Turcji i krajów arabskich, wszystkie te wątki pozbierał w całość, opatrzył tabelami, statystykami, procentami i wyszło mu, że Niemców jest coraz mniej, są coraz starsi, coraz mniej wykształceni (głupsi), coraz więcej z nich zależnych jest od świadczeń przydzielanych przez państwo socjalne. Z ołówkiem w ręku wyliczył, że koszty imigracji znacznie przewyższają korzyści jakie miała przynieść. Polityka integracji poniosła całkowitą klęskę – tak brzmi diagnoza Sarrazina, który nie pozostawił suchej nitki na polityce ludnościowej, socjalnej, edukacyjnej i imigracyjnej kolejnych rządów niemieckich. Oskarżył klasę polityczną o bagatelizowanie problemów, samooszukiwanie się i wypieranie ze świadomości kryzysowej sytuacji.

Po ukazaniu się książki Sarrazina prof. Hepp udzielił wywiadu, w którym pytano, go co o niej sądzi. Według niego wykazuje ona liczne zbieżności z jego, wspomnianą wyżej, pracą Ostateczne rozwiązanie kwestii niemieckiej. Po 22 latach członek partii socjaldemokratycznej i były członek zarządu Bundesbanku przyznaje, że, krytykowana przed wielu laty przez Heppa, polityka ludnościowa i imigracyjna RFN zakończyła się katastrofą.

Według Heppa słowo „Niemcy” (Deutschland) w tytule książki Sarrazina jest eufemizmem, mającym przykryć coś, czego autor nie może lub nie chce nazwać po imieniu. Nie chodzi wszak ani o samolikwidację kraju, ani państwa, lecz o „samolikwidację narodu niemieckiego”. Żaden z „decydentów” nie chce zlikwidować Niemiec; ich nie napawa troską to, że naród niemiecki powoli znika z Niemiec, gdyż luka w urodzeniach jest stale wypełniana obcymi, którzy nie chcą lub nie potrafią się asymilować. Ponieważ w Niemczech mówienie o „śmierci narodu” uchodzi za rasizm albo nacjonalizm, Sarrazin pragnął chytrze ominąć pułapki zastawione przez obowiązujący język polityczny. Dlatego w tytule jest „Deutschland” a nie „naród niemiecki” czy „Niemcy”.

W retoryce niemieckiej klasy politycznej widać skłonność do tego, aby zastępować odwoływanie się do narodu odwoływaniem się do władzy nad terytorium (krajem). Kryje się za tym nie tylko dążenie do władzy oligarchii wyniesionej ponad naród, ale także zaakceptowanie faktu, że od wielu ludzi, którzy osiedlili się na terytorium Niemiec, nie można już wymagać, żeby czuli się jak Niemcy i czy też aby stali się Niemcami. Dodajmy tutaj, że z tego powodu coraz częściej zamiast „naród” (niemiecki) mówi się w Niemczech „ludność”, która jak wiadomo może składać się bardzo wielu grup etnicznych i narodowych zamieszkujących dane terytorium.

Niektórzy komentatorzy z niemieckiej sceny niezależnej uważają, że fakt, iż książka Thilo Sarrazina stała się bestsellerem, był dla fanatycznych wielokulturowców i imigracjonistów świadectwem ujawnienia się prawdziwych nastrojów w szerszych kręgach społeczeństwa niemieckiego, dowodem na to, że nie życzy sobie ono „wielokulturowości”, masowej imigracji i dalszej ekspansji islamu. To, co się dzieje w ostatnim czasie w Niemczech jest, według niezależnych publicystów, reakcją na entuzjastyczny odbiór książki Sarrazina, reakcją polegającą na wzmożeniu imigracji tak, aby ostatecznie i nieodwracalnie zmienić Niemcy w kraj imigracyjny i „wielokulturowy”.

Ważną pozycją, będącą poniekąd uzupełnieniem książki Sarrazina, była opublikowana w 2011 r. praca Götza Kubitschka i Michaela Paulwitza Deutsche Opfer, fremde Täter. Ausländergewalt in Deutschland Hintergrund – Chronik – Prognose (Niemieckie ofiary, obcy sprawcy. Przemoc ze strony obcokrajowców w Niemczech. Tło-kronika-prognoza). Autorzy opisują zarówno codzienne przejawy wrogości imigrantów wobec Niemców, jak i liczne przypadki użycia przemocy w latach 2006-2010 (morderstwa, napady, rabunki, gwałty). Ich zdaniem jest to szczególnie ważne w sytuacji, kiedy każdy przypadek użycia przemocy przez Niemca wobec obcokrajowca jest nagłaśniany w ogólnokrajowych mediach, natomiast kiedy ofiarą przemocy jest Niemiec, o fakcie tym informuje co najwyżej prasa regionalna i lokalna, często zresztą przemilczając narodowość sprawcy.

Spośród ukazujących się w ostatnim czasie publikacji poświęconych problematyce demograficzno-imigracyjnej warto zwrócić uwagę na wydaną w tym roku książkę szwajcarskiego autora nazwiskiem Dudo Erny Das Verschwinden der Europäer (Znikanie Europejczyków). Europa ma wyższy poziom życia oraz kurczącą się i starzejącą ludność, natomiast Afryka i znaczne połaci Azji niski poziom życia oraz rosnącą liczbę ludności. Sama ta różnica poziomów wywołuje strumienie imigrantów; ponadto politycy w obliczu niskiej stopy urodzeń w krajach europejskich chcą nienarodzonych, a więc brakujących autochtonów, zastąpić imigrantami spoza Europy. Według szwajcarskiego autora pod koniec tego wieku Niemcy będą mniejszością we własnym kraju ( praktycznie już nie we własnym). Nadwyżka ludnościowa w krajach afrykańskich spowoduje, że masy ludzi wyruszą stamtąd do Europy, ponieważ państwa afrykańskie nie są w stanie zapewnić rosnącej liczbie ludności pożywienia, infrastruktury i miejsc pracy.

Ekstrapolując dzisiejsze trendy demograficzne i migracyjne w przyszłość Dudo Erny prorokuje, że jeśli demograficzny zmierzch Europy będzie trwał i zwycięży frakcja głosząca „prawo pobytu dla każdego”, to w 2200 roku Europa stanie się kolonią Afryki, oczywiście po drodze będąc areną gwałtownych i krwawych konfliktów. Europa jako kolonia zamknie dziejowy krąg: dawni kolonizatorzy zostaną skolonizowani, co będzie karą za dawną kolonizację świata. Dumni kiedyś, a nawet butni, Europejczycy najpierw staną się mniejszością, a skończą w rezerwatach.

Na obecny „kryzys migracyjny” błyskawicznie zareagował Instytut Polityki Państwowej (Institut für Staatspolitik) wydając w oficynie wydawniczej Antaios trzy broszury dotyczące aktualnych kwestii. W broszurze Ansturm auf Europa. Ist das Grundrecht auf Asyl noch zeitgemäß? (Szturm na Europę. Czy kardynalne prawo do azylu jest jeszcze aktualne?), IPP dowodzi, że stworzone w innej epoce i obowiązujące w Niemczech „prawo do azylu” jest całkowicie przestarzałe i wymaga natychmiastowej zmiany. W broszurze Die Flüchtlingsindustrie – Wer in Deutschland von der Masseneinwanderung profitiert (Przemysł uchodźczy – kto w Niemczech zarabia na masowej imigracji?) opisane jest funkcjonowanie silnego lobby azylowego i proimigracyjnego, złożonego z organizacji, fundacji i agend rządowych (np. Federalna Agencja Pracy). które – ciągnąc pieniądze publiczne – odnoszą korzyści z „opieki nad imigrantami”. Jest to też metoda kupowania zgody na niekontrolowaną masową imigrację– po prostu daje się zarobić wielu ludziom.

Imigracja od dawna przedstawiana jest jako coś pozytywnego, jako wzbogacenie, szansa, kolorowa różnorodność. Politycy i media nie ustają w zapewnieniach jakie ogromne – gospodarcze, społeczne i finansowe – korzyści przynosi ona rdzennym mieszkańcom Niemiec. W broszurze Der Bereicherungsmythos. Die Kosten der Einwanderung nach Deutschland (Mit wzbogacenia. Koszty imigracji do Niemiec) IPP obala propagandowy mit, jakoby Niemcy odnosili korzyści dzięki masowej imigracji z Afryki i Bliskiego Wschodu, która jest niezbędna do utrzymania poziomu dobrobytu w Niemczech. Jak do tej pory nikt nie przedstawił na to dowodów. Wszystkie poważne prace i opracowania statystyczne dają jednoznaczny obraz: do tej pory Niemcy niczego nie zyskały dzięki imigracji, na odwrót, płaciły za nią wysoką cenę; negatywny bilans także w przyszłości nie zostanie zrównoważony. „Wzbogacenie” przez imigrację z pozaeuropejskich krain (lub z najbiedniejszych regionów Europy) to w stu procentach mit – dotyczy to wszystkich dziedzin życia gospodarczego i kulturalnego. Imigracja nie rozwiązuje też żadnego z problemów, wynikających z demograficznego upadku Niemiec.

W związku z aktualnym „kryzysem imigracyjnym” w niemieckich środowiskach niezależnych przypomniano opublikowaną w 1994 r. książkę Risiko Deutschland. Krise und Zukunft der deutschen Politik (Niemcy jako ryzyko. Kryzys i przyszłość niemieckiej polityki), której autorem jest Joseph „Joschka” Fischer – lider Partii Zielonych oraz późniejszy minister spraw zagranicznych. W 2005 r. Mariam Lau, odnosząc się na lamach „Die Welt” do zawartych w niej tez, streściła poglądy Fischera dotyczące polityki wewnętrznej – jednym z celów tej polityki jest heterogenizacja Niemiec, ich „rozcieńczenie” poprzez dopływ ludzi z zewnątrz. Według publicystów ze środowisk niezależnych Fischer i jego towarzysze chcą zwalczyć i zniszczyć „nacjonalizm” niemiecki, który uważają za swojego naczelnego, śmiertelnego i absolutnego wroga. Narzędziem do walki z niemieckim „nacjonalizmem” jest właśnie osiedlanie na terytorium Niemiec innych grup etnicznych, innych „narodów“, aby w ten sposób złamać wewnętrzną narodową spoistość Niemców. Bez narodowej spoistości nie ma gleby dla „nacjonalizmu”, a ściślej rzecz biorąc, dla „nacjonalizmu” niemieckiego, natomiast inne „nacjonalizmy” np. turecki, mogą się w Niemczech swobodnie rozwijać, ponieważ pełnią pożyteczną rolę jako narodowa kontr-siła, blokująca i osłabiająca niemiecki „nacjonalizm” i nie dopuszczająca do pojawienia się w Niemczech nurtów konserwatywno-narodowych. Można powiedzieć, że u podstaw tej „doktryny Fischera” leży idea wyrażona w haśle radykalnych grup antyfaszystowskich tzw. Anty-Niemców – ”Nigdy więcej Niemiec!”, czyli narodowo-terytorialna fragmentacja Niemiec a tym samym utrzymywanie ich w stanie braku politycznej podmiotowości.

W kontekście „doktryny Fischera”, jak również aktualnego (z lipca tego roku) apelu lewicowej aktywistki Anette Kahane, aby więcej uchodźców i imigrantów kierować do krajów związkowych na obszarze dawnej NRD, ponieważ „Wschód jest zbyt biały”, przypomina się w Niemczech postać Earnesta Alberta Hootona. W styczniu 1943 r. amerykańska gazeta „New York PM Daily” zadała kilku osobom pytanie „What are we going to do with the Germans?”. Redakcja zwróciła się do Dorothy Thompson, Alberta Einsteina, Franza Boasa oraz Earnesta Hootona, amerykańskiego antropologa, rasologa, somatologa i eugenika wykładającego w latach 1913-54 na Uniwersytecie Harvarda.

Prof. Hooton przedstawił w gazecie swój autorski pomysł na urządzenie stosunków społecznych w Niemczech po zakończeniu wojny. Zaproponował, żeby 10-20 milionów niemieckich mężczyzn przymusowo wysiedlić z Niemiec do krajów wcześniej okupowanych przez Niemcy i tam skierować do pracy przymusowej, a jednocześnie na terytorium Niemiec osiedlić możliwie wielu imigrantów, głównie młodych mężczyzn, którzy nawiązywaliby kontakty seksualne z niemieckimi kobietami. Będąc eugenikiem Hooton chciał „złe skłonności” Niemców, uznawane przezeń za wrodzone i zakorzenione w ich biologii, usunąć redukując stopę urodzeń „czystych” Niemców poprzez krzyżowanie Niemek z przedstawicielami innych narodów (coś w rodzaju outbred czy hodowli niekrewniaczej), tak aby cechy nie-germańskie weszły do puli genetycznej Niemców. Celem była zatem genetyczna degermanizacja mieszkańców Niemiec. Hootonowi marzyła się więc realizacja projektu rasowo-etnicznej eugeniki na wielką skalę, którego celem było wyleczenie Niemców z wrodzonej agresywności, a tym samym z militaryzmu, rasizmu i nacjonalizmu. Zamiast politycznej, społecznej i ideologicznej reedukacji Niemców proponował ich transformację biologiczną.

Wprawdzie ani Fischer, ani Kahane, ani inni współcześni zwolennicy masowej imigracji do Niemiec z pewnością nie czytali opublikowanego przed wielu laty artykułu prof. Hootona, w którym wyrażał on wyłącznie swoje osobiste poglądy, ale trudno nie dostrzec pewnych zbieżności pomiędzy jego rasowo-eugeniczną koncepcją a współczesnym radykalnym imigracjonizmem.

Na koniec przywołajmy jeszcze jednego autora, pozwalającego obserwowaną dziś „wędrówkę ludów” umieścić w szerokim kontekście historyczno-ideologicznym. Zmarły w 1998 r. grecki, ale mieszkający i tworzący głównie w Niemczech, filozof i historyk idei Panajotis Kondylis w swoich niezwykle przenikliwych tekstach o globalizacji zebranych w opublikowanym w 1992 r. tomie Planetarische Politik nach dem Kalten Krieg (Polityka planetarna po zimnej wojnie) wskazywał, jaki eksplozywny potencjał tkwi w uniwersalistycznych ideologiach masowej demokracji. Kiedy tuż po 1989 roku euforycznie świętowano zwycięstwo idei i wartości Zachodu, Kondylis snuł mniej optymistyczne scenariusze i prognozy, przewidując, że może ono obrócić się przeciw Zachodowi, ponieważ „prawa człowieka”, „wolność”, „demokracja”, „równość”, „godność” w masowej demokracji są zawsze interpretowane ekonomicznie i wiążą się z oczekiwaniami konsumpcyjnymi. „Prawa człowieka” to dzisiaj roszczenia do posiadania i korzystania z zasobów przez grupy społeczne, służą one zatem jako instrument w walce o podział i dystrybucję zasobów materialnych i bogactw.

Paradoks polega na tym, że jeśli wszyscy mieszkańcy naszej planety w końcu opowiedzą się za „prawami człowieka” i „demokracją”, to nastąpi zintensyfikowanie konfliktów, a nie ich złagodzenie, bowiem wspólnota celu oznacza walkę konkurencyjną o te same zasoby, o te same przestrzenie, o te same „premie”. Masy światowe mogą serio potraktować zapewnienia elit Zachodu o uniwersalnym obowiązywaniu „praw człowieka”, a wówczas mieszkaniec bogatego kraju w Europie czy Ameryce Północnej będzie musiał podzielić się z nimi swoim bogactwem. Skoro równość w dawnym znaczeniu prawno-państwowym została wyparta przez dążenia do równości ekonomicznej, która ma obowiązywać powszechnie, to trudno będzie uzasadnić odrzucenie roszczeń materialnych np. ludzi, którzy emigrują z biednych krajów do krajów bogatych.

Globalne urzeczywistnienie „praw człowieka” oznaczać będzie konflikt „praw człowieka” jednych ludzi z „prawami człowieka” innych. Etyczny uniwersalizm lansowany przez elity Zachodu może jedynie zaostrzyć i zintensyfikować egzystencjalną walką o zasoby Ziemi w sytuacji, gdy nie jest możliwe spełnienie „demokratycznych aspiracji” reszty świata, czyli aspiracji do średniego poziomu życia wyznaczanego przez zachodnią masową demokrację.

Kiedy realizacja programu masowej demokracji zakończy się klęską, wówczas, przewidywał Kondylis, może dojść do zażartych walk o dystrybucję bogactw i zasobów, do kryzysu ekologicznego, do chaotycznych i anarchicznych procesów i stanów, do „wojen domowych”, którymi w ramach planetarnej polityki są wszystkie wojny. Jeśli polityka zredukowana zostaje do podziału dóbr, to w sytuacji walki o rzadkie dobra, po ekonomizacji polityki w XX wieku może nastąpić w XXI wieku wręcz „biologizacja” polityki, po pierwsze dlatego, że celem walki politycznej stanie się biologiczne przeżycie i po drugie dlatego, że masowa demokracja oparta na uniwersalizmie „praw człowieka” zlikwidowała tradycyjne ideowe i socjalne rozróżnienia. Zatem po jej upadku ludzie zaczną się grupować politycznie według jakichś kryteriów „biologicznych”. Nie jest wykluczone, przewidywał Kondylis, takie nasilenie globalnej walki o podział dóbr i zasobów, że wymusi to surową dyscyplinę społeczną, która hedonizm zastąpi nową ascezą. Jest możliwe powstanie brutalnego porządku politycznego i pojawienie się „nowej religii”, co położy kres pluralizmowi opinii i wartości masowej demokracji.

Tomasz Gabiś

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

3 KOMENTARZE

  1. Ta powyższa mrzonka przypomina wpuszczenie do domu złodzieja i pozwolenie mu zabrania tego, czego sobie zażyczy. Prawo własności jest znacząco silniejsze i egzekwowane w świecie zachodu. Nie ma mowy o takim scenariuszu. Wpobec prawa wszyscy będą równi, ale komunizmu nie będzie.

    „Paradoks polega na tym, że jeśli wszyscy mieszkańcy naszej planety w końcu opowiedzą się za „prawami człowieka” i „demokracją”, to nastąpi zintensyfikowanie konfliktów, a nie ich złagodzenie, bowiem wspólnota celu oznacza walkę konkurencyjną o te same zasoby, o te same przestrzenie, o te same „premie”. Masy światowe mogą serio potraktować zapewnienia elit Zachodu o uniwersalnym obowiązywaniu „praw człowieka”, a wówczas mieszkaniec bogatego kraju w Europie czy Ameryce Północnej będzie musiał podzielić się z nimi swoim bogactwem. Skoro równość w dawnym znaczeniu prawno-państwowym została wyparta przez dążenia do równości ekonomicznej, która ma obowiązywać powszechnie, to trudno będzie uzasadnić odrzucenie roszczeń materialnych np. ludzi, którzy emigrują z biednych krajów do krajów bogatych”.

  2. Świetny tekst ; mam prośbę do autora żeby szerzej opisał funkcjonowanie niemieckich mediów – de facto kartelu medialnego – mógłby przytoczyć książkę ” Gekaufte Journalisten ” i opisane tam mechanizmy . Ponadto ciekawy byłby tekst o badaniach socjologicznych sprzed zjednoczenia , które wskazywały że Niemcami rządzi grupa 600 osób – autor powołuje się na nie w niedawnym komentarzu dla „Rzeczpospolitej”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ