Zmieniam zdanie o Niemcach

1

Od trzydziestu lat wiele energii poświęcam obronie Niemców przed różnymi oskarżeniami, formułowanymi przez lewicowych i neokonserwatywnych krytyków z USA i Republiki Federalnej. Moje argumenty dotyczące historii nie wymagają korekty. Nadal uważam, że: odpowiedzialność za wybuch pierwszej wojny światowej ponoszą państwa Ententy, przeczesywanie całej przeszłości Niemiec w poszukiwaniu idei prekursorskich wobec narodowego socjalizmu jest niemądre, Niemcy mają wspaniałe osiągnięcia w dziedzinie filozofii i literatury. Żadne bieżące wypadki nie zmienią mojej negatywnej oceny takich wydarzeń i zjawisk jak wyjątkowo niesprawiedliwy Traktat Wersalski, terrorystyczne bombardowania niemieckich miast w ostatnim roku II wojny światowej, idiotyczny program powojennej reedukacji Niemców, realizowany przez „zachodnie demokracje” oraz parodie procesów sądowych w Norymberdze w latach 1946–1947. Nie widzę powodu, żeby zmienić zdanie w tych sprawach.

Zmieniam jednak zdanie co do braku odpowiedzialności Niemców za histerię antyfaszystowską, której ulegli. Jak się dowiaduję od moich niemieckich przyjaciół, wydarzenia, które rozegrały się w sylwestrową noc w Kolonii, kiedy muzułmanie z krajów Bliskiego Wschodu zaatakowali 121 kobiet niedaleko dworca kolejowego, zdzierając z nich ubranie lub nawet podejmując próby gwałtu, to tylko wierzchołek góry lodowej. Od czasu kiedy Angela Merkel zaprosiła muzułmańskich imigrantów, by wzbogacili jej kraj swoją obecnością (czemu niemal jednomyślnie przyklasnęli jej chadeccy poplecznicy), doszło już do setek takich incydentów. Niemieckie media próbowały przemilczeć kłopotliwe informacje o tych ekscesach, a odpowiedzialność za incydenty w Kolonii usiłowały przerzucić na poszkodowane. Informowano, że napastowane i atakowane słownie kobiety nie „zachowały odpowiedniego dystansu” do atakujących. Nic dziwnego, że policja przybyła za późno, a burmistrz Kolonii Henriette Reker, feministka i socjaldemokratka, powtarza, że ofiary są same sobie winne, bo stały za blisko agresywnych mężczyzn. Reker uważa ponadto, że wydarzenia w Kolonii nie zahamują budowy wielokulturowego społeczeństwa niemieckiego. Heiko Maas, federalny minister sprawiedliwości, również feminista z SPD (czytaj: zagorzały antynacjonalista i antyfaszysta), wyraził podobnie optymistyczną opinię.

Ostatniej niedzieli w miejscu wydarzeń z nocy sylwestrowej odbyła się demonstracja przeciw napaściom na kobiety. Policja zareagowała natychmiast, obrzucając demonstrantów pojemnikami z gazem łzawiącym. Rząd i rozmaici ważniacy wezwali do podjęcia działań przeciw tym, którzy kompromitują „kulturę otwartych drzwi”. Ową kulturę stworzono dla dobra ponad miliona muzułmańskich imigrantów, którzy przybyli do Niemiec z błogosławieństwem rzeszy polityków i dziennikarzy. Jeżeli „konserwatywna” szefowa państwa Angela Merkel zostanie odsunięta od władzy, a bez reszty posłuszna jej partia przegnana przez wyborców (abgewählt), to nowy rząd będzie prawdopodobnie najostrzejszym na świecie reżimem odwołującym się do kulturowego marksizmu. Totalitaryzm politycznej poprawności przestanie być wówczas dawkowany, lecz spadnie na Niemców niczym huragan.

Jeszcze niedawno próbowałbym wyjaśnić tę sytuację, wskazując na powojenną antyfaszystowską reedukację Niemców, o której wiele już pisałem. Być może dodałbym, że Niemcy przegrali dwie wielkie wojny, co przetrąciło im moralny kręgosłup. W owym wyjaśnieniu uwzględniłbym również zrozumiałą reakcję Niemców młodszego pokolenia na zbrodnie Trzeciej Rzeszy i ich potrzebę zadośćuczynienia za wyrządzone zło. Choć Niemcy – rozumowałbym – przesadzają w swoim pokutnym zapamiętaniu i wyciągnęli niepoprawne wnioski z niedawnej przeszłości, to kierowali się uczciwymi intencjami. Kiedy zastanawiałem się, dlaczego z taką gorliwością oddają się pokutnym rytuałom, pewna Niemka zaproponowała odmienne wyjaśnienie. Powiedziała mianowicie, że Niemcy nadal uważają się za naród „pod okupacją” zwycięzców II wojny światowej i dlatego usiłują „die Amis zu befriedigen” (przypodobać się Jankesom).

Chociaż w większości tych wyjaśnień jest pewne ziarno prawdy, to nie uważam ich już za wystarczające. Dziś samych Niemców obciążam odpowiedzialnością za chaos, który powstał w Niemczech, i uważam, że spotyka ich za to zasłużona kara. Skrajnie nietolerancyjnych lewicowych polityków, których nie brak na niemieckiej scenie politycznej, wybrano demokratycznie. Nikt nie przystawiał wyborcom rewolweru do skroni, kiedy głosowali. W Niemczech nie pojawił się też na prawicy – która właściwie nie liczy się jako siła polityczna – żaden ruch przypominający ruch poparcia Trumpa czy francuski Front Narodowy. Jedyną partią, którą można by umieścić nieco na prawo od centrum i która występuje przeciw muzułmańskiej przemocy, jest Alternative für Deutschland (AfD). Tylko w Niemczech może ona uchodzić za „skrajnie prawicową”. W Ameryce uznano by, że AfD właściwie nie różni się od establishmentu Partii Republikańskiej. Zresztą przywódcy tej partii, podobnie jak nasz establishment republikański, nieustannie oskarżają się nawzajem o „zbytnią prawicowość”. Angela Merkel wiedziała co mówi, kiedy chwaliła Niemcy za to, że prawica nie jest im potrzebna. Jak dotąd opozycja wobec jej rządów pojawia się jedynie na lewicy, a jest to lewica, przy której Bernie Sanders to konserwatysta taki sam Edmund Burke. [*]

Urzędnicy i pracownicy budżetowi posłusznie donoszą rządowi, kto przejawia skłonności prawicowe, na przykład nie uczestnicząc w „kulturze gościnności” wobec imigrantów. Na wydziałach nauk społecznych i historycznych uniwersytetów niemieckich – a wszystkie uczelnie są w Niemczech instytucjami państwowymi – nie zatrudnia się osób, które mają poglądy niewystarczająco wrogie wobec własnego narodu. Znany australijski historyk Christopher Clark był zaszokowany antyniemieckimi nastrojami, z którymi zetknął się na niemieckich uniwersytetach w trakcie swoich wykładów na temat przyczyn pierwszej wojny światowej. Ja także byłem w ubiegłym roku zaszokowany wypowiedzią prezydenta Joachima Gaucka, który w imieniu Niemiec przyjął winę za „masakrę Ormian w 1915 roku”. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak cesarska armia Niemiec miałaby się przyczynić do owej masakry, skoro – co wiem z lektur (a przeczytałem na ten temat bardzo dużo) – niemieccy oficerowie, tacy jak Limon von Sanders, próbowali powstrzymać jednostki armii tureckiej od zabijania Ormian, mimo że część Ormian walczyła po stronie Rosji przeciwko Niemcom i Turcji. Skoro niemieccy politycy znajdują taką przyjemność w stałym wypominaniu narodowi jego – prawdziwych i wyimaginowanych – grzechów, to dlaczego nie mieliby powtarzać jeszcze większych nonsensów? Do swojej ekspiacyjnej listy mogliby – wbrew prawdzie historycznej ­– dodać lesbijki, które rzekomo zostały zgładzone w Trzeciej Rzeszy.

Całkiem możliwe, że Niemcy zachowują się tak, jak się zachowują, ponieważ – jak zauważył mój młody znajomy z Ameryki, który podjął studia w Niemczech – „są ślepo posłuszni swoim przywódcom”. Chociaż to wyjaśnienie odwołuje się być może do krzywdzących stereotypów, jego autor nie jest bynajmniej uprzedzony do Niemców. Przyjechał studiować w Niemczech, bo niezwykle szanuje dorobek niemieckich humanistów, w większości już nieżyjących. Tymczasem dzisiejsi Niemcy wyznają oderwaną od rzeczywistości ideologię antyfaszystowską, i to z charakterystyczną dla tej nacji moralną żarliwością. Inne narody tak się nie zachowują, w każdym razie nie wykazują aż takiej gorliwości w samobiczowaniu.

Niezbyt przekonujące jest upatrywanie przyczyn tego zachowania w narzuconej Niemcom powojennej reedukacji i negatywnym wizerunku własnego narodu, który powstał w ich wyobraźni w wyniku pokazowych procesów norymberskich. Druga wojna światowa skończyła się w 1945 roku, a Niemcy nie są już krajem okupowanym. Armia amerykańska raczej nie najedzie ponownie ich terytorium, jeśli przestaną toczyć wojnę przeciw sobie samym. Z wyjątkiem, mieszkającej gdzieś pomiędzy Bostonem a Waszyngtonem, garstki dziennikarzy i naukowców, którzy nienawidzą Niemców, nikt by nawet nie zauważył, że Niemcy znów zaczęli szanować się jako naród. Ten szacunek mógłby się na przykład wyrazić w zamknięciu granic dla imigrantów. Mogliby też pomyśleć o zatrudnieniu na swoich uniwersytetach wykładowców, którzy nie czują nienawiści do wszystkiego, co się działo w ich kraju w ciągu wieków aż do chwili zajęcia go przez aliantów w 1945 r.

Paul Gottfried

[*] Bernie Sanders – członek Partii Demokratycznej, kandydat na prezydenta w wyborach 2016 roku; ma poglądy zbliżone do europejskich socjaldemokratów. Edmund Burke (1729–1797) – polityk i filozof irlandzki o poglądach konserwatywnych.

Przekład z angielskiego: Witold Falkowski

Źródło: https://www.lewrockwell.com/2016/01/paul-gottfried/disgusted-germans/, 13 stycznia 2016

Jeśli spodobał ci się ten artykuł podziel się nim ze znajomymi! Przyłącz się do Nowej Debaty na Facebooku TwitterzeWesprzyj rozwój Nowej Debaty darowizną w dowolnej kwocie. Dziękujemy!

Komentarze

Komentarze

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułViktor Orbán i walka o suwerenność Węgier
Następny artykułI wojna światowa między historią a polityką – rewizje, kontrowersje, nowe interpretacje (część 1)
Paul Gottfried (ur. 1941) jest emerytowanym profesorem nauk humanistycznych w Elizabethtown College w Pensylwanii. Filozof polityczny, historyk idei i publicysta, współpracował z wieloma stowarzyszeniami (m.in. Intercollegiate Studies Institute, Philadelphia Society, H.L.Mencken Club), oraz czasopismami „Chronicles. A Magazine of American Culture”, „The World and I”, „Modern Age”, „Telos”. Regularnie zamieszcza swoje artykuły na : LewRockwell.com, VDARE.com, Takimag, The American Conservative. Napisał: Conservative Millenarians: The Romantic Experience in Bavaria (1979), The Search for Historical Meaning: Hegel and the Postwar American Right (1986), The Conservative Movement (1988), Carl Schmitt: Politics and Theory (1990), After Liberalism. Mass Democracy in the Managerial State (1999), Multiculturalism and the Politics of Guilt. Towards a Secular Theocracy (2002), Strange Death of Marxism. The European Left in the New Millennium (2005), Conservatism in America: Making Sense of the American Right ( 2007), Encounters: My Life with Nixon, Marcuse, and Other Friends and Teachers (2009), Leo Strauss and Conservative Movement in America: A Critical Appraisal (2012), Fascism: The Career of a Concept (2015). Po polsku ukazał się wybór jego tekstów Wojna i demokracja. Eseje wybrane 1975-2012 ( przeł. Michał Krupa, Wydawnictwo Wektory, Wrocław 2014).

1 KOMENTARZ

  1. Nie no, to przecież jasne. Politycy niemieccy nie chcą ani trochę trącić nacjonalizmem, więc stronią od niego niezwykle- nawet, jeśli nie chodzi tu o organiczną niechęć do innych nacji, lecz przeciwnie- o uzasadnioną obawę co do religii, która przypomina, o ironio, faszyzm- tyle, że z domieszką transcendencji, a w porywach przekuwa go w praktykę. Strach przed oskarżeniem o cień „faszyzmu” jest tak wielki, że jakby brak tu instynktu samozachowawczego, a tak naprawdę budzi to fałszywą nadzieję, że „nie będzie tak źle”, by zachować stanowiska i pozycję. No i reputację wśród masy głąbów, którzy mogliby rzucać etykietą „nazizm” itd. Nie ma tam odwagi, by w każdym momencie móc powiedzieć- mamy do czynienia z ideologią z Fuhrerem w niebiesiech, ideologią poniżającą kobiety, homoseksualistów, ateistów, niewiernych- z ideologią ANTYSEMICKĄ! Podobieństwo do faszyzmu tak oczywiste, a Niemcy niestety boją się, że to oni zostaliby o to posądzeni.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ